16 czerwca 2013

Nie żyje Adam Pernal

Wczoraj pojawiła się informacja o jego śmierci, w młodym (z mojej perspektywy) wieku. Skąd go znacie? Jedni znają, inni "wyguglają" sobie za chwilę. Współtworzył, a właściwie towarzyszył kabaretowi "Potem", aż do zakończenia działalności. Kompozytor, akompaniator. Przemijają kabarety, przemija każdy z nas. Zawsze zbyt wcześnie, z punktu widzenia tych co muszą zostać i czekać niecierpliwie, bądź z obawą na swoją kolej. Podobno nie boimy się śmierci, a samego procesu umierania. Bo jeśli balibyśmy się śmierci, to balibyśmy się każdego zaśnięcia, a nie tylko się go nie boimy, a nawet je lubimy. Zatem jeśli śmierć, to sen nieprzespany to będzie tylko snem i to wszystko. A wtedy? Każdemu według przekonań. Niewierzącym nie będzie śniło się nic. Wierzącym, według dowolnej doktryny, przyśni się raj zgodny z wyobrażeniami. Nie wiem tylko co przyśni się agnostykom. Dużo pytań się wiąże z tym końcem (?) czy przejściem w inny wymiar. Dlatego przychodzimy na groby swoich bliskich. Oczywiście, także z szacunku i pamięci o nich. Ale chyba przede wszystkim, żeby w dość specyficzny sposób poszukać odpowiedzi na zagadkę, której rozwiązanie każdy z nas w swoim czasie pozna, ale... wolelibyśmy coś wiedzieć lub choćby zgadnąć. Przynajmniej nie musimy się martwić co zabrać w tą podróż i w co się ubrać. Ubiorą, spakują i zawiozą gdzie trzeba.
Jedyne z czym się nie godzę to ... NIEPRAWIDŁOWA kolejność. Rodzicom los powinien oszczędzać przeżywania śmierci swoich dzieci. Ale los jakimkolwiek imieniem Go nazywamy robi czasem na nas doświadczenia, których sensu nie znamy.

13 czerwca 2013

Targi w Amsterdamie. Niełatwo (?) być narkomanem

Kilka lat temu jak co roku, wytypowaliśmy sprzedawców i ich szefów, na wyjazd do Amsterdamu. Jedni uważali to za atrakcję, inni za dopust boży. Polecieliśmy i wszystko odbyło się według schematu. Rozlokowanie w hotelu, krótka przerwa na odświeżenie, przejazd na teren targów, obowiązkowe dyrdymały i zwiedzanie wystaw własnych i konkurentów. Jak łatwo zgadnąć, nic oszałamiającego. Targi większe czy mniejsze, od połowy lat 90-tych, żyją same dla siebie i nie wnoszą niczego. Przerwa na obiad. Skok do hotelu i parę godzin przerwy. 

Napięcie rośnie? 

Rejs barką po kanałach przepięknego Amsterdamu i uroczysta kolacja w bardzo przyjemnej restauracji. Później wieczorny spacer z sympatyczną przewodniczką i komenda "Spocznij, rozejść się !". Każdy mógł robić to co chciał. W końcu, dorośli (?) ludzie. Jednemu tylko ze swojej grupy musiałem przydzielić eskortę, bo na kolacji zbyt wiele płynów przyswoił. I już mieliśmy wracać do hotelu lub raczej hotelowego baru, gdy mój kolega uczynił wyznanie porażające:
- Piotr, mam 19-letnią siostrzenicę. Wie, że poleciałem do Holandii. Jeśli dowie się, że nie spróbowałem... stracę cały autorytet budowany od jej dzieciństwa !
Wtedy zrozumiałem, że to jest ten moment. Być może jedyny w moim życiu, kiedy muszę stanąć na wysokości zadania jak karzeł przy pisuarze. Wszak mój kolega wzywał pomocy w ciężkiej opresji.
Ze wsparciem długonogiej ładnej przewodniczki, udałem się do coffe-shopu i kupiłem tuzin chyba skrętów. Po wybraniu grupy degustatorów, wróciliśmy do hotelu i przy recepcji poprosiłem żeby wybrali miejsce "nabożeństwa", a sam poszedłem sprawdzić jak ma się mój kolega który przesadził nieco z alkoholem. Ponieważ znalazłem go we właściwym miejscu, rzygającego tam gdzie należy, wróciłem do mojej grupy narkomanów in spe. Okazało się, że na miejsce ekscesów, wybrali... mój pokój.
"Jaraliśmy" w 6-8 osób według zasad i sztuki. Tak myśleliśmy...  Ja ponieważ przyszedłem ostatni, znalazłem niewygodne miejsce na parapecie (we własnej kanciapie!!!). Pomyślałem, że po 2 czy 3 zaciągnięciach stanę się Batmanem i pofrunę. Otóż nic z tego. Obrzydliwy smak i smród, ale  żadnych wrażeń.
Jedynym ekscytującym momentem tego wieczoru był telefon od mojego kolegi około północy.
- Piotr, jesteśmy w burdelu !!! - powiedział do słuchawki, a właściwie zawył.
- Tu jest pięknie !!! - wykrzyczał i gwałtownie przerwał. Połączenie oczywiście.
My rozeszliśmy się zawiedzeni. A ja pomimo intensywnego wietrzenia pokoju obudziłem się w smrodzie, który przekonał mnie, że skręty które paliliśmy robione są ze zużytych skarpet piłkarzy Ajax'u.
Tajemnicę naszego niepowodzenia, wyjaśniła nam koleżanka. Jako, że była nowym pracownikiem i najmłodszą z nas, zbyt długo zbierała się na odwagę. Podobno należy się zaciągać nieco inaczej niż zwykłym papierosem. Z miłą tą koleżanką, wiąże się jeszcze jedno. Przedstawiła się nam na pierwszym spotkaniu i dodała, że jest "dzieckiem stanu wojennego". Na nasze zdumienie odpowiedziała:
- Urodziłam się we wrześniu 1982 roku...

Już jako dziecko zostałem dotknięty plagą narkomanii

Otóż do naprawy plastikowych samochodzików i innych zabawek, mój Tata używał kleju "TRI". Dostępny w każdym kiosku, sprawdzał się znakomicie. Z początkiem lat 70-tych wycofano go ze sprzedaży, bo podobno służył do odurzania się. A naprawa moich zabawek !!?? 😪😪
Podobne właściwości miał rzekomo proszek "IXI" podgrzewany na patelni. Butaprem w torbie foliowej i inne chore pomysły to lata nieco późniejsze.

Tu kończy mi się zapas dobrego humoru

Tak długo narkomania jest dla nas czymś odległym i właściwie z innego świata, póki nie dowiemy się, że problem ten dotyczy kogoś nam znajomego, komu dobrze życzymy. Tak temat nieistniejący, po jednej informacji staje się powodem ponurych przemyśleń.
W latach 70-tych czy 80-tych, właściwie każdy wiedział o narkotykach czy ich substytutach. Nawet będąc w szkole podstawowej wiedziałem, że można pojechać na skwer koło kina "Atlantic", czy przejść się pasażem za Domami Centrum i zakup był w zasięgu ręki. Nikomu jednak normalnemu, wychowywanemu, czy choćby hodowanemu w normalnym domu do głowy to nie przychodziło. O narkotykach myśleliśmy, jako o truciźnie, a widok wałęsających się półprzytomnych ćpunów i ich smród, odstraszał skutecznie. O wiele bardziej pożądliwe myśli powodował mój kolega z klasy Zenek Z., siedzący w parku na ławce z winem "patykiem pisanym" w jednym ręku i kolankiem koleżanki w drugim. Zenek studiował szkołę podstawową 10 lat.  

Czemu i co się zmieniło? 

Może dlatego, że ta droga na dno wydaje się dziś łagodniejsza, stopniowa? Można popróbować czegoś "niegroźnego", potem trochę mocniejszego i zanim się młody człowiek zastanowi, zaczyna się spirala nie do powstrzymania. A mając lat kilkanaście czy 20, rozumu ma się tyle co piec kaflowy. To jedno się nie zmieniło.
Z pewnością udoskonaliła się dystrybucja dragów i marketing, bo dla handlujących od hurtowników po detalistów to zarobek gigantyczny. Dopóki będą chętni do zabijania się w ten sposób, a będą zawsze, ten proceder nie zniknie.

10 czerwca 2013

Polski żołnierz z Brazylii i pies...

Stanisław Prusiński
W latach kryzysu, rodzina Prusińskich wyjechała do Brazylii. Los jakich wiele, ale Stanisław Prusiński życiorys ma nietuzinkowy. Żyjąc na emigracji, spowodowanej życiową prozaiczną potrzebą, rodzina Prusińskich nie "obraziła" się na Polskę. 
Wojna w odległym kraju nie była dla nich nieistotna. W 1943 r. wysłali swojego syna do Wielkiej Brytanii, gdzie zaciągnął się do lotnictwa polskiego i po przeszkoleniu rozpoczął służbę jako mechanik 15.X.43. Oszukał nieco "smarkacz", bo 18 lat kończył 18.XI.. Pierwszy przydział to 305 Dyw. Ziemi Wielkopolskiej im. J.Piłsudskiego. W lotnictwie polskim, służył do VII.46.
Dywizjon 305 ze swoją maskotką stojącą na samolocie
Plut. St. Prusiński obok bombowca Lancaster
Dywizjon 300, lotnisko Faldingworth, rok 1944
Wrócił do Polski zdając sobie sprawę, że nie będzie tu witany kwiatami. Służba w Wojsku Polskim, spowodowała, że spotykał się z licznymi bardziej i mniej dotkliwymi szykanami. Może dlatego o wojnie opowiadał niechętnie nawet najbliższym. Dziś mieszka w Gdyni. Opiekują się nim jego dzieci. Dzięki informacjom uzyskanym od córki pana Stanisława, mogłem zweryfikować prawdziwość pewnej historii. On sam opowiadał ją swoim dzieciom dawniej, Dziś choroba i brak sił nie pozwala mu na gawędy.

 

Historia nie dotyczy wielkich wojennych zmagań. Jest o ... Ciapku

Ciapek na "zaadresowanej" bombie
Małym pociesznym kundelku przygarniętym przez mechaników 305 dywizjonu. Ciapek został maskotką jednostki i był rozpieszczany przez wszystkich. W trudnej służbie, będącej grą ze śmiercią, taki towarzysz to swoista psychoterapia. Ciapek nie tylko bawił sztuczkami, ale "włączył" się do działań bojowych. Załogi Wellingtonów, zaczęły go zabierać w loty bojowe jako żywy talizman. Za każdy lot bojowy doczepiano mu, wystruganą z drewna 2,5 cm bombę do obroży. Zebrał ich 8. Ciapek powyżej 10.000 ft tracił przytomność. Mechanicy zrobili więc dla niego, prowizoryczną maskę tlenową.
Tak to polubił, że tlen stał się dla niego pewnego rodzaju narkotykiem i łakomie rzucał się nawet na dętkę samochodową z której uchodziło powietrze. Dla bezpieczeństwa, miał nawet szelki spadochronowe, które w razie potrzeby łatwo mógł dopiąć do swojej uprzęży, ten z lotników, który podczas akcji odpowiadał za czworonożnego członka załogi.
Ciapek na tylnej wieżyczce Wellingtona

 

Jak zakończył swoje życie Ciapek?

Wersje znalazłem dwie: zaginął podczas relokacji dywizjonu lub zginął wraz z załogą podczas misji bojowej. Spytałem więc córkę pana Prusińskiego. Potwierdza ona jak i jej brat, że Ciapek uczestniczył w locie nad M.Północnym, z którego samolot nie powrócił. Cała załoga Wellingtona SM-... ? uznana została za zaginioną.
I taki to mój wkład w wyjaśnianie tajemnic historii. Drobna rzecz, ale przecież wszystko co tu piszę, to "Koziołkowe myśli", zatem na koziołkową miarę.
Po wojnie napisano nawet bajkę dla dzieci polskich w Anglii, opartą na historii Ciapka, ubarwioną oczywiście i ze szczęśliwym zakończeniem.
Portret Ciapka. Autor: "Azawakh"
Różne zwierzęta były maskotkami w wielu jednostkach. Najczęściej psy lub koty, ewentualnie niewielkie małpki. Choć znaną i wielce popularną postacią był niedźwiedź Wojtek. To kolejna, bardzo długa i ciekawa historia. Pozwolę sobie tylko polecić film "O niedźwiedziu który poszedł na wojnę" zrealizowany w kooperacji polsko-brytyjskiej.

 

09 czerwca 2013

Plus i minus, czy od zera do nieskończoności?

Pozwolę sobie na rozważania "filozoficzne". Oczywiście na miarę koziołkowego rozumku... Wiele lat temu przeczytałem zaczątek tych przemyśleń, przypisywany Einsteinowi.

 

Ciemność i światło

 

Jasność źródła światła mierzymy różnymi metodami i jest to czytelne. A czy możemy zmierzyć ciemność? Nie. Jest ciemno i już. Zatem...ciemność to brak światła. Nie ma ciemności ciemniejszej i mniej ciemnej.

 

Zimno i ciepło

 

Pochodną (w sensie matematycznym) ciepła jest temperatura i może być wysoka lub niska. Celsius w oparciu o punkt zamarzania wody wyznaczył skalę temperatury. Mamy dodatnią i ujemną. Ale jeśli odniesiemy się do pomysłu Kelvina to temperatura wynosi "x" K, a nie ma niczego po stronie ujemnej. Zatem czym jest zimno? Brakiem ciepła.

 

Prędkość i ...

 

Kiedy byłem na praktyce morskiej, podczas wachty wszedł na mostek kapitan.
- Jaką mamy prędkość panie drugi? - spytał II oficera pełniącego wachtę
- 13,5 węzła panie kapitanie
- To jest prędkość??? To jest WOLNOŚĆ ! - skonstatował kapitan, nie wiedząc, że swoim stwierdzeniem wszedł w krąg filozofów.
Skoro prędkość mierzymy w m/s, km/h, węzłach, to brak tej prędkości jest czym?

Można wędrować w tych dywagacjach dalej, aż do pojęcia materii i antymaterii.

 

Ale przechodząc do świata odczuć, uczuć i ludzkich rozdroży...

 

Zło ...
To brak dobra
Smutek ...
Brak radości

A jeśli piekło, to "tylko" brak nieba ? 
To czy piekło istnieje???

 


06 czerwca 2013

6 czerwca, zatem... "Piosenka Jesienna"

69 lat temu rozpoczęła się inwazja aliantów w Normandii określona kryptonimem "Overlord". Nigdy we wcześniejszej, ani też późniejszej historii nie było tak gigantycznej operacji desantowej. Użyto 1.200 okrętów i 5.500 statków. W ciągu pierwszej doby wydesantowano ponad 120.000 żołnierzy z morza, a z powietrza ponad 20.000. Przygotowania inwazji trwały ponad dwa lata. Operacja zakończyła się sukcesem po około 11 tygodniach. 

Sam D-day czyli dzień rozpoczęcia lądowania przyniósł straty mniejsze niż przewidywano w planach. Największe straty poniosły dywizje spadochronowe i amerykańskie jednostki lądujące na plaży Omaha. Najmniejsze straty to plaża Utah.
Dla zainteresowanych historią II wojny, jest to temat frapujący. Sam czytając każdą kolejną książkę  na ten temat, znajduję coś nowego. Czy to nieznane mi dotąd fakty, czy też ich nową dla mnie interpretację.
Jest też wiele filmów fabularnych, osadzonych w realiach operacji Overlord. Do dziś, największym filmowym przedsięwzięciem, w całości poświęconym rozpoczęciu operacji jest Najdłuższy Dzień z 1962 roku. Film z doborową obsadą, zrobiony z ogromnym rozmachem i z użyciem wszelkich dostępnych środków technicznych... jak sama inwazja którą przedstawia. Starannie odtworzone fakty, w oparciu o relacje, żyjących jeszcze wówczas uczestników. Zrozumiały jednak być może we wszystkich szczegółach, tylko po przeczytaniu kilku lektur. Ciekawostką jest planowane obsadzenie roli D.Eisehover'a przez niego samego. Dowódca inwazji, był wówczas prezydentem USA (1953 - 61) i wyraził chęć udziału w filmie. Nie znalazłem wiarygodnej informacji, dlaczego z tej koncepcji zrezygnowano.
Inny film dotyczący tych samych wydarzeń, to Szeregowiec Ryan. Mniej monumentalny, ale pokazujący przeżycia pojedynczych ludzi uwikłanych w bezsensowną rzeź jaką jest każda wojna. Ludzkie postawy, strach i odwaga. Słabość i hart ducha. Wszystko jednak, okraszone hollywoodzkim stylem (ale z umiarem).

No a co z tą "Piosenką Jesienną" Paula Verlain'a ?

Otóż umówionym sygnałem o rozpoczęciu inwazji dla francuskiego resistance, były dwa wersy nadane przez BBC:
"Łkanie bezsennej,skrzypki jesiennej,
sierocej," ....
oznaczało, że inwazja rozpocznie się w ciągu dwóch tygodni.
Nadanie drugiego:
... "serce mi rani,grąży w otchłani
niemocy."
zapowiadało rozpoczęcie lądowania w ciągu 24 godzin, licząc od najbliższej północy.
Niemcy wiedzieli co komunikat ten oznacza. A jednak...

I tu mój "podstęp"

Zachęcam do czytania książek opisujących ogromną pracę wywiadu i kontrwywiadu aliantów, która była grą o powodzenie operacji Overlord. Są to lektury ciekawe dla każdego, kto lubi sensacyjną literaturę. Nie tylko dla pasjonujących się historią i wojnami. To te działania decydowały o tym czy żołnierze lądujący na plaży 6 czerwca mają jakiekolwiek szanse.  



Na szczęście się udało..., choć nie wszystkim.


Wybory 4 czerwca

Minęła czwartego czerwca rocznica wyborów "kontraktowych". Pozytywne czy negatywne miały one znaczenie? Ale przełomowe. To uznają wszyscy. No może z wyjątkiem A.Gwiazdy. Czy można było lepiej, więcej albo inaczej? O tym najtęższe głowy rozmyślają i różne mają supozycje. Najwięcej mówią te puste głowy. I w jedną i drugą skrajność w swoich wypowiedziach popadając. 

A ja?..

W 1989 r. byłem na finiszu studiów. Zdążyłem, co zawsze podkreślam, "za darmo" wykształcić się w PRL, a zacząłem pracę w 1991 r. w Polsce. Przyznaję, do dziś nie wiem co bym wybrał rozpoczynając pracę, ale nie musiałem stawać już przed wyborem: czy przyjąć amulet, w postaci legitymacji PZPR umożliwiający karierę, czy trwać przy wartościach "wyższych". Bo PZPR już nie było. Choć jak czas pokazał, istnieje po faceliftingu do dziś. Dyplom politechniki odebrałem z rąk premiera Bieleckiego i to duża satysfakcja. I wówczas dla gówniarza i dziś po latach.
Wielu z nas mówi lub myśli (i milczy), że w PRL było lepiej. Każdy miał pracę, opiekę zdrowotną itp. Stoczniowiec (bez urazy - sam pracowałem w stoczni imienia "SA" dawniej im. "Lennona"), wynosił farbę antykorozyjną do malowania dachu altanki. I nie nazywał tego kradzieżą. Kierowca firmy transportowej ze łzą w oku wspomina jak o 11 do śniadania, odbijał pierwszą flaszkę. Hydraulik za równowartość średniej pensji montował poszukiwaną muszlę klozetową. Trochę te wspomnienia kalekie, przypominają mi wspomnienia z wojska po latach. Pamięta się to co zabawne, a zaciera się w pamięci dominujący ponury jednak obraz. Psychologia takie wybiórcze traktowanie wspomnień, dość dobrze diagnozuje.

Zatem dziś...

Ci którzy oceniają czas podległości wobec ZSRR jako lepszy, wszystkie złe i szkodliwe zjawiska dnia dzisiejszego przypisują przemianom, które symbolicznie możemy umiejscowić w dniu 4.VI.89. Ci którym odzyskanie niepodległości nie spełniło marzeń o szczęściu, jakkolwiek je sobie wyobrażali, uważają z kolei, że wszelkim nieszczęściom są winni jacyś "oni". Najczęściej ci "oni" to niezneutralizowani czy nawet nieujawnieni słudzy minionego systemu lub ci którzy z nimi zawarli tajny układ. "Oni" są dla zawiedzionych zawsze dobrym sposobem na wyjaśnienie niepowodzeń. I jeśli jutro wybuchnie epidemia ospy to też będą "wiedzieli" kto jest winien.

Każdy jest kowalem swego losu

Bez względu na system, procent ludzi zdobywających różnymi drogami majątek i pozycję oraz procent tych którzy funkcjonują na granicy klęski życiowej, to wartości STAŁE. W której grupie się znajdujemy decyduje los, a najbardziej my sami. Tyle, że chętnie za niepowodzenia własne obarczamy zawsze tych "onych". Lepiej nam od tego nie będzie, ale to nas uspokaja. I kiedy braknie nam sił lub wiary w lepsze jutro popadamy w różne aberracje. Spiskowa teoria dziejów to temat na osobne rozważanie, ale wzięła swój początek z tego, że z górą dwa wieki temu rozwój cywilizacji i nauki osiągnął ten rozmiar, że nawet wykształcony i inteligentny człowiek wszystkiego nie ogarnia. Gubiąc się, chwyta najprostsze odpowiedzi i wyjaśnienia. Stąd ogromne rzesze czytelników, takich zabawnych gazet i czasopism jak : "NIE", "Nasz Dziennik" czy  innych równie dobitnie i ze swadą objawiających "prawdę". To moja bezpłatna wskazówka marketingowa dla wydawców prasy: jakim profilem publikacji szukać odbiorców.

No to gdzie chcielibyśmy żyć?

W takiej enklawie gdzie wszystko nam ktoś da, jak obiecywali komuniści, ale również, żeby wszystko było dozwolone jak w wolnym kraju. Ale, "Takich zwierząt nie ma !" - powiedział pewien kołchoźnik zobaczywszy żyrafę w ZOO moskiewskim. No tyle, że żyrafy jednak istnieją...

30 maja 2013

Czy Roland Garros był słynnym tenisistą?

Tenis ma wielu entuzjastów. Można tą dyscyplinę uprawiać na dwa sposoby. Biegając po korcie z wywieszonym językiem za piłką, którą okrutny przeciwnik posyła w trudne do przewidzenia miejsca. Drugim sposobem jest wygodny fotel, kawa i ciastka na stoliku, a za piłką biegamy oczami. 


Mamy kilkoro zawodników liczących się w czołówce światowej tenisa, więc prawie każdy w mniejszym czy większym stopniu śledzi informacje ze światowych kortów.

Jeden z popularnych turniejów to French Open nazywany też Roland Garros, ponieważ takie imię noszą korty paryskie, na których zawody te są rozgrywane.
Kim był R. Garros? Tenisistą nie był. Grał jednak, tyle, że na fortepianie. Kształcił się w tym kierunku do 1909 r., kiedy zafascynowany pokazami lotniczymi, postanowił zostać pilotem i porzucił naukę w konserwatorium. Jak postanowił tak też z wielkim sukcesem uczynił. Kupił samolot z silnikiem o mocy 20 KM (dwadzieścia!!!). Zdobył licencję pilota i rozpoczął przygodę życia. Brał udział w zawodach lotniczych i pokazach cyrku lotniczego w USA. Ustanowił kilka rekordów. Między innymi jako pierwszy pilot na świecie osiągnął pułap 5 tys. metrów, a największą sławę przyniósł mu przelot nad Morzem Śródziemnym z Francji do Tunezji. Trasę około 700 km pokonał w 8 godzin. Dziś w krótszym czasie ten dystans pokonują motorówki, ale... minęło 100 lat.


Garros pracował przed wojną jako oblatywacz. W 1914 r. zgłosił się do lotnictwa wojskowego. Już w kwietniu 1915 uzyskał 3 zestrzelenia. Wkrótce potem po przymusowym lądowaniu za linią frontu dostał się do niewoli. Udało mu się zbiec i wrócić do walki dopiero wiosną 1918. Zginął w walce powietrznej w Ardenach na miesiąc przed końcem wojny...

 

Wniósł do lotnictwa myśliwskiego rozwiązanie przełomowe dla sposobu walki myśliwców. 

Pierwsze walki powietrzne toczyły się przy użyciu ruchomego karabinu maszynowego obsługiwanego przez obserwatora. Nierzadko też lotnicy prażyli do siebie z rewolwerów lub zwykłych karabinów. Takie mordowanie się wzajemne, zabawne z pewnością było, ale nieskuteczne. Roland Garros uznał, że km myśliwca powinien być zamontowany na stałe, a celować należy całym samolotem. Ta filozofia stosowana była później niezmiennie przez lata, aż do momentu kiedy uzbrojeniem podstawowym myśliwców stały się rakiety.
Morane-Saulnier
Na początku 1915 roku o rakietach powietrze-powietrze nikt jeszcze nie marzył, a i montaż stałych km-ów był trudny. Montowanie na skrzydłach było technicznie niemożliwe, a karabiny montowane na kadłubie strzelały przez krąg śmigła. Garros znalazł sposób prosty i skuteczny. Wzmocnił śmigło stalowymi klinami w miejscach narażonych na przestrzelenie własnymi pociskami. Na tak przystosowanym samolocie Morane - Saulnier odniósł pierwsze swoje zwycięstwo 1.IV.1915. Można chyba zaryzykować twierdzenie, że był pierwszym, który stoczył walkę powietrzną według kanonów walki myśliwskiej?
Albatros
W kilka miesięcy później opracowano i zastosowano synchronizatory umożliwiające strzelanie przez krąg śmigła bez ryzyka jego uszkodzenia. Tu pierwsi byli Niemcy i ich myśliwce Albatros.