21 maja 2017

Bardzo dobra Cola.

Coraz częściej dowiaduję się o śmierci kogoś ze znajomych. W tym także tych z którymi łączyła nas wspólna pasja brydżowa. To relacje szczególne. Bardzo rzadko te kontakty przenoszą się na inne dziedziny życia. Często nawet na turniejach, znając się już wiele lat wymieniamy ledwie kilka zdań. Są tacy z którymi rozmawia nam się lepiej, są tacy z którymi chemia nie teges. I to jest w porządku.
Powiedzieć można, że płytkie to relacje. Ja jednak wracam do określenia : relacje szczególne. I tak to widzę. Brydż w wersji sportowej czy quasi sportowej to połączenie świadomej i nieświadomej prezentacji swojej osobowości, charakteru z ich zaletami i ułomnościami. Czasem rozegranie kilku rozdań przy stoliku wystarcza pilnemu obserwatorowi żeby ułożyć sobie obraz człowieka. Subiektywny? Fakt. Ale przecież w relacjach z innymi opieramy się na tym jakimi ich widzimy, a nie na zadanych przez kogoś szablonach.
Krzysztof Skrobacki zmarł nagle. Wielka tragedia dla najbliższych i smutek chyba dla każdego kto go znał. Każda śmierć oprócz różnorakiego bólu i smutku przywołuje refleksje dotyczące tego który odszedł i nas samych. O tym pisałem wiele razy, bo od czasu kiedy dowiedziałem się, że żyję w "doliczonym czasie" myśl o rzeczach ostatecznych wraca do mnie często. 
Krzysztof "Nocki_69" /zdjęcie użyczone przez Piotra "Camelmana"/
I tak wieczorem po otrzymaniu wiadomości zacząłem wspominać Krzysztofa. Jest moim zdaniem prawdziwe stwierdzenie, że dopóki żywe są wspomnienia to człowiek, który z tego świata odszedł, będzie nadal istniał.
Poznałem Krzysztofa kilkanaście lat temu na jednym z turniejów. Nawet nie jestem pewien gdzie dokładnie i kiedy. Może Bydgoszcz, może Dąbrówno? Należał do grupy graczy, którą umownie nazywam szczecińską. Nie wiem czym zajmował się zawodowo. Nie wiem jaka była jego sytuacja rodzinna. 

Zatem jak mam Wam napisać jaki był ?!

Otóż nie mam zamiaru! Chcę się z Wami podzielić moim obrazem Krzyśka. Bo ten po nim w mojej pamięci zostanie. 
Pogodny, ale nie lekkoduch. Życzliwy, ale nie narzucający się. Wesoły, ale nie hałaśliwy. Jako gracz, obyty, panujący nad emocjami. Zważający na to aby rozdania były dobrą zabawą dla wszystkich CZTERECH graczy. To cenne. Myślę, że parę Amarantowa-Daimler lubił. My jego także.
Ponieważ wszystkich, którzy odeszli chcę wspominać pogodnie to przytoczę dwie drobne scenki z naszych brydżowych spotkań:
Bydgoszcz Polopen
Do stolika w kolejnej rundzie podszedłem lekko spóźniony.
- Przepraszam, ale musiałem wrócić do pokoju...
- BARDZO proszę, bez szczegółów - przerwał Krzysztof.
Bystrym ludziom czasem dobry żart udaje się w kilku słowach.
Tego samego dnia w wieczornej sesji turnieju znów los postawił nas przeciw sobie. Siedzieliśmy z Anną jako para stała i przyszedł do nas Krzysztof z partnerem. Na stoliku mieliśmy puste szklanki.
- Może napijecie się Coli ?
Ani Anna ani ja za Colą nie przepadamy, więc zgodnie podziękowaliśmy
- Nie dziękujemy.
- Ale to jest BARDZO DOBRA Cola - powiedział dobitnie.
Zrozumieliśmy w lot, a Krzysztof z wielkiej butli napełnił hojnie nasze szklaneczki. Dobra była rzeczywiście, a stężenie takie, że świeczki w oczach stanęły.

Głupstewka, prawda? Może i tak, ale czasem zapamiętuje się miłe, śmieszne drobiazgi. Wszak całe życie składa się z drobiazgów.

Moja prośba do Was

Każdy kto przeczyta niech jako komentarz wpisze jakieś swoje wspomnienie związane z Krzysztofem. Nie ma to być żadna laurka! Ważne żeby były to ślady dobrego wspomnienia. Zbierzmy tu trochę wspomnień o Krzysztofie "Nocki_69"

10 kwietnia 2017

10 kwietnia - dzień kary za zbrodnię !!!

Czas publicznie powiedzieć o tym kto szydzi z nas i chełpi się swoimi przestępstwami. W pełni korzysta nie tylko ze swobody ale z nieograniczonych przywilejów. Napominania i wezwania do przyzwoitości ma za nic. Odwołania do zasad moralnych także nic dla niego nie znaczą. Wciąż łamie prawo i jest pewien, że nie dosięgnie go kara. Postanowiłem, że odkryję przed Wami prawdę. Dziś czara występku, łajdactw i wszeteczeństw się przelała. 

Ale minął już czas przemówień. Czas na fakty i działanie!


Jak wiadomo KK surowo zakazuje:
  • wskakiwania na stół
  • chodzenia po nim
  • siedzenia i leżenia
  • ściągania obrusu...obrusa?

Oskarżony Tygrys alias Jarosław Psikuta od 12 lat łamał ten punkt Kodeksu Karnego ze szczególną uporczywością. Używałem wobec niego upomnień i pogadanek resocjalizacyjnych. Wielokrotnie karałem poprzez stanowcze ocholerowanie. Kara więzienia na 1-2 godziny, także nie rokowała poprawy. Zamknięty w klatce błogo zasypiał i spał póki nie został wypuszczony. Zresztą ma to w nosie bo w klatce sypia chętnie z własnej woli. 
Dziś dwukrotnie został przyłapany na stole kiedy wygrzewał się w słońcu. Ciężkie ocholerowanie skutkowało tym, że leniwie wstawał i z lekceważeniem schodził ze stołu przechodząc po najdłuższej możliwej ścieżce i kursie. Odwracał jeszcze w moją stronę pogardliwy wzrok i miauczał obraźliwie (jest stenogram).
Kiedy interweniowałem po raz drugi zadzwonił telefon i musiałem wyjść do drugiego pokoju. Dzwonił Oskar K. Wróciłem po kilku chwilach i zastałem sierściucha leżącego na stole.
W sprawie Oskara toczy się odrębne postępowanie o sprawstwo pomocnicze. Ten telefon nie mógł być przypadkowy!

Proces i wyrok

Każdy popełniający przestępstwo, a zwłaszcza zbrodnię bo do tej kategorii należy łażenie po stole, musi wiedzieć, że będzie ukarany. Wiedział to także wielokrotny recydywista Tygrys. 
Po wnikliwej analizie, przebadaniu materiału dowodowego, licznych eksperymentach i analizach wydałem surowy, ale sprawiedliwy wyrok. Wyrok na który czekało całe społeczeństwo:
Tygrys vel Jarosław Psikuta
skazany został na karę
ZEZDJĘCIOWANIA.
Karę najwyższą, okrutną ale sprawiedliwą:
ZEZDJĘCIOWANIE (zgodnie z wyrokiem z dn.10-04-2017)


A jaki z tego wniosek? Nauka? Przestroga?

Ferując wyroki, osądzając, bądźmy rozważni. Jeśli uznamy się za nieomylnych i nietykalnych, którzy sami mogą wyznaczać normy sprawiedliwości, nagły zwrot historii może spowodować, że ze swoich działań możemy być rozliczeni. W tym także z naszych wyroków ...

 

22 marca 2017

Tygrys przerywa milczenie !

Zwrot "przerywa milczenie" jest od dłuższego czasu używany w tytułach artykułów i artykulików, żeby zwrócić naszą uwagę. Mimo, że używany do znudzenia, do urzygu, to jednak działa! Widząc taki nagłówek czytamy treść... i po kilku zdaniach zwykle przekonujemy się, a niektórzy PRZEKONYWUJĄ się, że to sensacja żadna lub odgrzewana i to na starym oleju. 
To i ja do tego chwytu polecanego na trzeciorzędnych szkoleniach dla czwartoligowych wyrobników wierszówek, prowadzonych przez trenerów piątej kategorii odwołałem się w tytule.

Norman Davies

Z urodzenia Walijczyk, a z wyboru Polak. To ciekawa postać. Historyk oczarowany Polską, bada nasze dzieje wybiórczo i proponuje swoje własne spojrzenie. O tyle interesujące, że choć ogromnie Polsce przychylny to patrzy jednak nieco z boku, z pewnym dystansem. Dzięki temu wiele jego wniosków pobudza do refleksji i tym refleksjom nadaje nowy kierunek. Bardzo lubię czytać jego książki i słuchać wypowiedzi, wykładów.
W TV komercyjnej go nie zobaczymy, bo tu każdy program ma za zadanie przyciągnięcie widza masowego. W TV publicznej teraz raczej sporadycznie bo tu focus od kilkunastu miesięcy ustawiony jest według reguł do których N.Davies nie przystaje w żaden sposób. Nawet TVP Historia  w swojej ofercie programowej odchodzi od historii na rzecz czegoś co nazywałoby się polityką historyczną gdyby w tym zwrocie programowym był jakiś inteligentny pomysł.

Rozżalony akordeonista

Chyba kilkanaście lat temu oglądaliśmy w TV odcinkową opowieść N.Daviesa o II WŚ. Wiele miejsca poświęcił w swoich rozważaniach roli Armii Czerwonej. Nie umniejszając dokonań militarnych, wskazał absurdalne mechanizmy rządzące tą barbarzyńską "armią". Mówił o zwycięstwach krasnoarmiejców, ale i o bezsensownym okrucieństwie i wielkiej głupocie, która niosła śmierć i zniszczenie. Także tym "wyzwalanym". 
Norman Davies ma swoje pozazawodowe pasje. Jedną z nich jest gra na akordeonie. W ostatniej scenie ww. opowieści pojawia się na tle zdjęcia rozbawionych żołnierzy sowieckich tańczących wokół czołgu. Przygrywa im żołnierz na akordeonie. Żartując gorzko mówi o swojej prywatnej pretensji do sowieckiej armii:  zaszargała opinię akordeonistom !

I tu Tygrys przerwie milczenie

Jak niektórzy wiedzą, żyję sobie w mieszkaniu należącym do kota Tygrysa. Jestem mu przydatny jako posługacz, więc póki będę grzeczny nie boję się eksmisji. Wypowiem się w jego imieniu, bo jak sądzę (bez pewności) nie umie się posługiwać klawiaturą. A co zupełnie pewne, śpi sobie teraz na zmywarce korzystając z jej ciepła i nie śmiem go niepokoić.

Zatem:

To, że ktoś lubi koty, a jest przez nas nielubiany nie powinno kotów dyskredytować! Nie przenośmy automatycznie złego charakteru kogoś kto kotem się opiekuje, na tegoż kota czy też koty jako całość futrzastej społeczności!!! 
Z drugiej strony zaś zastanówmy się. Jeśli ktoś bardzo szkodliwy i zły okazuje sympatię wobec zwierząt... może gdyby inaczej życie jego się potoczyło, mógłby być pożyteczny?
Ponieważ Tygrys jest na wyższym poziomie rozwoju niż człowieki to zwraca też uwagę na uszanowanie innych zwierzątek, których nazwa niefortunnie się kojarzyć może. Tygrys nie godzi się na dyskredytowanie wizerunku kaczek! Nawet w słusznych jak się człowiekom wydaje celach.

podpisano /z up./:
Koziołek - niegodny pełnomocnik Tygrysa

Wybaczcie żart w tak posępnych czasach


Pozwoliłem sobie na koziołkowy kolejny wygłup. Bo czuję się bezsilny. W moim pojęciu po raz kolejny zrezygnowaliśmy z Polski jako państwa. Tak dzielnie i czasem mądrze wiele razy stawaliśmy do walki o odzyskanie państwowej tożsamości. Za każdym razem kiedy osiągamy ten ważny cel pogrążamy się w jakimś szaleństwie wzajemnych waśni, które wcześniej czy później przynoszą nam klęskę. Znów to zrobiliśmy. Może umiemy tylko walczyć o Polskę, a kiedy Ją mamy jesteśmy jak małpa przy kranie. Jest mi smutno. Staram się ostatnio żartować z koszmarnej rzeczywistości, bo może to jakiś sposób?

Towarzyszy mi smutna myśl:

Jeszcze w połowie lat 80-tych nie wierzyłem, że za mojego życia Polska odzyska niepodległość. Stało się i cieszyłem się jak wszyscy. Natomiast teraz nie mogę się pogodzić z myślą, że jeszcze za mojego życia ta Polska znów padnie. 
Może jakiś prawdziwy Polak wytłumaczy mi, że się mylę?

Żeby nie kończyć tragiczną nutą ... 

Norman Davies kilka lat temu otrzymał polskie obywatelstwo, z czego był bardzo dumny. Polski paszport wręczono mu uroczyście co bardzo go zdumiało. W wywiadzie udzielonym po ceremonii powiedział, że spodziewał się zwykłej przesyłki poleconej. Może troszkę kokietował ☺.
- Skoro ma pan teraz polskie obywatelstwo, to jeśli będzie mecz Polska-Walia, komu będzie pan kibicował? - spytał dziennikarz
- Jeśli w piłce nożnej to oczywiście Polsce! - odpowiedział Davies bez wahania.
Ale po chwili dodał:
- Ale jeśli w rugby, to Walii.
Jak go nie lubić? 
 

28 lutego 2017

Terlikowski, Nergal, Frlijc. Czyli kto komu robi loda ?


Dopiero ze trzy dni temu dowiedziałem się, że nazywa się 
TO  
fellatio
Pewna dziennikarka użyła tego określenia w radio, zduszonym i drżącym głosem. Skrępowanie lub rozmarzenie. Nie wiem. Nie znam. Jej sprawa.

Nergal jako uosobienie diabła

Nie jestem znawcą popkultury i muzyki w żadnym jej wydaniu. Mam II stopień umuzykalnienia, wystarczający do tego żeby rozróżnić kiedy grają a kiedy śpiewają. Mogę też poszczycić się tym, że muzyka w tańcu mi nie przeszkadza. A z tym tańcem... Trzy spotkałem Panie w swoim już zbyt chyba długim życiu, z którymi taniec sprawiał mi ogromną przyjemność. Niestety jednostronną. Współczuję im oczywiście szczerze.
Zatem o produkcji muzycznej Nergala mogę wypowiadać się, podpierając opiniami fachowców. Są różne, choć żadna nie ustawia go oczywiście w gronie profesjonalistów któregokolwiek gatunku muzyki. Jego popularność opiera się jeśli nie jedynie, to głównie na "szokujących" inscenizacjach, wypowiedziach czy tekstach pieśniczek. I taki wybrał środek do uzyskania popularności, często przez nas niestety mylonej ze sławą. Niektórzy okrzyknęli go satanistą, bluźniercą itp. 
I o to mu chodziło!
Najważniejsze żeby ludzie o nas mówili. Czy pozytywnie czy negatywnie to nie ma znaczenia. W zgrabny bon mot ułożył tę prawdę Wilde. Także skandalista, tyle że niezwykle inteligentny. Nie chce mi się "guglać" ale pewnie nadal Nergal gdzieś koncertuje. 
Ten szum wobec satanisty (?), skandalisty i artysty (???) niepokornego trochę trwał i... przygasł. Dobrze to określił pewien pan zawodowo będący księdzem, ale inteligentnym i umiejącym się wypowiedzieć:
"W scenerii dymów i świateł wyszedł na scenę człowiek ubrany w jakąś zbroję z wielkimi i ciężkimi skrzydłami. Tak ciężkimi, że dwóch ludzi musiało go podtrzymywać. Zaczął charczeć do mikrofonu. Ani to diabeł, ani satanista. Raczej żałosny spektakl"
/Zacytowałem z pamięci. Nie ręczę za każde słowo, ale za tenor przekazu TAK/
Nergal dotknięty ciężką chorobą nowotworową, wygrał z nią i na tym dramatycznym życiowym doświadczeniu także starał się pomnażać kapitał popularności. W sumie z sukcesem. Cały czas windował ją jako celebryta. Dziś chyba także, choć przyznam, że gówno mnie to obchodzi.
Jego popularność i sukces medialny zależy od nas. Nie mógłby i nie może zaistnieć jeśli nie będzie miał odzewu. A my ten odzew zapewniamy. Najbardziej zaś ci z nas którzy oburzają się i wzywają do konsolidacji wobec Nergala-szatana i do walki z nim. Budujemy jego wizerunek i nieistniejącą siłę.  
Kto wygrywa? Zawsze Nergal! 
Zatem, my mu robimy /.../ a jemu jest przyjemnie. Tyle, że Nergal w swoim kunszcie skandalisty to Liga Okręgowa, a może i niżej.
Bo...

"Klątwa" to poziom Ligi Mistrzów

Ogromny szum powstał i wręcz walka rozgorzała po premierze sztuki wg dramatu Wyspiańskiego. Między zwolennikami wolności wypowiedzi artystycznej a obrońcami świętych symboli, wiary i moralności. Powątpiewam w głębię przekonań i jednych i drugich.
Co do wolności, w każdej dziedzinie mam zdanie dość zdecydowane. Wolno mi robić wszystko co zechcę, dopóki moja wolność nie zaczyna ograniczać wolności innych. Jeśli tak się zaczyna dziać to albo ograniczam się zgodnie z obowiązującymi regułami albo biorę zabawki i idę na inne podwórko gdzie takie zabawki nikomu nie przeszkadzają. Jeśli zaś takiego "podwórka" nie ma, to muszę wybrać: przyjrzeć się samemu sobie i utemperować lub wystąpić przeciw całemu światu.  Tu znów mam wolność - wolność wyboru.
Gdzie zaś jest granica między formą artystyczną a jarmarcznym czy skandalizującym dla samego skandalu widowiskiem? To sprawa do dyskusji dla tych którzy na sztuce się znają. Ale ja sądzę, że to tylko kwestia odpowiedniego miejsca. Sztuka w teatrze a popisy innych kategorii gdzieś na peryferiach. W sensie geografii i kategorii widza także.
Wspomnianym obrońcom imponderabiliów wiele uwagi bym nie poświęcał. Symbole mamy w sferze religii, patriotyzmu, historii itd. liczne, ale różnej jakości i co pewien czas wymieniane. Czasem zmiana bywa zaskakująca.
Wiara jest bardzo osobistym własnym światem każdego z nas. Myślę, że jest tak ważna dla każdego, że nie ma ludzi niewierzących. Nawet ci którzy mówią głośno, że nie są wyznawcami żadnej wiary także wierzą! Wierzą w to, że nie należy wierzyć w nic bo to pozwala na zachowanie równowagi na drodze życia. Szukają jednak owej równowagi i szukać będą do końca swoich dni. A wojujący ateiści to ci którym szukanie sprawia trudność i swoje wątpliwości chcą zagłuszyć. Bez szans.
Biegający teraz wokół Teatru Powszechnego rozgorączkowani ludzie, może nawet wiedzą jakich symboli i świętości bronią. Nie wiedzą tylko dlaczego i co one znaczą, ale ta wiedza jest im zbędna. W większości są to tzw. praktykujący-niewierzący. Każdy z nas ma takich w swoim otoczeniu, ale póki nadmiernie nie psują nam humoru nie są chyba szkodliwi. Jeśli ktoś zechce ich zachęcać do myślenia, może próbować.
Jeżeli ktoś mówi o moralności, to byleby zbyt głośno nie krzyczał też nie zasługuje na naszą niechęć. Choć tu ostrożnymi bądźmy! Moralność to nic innego jak postawa którą przyjmujemy wobec tych, których nie lubimy. Zatem ten kto nam wygłasza moralne pogadanki, raczej nie jest nam życzliwy. Może, nas okraść, oszukać, albo inną szkodę wyrządzić.

Gręboszów i odważny głos Wyspiańskiego

Nigdy nie widziałem żadnej inscenizacji "Klątwy" St.Wyspiańskiego. Nawet nie znałem tego dramatu z tytułu. Ignorant ! Tekst przeczytałem kilka dni temu. Sztuka powstała pod wpływem prawdziwych zdarzeń w podtarnowskiej wsi. Jak sądzę miała u progu XX wieku swoje znaczenie i wymowę. Poruszała tematy skrywane, kłopotliwe, o których niewielu odważyło się dyskutować. Wyspiański spróbował. Czy mu się udało? To mogą oceniać profesjonalni krytycy literatury i teatru. W tamtym czasie taka wypowiedź artystyczna Wyspiańskiego, mogła moim zdaniem być określona jako głos istotny, odważny. To była pewna jego manifestacja poglądów. Manifestacja odważna wówczas, mimo że nie zagrażała mu falą hejtu w dzisiejszej skali. Bo Kraków był poza zasięgiem internetu. Czy inne miasta? Nie wiem.
Dziś powtórzenie tych samych pytań, które stawiał Wyspiański lub podobnych, nie wywoła trzęsienia Ziemi. Wszyscy o nich wiemy, niektórzy z nas te tematy poddają dyskusji. Żeby stały się wydarzeniem medialnym trzeba coś nowego wymyślić. I tu pojawił się Oliver Frljic, czyli ...

Cristiano Ronaldo skandalu

I to jest ta Liga Mistrzów. Nie mam pojęcia czy jest dobrym reżyserem. Nie wiem jaka jest wartość jego przemyśleń. Ale w dyscyplinie którą sobie wybrał jest mistrzem!
Według koziołkowego postrzegania świata, tą dyscypliną jest zdobywanie rozgłosu,
popularności, 
wielbicieli
... i co równie ważne
zaciekłych wrogów! 
Frljic w odróżnieniu od wielu z nas zrozumiał i nauczył się wykorzystywać pewne proste mechanizmy i ich NIEPROSTE zależności i efekty. Wyreżyserował przedstawienie trwające kilkadziesiąt minut tak żeby trwało 24 godziny na dobę! W teatrze, ale dzięki różańcowym pociesznym pochodom, także na ulicy. Dzięki fachowcom od recenzji teatralnych, dzięki tym którzy za fachowców się uważają oraz tym którzy choć trochę do tej grupy chcieliby się zbliżyć. 
Wszystkie te głosy ZA i PRZECIW wzmacniane są i rozpowszechniane przez media. Telewizja, radio, prasa itd. I każdy z tych głosów jest oczekiwanym przez Olivera Frljica efektem, zatem jego sukcesem. Wszyscy robią mu /.../.

Beneficjenci skandalu

Oczywistym jest, że korzyść osiągnął Frljic. O jego adaptacji "Klątwy" mówią już wszyscy. Nawet piszący te słowa koziołek. No to akurat "sukces" o którym Frljic się nie dowie 😆.
Są też jednak inni, którzy korzyść różnoraką odniosą.
Teatr Powszechny ma zapewnioną pełną widownię dopóki wystawiać będzie "Klątwę". A i inne w międzyczasie wystawiane sztuki pewnie będą miały nieco większą.
Szansę widzę też dla różnorakiej jakości recenzentów i krytyków teatralnych. Mogą się wypowiadać, lansować. Jeśli znajdą jakiś pomysł, to mogą wyprodukować ze skandalizującego przedstawienia pochodną, będącą skandalikiem ich autorstwa.
Ogromną szansę na promocje mają pikietujący teatr ludzie zrzeszeni w różnych organizacjach. Mają tu pole do działania PRAWDZIWI Polacy, PRAWDZIWI katolicy. Mają też szansę grupy dotąd niedostrzegane. Jutro może przecież przyjechać na pikietę do Warszawy "Koło Garncarzy z Pieścirogów" i urządzić pikietę przeciw, albo... przeciw-przeciw 😎
Znajdą się bez wątpienia znani i nieznani "filozofowie" przekonujący nas o wielkim i głębokim przesłaniu spektaklu. Do tej grupy też można się zapisać. Sprawa jest prosta. Hasło wolności słowa i prawo do nieskrępowanej wypowiedzi obudować jakimiś frazesami i górnolotnymi przemyśleniami. I już można zaistnieć.
Ciekaw jestem jak skorzysta z szansy aktorka wyrzucona z produkcji serialowej TVP, z powodu udziału w obsadzie "Klątwy". Unfortunatly, prezes TVP nie sprawdził przed swoją doniosłą decyzją, że pani ta już kilka miesięcy temu z serialu odeszła. Informacje o tej "restrykcji" zawierały określenie "znana aktorka". Nazwisko Julia Wyszyńska nic mi nie mówiło. Figlarnie mi się tylko skojarzyło z tematyką spektaklu i klerem w który on podobno uderza. Wnuczka? Wyszukałem i przekonałem się, że na określenie "znana aktorka" zapracowała w serialowych produkcjach. Sympatyczną buzię kojarzę, ale tylko z epizodu w "Misji Afganistan". Innych seriali z jej udziałem nie śledziłem.
Jeśli ma talent oraz wiarę w siebie, to z chwilowej popularności skorzysta i przyjmując ciekawe i ambitne role teatralne czy filmowe wejdzie przebojem do grupy aktorów wysokiej próby. Tego jej życzę. Jeśli tej trudnej ścieżki nie wybierze to ma inną. Wywiady dla pism wszelakiej jakości, spotkania w programach telewizyjnych i opowiadanie o swoich przeżyciach artystycznych. Tyle, że cały czas krążących wokół wygasającej sensacji jaką będzie "Klątwa" Frljica z Wyspiańskim... w tle. Bardzo dalekim tle. Tę drugą opcję wybierze pewnie większość z obsady.

Terlikowski. Mój faworyt

W tytule nie przypadkiem umieściłem go na pierwszym miejscu. Bardzo mi tu pasuje i jest ciekawostką.
Zdobywanie popularności, które za swoją bazę przyjmuje prowokowanie w obszarze wiary, zwłaszcza wiary chrześcijańskiej jest bardzo proste. Tym prostsze, że pierwsze szeregi obrońców tych wartości to ludzie o małej osobowości, niewyrobieni, pogrążeni w kompleksach. Łatwo ich sprowokować i wywołać reakcje dającą prowokującemu rozgłos. Tak sobie działa nieszczęsny Darski czy groteskowy Frljic i wielu innych.
Terlikowski jest inny, a jednocześnie taki sam. Też prowokuje i w prowokacji szuka swojej szansy.
Słuchając jego wypowiedzi, czytając jego felietony zastanawiamy się. Jak człowiek może wygadywać takie głupoty? Odpowiedź nasuwa się automatycznie. Jest taki jak myśli którymi się z nami dzieli.
Ja przedstawiam sobie to inaczej. Terlikowski nie jest wiejskim mędrkiem po szkółce parafialnej, choć takim nam się jawi.
Wybrał sobie dziedzinę działania i uznał, że chce zaistnieć. Musi być w pewien sposób inteligentny skoro zrozumiał, że nie wejdzie do TOP10 z tym co ma do opowiedzenia światu, krocząc wprost. Wybrał inną drogę. Występuje z absurdalnymi tezami, jakimiś głupstwami, ale w nurcie przeciwnym do tego dziś antychrześcijańskiego, w którym tak liczni upatrują swoją szansę na popularność. Dokonał realnej samooceny, uznał że nie może się wybić w dyscyplinach mocno obsadzonych i wybrał taką gdzie może być w czołówce. Plecie banialuki jako obrońca "wiary". Nie, nie podziwiam, ale rozumiem. Nie uważam jego wypowiedzi i manifestów za szczególnie szkodliwe. Trafiają do przekonania tylko tym, którym i tak już nic nie zaszkodzi.
On także, podobnie do Nergala czy Frljica czerpie swoją satysfakcję z głosów oburzenia, wrogości. Każdy taki głos to robienie mu... A chyba według zasad wyznawanych przez niego to zakazane?

Klikając na pierwszy klawisz tej koziołkowej wydumki, zdawałem sobie sprawę, że nolens volens... przyłączam się do rzeszy tych którzy wszystkim Frljicom, Nergalom i Terlikowskim pomnażają popularność. Robią im /.../ !!! Bo choćby w mikroskopijnym wymiarze, ale jednak ich promuję. Mam jednak nieskromne przeświadczenie, że ci którzy "Koziołkowe myśli" czytają są ludźmi lubiącymi myślenie. Nie należą do tych którzy "wiedzą" a do tych którzy tak jak ja chcą się uczyć. 
Może też piszę sobie czasem do Kogoś z kim na każdy temat mógłbym dyskutować, a nie mogę bo daleko.
A co do skandalizujących inscenizacji, to mojemu poziomowi intelektu wystarczy Chochlik i Skierka wjeżdżający na motorach w "Balladynie". Taki "szokujący" motyw w klasycznym przedstawieniu teatralnym zwraca uwagę, zadziwia, śmieszy lub oburza. Krzywdy jednak nie robi nikomu. Nie daje pożywki głupcom wszelakiej maści i orientacji.
  
 

16 lutego 2017

Walentynki 2017 (prawie)

Już chyba wszyscy zdążyli zamanifestować swoje walentynkowe myśli. Niektórzy wyartykułowali swój stosunek (przepraszam za słowo) do tego dnia. Czy ja mam swoją "Walentynkę"? Czy Ona ma  mnie? COSA NOSTRA 😉
Ale mam dla Was historyjkę nawiązującą do walentynkowego nastroju. Oczywiście nawiązującą w sposób specyficzny, koziołkowy i... "żabiankowy". Bo na Żabiance mieszkam.
Historyjka ta odpowiada w 100% antycznej zasadzie jedności miejsca czasu i akcji.
Ręczę, że jest prawdziwa. 
Zaprzysiąc mogę na mieczu i pochwie.

 

Miejsce akcji:

Ciąg handlowy przy SKM Żabianka

Czas:

Lato 2016. Zwykły dzień. Godziny wczesnopopołudniowe.

Osoby:

ON:
Wiek około 20 lat. Klapki i skarpetki. Bermudki w kwiatki. Gruby łańcuch na szyi. Szyja jakieś 48-49. Czaszka kwadratowa wygolona. Typowy elegant blokowiska jakim jest moja Żabianka. W ręku trzyma bukiecik kwiatów co zwraca uwagę, bo jest jakimś dysonansem w jego wizerunku.
ONA:
Tajemnicza. Nie widzimy jej. Jest głosem w telefonie, którego nawet nie słyszymy. Może szkoda. A może i nie?
JA:
Przypadkowy widz i słuchacz, który wysiadł z kolejki (SKM) i stanął przy straganiku robiąc drobne zakupy.

Kurtyna w górę !

ON
/wybiera numer na komórce i po chwili oczekiwania uzyskuje połączenie/
- Nooo...
ONA
/jej kwestie nie są słyszalne. Ich treść możemy sobie wyobrażać wyłącznie na podstawie jego wypowiedzi/
...
ON
- No ale kurwa...jak?
ONA
...
ON
- Jak kurwa w domu? Ja tu czekam!
/po pauzie godnej prawdziwego aktora, z zaakcentowaną rezygnacją/
...kurwa
ONA
...
ON
- Ale mieliśmy iść na plażę i na smażoną rybę...
ONA
...
/ na jego twarzy maluje się rosnące napięcie. Z maksymalnym zaangażowaniem przetwarza otrzymywaną informację/
ON
- Ale ja do chuja kwiatki Ci kupiłem !!!

Reszta jest milczeniem. Koniec aktu I i... ostatniego? 

Chyba nie ostatniego. Ten związek uczuciowy czy emocjonalny jak każdy inny ma jakiś ciąg dalszy lub konsekwencje.
To oczywiście śmieszna scenka z wulgarnymi słowami za które przepraszam wrażliwych. Ale Walentynki to dzień zakochanych. Także tych którzy wyrażają swoje emocje, uczucia we właściwym sobie języku. Może także JENZYKU. A przechodząc do ogółu. Wszystko co chcemy wyrazić, wypowiedzieć, ma formę adekwatną do naszego świata z którego się wywodzimy lub który uznalismy za swój.

03 lutego 2017

Nie umiem zrozumieć kobiet...

Choć nie ja jeden mam taki problem, to niezwykle trudno mi się z nim pogodzić. Myślę, że kiedy dochodzimy do takiego wniosku, warto kochać mimo wszystko, godząc się na to że zrozumieć nie umiemy. I także mimo wszystko, nie można zaniechać prób zrozumienia. Z tym ostatnim stwierdzeniem się zgadzam stanowczo. Bardziej pewnie emocjonalnie niż racjonalnie.

POLSKA jest kobietą !

Mam z nią zatem ten sam problem co z każdą ważną kobietą mojego życia. 
Urodziłem się gdzieś w połowie okresu okupacji sowieckiej. Jak wielokrotnie przyznawałem, nie wierzyłem, że za mojego życia powstanie państwo polskie. Ale się zdarzyło. Mam szczęście. Udział mój w odzyskaniu niepodległości był żaden. Posiadłem zatem POLSKĘ, kobietę którą kocham, całkowicie z przypadku. Przyznam, że słowo kocham nie jest moim ulubionym pośród wypowiadanych. Bo powiedzieć łatwo... Ważne żeby najważniejsze uczucia przekazać bez słów. Raz jeden próbowałem to komuś wyjaśnić. Ale dość już wzniosłych tonów...

Czego nie potrafimy znieść?

My, czyli kto? Polacy? Nie wypowiadam się w imieniu wszystkich Polaków. Umówmy się, że ta wydumka odnosi się do sporej ale nienazwanej grupy.
Nie potrafimy znieść dwóch stanów:
BRAKU wolności                
i ...
                            WOLNOŚCI

Pierwszy stan budzi w nas zrozumiały bunt i chęć walki.
Po pierwsze słusznie,
po drugie umiemy się wówczas zorganizować,
a po trzecie o wolność umiemy walczyć z ogromnym poświęceniem.
Ten drugi stan, tak upragniony, jest jednak w polskim wydaniu obarczony pewnym mankamentem. Skoro tak świetnie umiemy walczyć, to kiedy nie ma z kim... walczymy między sobą. Kiedy odzyskujemy wolność koncepcji swobodnego bytu jest wiele. Zawsze pojawia się racja, święta racja, a każdy oczywiście ma swoją rację.

I każdy uważa że jego racja jest najsłuszniejsza,
co ważniejsze najświętsza.
A co najważniejsze :  
NAJMOJSZA !

 

"Wojna na górze"

Pojawił się człowiek o niezwykłych cechach. Stał się trybunem ludowym akceptowanym przez masy a jednocześnie przez elity intelektualne. Bez względu na to kto go wykreował i w jakim celu, był fenomenem. Budził i budzi podziw, TAKŻE DZIŚ zasłużony. Nie mam oczywiście na myśli osoby czy tym bardziej (!!!) osobowości, a zjawisko społeczne, któremu posłużył za symbol. Ciąg zdarzeń doprowadził do układu, który w 1989 dał nam niepodległą Polskę. Można było inaczej? Oczywiście. Tylko nie da się ocenić jakim kosztem i z jakim skutkiem. W krótkim czasie ten wspaniały symbol a jednocześnie mizerny człowiek rozpoczął waśnie pod hasłem "wojny na górze". Nie jest istotne czy działał według własnej myśli czy znów był tylko frontmanem pewnej koncepcji. Bardzo szybko po odzyskaniu niepodległości Polska zaczęła się dzielić. Podziały te stawały się coraz bardziej radykalne. Ten galimatias stworzył szansę na "cud zmartwychwstania". Zmartwychwstałymi byli niestety towarzysze z szeregów nieboszczki PZPR.
Pod szyldem SLD na czas pewien przejęli władzę. Zachowali się roztropnie i sprytnie. Bo choć nie mogli przywrócić PRLu to uzyskali legitymację pełnoprawnej frakcji politycznej. Czyli stało się coś bardzo moim zdaniem złego. Coś przeciwnego głównemu nurtowi, jeśli przyjmiemy, że taki jeszcze wówczas istniał.
Nie wzbudziło to w nas żadnego zastanowienia. Nie uznaliśmy tego za ostrzeżenie, choć wydaje mi się, że powinniśmy. 50 lat okupacji i znów dajemy mandat wyborczy administratorom sowieckiej zwierzchności. Tym razem dobrowolnie!
Wybraliśmy nawet jednego spod znaku PZPR na prezydenta. Chorowity był. Miał skomplikowaną kontuzję nogi w Charkowie, potem przyplątała się jakaś infekcja filipińska. Pomimo wszystko znam takich, którzy do dziś wspominają go jako dobrego prezydenta !
Zatem Polski i logiki którą się rządzi znów nie rozumiem. Tak to z kobietami mam 😒

A wojna trwa ...

Trwa już "na górze" i na dole, a także na półpiętrach. Tworzy podziały wszędzie nie wyłączając rodzin czy grup przyjaciół.
Ogromnie cieszymy się z niepodległego państwa. Własne, niepodległe ...  Ale dobrze byłoby gdybyśmy rozumieli, że za nie odpowiadamy. Tego niestety nie nauczyliśmy się. Mamy ogromny kłopot ze zrozumieniem, że niepodległość to nie oderwanie się od wszelkich konstelacji w świecie. Niepodległość to wolność wyboru którejś z nich i wygranie najlepszej możliwej naszej w niej pozycji. Gdyby rozumować inaczej to państw niepodległych  
nie ma wcale! 
Nawet USA czy Rosja obecnie rządzona przez Dżyngis-Chana w garniturze są w jakiejś zależności od innych.
Tymczasem my, zamiast wybierać czy wygrać jak najkorzystniejszą pozycję w siatce współzależności, robimy wszystko, żeby nikt nas nie traktował poważnie. Wyczyniamy figle zachłyśnięci swobodą. Swobodą i wolnością daną nam przez los na chwilę tylko, jeśli nie będziemy umieli o nią dbać.
A nie umiemy ...
Zamiast wykorzystać wszelkie możliwości żeby być czynnym uczestnikiem dyskusji o kształcie Europy, co robimy?
W ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy sami wymiksowaliśmy się na margines Europy. Pokazujemy wszystkim, że nie jesteśmy wiarygodnym partnerem w rozmowach.
I co? 
... i jesteśmy z tego zadowoleni! 
Bo naszym zdaniem wyzwalamy się spod "ucisku" UE i będziemy tworzyć alternatywną wspólnotę państw. Oczywiście pod naszym przywództwem! Jakże nam się to podoba. Jakoś tylko nie zauważamy, że głównym beneficjentem naszego festiwalu głupoty jest Rosja. Bo nie żeglujemy już donikąd tylko dryfujemy na wschód.

Wybierzmy sobie prezydenta !

Właściwie wynik wyborów prezydenckich był oczywisty - reelekcja Bronisława Komorowskiego. Prezydent był to trochę z przypadku. Niekoniecznie zachwycał, ale wpisywał się w wizerunek stabilnej Polski.
Z innych kandydatów rzucała się w oczy tylko zwiewna pusta dziewusia jeżdżąca na motocyklu wystawiona przez gasnący politycznie i biologicznie obóz "towarzyszy". Nie nazywam ich lewicą bo to obraża prawdziwe partie lewicowe. W Polsce takich nie ma ale w świecie są. Nie zachwyca mnie ten kierunek ideologiczny, ale jest i ma swoje racje. Warto zauważyć, że owa "dziewusia" nie mając ani osobowości ani tożsamości politycznej, dziś dobrze się usadowiła i bawi nas w TV.
PSL i PiS wystawiły kandydatów bez wizerunku i bez szans na jakiekolwiek poparcie.
Ale!!!
Gdyby B.Komorowski nie robił nic to pewnie by wygrał. Natomiast bardzo aktywna działalność jego sztabu wyborczego dokonała cudu. Zniechęciła swoją niezręcznością do głosowania JAKIEGOKOLWIEK. I tak wybraliśmy prezydenta Andrzeja Dudę. Tego zrozumieć chyba się nie da.
Uradował się nadszyszkownik Kaczyński, uradował się ojciec-dyrektor, ale także... większość z nas. Rozumiecie taką Polskę? Ja nie bardzo. Któż zrozumie kobietę?

To może fajny parlament wybierzemy?

Wybraliśmy bardzo fajny. Może skoro nie może być dobrze to niech będzie zabawnie. Tu mamy sukces.
Posłowie PiS są idealnymi reprezentantami większości z nas. Nie tylko reprezentują, ale dynamicznie promują nasze ułomności i fobie. Może to nas dowartościowuje i wzmacnia psychicznie? Patrzymy na posła i widzimy... (do rymu). Przepraszam osły!!! To bardzo mądre, sympatyczne i pożyteczne zwierzęta.
Czujemy się dowartościowani. Skoro posłowie są w naszym pojęciu głupsi od nas, to czujemy się lepiej. Nad wszystkim czuwa Nadszyszkownik i zwalnia nas od trudnego codziennego wyboru własnej drogi, ścieżki, ścieżynki. Powie co jest dobre i zdecyduje za nas. Przypuszczam, że ta nieracjonalna tęsknota za kimś kto za nas zdecyduje, wybierze i wskaże drogę jest jakoś wytłumaczalna na gruncie psychologii (Haniu pomóż!). Ale ja psychologiem nie jestem i nie ogarniam. Nie ogarniam zachowań Polski, kobiety która jest mi droga. Dokonuje wyborów nierozsądnych i z aprobatą coraz większej grupy własnych obywateli idzie ku zatraceniu. 80...70...50...20.....!

Protestujmy (?)

Coś wybieramy, podejmujemy jakieś decyzje, a za chwilę protestujemy przeciwko dokonanemu wyborowi. Paradoks polega na tym, że decyzja podjęta przez większość za chwilę jest kontestowana... także przez większość. Pozorny to paradoks. Matematyka wskazuje wyjaśnienie:
Prawdziwa większość nie zabiera głosu wtedy kiedy trzeba, a budzi się i krzyczy (żałośnie) kiedy już jest dokonany wybór czy podjęta decyzja. 
Rozumiecie takie postępowanie? Bo ja nie!

Hejtujmy prezydenta!

Ale czemu? Czy głosując na Andrzeja Dudę nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że będzie jedynie wykonawcą zadań? Teraz się tego wyboru wstydzimy? Jakiekolwiek działania, oparte często jedynie na obrzucaniu błotem nie zmienią wyniku wyborów prezydenckich. Przynoszą nam tylko wstyd dziś, a jak sądzę na wiele lat brak szacunku dla urzędu prezydenta. Nie kompromituje tego urzędu A.Duda bardziej niż MY (!) - wyborcy.

Brońmy Trybunału Konstytucyjnego

Kto zaczął rozgrywkę o kontrolę nad TK ma teraz moim zdaniem drugorzędne znaczenie. Wizerunkowo znaczenie ma oczywiście dziecinny i nieporadny styl tej gry. Jej poziom. Ale mniejsza nawet i o to.
Ja rozumiem idealny TK jako zespół absolutnie bezstronnych fachowców z dziedziny prawa rozstrzygających wątpliwości. To oczywiście możliwe tylko w świecie idealnym.
Zatem jeśli toczy się zażarty bój o skład tego trybunału pod kątem sympatii politycznych to nie ma mowy o jego obiektywiźmie i bezstronności politycznej. Nikt nawet nie udaje, że na tej bezstronności mu zależy.

Musimy obronić demokrację

Przede wszystkim mam wrażenie, że nie wiemy co to za zwierz ta demokracja. Ale bronić jej będziemy. W naszym powszechnym, bardzo prostackim wydaniu jest to obrona NAJMOJSZEJ i świętej racji.
Połowie z nas nie chciało się wyjść z domu i zagłosować w wyborach parlamentarnych. W związku z tym za siebie i za leni wybrali ci którzy do urn poszli. Wynik choć fatalny to spodziewany.
Reakcją na kompromitujący naszą świadomość obywatelską wynik wyborów było powstanie KODu. Amorficzny ruch, do którego okazjonalnie lub trwale przyłączają się ludzie nie mający wizerunku i cienia charyzmy. Taki festyn i parada celebrytów. Niewątpliwą zasługą KODu jest propagowanie spacerów i rekreacji na wolnym powietrzu. Ale chyba nie o to chodzi?

Brońmy sejmu

Na mównicę wychodzi poseł opozycji i wygłupia się. Nie on pierwszy. Obrady prowadzi człowiek, który w liceum nie byłby wybrany na gospodarza klasy z powodu braku jakichkolwiek zalet do tego niezbędnych.
Dlaczego jednak może być marszałkiem sejmu? Krótko, błyskotliwie i gorzko wyjaśnia to mem autorstwa Janusza Golika, który zamieszczam obok.
Dochodzi zatem w sejmie do pojedynku dwóch przedszkolaków. Poseł zostaje wykluczony z obrad. Marszałek orientuje się, że także się wygłupił, ale z racji swojego poziomu inteligencji nie wie jak wybrnąć.
Mamy protest opozycji w sejmie. Blokowanie mównicy. Obrady zostają przeniesione do innej sali. Poddany jest tam głosowaniu budżet. Przegłosowany na TAK.
Opozycja podważa prawomocność głosowania w Sali Kolumnowej. Słusznie? Nie wiem. Ale w praktyce nie ma to moim zdaniem najmniejszego znaczenia. Oczywistym wydaje mi się, że powtórzenie głosowania nic nie kosztuje i zamknęłoby sprawę. PiS mając większość może powtarzać głosowanie 10 razy, a i tak przegłosuje co i jak zechce. Ale zacietrzewienie jest takie, że nie powtórzą głosowania, bo im korona spadnie. Nie wiem z czego. Chyba nie z głowy?.
Nikomu już nie chodzi o rozstrzygnięcie sporów istotnych czy wydumanych, a o to żeby te spory mnożyć. Lubimy je i nimi się żywimy.
Mimo zimowej aury pod sejmem zbiera się tłum protestujących i trwa przedstawienie. Na sali sejmowej dyżurują posłowie opozycji i czekają aż się coś wydarzy. Sami nie wiedzą co. Najgorsze jest jednak to że nie zatrudnili nikogo, kto pokierowałby przekazem z tego protestu fachowo. Jakikolwiek spec od public relation mógł coś wykrzesać i stworzyć chwytliwy spektakl. Ale my tego nie chcemy, więc mamy naturszczyków z teatrzyku szkolnego zamiast dobrze prowadzonych aktorów. Jakieś migawki z urządzonej Wigilii swoją "dramaturgią" nie przypominają sceny z "Dziadów" tylko dziadostwo. Urocza (być może) posłanka Mucha śpiewa co jakoś skurczów serca i wzruszenia u mnie nie wywołuje.
Koziołkowa dygresja: 
Dobry polityk musi być dobrym aktorem. To oczywiste. Ale nawet znakomity aktor nie jest automatycznie materiałem na dobrego polityka. Tego też jeszcze się nie nauczyliśmy.

Protest zatem nic nie wnosi, a dla rządu idealna to okazja, żeby przekonać swoich zwolenników, że to próba zamachu stanu. I takie określenia pojawiają się w TVP. Widziałem też określenie "okupanci" w odniesieniu do posłów opozycji blokujących salę obrad. Z drugiej strony uwielbiamy nazywać TVP telewizją reżimową. Też śmieszne.
TVP podaje proste i gotowe "prawdy", które dużą część z nas przekonują. Pół biedy. Z tym się pogodziłem. Gorsze jest to, że ogromne rzesze obywateli oglądając i słuchając, nawet jeśli dostrzegają prymityw chwytów i styl bazarowych plotek, zaczynają myśleć:
"Cholera, może coś jest na rzeczy?"
I tak doszliśmy do tego, że TVP ma  z telewizją publiczną tyle wspólnego co dom publiczny z dobrem publicznym. Choć w burdelu jednak jakieś zasady obowiązują.
Jest tu jeszcze coś innego. Wszystkie media bez wyjątku posługują się POSTPRAWDĄ. To określenie i metoda opisywana już w początkach XX wieku. Jej skuteczność oceniana była bardzo wysoko. Wówczas jednak w teorii. Dziś praktyka wskazuje jej ogromną skuteczność dzięki temu, że zmieniły się narzędzia. Zasięg, powszechna dostępność do mediów i ich błyskawiczne działanie.
A protest? Kończy się niczym, bo był znów działaniem PRZECIW, bez żadnego pomysłu O CO.

"Poleje się krew"

I tu nie jestem w stanie zapanować nad słowami (ale się postaram).
Takie zdania padają w wypowiedziach różnych polityków, celebrytów czy też osób kreujących się na naszych mentorów. Z każdej strony sceny prowincjonalnego teatrzyku naszej polityki.
Mamy to także w mediach społecznościowych. Widziałem podczas grudniowej zabawy w okolicach sejmu takie wpisy na FB:
"Kochani uważajcie! Do Warszawy jadą kolumny opancerzone!"
To nie głos przestrogi, a infantylny lub kretyński wpis osób chcących oglądać spektakl okraszony śmiercią. Tak nie wolno!
Ten i ów polityk z bożej łaski, nie mogąc inaczej zwrócić na siebie uwagi w wywiadzie, także  przestrzega przed możliwym rozlewem krwi. Dodaje powagi swoim wypowiedziom?

Przestrzega?!  

Mam zupełnie inne wrażenie !

Nie przestrzega, a marzy o tym żeby ktoś, ktokolwiek kogoś zabił. Najlepiej żeby doszło do jakichś masowych walk ulicznych. I chyba nieważne o co, byleby się działo. Tak chyba myślał nikczemny Stroński pisząc swój żałosny manifest - "Trzeba usunąć tę zawadę". Przypomnijcie sobie, że szczerze lub nie żałował swoich słów dopiero kiedy było już za późno.
Mamy jakąś kretyńską skłonność do wielbienia męczeńskiej śmierci w imię ideałów. Ofiary, która ma być wartością samą w sobie. Każde kolejne pokolenie chce mieć swojego "Janka Wiśniewskiego" (śp. Zbigniew Godlewski) niesionego na drzwiach. Oczywiście nikt nie chce być niesionym, a załapać się do grona niosących. Jeszcze lepiej bo bezpieczniej, dopisać się do nich post factum.

Ludzie!!! Czy naprawdę swój byt krótki na tym świecie chcemy uwiecznić ofiarą czyjegoś życia, bo inaczej nie umiemy?
A może jesteśmy skrajnie cyniczni i zdając sobie sprawę, że takie drastyczne sytuacje nam jeszcze w tej chwili nie grożą, w tani nikczemny sposób swoje małe awantury próbujemy nobilitować? Jeśli krwawe starcia staną się realną groźbą, nie zatrzymamy ich. To nie film.
Uważam taką retorykę za kurewstwo nie mające żadnego usprawiedliwienia! Kiedy w XVIII wieku utraciliśmy Polskę, walka była prawie zawsze koniecznością. Często chaotyczną, nieprzygotowaną, może nawet czasem głupią. Ale dziś jeśli głupio bawimy się w wojnę we własnym gronie jesteśmy niegodni Tych, którzy ginęli w imię prawdziwej walki o wolność.
Nawet słowna zabawa prowokująca do przemocy i zabijania jest najgorszym łajdactwem!!!
Nie godzę się na to.  Każdy skurwysyn przyrównujący nasze dzisiejsze śmieszne awantury do prawdziwych walk gdzie stawką było życie nie ma usprawiedliwienia. A jeśli nie wie co mówi? Tym bardziej jest winny.

Symetryczne rączki

Jeśli wchodzimy w grę którą jest polityka, musimy coś ważnego opanować. Technikę przekazu, oddziaływania na masy. Paradoksalnie wartość merytoryczna jest punktem DRUGIM naszego zadania.
Brak podstawowych umiejętności z zakresu wizerunku świadczy o tym, że do przewodzenia innym się nie nadajemy.
Patrzę na B.Szydło czy A.Dudę i ich mowę ciała. Liczne szczegóły przekonują mnie, że trenera mieli: tego samego,
                    taniego 
                                i szkolenie trwało chyba jedno popołudnie. 
Najbardziej rzucają się w oczy gesty rąk. Zapamiętali dobrze że bezładna gestykulacja zagłuszy każde wypowiadane słowa. Ruchy muszą być skoordynowane. No i są! Tylko niezmiennie powtarzany gest symetrycznych ruchów budzi śmiech bo kojarzy się z lalką poruszaną sznureczkami. Nomen omen marionetką.

A co mnie dziwi?

Dziwi mnie taniec chochoła. My czyli masa o coraz mniejszej świadomości i kontakcie z rzeczywistością nabijamy się z czegoś co śmiesznym jest tylko na pozór.
Bawi nas sytuacja kiedy od kilkunastu miesięcy nie mamy ministra spraw zagranicznych, a jego miejsce zajmuje jakiś człowiek będący ilustracją sentencji :
"Powaga jest często jedynym schronieniem ludzi głupich".
Jego niefortunne wypowiedzi i gafy spowodowały, że określenie "polska dyplomacja" to dziś oksymoron. Ale jaka jest nasza reakcja? Śmiejemy się z niego nie myśląc o szkodach które on i jemu podobni czynią. Czy naprawdę bawi nas taki dyplomatołek?! Jakaś niespełniona artystyczna dusza nagrała pioseneczkę o San Escobar. Także pustak, ale śpiewa i gada zgodnie z naszą myślą. To coś znaczy? NIC !!!  Czy w zamian za to, że mamy wątpliwej jakości ubaw, mamy prawo machnąć ręką na szkody które trudno zbagatelizować?
Zaś oqrvieniec o stalowych oczach póki był tylko papieżem religii smoleńskiej kompromitował nas i ośmieszał jako ludzi, którzy z łatwością wierzą w bajki i uwielbiają gusła. Teraz zajmuje stanowisko, na którym powinniśmy mieć ministra obrony narodowej. Coraz bardziej pasuje do niego tytuł Minister Wojny. Rosja musiałaby wydać miliony na destabilizację naszej armii, a tu jeden wariat rozbija ją ... za darmo. A co najdziwniejsze, dzieje się to przy poparciu ogromnej części moich współobywateli. Ale to także traktujemy lekko i skupiamy się na nieistotnym incydencie w postaci wypadku na autostradzie.
Jechał z jednej błazeńskiej imprezy na drugą. Fakt. Bez powodu kolumna rządowa przekroczyła granice ryzyka i doszło do wypadku z narażeniem życia osób postronnych. Też fakt. Gdyby zamiast Antoniego Śmigłego-Rydzyka  jechał jakiś prawdziwy polityk to i tak wina leży po stronie BORu!. To był brak umiejętności i odpowiedzialności. Nadużycie przywilejów i beztroska. Z pewnością incydent oburzający, ale roztrząsanie go przysłania nam całość szkodliwych działań "ministra" i jego chłopczyków.

Ten miłośnik młodych asystentów niszczy resort, którym zawładnął za NASZYM przyzwoleniem w istotnych i kluczowych punktach. Istotne jest przemeblowywanie wojska wyłącznie dla zabawy i opowiadania o wielkiej "odbudowie" armii. Jedyną reakcją korpusu oficerskiego jest odejście kolejnych generałów ze służby. Cóż mogą zrobić innego? Patrzeć bezsilnie jak oficer Wojska Polskiego w galowym mundurze trzyma różowy parasol nad Misiewiczem.


Alternatywa ...

Alternatywą jest coraz mniej sensowne nawoływanie o zjednoczenie się opozycji wokół  ...
           Kogoś? 
                                      Czegoś? 
Moja pisanina w to nawoływanie także się żałośnie wpisuje. Ale to już, lub na razie (optymistycznie) jest tylko bezradnym zawodzeniem i krzykiem bezsilnej wściekłości.
Mamy Platformę Obywatelską, której po odejściu Donalda Tuska przewodziła Ewa Kopacz. Robiła co mogła ale wystarczyło to jedynie na ostatnie miesiące przed wyborami. Na utrzymanie jakiego takiego ładu i pozoru ciągłości. Nie oskarżam. Działała jak umiała. Dziś Grzegorz Schetyna być może umie panować nad partią wewnątrz. Ale partia ta nie ma już znaczenia i żadnego wpływu na bieg wydarzeń. A sam Grzegorz Schetyna nie jest osobowością mogącą zainteresować masy.
PSL zawsze "podziwiałem" za umiejętność gry. Bo trudno za cokolwiek innego. Zawsze byli koalicjantem wiodącej partii. Jakakolwiek by ona była. Dziś PiS nie potrzebuje PSL. A partia ta, sama z siebie żadnej siły nie generuje.
"Nowoczesna" jest nowoczesną tylko z nazwy. Udowodnił już Janusz Palikot, że przy tak niewyedukowanym elektoracie jak my, można stworzyć partię w kilka miesięcy i załapać się na próg wyborczy. Tyle tylko, że na jeden raz. O mało co ten sam mechanizm dałby sukces partii "Razem".
I tyle alternatyw partyjnych 😥
Pozapartyjny zostaje jedynie KOD. Ruch jak już powiedziałem bezpostaciowy. Gromadzi wielu inteligentnych czasem mądrych ale bezradnych ludzi. Maszerujących w poczuciu misji. W dobrym tego słowa znaczeniu. Coraz bardziej jednak jest to manifestacja rozpaczliwej bezradności. Ruch bez liderów i bez jakiegokolwiek kierunku jest jedynie sceną dla różnorakich gwiazdek, które chcą się pojawić w mediach.

Sześciu króli

Ryszard Petru nie jest niewykształconym głupcem. Ma wiedzę z dziedziny finansów i ekonomii. Natomiast nie ma nawet odrobiny cech przywódczych i pewną fatalną w polityce skazę. Nie nadaje się do występów publicznych. Gdyby był człowiekiem bystrym to próbowałby się uczyć. Strzela gafę za gafą, a zaplecza które by je niwelowało jakoś nie widać. Albo ma głupkowatych specjalistów od PR albo ich nie słucha.
Nie oburza mnie "moralny" aspekt jego sylwestrowej wycieczki z v-ce przewodniczącą partii. Ich sprawa, ich wybór. Natomiast śmieszy mnie to. Taka wycieczka to coś na co skusić może się każdy z nas i może chciałby. Ale jeśli Petru nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji medialnych czy politycznych takiej eskapady to jest dzieciakiem. Jest śmieszny. Choć przyznam, że jeszcze bardziej śmieszą mnie ci, którzy podnoszą ów aspekt moralny. Podstarzali niespełnieni podrywacze, masturbanci fałszywej kultury itp. Też by chcieli tylko nie mogą lub nie wiedzą jak.
Skandalem jest, że człowiek próbujący od kilkunastu miesięcy wykreować się na jednego z liderów opozycji popełnia tak kardynalny błąd wizerunkowy. Przy tym wygłupie jego wypowiedź o "sześciu królach" i parę innych głupstw to drobiazgi.

Jak można dopuścić do tego, że masowy ruch KODu o pewnym potencjale maszeruje... donikąd ?

Mateusz Kijowski został moim zdaniem wytypowany na lidera, przez ludzi ABSOLUTNIE nieprofesjonalnych. Nie wiem, może zbyt surowo ich oceniam. Może nie mieli czasu. A może... nie mieli wyboru? A to już bardzo źle.
Jak można dać tak prosty argument do skompromitowania M.Kijowskiego?
Wystawianie faktur w sposób tak głupi, że może je ujawnić ktokolwiek świadczy o ogromnej amatorszczyźnie.
Były możliwe dwa sposoby postępowania:
- obwieszczenie "na każdym słupie" że Kijowski będzie pobierał określona kwotę za zarządzanie KODem. I tu nie byłoby żadnych podtekstów
- wyprowadzanie tych samych kwot w sposób którego nie dałoby się odkryć. Niemoralne? Bez znaczenia.
Wybrano wariant trzeci. Moim zdaniem kompromitujący. Bo pokazujący nieudolność.
A gdybym chciał być bardzo wredny (a jestem), to tak nieskładne i żałosne działanie opozycji można postrzegać jako przewrotne wspieranie PiSu.


A na co możemy liczyć? Niektórzy z nas pamiętają marzenia o powrocie gen. Andersa na białym koniu który miał wskrzesić Polskę. Nie wrócił, nie wskrzesił. 
Dziś sytuacja jest inna. Nie sowiecka okupacja tę Polskę nam odbiera. Grzebiemy ją sami. To co z Polski zostanie, weźmie sobie Rosja. A świat po Niej nie zapłacze.



  


 

12 grudnia 2016

"Anatomia upadku"

Zbieżność tytułów przypadkowa. Inne zbieżności ocenicie sami.
W 1683 roku pod Wiedniem i Parkanami doszło do starcia które decydowało o losie Europy. Polska armia ze swoja wspaniałą husarią odegrała w tych bitwach rolę kluczową. Sto lat później Polska zniknęła z mapy świata. 
Dlaczego taka potęga upadła!? Zastanawiają się fachowcy i amatorzy. Przy czym ci pierwsi mając dużą wiedzę mają wprost proporcjonalny do niej zbiór wątpliwości. Amatorzy, tych wątpliwości nie mają. Oni "wiedzą". Może ta nasza ułomność jest cząstką tychże przyczyn?

Mądra i nowoczesna konstrukcja państwa

Od powszechnie uznawanego za budowniczego silnej Polski Kazimierza III Wielkiego, a może jeszcze wcześniej, państwowość polska rozwijała się dynamicznie. Choć były wzloty i upadki, to tworzyły się trwałe, sprawne i wydajne struktury. Ukształtowała się społeczność ze swoimi elitami ekonomicznymi, politycznymi, kulturalnymi. Bez zahamowań czerpaliśmy z różnych kultur to co sprawdzone i pomocne w rozwoju. 
Unia z Litwą może być do dziś wzorem nowoczesnego stosownie do swoich czasów myślenia politycznego. A warto pamiętać, że rzadki to przypadek gdzie słabszy partner takiego mariażu zyskuje nie mniej niż ten silniejszy. 
Polska była państwem, które przyjmowało pod swoją opiekę innowierców prześladowanych w swoich ojczyznach. Przybysze z różnych krajów swobodnie zasiedlali polskie miasta. Jeśli przyjmowali obowiązujące w naszym kraju zasady współżycia, stawali się pełnoprawnymi jej obywatelami. Niektórzy z nich i ich potomkowie dali ważny wkład w rozwój swojej nowej ojczyzny.
Polskę, która była potęgą ówczesnego świata, bardzo osłabiły wojny wieku XVII. Choć wybrnęliśmy z nich to strat nie dało się (?) już odrobić. Wchodziliśmy w wiek XVIII słabi ekonomicznie, politycznie, kulturowo, a Wojna Północna wykazała, że nasz potencjał militarny jest zerowy. Sąsiedzi w tym samym czasie rośli w siłę. Rósł też ich apetyt. 
My chyba bardzo byliśmy zapatrzeni w swoją doskonałość. Nie dostrzegaliśmy wagi zmian w otaczającym nas świecie. System, sprawdzający się w wiekach poprzednich, w wieku XVII był już nieprzystający do kierunków rozwoju i zmian. I tak...

... przygasł blask

Wewnętrzne tarcia i przestarzały system powodowały, że słabliśmy coraz bardziej. Ostatnim rozbłyskiem minionej już potęgi była Odsiecz Wiedeńska. Bez przesady można powiedzieć, że podziwiała nas za nią cała Europa. Podziwiała co nie znaczy, że była wdzięczna. Bo jak wdzięczność ludzka to rzecz niezwykle rzadka, tak pojęcie wdzięczności w polityce nie ma w ogóle miejsca.
W prasie europejskiej wieści z Polski lokowane były na pierwszych stronach, obok wieści z Francji czy Austrii. Ale już w połowie XVIII w. zeszły na plan dalszy. Gdzieś między artykuły o Turcji i Persji.

Sejm ostatniej szansy ?

Władcy Europy zdawali sobie sprawę z rosnącej potęgi Rosji. I zdawali sobie także sprawę z tego że Rosji ucywilizować się nie da. Jeśli będzie silna, będzie niosła światu tylko chaos i zniszczenie. W 1719 roku zawiązano koalicję, która miała na zawsze zepchnąć to zagrożenie gdzieś w przestrzeń między Europą a Azją. Koalicje tworzyć miała Austria, Saksonia i Księstwo Hannoveru będące w unii personalnej z Anglią. Rosja w tym czasie toczyła jeszcze wojnę ze Szwecją, która miała zakończyć się w 1721 roku. Zatem moment chyba dobry?
August II podpisał w Wiedniu traktat. Ale przystąpienie Polski do koalicji miał zatwierdzić sejm 1720 roku. Nie brakowało wśród posłów ludzi świadomych zagrożenia i jednocześnie szansy na jego zażegnanie dzięki Traktatowi Wiedeńskiemu. Nie byli jednak wystarczająco zjednoczeni? Zdecydowani? Nie wiem tego. Faktem jest, że do przymierza nie przystąpiliśmy. 
Pewnie niemała tu rola opłacanych przez Rosję i Prusy wpływowych magnatów i podrzędnych sejmowych krzykaczy. Niebłahe także znaczenie miała osobliwie pojmowana "wolność". Jej zwolennikom nie podobało się żadne podporządkowanie jakimkolwiek koalicjom czy układom. Wszak zgodnie z wciąż obecnym powszechnym przekonaniem, byliśmy najsilniejsi, najmądrzejsi i ze wszystkimi mogliśmy sobie poradzić sami. Aż nadszedł dzień kiedy pozostaliśmy jedynymi którzy w to wierzyli...

Czy w XVIII wieku istniała opinia publiczna ?!

Tak, istniała i to już od jakiegoś czasu. Gdyby tak nie było, kto decydowałby się na wydawanie wielkich pieniędzy na gazety i periodyki już od połowy wieku XVII ? Oczywiście kreatorami tej opinii był nikły procent populacji inspirowany czy manipulowany garstką głosicieli myśli słusznych i niesłusznych. Mądrych i głupich. Decydujące jednak czy nośnych. Tak jak dziś, tyle że te grupy którymi zawładnąć trzeba było, to wówczas kilka procent populacji, a dziś kilkadziesiąt. Co do jakości intelektualnej? Różnice niech każdy oceni sam.
Ta opinia stawała się nam nieprzychylna.
Myśli i prądy zbliżającej się epoki nazywanej może nieco na wyrost "Oświeceniem" były bardzo chętnie w Europie przyjmowane. Niekoniecznie dlatego, że wszystkie były mądre bo nie były. Miały natomiast uwodzicielski posmak nowości. To zawsze kusi. Wystarczy dobrze opakować. 
Do Polski nowe trendy trafiały i znajdywały sporo zrozumienia, ale entuzjazm u nielicznych. Co gorsza był to ruch jednostronny. Polska w tej dyskusji o przemianach nie była uczestnikiem czynnym. Nie budowaliśmy swojego wizerunku z wystarczającym zaangażowaniem. Natomiast ten wizerunek budowali inni.
Wolter (Voltair) 1694-1778
Monteskiusz, który Polski nie znał, powielał pewne nieprzychylne nam stereotypy. 
Wolter, który tworzył lub popularyzował dość niespójny zbiór nowych myśli, stał się duchowym przewodnikiem prądów filozoficznych i społecznych często o rozbieżnych dążeniach. Trochę zabawne, ale przysparzało mu to popularności. Zyskał autorytet wśród wielu i zainteresowanie możnych współczesnego świata. Wychwalając tzw. "oświecone imperia" Fryderyka i Katarzyny odnalazł sposób na całkiem niezłe i regularne dochody. Jako przeciwieństwo gloryfikowanych monarchii wskazywał łatwy przykład zapóźnionej, nieporadnej Polski. Może i nie czuł do Polski jakiejś naturalnej wrogości, ale zły wizerunek Rzeczypospolitej pasował mu do układanki.
Rousseau choć wielki miał do Polski sentyment, sposobem pojmowania świata bliższy pewnie był chyba Romantyzmowi niż Oświeceniu. Wychwalał nas często za nasze ułomności widząc w nich... piękno duszy polskiej?.
Mieliśmy oczywiście próby naszego udziału w dyskusji i kreowaniu własnego wizerunku, ale zbyt słabe jak np. rozprawy Husarzewskiego, zbyt późne - Leszczyński. Były to działania nieskoordynowane na które zabrakło może determinacji, może przemyślanej strategii. Z całą pewnością zaś pieniędzy !!! Pozyskany przez emisariusza Konfederacji Barskiej G.Mably jako głos propagandy to także pojedyncze narzędzie nie mogące się przebić.
Był i gol samobójczy. "Dwa miecze..." (cały tytuł nie do zapamiętania) ks.J.Załuskiego to próba zabrania głosu w dyskusji przy użyciu retoryki i sposobu myślenia całkowicie odrzucanego przez wiodące wówczas nurty. Argumentacja zaś opierała się na wartościach także już uznanych za skompromitowane lub w najlepszym razie nieaktualne. Nie tylko rozprawa ta nie pomogła nam w uzyskaniu poważania, a była wielokrotnie wykorzystywana jako dowód polskiego zacofania.

Polska ? ... Coś z tym kłopotem trzeba zrobić !

Brak polskiego mocnego i popartego logiką głosu decydował o naszej słabnącej pozycji w "lidze". Co gorsza, naszym przeciwnikom czy wręcz wrogom, dawaliśmy do ręki gotowe argumenty.
System społeczny i poddaństwo chłopów były przez świat niemożliwe do zaakceptowania. I nieważne czy chłop pańszczyźniany był w rzeczywistości w gorszym położeniu niż włościanie w innych państwach oświeceniowej Europy. Liczył się wizerunek i przekonanie oceniających nas.
Nasza tolerancja dla innowierców i przybyszów z innych krajów, z której słusznie jesteśmy dumni, w wieku XVIII ustąpiła ksenofobii. Katolicyzm, z przyczyn których koziołkowy rozum nie ogarnia, przekształcił się w kult symboli i zabobon. Barwny, z piękną oprawą, ale bezmyślny. I tu także nieważne jest, że wśród głęboko wierzących byli ludzie tolerancyjni, otwarci na dyskusje. Liczy się powierzchowny wizerunek. Bardzo nas kompromitujący.
Tuż po wspomnianym Traktacie Wiedeńskim Prusy z Rosją zawarły układ zgodnie z którym oba mocarstwa dbały o to żeby Rzeczpospolita nie otrząsnęła się z zamętu i wewnętrznych awantur. Nie trzeba było do tego nawet wojny. Wystarczyło pozwolić nam się gryźć umiejętnie dolewając oliwy do ognia.
Kłopot Europy w postaci kraju słabego, nieprzewidywalnego nie nadającego się do jakiejkolwiek trwałej współpracy rozwiązano ... 
Od lat 20-tych XVIII w. Polska była de facto podległa Rosji wspieranej przez Prusy. A gdy nadszedł czas Rosja zagarnęła nasze terytorium dając Prusom smaczny kąsek, a i Austrii dostał się niezły kawałek. Powoli w trzech rozbiorach usunięto "kłopot". Skoro nie chcieliśmy iść z cywilizacją dając odpór Rosji, to nakarmiono nami bestię. Zaspokoiło to ją na czas jakiś przy przyzwoleniu a może i uldze świata.
W ostatnim wysiłku stworzyliśmy nawet konstytucję najnowocześniejszą na świecie. Tylko, że to taka esprit de l'escalier. W obronie tejże konstytucji stoczyliśmy nawet wojnę. Dziś rocznicę jej uchwalenia świętujemy każdego 3 maja.

Świętujemy bo możemy

Własnym uporem spowodowaliśmy, że ci którzy nas pożarli nie dali rady nas strawić. Zawirowania historii udało się wykorzystać i na 20 lat w antrakcie Wojen Światowych państwo odzyskaliśmy. Akt drugi krwawego dramatu, znany jako II Wojna Światowa znów rzucił nas w łapy Rosji na przeszło pół wieku.
Jednak teraz odzyskawszy własne państwo oddajemy mnóstwo wysiłku na harce. Przyglądając się naszej rzeczywistości zastanawiam się i dlatego przypominam sobie ciąg zdarzeń sprzed 300 lat...
Upiór w postaci Rosji nadal żyje i nie zmienił się w swoich głównych cechach. My awanturujemy się i żremy między sobą już właściwie o wszystko albo może właściwie o nic. Od Europy oczekujemy podziwu dla swoich zasług rzeczywistych i wydumanych. Chcielibyśmy być rozgrywającym w polityce, ale mamy na to "sposoby" budzące odrazę u innych, a w najlepszym razie śmiech politowania. Śni nam się znów Międzymorze. W trudnych sytuacjach stajemy okoniem i znów stajemy się KŁOPOTEM Europy.  
Ku uciesze Rosji !!!
Naprawdę chcemy jeszcze raz sprawdzić co z tym kłopotem świat zrobi ?!