21 listopada 2022

Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Warsz... NIE!!! WUJEK KRZYSIEK. Tak ma być!

To początek notatki w Wikipedii:
Krzysztof Dominik Wrocławski (ur. 28 września 1937w Radomiu, zm. 23 czerwca 2022 w Warszawie) – polski slawista folklorysta, kulturoznawca, historyk literatury macedońskiej, serbskiej i chorwackiej. Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 1978–1981 dyrektor Instytutu Filologii Słowiańskiej

A któż to taki był, ten Krzysztof Dominik Wrocławski?


Dla mnie, Wujkiem Krzyśkiem.
Był stryjecznym bratem mojej Mamy. Mieszkaliśmy w Warszawie. Kontakty nie były częste, ale serdeczne. Takie normalne, rodzinne, bez sztucznego przesłodzenia. 
Mgliste są moje wczesne wspomnienia. Jakaś wizyta u nas na Służewcu i spacer, chyba w kierunku Okęcia. Nasza wizyta na Solcu. Wysokie piętro i balkon z rurową balustradą. Zapamiętałem. Bo lęk mój był poważny. Jako dziecko "parterowe" nie byłem przyzwyczajony do wysokich pięter.
Moi Rodzice, prócz wielkiej sympatii, mieli dla Wujka Krzysztofa szacunek i respekt. Wykształcenie i wiedza. Chętnie się nią dzielił. I nigdy nie dawał nikomu odczuć swojej wyższości. A zamiast tego mnóstwo serdeczności.
Tyle z mojego dzieciństwa od 0 do 14 lat (mniej więcej).

 

Ciocia Lidka (rocznik 1909)


Mama Wujka Krzyśka. Po śmierci swojego męża, przeniosła się z Radomia do Warszawy. I właśnie u swojego syna Krzysztofa spędziła resztę życia. Z zawodu nauczycielka, z pasji i zdolności malarka. I tu moje wspomnienie.
Po śmierci męża w 1972 likwidowała mieszkanie w Radomiu. Mój Tata jako posiadacz znakomitego pojazdu Warszawa, (choć "garbuska" to z silnikiem górnozaworowym!), pomagał wraz z moją Mamą w transporcie do Warszawy dóbr różnistych. Ciocia Lidka dała mi wtedy ciekawy podręcznik do nauki rysunku. Z opisanymi ćwiczeniami i wskazówkami. Ten podręcznik małemu chłopcu wskazał zawodową drogę: NIE PRÓBUJ RYSOWAĆ!!!
Do czasu kiedy mieszkałem z rodzicami, czyli do roku 1979, byłem świadkiem regularnych wizyt Cioci Lidki, u nas na Sadybie. Siadali sobie z moim Tatą przy stole, pili kawę i dyskutowali na tematy wszelakie. Przysłuchiwałem się pilnie, ale nic nie pamiętam, czego bardzo żałuję.
Choć... coś utkwiło mi w pamięci. Tata palił sporo, ale ciocia Lidka przebijała go miażdżąco w tej może niechlubnej konkurencji. Na dodatek paliła Extramocne, które chyba z węgla były. Mama stawiała im dwie popielniczki i często wymieniała. Zawsze było 2:1 dla Cioci.
Była elegancką, energiczną damą. Tak ją pamiętam.

 

Rok 1984...


Nie. Nie ten Orwella.
Mieszkałem na stancji u cioci Maryni, kiedy uczęszczałem do TBO Conradinum. W lipcu 1984 zdawałem na studia. I wtedy właśnie przyjechał na kilka dni Wujek Krzysztof z Małgosią i Emilką. Dnie spędzali na wycieczkach, ja na pilnej nauce (słowo!). Wieczorami siadaliśmy do stołu i przysłuchiwałem się gawędom cioci Maryni i wujka Krzysztofa. Właściwie jego opowieściom. Znał świat w zakresie nam niedostępnym. Miał wiedzę i wykształcenie, którymi nad nami górował. I miał umiejętność opowiadania w sposób przystępny dla każdego.
Były to fantastyczne wieczory.
Razu pewnego, ciocia zagadnęła:
- Krzysztof, byłeś niedawno na jakimś ciekawym zjeździe slawistów?
- Aaa... tak. Pierwszy dzień minął na powitaniach i były dwa dość nudne wykłady. Kiedy drugiego dnia po śniadaniu było także nudno, koleżanka zabrała mnie i dwóch innych kolegów nad piękne jezioro. Kupiliśmy wielką torbę czereśni i butelkę rakiji.  Wspaniały dzień!
Ciocia trochę się zawiodła. Inne było jej oczekiwanie. Całe życie (i słusznie) aspirowała do grupy inteligencji, a wciąż nie miała poczucia własnej wartości.
Wujek zaś nie miał skłonności do puszenia się swoimi osiągnięciami i wyczuwając klimat, zszedł na ścieżkę anegdot.
Kolejne i anegdotyczne opowiadanie to jego przygoda studenta geologii...

 

Jak pomylić zachód ze wschodem słońca

Byli na jakimś wakacyjnym obozie na Dolnym Śląsku. Odbył się Bal Geologa.
- Fajna impreza? - spytałem
- Świetna. Pierwszych nieprzytomnych, po dwóch godzinach wynoszono.
Los sprawił, że Wujek wczesnym rankiem po tej pijatyce musiał jako asystent jechać z jakąś panią doktor na pobranie skalnych próbek. Szczegółów nie pamiętam. Ale jechali pociągiem do jakiegoś miasteczka. Tam zarezerwowany hotel i następnego dnia o świcie koło 4tej następny pociąg.
Pierwszy etap z bólem przetrwali, dotarli do hotelu i ledwie przytomni umówili się na rano. Wujek padł na łóżko i.... zbudził się. Z obłędnym strachem zauważył, że dochodzi 4ta. Zebrał manatki, przebiegając załomotał w drzwi swojej "doktorki".
- Pani doktor, lecę po bilety, proszę się zbierać!!!
Odpowiedziało mu jakieś mamrotanie, którego nie zrozumiał. A chyba szkoda.
Biegł ulicami zdyszany, obarczony plecakiem i obowiązkowym czekanikiem. Trochę dziwiło go, to 4 RANO, słońce ledwo nad horyzontem, a ludzie spacerują sobie niespiesznie po ulicach. Wpadł na stację i przed kasowym okienkiem wycharczał prośbę o dwa bilety.
- Proszę pana pociąg jest 04:10.
- No właśnie!!! 
Była 16ta...

 

Kefir

Wujek starał się rozładować mój przedegzaminowy stres. Pomagał mi w testach przygotowawczych z angielskiego, ale również zwyczajnie poświęcał też swój czas na zwykłe rozmowy. Nie tylko to utkwiło mi w pamięci, że mówił mi mądre rzeczy. Zapamiętałem, że mówił w sposób przystępny dla 20latka, doskonale rozumiejąc, że moja percepcja jest ograniczona.
Wreszcie przebrnąłem egzaminy. Nie mam się czym chwalić. Trema zeżarła mnie i udało się tylko dzięki małej ilości kandydatów. Było mniej niż 2 na jedno miejsce.
Ale jednak sukces. Zatem opić trzeba.
Impreza w Sopocie w domu Czarnego, mojego przyjaciela. 
Po imprezie około 6ej rano wsiadam w pociąg w Sopocie. Ekspres "Kaszub".  
Zgodnie z planem, we Wrzeszczu ciocia Marynia ma mi przekazać pod opiekę mojego wówczas 6letniego kuzyna Karola, który jedzie do swojej babci do Warszawy.
Mimo ciężkiego stanu, na stacji Gdańsk Wrzeszcz wychylam się z okna...
Są!!!
Ciocia z Karolem i ... Wujek Krzysiek. Nigdy nie pojmę czemu chciało mu się wstać o tak okropnej godzinie. Podszedł do okna i podał mi kubek kefiru.
- Weź. To pomoże.
Wujku, to śmieszne dziś, ale zapamiętam i też jest to cząstka moich wspomnień. Kogoś to oburza?

 

Zjazdy rodziny Wrocławskich

Ostatnie nasze spotkania to zjazdy rodziny Wrocławskich 2004 i 2005. Imprezy wspaniałe, warte odrębnego wspomnienia. 
Tam moja żona po raz pierwszy spotkała Wujka. Była nim oczarowana. I z wzajemnością! Dużo rozmawiali. Wujek poświęcił jej wiele uwagi, co poczytujemy sobie za zaszczyt. A może powinienem być zazdrosny?😉

 

Wujku,
za te wszystkie epizody mojego życia wiążące się z Tobą, jestem Ci wdzięczny.
Nie powiem: "Do zobaczenia", bo nadal nie wiem i wiedzieć nie będę. Nie wiem jak TAM jest i czy w ogóle jest. Ty już wiesz, a ja się dowiem.

 
Wszystkie wykorzystane tu zdjęcia otrzymałem od Elżbiety Wrocławskiej, Małgorzaty Kiljańskiej i Emilii Wrocławskiej-Warchala.

   

25 lipca 2021

Pokój 1014, "ITD" czyli o doj-Ż-ałości studentów.

Julio Kovalsky "Hildo" powiesił się w DS-8 "Koga" Politechniki Gdańskiej, w pokoju 1014. Tak zwyczajnie. Na sznurku zaczepionym do kratki wentylacyjnej. Znalazł go jego kolega, Serghio. Piątek 1 marca 1985 roku. Wczesne popołudnie.
Ponure czasy. Stan wojenny się skończył, ale codzienne kłopoty z najprostszymi rzeczami narastały. Przeczekać? Jak długo? Życie studenckie toczyło się w cieniu tej rzeczywistości. Jedni studiowali, żeby jakoś polepszyć swój start w życie zawodowe w PRL. Inni starali się zdobyć paszport i uciec z tego najweselszego baraku w obozie sowieckiej okupacji. Dla niektórych studia to ucieczka przed wojskiem. Choć ta grupa raczej wybierała studia łatwiejsze od politechnicznych. 
Obcokrajowcy studiujący u nas także nie byli w łatwym położeniu. Trudno im było niektóre mechanizmy zrozumieć i ułożyć sobie choćby tymczasową egzystencję.

 

Czy studenci podbijają statystykę samobójstw?

Nie wiem. Natomiast samobójstwa wśród nich się zdarzały i zdarzają. Z powodu oblanego egzaminu? To efektowne wyjaśnienie, ale wątpię. Młody samobójca to raczej ofiara skumulowanych niepowodzeń i niekorzystnych przypadków oraz cech własnej osobowości. Oraz? A może przede wszystkim ? A ten ostatni życiowy przypadek w jakimś pechowym ciągu jest impulsem do nieodwracalnej w skutkach decyzji. Natomiast w pamięci bliższych i dalszych znajomych zostaje powodem jedynym. I tak mamy samobójców z powodu zawiedzionej miłości, kłopotów finansowych czy klęski w jakiejś ważnej sferze życia. Taka "etykietka".
Na taki krok świadomie, w sposób przemyślany, chyba niewielu ludzi się decyduje. A jeśli, to raczej w wieku zdecydowanie późniejszym.
O samobójcach na naszej uczelni opowiadaliśmy sobie, ubarwiając rzeczywistość. Były to historie przekazywane przez kolejne roczniki. Każdy coś dodawał, żeby pokazać siebie jako lepiej poinformowanego. Czasem jeden wypadek był "rozmnażany". I tak ten sam nieszczęśnik stawał się bohaterem skoku np. ze Skrzydła B i ... kilku innych miejsc. Niektórzy srodzy wykładowcy mieli dopisanych samobójców, którzy skończyli ze sobą tuż po oblanym u nich egzaminie. I tu także często jeden nieszczęśnik był dopisany "na konto" egzaminu z matematyki, fizyki czy geometrii wykreślnej (zwanej "kreską").
Część tych historyjek było prawdziwych, część rozbudowanych o zmyślone szczegóły, a część całkowitą bajką. Bajki te krążyły latami z najróżniejszymi zmianami. Ze trzy tygodnie temu usłyszałem od absolwenta architektury z końca lat 90tych o samobójczym skoku. Ta historia opowiadana była już jako zdarzenie minione, kiedy ja zacząłem studia. On opowiedział ją w wersji naocznego świadka o koleżance... ze swojego roku.

A Hildo?

Wnuk polskich emigrantów. Urodził się 30 stycznia 1959 w Brazylii. W ramach programu stypendialnego przyjechał na studia do Polski. Szansa, ale i wyzwanie dużej miary. Pierwszy semestr przeszedł gładko i obiecująco. Później było coraz gorzej. Kłopoty z adaptacją, kłopoty językowe. Tęsknota za domem. Być może słabe przygotowanie wyniesione ze szkoły średniej.
Warunkowe rejestracje, urlopy zdrowotne, powtarzanie semestru. Pięć lat zajęło mu dojście do II roku.
Szans na ukończenie trudnych studiów na Wydz. Budowy Okrętów (wówczas Instytut Okrętowy) nie miał żadnych. 
Nie znałem go. Dopiero po jego samobójczej śmierci przypomniałem sobie, który to z 300 mieszkańców "Kogi" znanych mi z widzenia.
Nie wiedziałem też wcześniej o jego dziwnych zachowaniach. Stanach depresji i nadpobudliwości czy nawet agresji. W pewnym momencie po ataku szału trafił do szpitala psychiatrycznego na Srebrzysku. Wrócił po kilku miesiącach z zaświadczeniem o zdiagnozowanej chorobie, ale zdolności do dalszej nauki. Kilka miesięcy później powiesił się. 
I choć tragiczne to zdarzenie wstrząsnęło akademikiem, to dość prosto je sobie tłumaczyliśmy. Kilka miesięcy później mieliśmy następne samobójstwo. Andrzej B. powiesił się w budowanym dla niego domu. Nie znałem go. Student V roku (studia 6letnie). Jak później mówiono, przyczyną mogły być długoletnie napięcia w domu rodzinnym. Dla kolegów z roku jego samobójstwo było zaskoczeniem.
Ale na bazie plotek, domysłów i zmyśleń, ktoś "połączył kropki" i znalazł teorię wyjaśniającą te samobójstwa wskazując winnego...

Dziekan

Docent dr Witold Kurski był prodziekanem ds. studenckich od roku 1984.
Był uznanym autorytetem w dziedzinie wytrzymałości. Tak w zakresie skomplikowanej teorii jak i jej styku z praktyką inżynierską. Był też zapalonym szybownikiem i żeglarzem jachtowym. Każdy z nas na V semestrze musiał przejść u niego egzamin z Wytrzymałości Materiałów. Pisemny był trudny, ale dobrze prowadzone ćwiczenia przez Piskorskiego, Trębackiego czy także (sic!) Drewkę dawały szansę na jego przejście. Ustny u Kurskiego był już ruletą. 
Pytania: 
Gdzie jest 3ci moment?, Hook?!, Hak! (rozkład naprężeń w haku), przeszły do anegdot. Najbardziej lubię:
- Proszę siadać. Koło Mohra.
- Koło kogo?
- Przyjdzie pan na poprawkę.
Ci którzy wybrali specjalność Budowa Okrętów Morskich czyli "kadłuby", na VII semestrze zdawali też u doc. Kurskiego egzamin z Mechaniki Ustrojów Okrętowych. W uproszczeniu można to określić jako analizę wytrzymałości rusztów.
Z perspektywy lat widzę pewną zabawną dziś dla mnie prawidłowość. Zdawaliśmy po III semestrze egzamin z Mechaniki, nie bardzo ogarniając. Po kolejnych 2 semestrach Wytrzymałości, Mechanikę zrozumieliśmy. I dwa semestry MUO rozjaśniały nam z kolei zagadki Wytrzymałości. A MUO? Chyba tylko Wojciech Puch to w pełni opanował. Wiedza to tajemna.
Tak więc doc. Kurski był kojarzony z trudnym etapem studiów. Nie był lubiany.
Czy dlatego, że wykładał trudny przedmiot?
Dlatego, że kojarzył się z dość osobliwie przeprowadzanymi egzaminami?
Z pewnością także. Ale był mało kontaktowy, oderwany od rzeczywistości. Powierzchowność i sposób bycia miał także dość odpychające.
Zatem łatwo było plotki o okolicznościach samobójstw spleść z wizerunkiem "złego" dziekana. 
I tak pojawiła się ...

"Szlachetna" inicjatywa

Student to stworzenie trudne do opisania. Studenci jako grupa także, a na dodatek nieprzewidywalna. Ale o tym słów kilka na koniec będzie.
Nikt nigdy nie ustali kto rozpoczął, kto podrzucił myśl. I nie doszukujmy się jakichś spisków czy nawet zaplanowanej strategii. Powstała myśl stworzenia petycji. Petycja miała na celu skłonienie dziekana do dymisji. Jej fundamentem był brak umiejętności dziekana jako pedagoga. Jaskrawymi tego dowodami miały być dwa wyżej wspomniane samobójstwa. Zbierano podpisy. Jedni podpisywali z przekonaniem popartym bardzo już rozbudowaną i powszechnie znaną dramatyczną historią. Inni nie podpisywali. a to dlatego, że bali się konsekwencji lub z racji wątpliwości.
Nie pamiętam czy petycja formalnie zaistniała. Chyba nie. Ale pojawiła się i rozkręciła emocje.

Dziennikarka z ITD

Jedna z naszych koleżanek bardzo zaangażowała się w sprawę i zainteresowała nią młodą dziennikarkę ze studenckiego, ogólnopolskiego tygodnika. Sumiennie i uparcie Elżbieta Isakiewicz starała się zebrać informacje z rozmów tak ze studentami, jak i drugą stroną. Bo był to już konflikt dwóch stron jednoznacznie określonych. 
Młoda, pełna zapału dziewczyna biegała po wydziale z wielką płócienną torbą i magnetofonem. Redakcja ITD była jej pierwszą pracą i tam zdobywała szlify dziennikarza (dla pseudo feministek: DZIENNIKARKI). Dziś nic niezwykłego, ale wówczas to pierwsze próby dziennikarstwa śledczego. 
Owocem jej dociekań był artykuł, który miał wywołać wstrząs i nagłośnić sprzeciw gnębionych żaków. Sprzeciw wobec złym relacjom studentów z dziekanem. Nie wiem czy wtedy określenie mobbing istniało. Nie wiem także czy byłoby adekwatne.

"Piorun" chybił czy uderzył zbyt późno ?

Artykuł E.Isakiewicz "Stąd do wieczności" ukazał się w tygodniku ITD 16 lutego 1986 roku (nr 7/1293). Niemal rok po samobójstwie Hilda. Był dla nas ciekawostką, powodem do domysłów, kto kryje się pod zmienionymi imionami osób, których wypowiedzi są w nim cytowane. Ale emocje już opadły. Zajęci byliśmy kolejną sesją, własnym życiem.

 
Sam artykuł jest zbiorem urywanych wypowiedzi i celowo lub przypadkowo świetnie oddaje emocjonalną atmosferę wokół zdarzenia i rozwijającej się burzy. Chaos urywanych wypowiedzi studentów z którymi reporterka rozmawiała.
W artykule przewija się postać "Anki", która kreowana jest na kolejną potencjalną ofiarę "krwawego dziekana". W rzeczywistości była rozchwianą emocjonalnie dziewczyną o ponadprzeciętnej inteligencji, ale osobowości dziecka. W jak najlepszej wierze zbierała podpisy pod petycją i poprosiła dziennikarkę ITD o udział w sprawie. Miała wiele energii. Była lubiana. Studia skończyła.
W artykule są krótkimi zdaniami zasygnalizowane traumatyczne przeżycia studentów jakich doświadczali podczas rozmów z dziekanem. Jest i o zażywaniu relanium przed i po tych spotkaniach. Wspomniana "Anka" podobno nabawiła się za sprawą szykan nerwicy.
Najbardziej jednak drastycznym przykładem w artykule jest Hildo:
"Małgośka pyta czy pamiętają w jakim wyszedł Julio po jednej z rozmów z dziekanem. Trząsł się oblany potem, a panie w dziekanacie cuciły go kropelkami. Fakt"

Fakt ?!

Przyznać należy i oddać sprawiedliwość E. Isakiewicz, że w dalszej części artykułu wyraźnie przytacza wypowiedź doc. Kurskiego, który kategorycznie zaprzecza i twierdzi, że nie rozmawiał z nim nigdy.
Jednak wykreowane wydarzenie z kropelkami zafunkcjonowało. Ponury przekaz krążący wśród nas był jeszcze bardziej jaskrawy. Ta wizyta i rozmowa miała mieć miejsce kilka godzin przed samobójstwem Hilda. A to już przyznacie niemal horror.
Po kilku latach dopiero, kiedy nikt już o sprawie nie pamiętał dowiedziałem się, że faktycznie panie w dziekanacie podały krople czy tabletki uspokajające, kiedy Hildo przybiegł rozdygotany do dziekanatu. Ale... dziekana tego dnia po prostu nie było.
Tak nasze beztroskie plotkowanie i świadoma lub nie konfabulacja, obciążyły dziekana. Myślę, że napędem całej tej sztucznie wywołanej afery była nasza niechęć do W.Kurskiego i lęk przed trudnościami. Bardzo to nieładnie i czasem przypominam sobie tę historię. Dobrze, że nie było wtedy internetu. Dziś mielibyśmy setki wpisów i medialny lincz na dziekanie i nikt by się nawet nie próbował dowiedzieć ile prawdy jest w takiej sensacyjnej aferze.

"Ech... studenty, studenty"

Mówił płk. Zdzisław S. ze Studium Wojskowego P.G..
Jak już napisałem student to stworzenie trudne do opisania i sklasyfikowania.
Problem z tym stworzeniem jest złożony. Studenci to dzieci, które są przekonane, że są ludźmi dorosłymi. Zatem jak się z nimi obchodzić? 
Jak z dziećmi? Obraza. 
Jak z dorosłymi? Może być kłopot z porozumieniem.
Zatem traktować jak dorosłych, a otaczać opieką jak dzieci. Trudne. Karkołomne. Mało kto umie i ma cierpliwość. A na studiach nie ma na to warunków. Uczelnia nie jest wszak ochronką dla dojrzewających dzieci lat 19+.
Jest jeszcze prawidłowość dotycząca każdej dużej grupy ludzi. Pojedynczo często inteligentnych i wartościowych. Natomiast w dużej grupie zachowujemy się często tak jakby IQ najmniej inteligentnego zostało podzielone przez liczbę osób i taki "skorygowany" iloraz stał się ilorazem inteligencji każdego członka tejże grupy. To też wiem od... dziekana. Nie! Nie tego dziekana. To powiedział mi dziekan Ziółkowski, kilka lat później. Oburzyłem się wtedy strasznie, ale... po jakimś czasie zrozumiałem. To jedna z jego nauk pozazawodowych, za którą jestem mu wdzięczny.
Tak się zachowaliśmy właśnie. Wtedy w 1985 roku. I choć miałem niewiele oleju w głowie, to jednak jakaś chwila na refleksję mnie powstrzymała. Nie podpisałem petycji, która tak w formie jak i treści budziła nieufność. Jednak nadal trochę mi wstyd.
 
 

26 kwietnia 2021

OW Piecki. Rozmowa z "Lesiakiem" czyli zmierzch autorytetów.

Poznaliśmy się w lipcu 2006 roku na brydżowym spotkaniu "Sekty Fabiana", w Kazimierzu Dolnym. Ponieważ nie mam jakże modnej dziś, skłonności do mężczyzn, moja fascynacja Lesiakiem ma charakter wyłącznie intelektualny. 
Zawiedzeni?! A Lesiak i ja chyba nie.
Wiedza z tak wielu dziedzin, że zwraca to uwagę każdego, kto Lesiaka poznał. Umiejętność wypowiedzi, której mu zazdroszczę. I jeszcze najważniejsze. Wyważenie. Wie kiedy zakończyć wypowiedź stwierdzeniem: "Dalej wiedza moja nie sięga". I zawsze jest to w pół kroku przed rzeczywistym kresem wiedzy. Jak z płaszczem przedostatnim w piosence Młynarskiego. 

O.W. "Piecki" i rozmowa nad jeziorem

W przerwie między turniejami wdałem się w pogawędkę z Lesiakiem.
Rozmawialiśmy o zadziwiającej aktywności trolli internetowych. Facebook i Twitter były wówczas na początku rozwoju. Zatem ten zajadły i dokuczliwy jak wszy, podgatunek internautów, manifestował swoją obecność głównie w komentarzach notatek i artykułów na popularnych witrynach informacyjnych. Sama nienawiść do świata i ludzi. Składanie słów zdradzające marne opanowanie języka. Nie szanują niczyich dokonań, opinie specjalistów danej dziedziny mają za nic. Nawet Einsteina gotowi nazwać niedouczonym, nie wstydząc się śmieszności. Żadnych autorytetów. I absolutny brak określenia swoich przemyśleń na dany temat.

Skąd lub Z KĄD się biorą? Kim są? Dlaczego jest ich tak wielu? Czy kiedyś ich nie było?

Takie mi się nasuwały pytania. W swoim dość naiwnym, ale jak wówczas wydawało mi się logicznym rozumowaniu, wyobraziłem sobie, że to dzieci, które nudzą się podczas lekcji WueFu, z której są zwolnione i siedząc w pracowni komputerowej piszą bzdety. Leszek mnie w tej kwestii wyprowadził z błędu. 
To, że ktoś mówi lub pisze coś co wskazuje, że jest intelektualnie i komunikacyjnie na poziomie dziesięciolatka, nie wyklucza tego, że może mieć lat... 40. 
Lesiakowa teza zakłada także, że tej intelektualnej mierzwy i szlamu jest tyle samo co dawniej. Tyle, że dotąd nie mieliśmy z tego typu ludźmi nizin bezpośredniego kontaktu. Operowali gdzieś w swoich grupach. Bez możliwości zamanifestowania swoich "przemyśleń" na jakimkolwiek forum. Prócz ławki w obsranym przez psy i ludzi zakątku parku czy baru "Zulana".
Internet dał ten szeroki przekaz, a złudna anonimowość wypowiedzi w nim, wyzwoliła swobodę dotychczas niespotykaną. Bezkarność. Można powiedzieć wszystko. Zrównać się z tymi którym zazdrościmy. Wykrzyczeć swoje frustracje. Zapudrować kompleksy. I choć na chwilę uwierzyć, że nie ma żadnych autorytetów. Zatem? Nawet stać się autorytetem dla samego siebie. Absurdalne, ale możliwe.
A to właśnie autorytety przez całe życie wskazują nam drogę. Są jednak także presją. Jeśli są wyznacznikiem zadań, które sobie stawiamy to dopingują. Pomagają w rozwiązaniu i pokonaniu przeszkód. Często jednak jeśli nie umiemy tym zadaniom sprostać, wybieramy linię najmniejszego oporu, próbując je zdyskredytować. Głupie? Ale częste. I w jakichś momentach dotyczy to każdego chyba.

Na początku jest łatwo

Autorytetami są rodzice. Wszak zanim nauczymy się mówić i chodzić, obserwujemy, że znają receptę na wszystko. Wiedzą co zrobić kiedy jest zimno. Jak zasznurować buty. Potrafią wyczarować jedzenie, kiedy jeść się chce. Z zupełnie niewiadomego źródła mają wiedzę o tym, że w kontakcie jest prąd, który kopie, a żelazko parzy. Zwykle i tak paluchem swoim to sprawdzamy. I to może pierwszy akt działania małego kandydata na człowieka przeciw autorytetom.
Jak trochę podrośniemy, to zadajemy 120 pytań na godzinę, a mama i tata, zaciskając czasem zęby, cierpliwie na nie odpowiadają. Znają odpowiedź na pytanie z każdej dziedziny!
Ale nikt nigdy nie miał ojca ani matki, którzy byliby profesorami biologii, matematyki, chemii, astronomii, historii i filozofii oraz teologii i jeszcze kilkunastu dyscyplin nauki jednocześnie. Prawda?

Zatem czas do szkoły

W szkole jest PANI. Uczy czytać, pisać i rachować. Zwykle 7-8 latek zafascynowany jest kolejnymi porcjami wiedzy. Przy czym, nauczyciele na tym etapie naszego rozwoju, są jakimiś genialnymi tworami ponadludzkimi. Wydaje nam się także, że są integralnym elementem szkoły. Nie mają własnego życia. Po ostatnim dzwonku dematerializują się, aby pojawić się o 8ej rano następnego dnia.
Z czasem u młodego KANDYDATA na człowieka, pojawiają się wątpliwości. I to bardzo ważny moment próby dla jakości wychowania, nad którym pracują rodzice.

"Pani od biologii to wredna małpa!"

Z takim "odkrywczym" stwierdzeniem pewnego dnia wracamy do domu. Nawet jeśli to prawda, rodzice ustawiają nam ponownie azymut:
Może pani B. jest dość trudna, ale... 
Uczy cię biologii i na tym się zna! Skoro jest według ciebie wredna, to musisz uczyć się ile sił żeby przebrnąć. Jakim jest człowiekiem pani B. nie ma znaczenia dla twojej edukacji. To nauczyciel. Zatem w kwestii merytorycznej autorytet. Szkoła ma dawać wiedzę i po to tam chodzisz!
KONIEC. Dalszej dyskusji nie ma.

Ale Zenek Z. ma fajniejsze życie

To kolejna pokusa. Mama i tata mówią swoje, co jeszcze wiele znaczy, ale to ciągłe wymagania, którym coraz trudniej sprostać. I zaczynają uwierać. 
A Zenek? Dziewięć lat zajęło mu przejście siedmiu klas. Ale wieczorem siedzi w parku z kolegami. Pali papierosy "Orient", pije wino marki "Wino" i nikogo nie musi słuchać. Na dokładkę śmiało chwyta za kolano jedną z koleżanek, do której my nie mamy śmiałości nawet się odezwać. Za to śni nam się ona często i... Może Zenek to autorytet i dobry wzór do naśladowania?!
I tu rodzice nadal korygują. Tyle, że są jak operator latawca, który szybuje na coraz dłuższym sznurku. Korekta coraz trudniejsza, a im wyższy pułap tym wiatry i zawirowania coraz silniejsze. Z tej fascynacji Zenkiem, jeśli są cierpliwi i inteligentni, jeszcze nas jakoś wyprowadzą. Pokażą innych, którzy mają zainteresowania i umiejętności wyższej próby niż on. Wskażą jakiś atrakcyjny, wartościowy wzór. A jeśli mamy w domu normalne relacje i inteligentnych rodziców, to szybko zauważamy, że w zenkowym domu raczej patologia. Jeśli któryś element wychowania zawiedzie, wywracamy się na kolejnej zwrotnicy początkowego toru życia i z kandydata na człowieka stajemy się "czymś". Na przykład, ... kolejnym "Zenkiem". Szlamem i mierzwą o której rozmawialiśmy z Lesiakiem. (scroll up)
Te przykładowe bardzo proste dwie sytuacje z Zenkiem i panią od biologii, dotyczą wychowywania dzieci, które są dopiero kandydatami na ludzi. Rodzice, jeśli kochają i są odpowiedzialni za to co nomen omen zrobili, to dołożą wszelkich starań żeby ich dzieci stały się ludźmi. I to ludźmi wartościowymi i szczęśliwymi.
Coraz częściej jednak dzieci się hoduje, a nie wychowuje. Zamiast rodziców jest para reproduktorów, losowo wybranej jakości i dalszy los kandydata na człowieka zależy od najmowanych opiekunek i dziadków oraz szkoły, która w pojęciu coraz częstszym ma... wychowywać (!!!). Los takiego prefabrykatu człowieka jest już na starcie przesądzony. A wyjątki? Nie podważają moim zdaniem reguły.
Ale nie mam wykształcenia pozwalającego na wiarygodną ocenę skutków tej katastrofy, więc nie będę wątku rozwijał.
Nawet jeśli według "staromodnego" modelu, dom wychowuje, a szkoła daje edukację to w końcu...

"Latawiec" zaczyna latać sam

Przychodzi moment kiedy dalsze kierowanie naszym życiem przez rodziców jest niemożliwe, a próby czynione w tym kierunku szkodzą. Z kapitałem ich wskazówek i choć skromnym, to jednak bagażem własnych doświadczeń, decydujemy i wybieramy samodzielnie. Jeśli mamy szczęście, takie jak na przykład ja miałem, to nadal mamy wsparcie rodziców. Nie są już trenerami czy mentorami, ale szczerymi kibicami. Doradcami o wielkim zaufaniu. To bardzo uskrzydla. Znajdujemy kolejne autorytety. W różnych sferach życia i wiedzy inne. Wiemy już, że nie znajdziemy guru, który wie wszystko o wszystkim. A im bardziej poznajemy bezmiar świata tym więcej mamy niepewności. Coraz więcej pytań.
Wybieramy autorytety w tej dziedzinie nauki, która z racji wybranego zawodu nas interesuje. Może być to wykładowca lub ktoś kto w danej dziedzinie osiągnął wiele. Mimo, że możemy nie znać go osobiście. Ba! Może być to ktoś kto przez świat ten przemknął wiele lat przed naszymi narodzinami. Zostawił jednak po sobie imponujący dorobek i osiągnięcia, które pomagają następnym pokoleniom.
Jeżeli mamy jakieś pozazawodowe zainteresowania to też potrzebujemy w tej dziedzinie autorytetu. On nam wskazuje do czego w danej dyscyplinie dążyć i jak się doskonalić. Jakich ograniczeń przestrzegać. Gdzie szukać nowych doświadczeń. 
Jeśli pasjonujemy się na przykład żeglarstwem i przeczytamy w książce Mateusza Kuśnierewicza, że nie należy zbyt często zmieniać halsu w danych warunkach, to słusznym jest przyjąć to za pewnik, a nie merdać łódką dziwiąc się czemu przegrywamy.
Tak korzystamy z autorytetów. Ale czasem ...

... je zmieniamy

I to też jest w porządku. Uczymy się z życia, z książek, słuchając ludzi. I nierzadko stwierdzamy, że ktoś kto jest naszym autorytetem w jakiejś dziedzinie poszedł w innym kierunku niż ten, który nas najbardziej interesuje. Taka zmiana raczej nie dotyczy matematyki, fizyki i wszelkich dziedzin ścisłych. ale już w architekturze? To dziedzina wymagająca opanowania nauk ścisłych, ale i wolnej myśli, natchnienia. Takim natchnieniem może być autorytet powszechnie uznany jak Gaudi, ale i inżynier Karpieliński, który zaprojektował funkcjonalne i finezyjne budowle użytkowe. Nagle jednak poznajemy dzieła kogoś innego i one zaczynają nas inspirować. Nie przekreśla to ani naszych dotychczasowych dążeń i ścieżki rozwoju, ani też wartości autorytetów dotychczasowych. To po prostu nasz zwrot.
Zdarza się też, że ktoś kogo uznajemy za autorytet, oceniając według swoich zdolności analizy, zawodzi nas. Czy to jakimś czynem, czy sprzeniewierzeniem się idei lub zasadzie za którą go podziwialiśmy. To wielkie słowa, ale chodzi mi także o małe sprawy i autorytety także w dziedzinach drobnych pobocznych. W takiej sytuacji podążanie za "idolem" byłoby nierozsądne. Ten zawód jaki nam sprawił przyjmujemy jako gorzką naukę i idziemy dalej. Boli trochę, czasem bardzo. Zależy jak ważnej sfery dotyczył podziw i zawód.
Źle się dzieje jedynie wtedy gdy wybieramy model działania nazwany przeze mnie

"Drabiną Englerta"

Świetny to aktor, kiedyś idol pań w wieku dowolnym. A i chłopców. Kiedy "Zygmunt" stracił oko, płakałem. 
Zauważyłem, kilkanaście lat temu, że także człowiek o ciekawych przemyśleniach i inteligencji, która nawet najznakomitszym aktorom nie musi towarzyszyć. Holoubek uważał, że nawet przeszkadza.
W jednym z wywiadów sprzed roku może, opowiadał o drodze zawodowej aktora.
To świetny przykład. Bo tu autorytet dla każdego adepta sztuki scenicznej jest nieodzowny. Przedstawił to Jan Englert jako drabinę. Stoimy na dole i na szczycie drabiny siedzi sobie nasz autorytet. Mistrz. Z wielkim wysiłkiem wyciągając ręce sięgamy jego stóp. Ale pracą, talentem i szczęściem wspinamy się. Nielicznym po latach udaje się wejść po kolejnych szczeblach drabiny i spojrzeć mistrzowi w oczy. Osiągamy jego poziom. Świetna metafora i przemawia do wyobraźni. Nie odnosi się do świata teatru jedynie, ale ten przykład łatwy jest dla wszystkich do wyobrażenia. Ale zamiast pracą, nauką i wielkim wysiłkiem wspinać się po szczeblach bez gwarancji, że wejdziemy na szczyt, można ...

... przewrócić drabinę!

Jeśli ją obalimy i w naszym przekonaniu mistrz spadając z niej rozkruszy się w kawałki, to możemy stworzyć nową hierarchię. Nowe wartości. Te wieloletnie czy nawet wielowiekowe podważamy i zyskujemy w naszym dążeniu poklask gawiedzi. Składającej się z tego omawianego w Pieckach szlamu i mierzwy. A w miejsce autorytetów ustawiamy ludzi o pewnych zdolnościach uwodzenia tłumu, błyskotliwych lub choć chwytliwych wypowiedziach. Przede wszystkim takich, którzy głoszą poglądy takie jakie nam odpowiadają. A czasem sami kreujemy się na autorytet i NAPRAWDĘ wierzymy, że to zasadne.
- Co z tego, że oblałem II semestr z matematyki, skoro czuję i wiem jak budować statki! (autentyczne).
Znam takich paru. A równie szkodliwi są ci, którzy w jakiejś dziedzinie zdobyli wykształcenie, doświadczenie i niekwestionowane sukcesy. Sukces ich uskrzydlił, ale szybują już bez nawigacji jaką jest racjonalna samoocena. Tu posłużę się wypowiedzią prof. J.Doerffera. Znam ją z przekazu jego synowej. Sam z Profesorem nigdy nie miałem możliwości rozmawiać.
Otóż po powrocie z jakiegoś międzynarodowego sympozjum:
- Czy ty sobie wyobrażasz. Naukowiec z wieloma dokonaniami, potwierdzonymi doświadczalnie, uhonorowany przez najlepsze uczelnie, nagle uznaje, że skoro jest niekwestionowanym autorytetem w np. spawalnictwie, to musi zająć stanowisko w sprawach GMO i jego głos ma być przyjęty jako ocena specjalisty.
Od wielkości do śmieszności jeden tylko krok.
A jeśli doświadczony i ceniony monter konstrukcji stalowych uznaje, że doświadczenie daje mu placet na ocenę jakości szczepionek? To już chyba ma kwalifikacje na polityka. Nie mniejsze niż autorka youtubowych filmików celnie nota bene punktujących władzę. I tak została posłem... Przepraszam quasi feministki. POSŁANKĄ!.

Dość!

Kilka miesięcy te koziołkowe dywagacje przekładałem na blogowy "papier". 10 linijek napisane, 8 skasowane i tak w kółko. Piszę to sam do siebie. Coraz więcej jest rzeczy w tym naszym świecie których nie rozumiem. Mam coraz więcej pytań, a odpowiedzi?
Powodem tej mojej wydumki są fejsbukowe wymiany... Właśnie. Czego? Wydaje się, że informacji, opinii. Ale coraz częściej to tylko pole do wymiany ciosów. Nie rozmawiamy. Ripostujemy, w najlepszym razie. A zwykle strzelamy do siebie gównem i jesteśmy tym usatysfakcjonowani. Taka nasza jakość. Czy wszyscy stajemy się tą na początku przywołaną mierzwą i szlamem? Szkoda, bo internet w jego rozwijających się formach to pole do dzielenia się wiedzą, informacjami. Ale nawet na grupach, forach tematycznych, dominują frustraci i hejterzy. 

 
  
 

06 stycznia 2021

Edyta Górniak i Jan Paweł II czyli ocena "koziołkową miarką".


Naśmiewamy się ze wszystkich i ze wszystkiego. Wyszukujemy kogokolwiek i czegokolwiek, aby bez pardonu poniżyć, ośmieszyć. W ten kaleki sposób dowartościowujemy siebie. Inaczej już nie umiemy.
Edyta Górniak, została sprowokowana do wypowiedzi przed kamerami, na temat epidemii. 

I... 

niestety wypowiedziała się. Śmiali się wszyscy, nie szczędząc obelg, tej popularnej i lubianej przez wielu piosenkarce. Mnie także rozśmieszyła jej wypowiedź, tak jak i wiele poprzednich. 

Ale czy jesteście pewni, że trzeba z poczuciem wyższości zakrzyknąć...  IDIOTKA !?

Stanowczo NIE! 

Zauważona w 1990 na festiwalu w Opolu. Rozbłysła w 1994 piosenką "To nie ja!", zajmując II miejsce na festiwalu Eurowizji. Tuż przed konkursem rozmawiała z nią na antenie TVP Krystyna Loska. Krótką rozmowę zakończyła niespodziewana scenka. Nagle Edyta Górniak niemal rzuciła się do kolan K.Loski dziękując za wsparcie. Ta, z trudem opanowała zakłopotanie. I tu zobaczyliśmy prawdziwą Edytę. Absolutnie szczerą. Żyjącą swoim światem. Muzyką i śpiewem, który jest jej pasją i DAREM BOŻYM. Nie oburzajcie się na określenie "dar boży". Razi tylko tych z nas, którzy wiarę w Boga utracili, bo mnoży ich wątpliwości. Sam się z tym borykam. 
Ta dziewczyna z ponadprzeciętnym, jak twierdzą fachowcy, talentem wokalnym i nadnaturalną wrażliwością, osiągnęła sporo jako piosenkarka. Natomiast jest stworzonkiem nie mającym nic ze światem rzeczywistym wspólnego. Emocjonalnie i intelektualnie na poziomie niezbyt lotnej nastolatki. To powód żeby ją oczerniać? Śmiać się z niej!? Wytykać jej brak jakiegokolwiek wykształcenia ogólnego? Moim zdaniem nie! Idiotami, a może raczej cynicznymi manipulantami są ci, którzy dopuszczają do sytuacji, w których wypowiada się na tematy o których pojęcia nie ma. I co dużo gorsze, nie ma także świadomości tej niewiedzy. Ale skąd ma mieć?! Ma, zdaniem fachowców, talent wokalny. I cieszmy się z tego, bo daje radość wielu ludziom. Uważam tak mimo, że jej piosenki do nie mnie trafiają. Słuchając jej śpiewu metafizycznych konwulsji nie doznaję. Ale moje wyrobienie muzyczne jest na poziomie szumów. Nie mogę zatem oceniać kto jest dobrym, a kto złym piosenkarzem.
Słowacki przeniesiony do czasów współczesnych i podpuszczony do dyskusji o zmianach klimatycznych czy kierunkach rozwoju transportu kolejowego, także okazałby się ignorantem. Pisał jednak strofy, które dały mu w historii polskiej literatury jedno z pierwszych miejsc. Za sprawą Józefa Piłsudskiego, także wieczne miejsce spoczynku wśród królów. I tak każdego wybitnego, czy choćby wyróżniającego się w swojej dziedzinie człowieka oceniajmy. Tylko w tej!

Za dokonania w tej dziedzinie, która jest ich domeną. Czy ma talent? Czy rozwinął go właściwie? Co osiągnął?

Czy artysta to zawsze geniusz?

Różnie z tym bywa. Czasem miano artysty mają też solidni lub nie, wyrobnicy, czasem chałturnicy. Ale kiedy w swojej branży wybijają się i osiągają popularność, a nawet sławę i podziw, to nam przeciętnym ludziom wydaje się, że we wszystkim muszą być ponadprzeciętni. Takie są nasze oczekiwania. I naszą winą i wstydem jest to, że akceptujemy "dyskusję" przed kamerami, w której o teorii czarnych dziur dyskutuje profesor fizyki, uznany astronom i (wyobraźmy sobie) ... Andrzej Kopiczyński. No bo przecież to Kopernik! 
Inną kwestią jest też to, że oszołomiony własnym sukcesem rzeźbiarz, malarz, aktor, sportowiec, a obecnie nawet finalista "Big brothera" czy "Mam talent", traci realną samoocenę. Zaczyna wierzyć, że skoro zyskał popularność wśród milionów, to zna się na wszystkim, co najmniej dwakroć lepiej niż inni. I nie tylko nie umie odmówić wypowiedzi na jakikolwiek temat, ale sam dostaje szajby zwanej "parciem na szkło". 
Są jednak tacy, którzy własne ograniczenia znają i czują. To chyba kwestia inteligencji i charakteru. Dla przykładu:

Grzegorz Markowski:

"Mamy być może jakąś większą wrażliwość i wyczucie, ale to nie znaczy, że w czymkolwiek oprócz muzyki jesteśmy ponad przeciętną"

Muniek Staszczyk:

"Ja jestem niezły w tym co robię i pewnie się na tym trochę znam. Ale w takich codziennych rzeczach to ja nic nie kumam! Wszystkiego musi pilnować żona bo ja nic nie umiem" 

Gustaw Holoubek:

"Aktor nie powinien być inteligentny. Chyba, że nie przeszkadza mu to w pracy"

Szacunek dla tego typu dystansu do siebie i swoich sukcesów. Nieliczni popularni czy nawet sławni przedstawiciele różnych gałęzi sztuki, sportu, nauki, konsekwentnie unikają jakichkolwiek wypowiedzi w mediach. To zwykle obrona własnej prywatności, którą nota bene powinniśmy uszanować. Czasem to świadomość zakresu własnych możliwości. A może profesjonalny i dbający o wizerunek swojego podopiecznego menadżer. Takiego menadżera nie ma jak widać Edyta Górniak. Szkoda!

Cokolwiek bym jeszcze napisał, to i tak nadal będziemy żyli złudzeniem, że... Andrzej Kopiczyński miał wiedzę Kopernika

Co ma do tego Jan Paweł II ?! A ma!

Niezmiernie się ostatnio wzburzamy tuszowaniem przez Watykan, zboczonych praktyk seksualnych księży.
Jan Paweł II wiedział i nakazał ukrywanie tych przestępstw ??? 
Nie wiedział, bo tak był zauroczony własnym sukcesem medialnym, że wszystko inne zostawił swoim urzędnikom ??? 

NIE WIEM !!!

podpisano: "Koziołek" (imię i nazwisko znane redakcji) 
Ale czy teraz, kiedy go już nie ma, ma to znaczenie? Ma... ale tylko dla badających jego życie i dobre oraz złe dokonania. Sukcesy i porażki. A co było jego sukcesem, a co niepowodzeniem? 

To także kwestia punktu widzenia.

Mamy krótką i/lub wybiórczą pamięć

Kiedy Karol Wojtyła w 1978 roku wybrany został papieżem, cała Polska cieszyła się. Kiedy przyjechał do nas latem 1979, tłumy wiwatowały. Ze łzami wzruszenia w oczach siedziałem na dachu kamienicy przy Placu Zamkowym, słuchając z niekłamanym zachwytem każdego słowa. I następne pielgrzymki, które nas konsolidowały, dawały poczucie godności i jedności. Nie pamiętamy już? Nie pamiętacie 50 lat sowieckiej okupacji?!

Rząd na emigracji, o statusie kawiarnianego koła dyskusyjnego. Imitację państwa i jego władz stanowili zarządcy mianowani i sterowani z Moskwy. A tu nagle, na czele ponadpaństwowego koncernu, mającego trudne do przecenienia wpływy na całym świecie, staje Polak. I czy to jako istotny aktywny gracz, czy też jako symbol, miał ważącą rolę w naszym dążeniu do odzyskania niepodległości. Dziś już tego też nie pamiętamy? Nie ma to dla nas znaczenia?
Nie wydawało się Wam, że jest tym zesłanym przez Boga/opatrzność/los ? (niepotrzebne skreślić). Nie dodawało to wiary w sukces i zwycięstwo nad sowiecką okupacją, nam zwykłym ludziom?

Sukces Jana Pawła II

Lista jego sukcesów jest długa i moim zdaniem, zdaniem zdecydowanego antyklerykała (sic!), trudna do podważenia. Zadaniem Kościoła Katolickiego jest:
  • rozszerzanie strefy wpływu 

  • pomnażanie kapitału

Za wszelką cenę i każdym skutecznym sposobem. Inne fasadowe cele są dobre wtedy i tylko wtedy gdy wspierają te dwa. Jeśli je hamują, trzeba odsunąć je na bok.
Karol Wojtyła na stanowisku prezesa tej organizacji to na czas schyłku XX wieku wybór idealny.
Stworzył nowy styl relacji z masami ludzkimi. Kiedy w przededniu mistrzostw świata w piłce kopanej 1974, Paweł VI dał się sfotografować z piłką, było to sensacją. Już kilka lat później Jan Paweł II takich i wielokroć śmielszych gestów medialnych wykonał tysiące. A że miał ogromne wyczucie i talent, to pewien jestem, że wiele z nich nie było reżyserowanych. On po prostu czuł jak zjednać sobie tłumy. A kto tłumem zawładnie, ten wygrywa wszystko. I tu Watykan oceniany jako zachowawczy i wsteczny, był w tym okresie o pół kroku przed światem w stosowanych metodach PR i socjotechnice. Karol Wojtyła do tych nowatorskich wówczas metod był stworzony... Palec boży?
Z pewnością miał niebotyczną frajdę, występując przed wielotysięczną publicznością na różnego rodzaju zgromadzeniach. Umiał nas uwodzić narracją, inteligencją. Dla człowieka, którego w młodości pasjonowało aktorstwo, to chyba spełnienie absolutne i niezmierna satysfakcja.
W historii świata zapisał się jako papież mający istotny, a może kluczowy wpływ na kierunek przemian politycznych.
Pomimo postępujących chorób i zniedołężnienia pozostał na stanowisku. I to także była dobra decyzja. Może już nie jego samego. I z pewnością nie nierozgarniętego kapciowego. Ktokolwiek jednak tak to rozegrał, rozegrał korzystnie. Powstał kolejny etos. A już w chwilę po śmierci JP II, krzyczeliśmy "SANTO SUBITO!". To też sam Jan Paweł II sobie wypracował. Nie dla siebie, a dla potęgi koncernu dla której umiejętnie pracował. Kanonizowany "szybką ścieżką". 

A my teraz wydziwiamy, czy święty czy nie !

Świętym nie zostaje się za zasługi w pojęciu moralnym czy jak tam sobie to nazwiemy. Wyniesienie na ołtarze ma być pożyteczne dla Kościoła jako organizacji biznesowej. Tak było setki lat temu, tak jest i dziś. Karol Wojtyła nadaje się do tego wyśmienicie i stąd, a nie z jakichś duchowych jego przymiotów wynikła decyzja Watykanu. Ja akurat go darzę pewną sympatią. Podziwiam za talent i zazdroszczę ogromnego życiowego sukcesu. Ale to nie ma nic wspólnego z oceną moralną. Do tego trzeba być bigotem lub samemu być moralnie nieskazitelnym.
O Benedykcie XVI, który był "interrexem" trudno mi coś powiedzieć. Papież Franciszek, który budzi moją sympatię, mimo mojej niechęci do watykańskiego koncernu, poradzi sobie. Wybrał wizerunek medialny, który łączy to co świat w Janie Pawle II podziwiał i "oczyszczenie". Póki co, rozgrywa wyśmienicie!
 

Tak ich widzę oboje (toutes proportions gardées).

Edyta Górniak jako piosenkarka. Można dyskutować, jeśli ktoś się na tym zna, czy jest złą, średnią, czy wybitną wokalistką. A, że poza tym nie istnieje? BEZ ZNACZENIA.

Karol Wojtyła, jako ten, który wykonał ogromną pracę dla celu, któremu służył. I finanse Watykanu i strefy wpływów Watykanu za jego kadencji wzmocnił. Cel uświęca środki. A zwycięzcy się nie rozlicza.  

 


 

 
 
 

 

23 listopada 2020

DS-8 "Koga" i trzy "Mojry"

Nie rozpoczynały ani nie ucinały nici życia studentów, ale na jej przebieg na pewnym odcinku wpływ wielki miały. 
W "Kodze" mieszkałem od października 1984 roku. Studia na I.O. były sześcioletnie. Ale, że materiał pierwszych dwóch semestrów mnie zafascynował szczególnie, to zgłębiałem go dwukrotnie.
Pojawia się często stwierdzenie, że w szkołach, gdzie dziś jest ochrona i monitoring, kiedyś wystarczała woźna z miotłą i ścierką, tak do utrzymania czystości jak bezpieczeństwa i dyscypliny. Tak. Kiedyś tak było. Oczywiście każdy ma swoje "kiedyś" i uważa, do czego ma moim zdaniem prawo, że jego KIEDYŚ jest bardziej kiedysiowe niż inne. 
W akademikach woźnych nie było. Były sprzątaczki. Dla nas niewidzialne, bo kiedy pracowały, my byliśmy na zajęciach, albo spaliśmy do południa.
Kluczowymi postaciami panującymi nad życiem akademika były panie portierki. Trzy. Zmieniały się co 12 godzin, chyba o 8ej i 20ej. Wydawały klucze, chyba rozdzielały pocztę. Łączyły też rozmowy telefoniczne, przy pomocy starodawnej centralki ze sznurami. To ważne, bo o tym w dalszym ciągu koziołkowej opowiastki. Pilnowały także, aby do akademika nie wszedł ktoś obcy. Goście wchodząc, opowiadali się do którego pokoju idą i zostawiali dowód lub legitymację. Po 22ej wszyscy goście musieli akademik opuścić. 
No a "waleci"??!! 
Spoko. Panie według swojego kodeksu "nie zauważały" tych, którym waletowanie było dozwolone. 
Zatem teraz o każdej z pań portierek słów kilka.

Pani Stasia

Kiedy na pierwszym roku, zupełnie zagubieni, staraliśmy się pojąć meandry akademikowego życia, łatwo nie było. Ale! Pokój mogłem wybrać. 
- Każdy jest taki sam - powiedziała p.Zenia, administratorka akademika.
Tak było, w teorii. W rzeczywistości z i tak dość zdezolowanego umeblowania, to co lepsze wybierali studenci lat wyższych, a w pokojach dla "kotów" zostawiali substytuty łóżek, krzeseł, stolików... Dramat. Nie wiążcie jednak tych "kotów" z tzw. falą znaną z wojska. Nikt się nad pierwszoroczniakami nie znęcał i krzywdy im nie robił. Istniała po prostu jasna i nienaruszalna hierarchia. Co najwyżej figle "młodym" czasem czyniono. Ot na przykład w sobotni wieczór, do pokojów studentów pierwszego roku pukało trzech i oznajmiało, że zbierają po 5zł (pół stołówkowego obiadu) na wieniec dla profesora Iksińskiego, który właśnie zszedł był. Płaciliśmy. Żaden profesor akurat nie umarł, a Iksiński to nazwisko jednego z tych kwestarzy, ale co tam. Na flaszkę uzbierali (około 100 zł). Była też zbiórka na "Dar Młodzieży"... Pływał już od roku, ale co to szkodzi?

Meble

W moim pokoju (913) zastałem jeden stolik ze złamanym blatem, piętrowe porządne łóżko i pojedyncze dla trzeciego mieszkańca. Było żelaznym barłogiem przy którym prycza w Stutthofie nie byłaby skrajnie odrażająca. Do tego dwa krzesła z których tylko jedno miało cztery nogi.
Po jednym z pierwszych dni zajęć, kiedy wchodziliśmy do akademika zaczepiła nas Pani Stasia:
- To klucz od graciarni, poszukajcie sobie jakichś mebli.
"Graciarnia" to pomieszczenie na parterze gdzie magazynowano niekompletne i zbędne meble. Zbędne, ale nie dla nas! Dobraliśmy sobie znośne krzesła, może nawet jakiś fotelik. Znalazły się też szuflady do naszego niekompletnego regału "Vera".
Pani Stasiu! Ogromnie podniosła Pani morale trzech wystraszonych "kotów"!

Nikto nie je doma

Zadziwiało nas, że przy ponad 300 mieszkańcach portierki dobrze orientowały się kto jest kto, kto co i kto z kim.
Do akademika można było zatelefonować. Wydzwaniało się numer akademika, odbierała portiernia i prosiło się piętro. Na każdym piętrze przy windzie stał telefon. Dzwonił do urzygu, aż w końcu ktoś go odebrał. Dzwoniący prosił o przywołanie podając nazwisko i numer pokoju. Skomplikowane? Ale działało. Zapewniam, że świat bez komórek także istniał.
Razu pewnego, wieczorem, zadzwonił mój Tata i poprosił o połączenie z X piętrem. Pani Stasia bezbłędnie rozpoznawała po głosie.
- Dobry wieczór. Pan do pana Kamody? Nie ma go. Wyszli z panem Robertem i na pewno nie wrócą przed północą.
Rzeczywiście tak się zdarzyło. 
Chyba od IV roku mieliśmy zwyczaj ze Speedym, moim współlokatorem (1015), każdego 6ego dnia miesiąca, po odebraniu stypendium, spędzać wieczór w barze "Parnas" na Zaspie. 3xSpitz z colą, kawa i jeszcze jeden Spitz. Potem wymarsz nieco po północy w stronę akademika. Z trampka. Taksówkami studenci raczej nie jeździli. Kiedy dotarliśmy, lekko halsując, do akademika, p.Stasia jak zawsze z uśmiechem otworzyła drzwi.
- Dzwonił pana tata, ale nic pilnego. Powiedziałam, że pana nie ma. Jutro zadzwoni.
Drobna rzecz, a miła. Bo pani Stasia po prostu była miła i życzliwa. I my staraliśmy się tę jej życzliwość odwzajemniać. Choćby na przykład tak:

Nie budzić pani Stasi!

Kiedy razu pewnego skończyła się wódka na imprezie, trzeba było o koło 3ej nad ranem iść na melinę do Zosi. Ale... Kto dziś na portierni? Pani Stasia. Budzić trzeba, żeby wypuściła i wpuściła. Żal😟 Zatem wydelegowany kolega wyszedł przez okno na dach tzw. łącznika i tam z wysokości pierwszego piętra zszedł po piorunochronie. I tą samą drogą wrócił. Bardzo byliśmy dumni, że nie zakłóciliśmy snu naszej ulubionej portierki.

Są rzeczy na świecie za które leje się w mordę

Zdarzyła się także sytuacja bardzo nieprzyjemna. Jeden z mieszkańców sąsiedniego akademika przyszedł podpity w nocy i chciał wejść. Pani Stasia nie mogła się na to zgodzić. Cham pozwolił sobie nie tylko na pyskowanie, ale i rękoczyny. Pani Stasia przez kilka dni miała zabandażowaną rękę. Nikt z nas nie mógł pojąć jakim trzeba być ch... (złamanym w trzech miejscach), żeby nie uszanować naszego ulubionego "cerbera". Nie byłem świadkiem tego zdarzenia. Daję słowo, że dziś naprawdę nie pamiętam kto to był. Ale pamiętam doskonale jak spotkaliśmy go kilka dni później z przepięknie posiniaczoną obitą mordą. Nie wiem kto wykonał wyrok. Mówiło się, że to WOLF. Legendarna, istniejąca wówczas w DS-8 grupa. Ktokolwiek gnoja ukarał, chwała mu za to.

Taksówkarz

Na parkingu przed akademikiem stał sobie taksówkarz. Z któregoś z okien poleciała butelka, która na szczęście chybiła i samochodu i stojącego obok kierowcy. Wybryk głupi i już nie tylko szczeniacki, a chuligański. Wystraszony i podenerwowany taksówkarz wpadł na portiernię i wykrzyczał swój stres.
Stan obecny

Pani Stasia ze zrozumieniem wysłuchała, ale starała się jakoś ułagodzić. Zresztą jak ustalić z którego z kilkudziesięciu okien flaszka poleciała?
- Wie pani. Ja rozumiem. Młodzi, głupi. Sam przecież młody kiedyś byłem. Machnąłbym ręką i do pani nie przychodził. Ale jak wsiadałem do samochodu to usłyszałem: 
"Dawajcie szybko następną, bo spierdala!"
Skandaliczne zachowanie i karygodne, ale coś zabawnego w nim znajduję.

Julia

Pani o romantycznym imieniu usposobienie miała neutralne. Relacje z nami, mieszkańcami na zasadzie proszę-dziękuję. Nie utkwił mi w pamięci żaden epizod z jej udziałem. 
Zapamiętałem historię, którą opowiadała mi koleżanka po latach. Wówczas pracująca w administracji.
Julia w kilka tygodni po odejściu na emeryturę, pewnego dnia zrobiła dla domowników bardziej wyszukaną kolację. Posiedzieli jak zwykle wieczorem gawędząc. Pani Julia zebrała się do spania nieco wcześniej niż zwykle. Przygotowała na rano wyjściową sukienkę itp. Poszła się wykąpać. Powiedziała dobranoc i poszła spać. Rano... już się nie obudziła.

Halinka

Halinka przy drobnej Julii i filigranowej Stasi była jak czołg. Budziła respekt i czasem grozę. Gabarytami i wiecznie nachmurzoną twarzą. Nie uśmiechała się prawie nigdy. Jeśli się zdarzyło, groza chyba jeszcze większa. Jak uśmiech szatana. 
Tak jak żal nam było, że wracając w środku nocy budzimy panią Stasię, tak gdy na portierni była Halinka "Buldog", naciskając dzwonek odczuwaliśmy irracjonalny lęk. A niby "dorośli mężczyźni".
- Kto dziś na portierni?
- Chyba... Halinka...
- O k... !
To częsty dialog.
Nawet kiedy byłem już szefem Rady Mieszkańców i czasem coś z nią ustalałem, to czułem lekki niepokój. Aż nadszedł szczególny wieczór...
Powszechnie wiadomym było, że Halinka ma zwyczaj podsłuchiwać rozmowy telefoniczne. Łączyła i zostawała na linii. Nic strasznego się za tym nie kryło. Zwykła ciekawość nudzącej się na dyżurze starszej pani. Nikomu to nie przeszkadzało, a i w tamtych czasach oczywistym było, że naprawdę sekretnych rozmów nie prowadzi się przez telefon. Halinkę zdradzał lekko świszczący astmatyczny oddech, który w słuchawce rozmawiający słyszeli. Miałem już wówczas jednoosobowy funkcyjny pokój z telefonem. Zaraz, zaraz... żadne och i ach. Po prostu z portierni łączenie na pokój, a nie na korytarz. Choć przyznam, że był to wówczas luksus.
Wspomnianego wieczora dość długo gadałem z rodzicami i słyszałem cały czas miarowe posapywanie "Buldoga". W pewnej chwili mówiąc coś, urwałem i spytałem:
- Prawda pani Halinko?
Trzask słuchawki. Zarechotałem złośliwie i rozmowa toczyła się już bez "towarzystwa".
Od tego dnia relacje z Halinką przybrały nowy wymiar. Zawsze starałem się wobec niej być uprzedzająco grzeczny, ale od mojego żartu... z wzajemnością. Cóż, połączyła nas wspólna tajemnica.

I takie to trzy Mojry strzegły świata studenciaków. Trochę ludzkiego trochę małpiego. Pewnie miały czasem ubaw, a czasem gówniarze byli wkurzający. I to jest właśnie moje "kiedyś". Dziś DS-8 numer zachował, ale nazwy KOGA już nie ma. Po długim gruntownym remoncie i przebudowie ma tzw. węzły tj. dwa pokoje i łazienkę. Jeden pokój dwuosobowy i "jedynka". A pomyśleć, że w latach 80tych należał do lepszych bo w każdym (!) nominalnie trzyosobowym pokoju była... umywalka. 
Wożę czasem studentów. Staję na papierosa na wspomnianym placu, gdzie nieszczęsnego taksówkarza omal nie trafiła butelka. To samo? 
Drzewa urosły do piątego piętra, nie ma już elewacji w biało-bordowym kolorze. 
DS-8 KOGA lata 80-te
Na placu gdzie stały czasem 2 czasem 4 samochody, dziś stoi ze 30.
Są inni (?) studenci, inne panie portierki, nawet hałas przejeżdżających pociągów który "umilał" nam czas jest inny.

 

 

23 maja 2020

Trójka stała się "Trujką". Dziś ?

Kilka dni temu mój kuzyn, krótkim wpisem na FB, zwrócił uwagę na pewne paradoksy związane z awanturą o Listę Przebojów PR III
Zacytuję Adama. Nie słowo w słowo, ale skrótowo przytoczę jego tezy: 

"Konserwatyści stali się zwolennikami zmiany, a postępowcy zwolennikami utrzymania starej rzeczywistości"

To celna obserwacja moim zdaniem, z jedną uwagą. Partii czy ugrupowania konserwatywnego, pomijając partie "kanapowe", w Polsce nie ma. Ja w każdym razie o takim ugrupowaniu nie słyszałem. Ci wspomniani przez Adama chcieliby mienić się konserwatystami, ale daleko im do tej idei. Ani roztropności, ani umiejętności oceny nie staje. Zdjęcia z kościoła nie są legitymacją konserwatysty.

"Stacji bronią ci którzy jej nie słuchają, a słuchacze oceniają źle"

Znów w punkt! Choć w wywołanej jedną piosenką awanturze nikt nie ma czasu tego zauważyć, to tak właśnie jest. I tu mnie trafił, skłaniając do zastanowienia.
Kto z Was ma tego pecha i zajrzał tutaj, boleśnie doświadczony będzie moimi wydumkami o Trójce i jej liście przebojów.

Żeby się odnieść do sytuacji związanej z Listą Przebojów Programu III ... muszę się obnażyć!

Trójki słuchałem od końca lat 70tych. Były wtedy 4 (!!!) programy radiowe. Trójka w siermiężnej rzeczywistości PRL wyróżniała się in plus. Głównie za sprawą ludzi, którzy tworzyli programy i nadawali im autorski charakter. Dobre programy satyryczne. Publicystyka choć ograniczona realiami cenzury, ciekawa tematycznie i na dobrym poziomie. Poszczególni prowadzący programy muzyczne kształtowali gusty słuchaczy, korzystając z płyt które prywatnymi kanałami zdobywali. I tu pewien szczególny aspekt. Ileż to płyt mógł za własne (!) pieniądze zdobyć Jan Chojnacki, Korneliusz Pacuda, Piotr Kaczkowski czy inni? Nie za wiele. Zatem widzieliśmy świat muzyczny tak jak kąpiącą się w stawie gołą Stefę przez gęsty żywopłot. Lansowana była taka muzyka jaką dany prezenter miał do dyspozycji. Ale chwała im za zaangażowanie i pasję. 
Słuchając Trójki poznaliśmy np. zespół Budgie jako wiodącą kapelę rockową. Lubiłem i lubię słuchać do dziś. Kiedy w roku 1978 lub 1979 przyjechali do Polski, ze zdumieniem dowiedzieli się, że na stadionie Skry zgromadziły się tysiące ich wielbicieli. W Walii występowali jako jeden z wielu zespołów przed widownią liczącą 100 czy 200 osób. Po latach jeden z prezenterów Trójki oddał ten kontrast żartobliwą zapowiedzią: 
"Teraz posłuchamy walijskiej grupy Budgie. W Walii zespół nieznany, a w Polsce jeden z najpopularniejszych" 
Ale wracając do kształtowania naszych gustów muzycznych. Trójka to wtedy czyniła. Zasługa lub nie, ale fakt. I tu obnażę się po raz pierwszy. Mojego nie ukształtowali bo... nie było z czego. Moje muzyczne wyrobienie jest takie jak kmiota z Sierpuchowa. Adam jako zawodowy muzyk może to potwierdzić.
Lista  Przebojów Programu III to autorski projekt Marka Niedźwieckiego i jego zespołu. Pojawiła się w 1982 roku i słuchali jej wszyscy. Każde notowanie budziło emocje. Któż nie pamięta jak z napiętymi mięśniami trzymało się jedną rękę na klawiszu "ZAPIS", a drugą na "START", żeby uruchomić nagrywanie w momencie końca zapowiedzi i nie uronić pierwszych taktów. I zatrzymać nagrywanie zanim "Niedźwiedź" zacznie gadać. Sam sobie często z tego żarty robił i figle nam płatał. 

Była to pierwsza prawdziwa lista przebojów. Jakimś wcześniejszym tego typu plebiscytem była lista w Rozgłośni Harcerskiej (chyba). Niedźwiecki stworzył show energii, żartu i muzyki. Jego zastępcy, jednorazowi czy na czas dłuższy, nawet szans nie mieli dźwignąć tego "teatru". Może Grzegorz Miecugow radził sobie jakoś, nie bojąc się autoironii.
I chwała Trójce za tamte czasy. Zaś już w niepodległej Polsce rola Trójki zmalała. Powstało mnóstwo rozgłośni. Niektóre dziś wiodące (w sensie marketingowym). Inne zniknęły z dnia na dzień. Tak samo jak powstały.

I tu obnażę się po raz drugi !

Nie słucham! Listy od chyba 20 lat. Może czasem przypadkiem. Ostatnie programy Trójki, których słuchałem, to dobra publicystyka Jerzego Sosnowskiego. Też ponad 10 lat minęło. Już na początku lat 90tych trudno mi było słuchać niektórych audycji. Nie ze względu na treść czy subiektywnie dobrze ocenianą przeze mnie rzetelność. Inny był powód niechęci. U wielu dziennikarzy prowadzących swoje programy pojawiła się pewna maniera. Stali się celebransami słowa. Własnego słowa i "konkurowali" na antenie ze swoim rozmówcą, kimkolwiek on był. Nie spodobał mi się taki styl.

Zatem obnażając się do ... hmm... KOŃCA. 

Do obecnej komedii z piosenką Kazika nie mam emocjonalnego stosunku. Nie jest to dla mnie bój w obronie relikwii "św. Marka". Nie jestem też oburzony plugawą kpiną wymierzoną w największego męża stanu jakiego miała Polska od czasów Chrobrego.
Natomiast nie posiadam się ze śmiechu.
Nadęci głupcy wyznaczyli na szefów radia jeszcze głupszych od siebie. Ci nadgorliwością sprokurowali taką hucpę jakiej świat nie widział. Przestraszyli się, że ich mocodawca będzie niezadowolony i zmarszczy czoło. Uruchomili więc szare komórki i zadziałali zgodnie z ilością tych komórek.
Gdybym nie wiedział ze to głupota, pomyślałbym że wyśmienicie rozegrana prowokacja. Z niczego powstał "kryzys", który komentują zajmujący najwyższe stanowiska w rządzie marionetek Nadszyszkownika Kilkujadka. A my wszyscy zastanawiamy się czy ten "wstrząs" poruszy masy wyborcze. Jeśli poruszy to stadem jesteśmy bezmyślnym. O wyrobieniu obywatelskim i politycznym trzymiesięcznego kotka Myrcka.

Trójka pochylała się stopniowo od lat. Bo legenda przeszłości to trochę mało żeby utrzymać popularność. Nie stała się "TRUJKĄ" z dnia na dzień. Obecni jej zarządzający przyspieszyli proces, który już trwał. Nie sądzę, że celowo. Raczej z powodu braku kwalifikacji. Szkoda, ale nie histeryzujmy.


Listy nr 1999 nie było. Z kilku pewnie powodów. Myślę, że nie było sposobu na znalezienie kamikaze, który program by poprowadził. Ze strony sympatyków Marka Niedźwieckiego czekałby go lincz medialny. Dla równowagi byłby może okrzyknięty bohaterem narodowym przez PiS. Ale kolejka do pozycji bohatera narodowego jest tam długa i jeśli ktoś wskakuje na środek sceny to szybko znika, bo potrzebne wolne miejsce dla następnego.

03 maja 2020

Jak NIE zapisałem się do "Solidarności" czyli zupa Mamy

SOLIDARNOŚĆ wielkie słowo.
Dziś, ta pisana stylizowaną unikalną czcionką, kojarzy się z eksplozją wolności roku 1980. Wyidealizowanym wizerunkiem naszego patriotyzmu. Choć słowa patriotyzm nie rozumiemy. Ruchem niepodległościowym, który koniec końców tę wolność nam przyniósł. A w każdym razie tak to zapamiętamy.
A teraz? Związek zawodowy postrzegany chyba jak CRZZ.  Obłąkany Andrzej Gwiazda może miał rację, już w 1980 roku postulując, prawo do powstawania nowych związków zawodowych co kilka lat. Na zasadzie wymiany pampersa.
Zaś "solidarność" pisana zwyczajnie, małymi literami, ma i miała ogromne znaczenie. Choć chyba silna i szczera jest i była rzadkością. Raczej bywa merkantylna. A merkantylna solidarność? To oksymoron prawie.
Ale do rzeczy. Będzie o mnie i NSZZ Solidarność. Do tego sprowokowała mnie mądra ale smutna wypowiedź Marzeny Krystyny. Kto zna ten wie.

AKT I

("zdrada", gorycz i zastanowienie)

31 sierpnia 1980 roku byłem przed bramą nr 3 Stoczni Gdańskiej im. Lenina i słuchałem końcowych obrad Wałęsa-Jagielski. Słuchałem, wzruszałem się, śpiewałem hymn, cieszyłem się i ... paliłem Stuyvesant'y. Mentolowe. I tylko tego się wstydzę.
Wieczorem 31 sierpnia wyszliśmy z siostrą na spacer po Zaspie. Przed jednym z bloków stała karetka pogotowia Fiat 125p. Kierowca czekając na coś, palił spokojnie papierosa. Opuszczone szyby w upalny wieczór i głośno grające radio. Słuchał Głosu Ameryki. Szok! Słuchał bez obawy konsekwencji. Za czasów Gierka słuchanie zagłuszanej Wolnej Europy czy Waszyngtonu nie groziło już więzieniem, ale z różnymi szykanami mogło się wiązać. Raczej nikt przed obcymi, słuchaniem tych stacji się nie chwalił. A tu proszę, bez obawy. To był dla mnie właśnie pierwszy drobny, ale namacalny symptom wolności.
Z tygodniowym opóźnieniem zaczął się rok szkolny. Taki tam bonus wynikający ze strajków. Także nam dzieciakom udzielała się atmosfera czegoś wielkiego i podniosłego. Czegoś czego nie pojmowaliśmy, ale czuliśmy wagę zmian i na swój dziecinny sposób wyobrażaliśmy sobie Polskę, która miała jak się zdawało, lada moment powstać. Bardzo byłem dumny, że moja lubiana Wychowawczyni oraz Pani prof. od historii, w której wszyscy uczniacy się kochali, zostały przewodniczącymi Solidarności w TBO Conradinum. Były dobrymi nauczycielkami i jak wiele razy to mogliśmy zaobserwować, mądrymi i wartościowymi ludźmi.
Chyba koło połowy października pojechałem na weekend do domu rodziców. Nie każda sobota wówczas jeszcze była wolnym dniem. Rozgorączkowany opowiadałem o wolności, którą widać w Gdańsku na każdym kroku. O wydawnictwach nielegalnego obiegu. O stoczni, w której co tydzień uczniowie Conradinum mieli tzw. warsztaty. Euforia w każdym aspekcie. Spytałem Tatę o Solidarność w zakładzie, którego był kierownikiem, a na którego terenie mieliśmy mieszkanie przez 9 pierwszych lat mego życia. Znałem wszystkich robotników, maszynistów, dozorców czy magazynierów. Ojciec oznajmił, że do Solidarności... się NIE zapisał! Szok i niedowierzanie. Przez lata opierał się pokusom i zachętom. Od PZPR trzymał się z daleka. Względy oczywiste. Uczył nas czym była kiedyś Polska i jak zachować się uczciwie nawet w PRL. Poczułem żal i ogromny zawód. Tata traktował mnie w dyskusji zawsze jak partnera. Co przyznacie, wobec dzieciaka zwykle plotącego głupoty łatwe nie jest. I tym razem "nie zauważył" moich emocji i spokojnie wyjaśnił swoje racje. A na koniec wymienił nazwiska pracowników stanowiących grupę inicjatywną Solidarności. Dla uproszczenia: dwóch pijaków obiboków, magazynier robiący lewe interesy i zakładowa niedojda. Znałem ich i choć z żalem, to zrozumiałem decyzję Taty. Nie wiem czy wtedy, ale z pewnością dziś rozumiem, że moje rozgoryczenie wobec jego decyzji to nic. Pikuś! To Tata mógł czuć się zawiedziony tym jakich jego pracownicy wybrali sobie liderów. Czy już wtedy OTAKE Polskie walczyliśmy?
Kiedy siedziałem osłupiały, nie rozumiejąc mechanizmów tych zdarzeń, głos zabrała Mama. I jednym zdaniem podsumowującym została królową wieczoru:
- Jak się gotuje zupę, to zawsze na wierzch wypływają szumowiny.
Byli kochającym się małżeństwem. Ojciec łeb razem z płucami ukręciłby każdemu, kto chciałby Mamę skrzywdzić. Okazywał jej szacunek na każdym kroku. Mama zaś, co dziś nie do przyjęcia dla niektórych, podporządkowywała się Ojcu. Dzisiejsze feministki spaliłyby ją na stosie. Tak jak wielokrotnie, tak i tej naszej dyskusji dała mistrzowskie podsumowanie.

AKT II

(zmienia się wszystko a nie zmienia się nic)

Mieliśmy Stan Wojenny i marazm połowy lat 80tych. Przyszły obrady Okrągłego Stołu i wynikające z nich kontraktowe wybory 4 czerwca 1989. W maju 1991 roku skończyłem studia i poszedłem do pracy.
Za radą mojego dziekana i promotora trafiłem do RN czyli biura projektowo-konstrukcyjnego Stoczni Gdańskiej (już bez Lenina). 
Wyburzanie budynku RN (2012)
Po kilku dniach pracy czyli zderzeniu wiedzy szkolnej z praktyką, przyszedł do mnie przewodniczący Solidarności naszego działu i jego zastępca. Byli to panowie pracujący jako projektanci już od lat dwudziestu. Zachęcili do zapisania się do związku i wręczyli stosowne formularze. Obaj z moim przyjacielem Maciejem, zapisanie się do Solidarności uważaliśmy za oczywiste. Trochę nas tylko zmierzwił protekcjonalny styl rozmowy z nami tych dwóch związkowców. Na to byłem i jestem zawsze uczulony. Być może dlatego, jeśli chcę kogoś wkurzyć, do dziś sam taki styl stosuję.
Z prostego lenistwa naszego, nie wypełniliśmy formularzy od razu. Leżały w szufladzie. Nienachalne ponaglenia jakoś zbywaliśmy, a w międzyczasie rozglądaliśmy się po biurowej rzeczywistości. Kto jest kim, jakie ma uznanie u współpracowników itp.
Kierownik naszego działu, choć z amuletem w postaci czerwonej książeczki doszedł do swojego stanowiska, cieszył się uznaniem jako dobry menadżer i człowiek o pewnym autorytecie. Prowadzący projekty, to ludzie o doświadczeniu i umiejętnościach imponujących całemu chyba 80osobowemu zespołowi. Choć oczywiście byli i lepsi i gorsi. Kilku tzw. zwykłych projektantów zaś, z racji swoich umiejętności i predyspozycji, w naturalny sposób było liderami dla młodszych i mniej doświadczonych.
A wspomnieni dwaj "liderzy" związkowi... Od 20 lat wykonywali najprostsze prace projektowe, a i z tym mieli problemy. W tym dziale trudno mówić o "szumowinach" bo inna to rzeczywistość, ale jakoś definicja autorstwa mojej Mamy ma tu także zastosowanie. Niewiele umiesz, niewiele ci się chce... zostań DZIAŁACZEM.

Epilog

Akt I od aktu II dzieli około 10 lat Drugi, to dziś zdarzenia sprzed lat 30. Przemknęło jak z bicza strzelił. Cały czas byłem ciekawy świata, uczyłem się go. Miałem w życiu wiele szczęścia. Spotkałem wielu wartościowych ludzi, których podziwiam. Zawodowo? Kilka dziedzin poznałem dość gruntownie, kilka pobieżnie. Splot zdarzeń spowodował, że spadłem w niebyt, ale nadal obserwuję świat. Dziś w "smudze cienia". Nie mam żalu do nikogo (prawie). Ale wielkim dla mnie zawodem jest to, że z tego 31 sierpnia czy 4 czerwca powstała Polska, a sprowadziliśmy ją do postaci gotującej się bardzo niestrawnej zupy z szumowinami na wierzchu. I sami te szumowiny promujemy do stanowisk decydujących o losach i kształcie państwa.  
I nie o nich to źle świadczy a o nas.
Nie zdaliśmy egzaminu z wolności. Nie mamy pojęcia do czego ona służy, a już zupełnie nie zdajemy sobie sprawy, że wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Liderów nawet na najwyższym szczeblu wybieramy według kryteriów takich jak wybiera się ulubioną szansonistkę. Może nigdy nie mieliśmy jako społeczeństwo umiejętności niezbędnych do budowy i utrzymania państwa?
Oblany egzamin dał nam Rozbiory. W 1918 po długim oczekiwaniu dostaliśmy szansę egzaminu poprawkowego, ale tu niemal wszystko i wszyscy byli przeciw nam. Egzamin roku 1939 był nie do zdania. W 1989 był termin drugiej poprawki. Tu mimo licznych pomocy naukowych, ściągawek i przychylności... Zdawaliśmy jak Jaś Fasola. I to koniec. Na żadnej uczelni nie ma trzeciego terminu poprawkowego.

A zupa mojej Mamy?

Nigdy nie była za słona! 
A szumowiny starannie zebrane, lądowały via zlew w ściekach. Tam gdzie ich miejsce. 
Jakby to skończył Szekspir? 
"Reszta jest milczeniem"
Jemu talentu starczyło jednak na pięć aktów mistrzowskich. Mnie na dwa i to koziołkowe.