05 maja 2018

ONR to żaden wstyd !!!

Obóz Narodowo Radykalny wywodził się ze środowiska szeroko pojętej narodowej prawicy. Inicjatorzy tego ruchu zarzucali eNDecji zbyt małą aktywność polityczną i jak sama nazwa wskazuje dążył do radykalizacji. Fundamentem ideologicznym miały być hasła wielkiej silnej Polski, w której prawa publiczne mieli mieć tylko POLACY. Tak dziś jak i wtedy nikomu nie udało się ustalić jakie kryterium decyduje o tym kto jest Polakiem, a kto nie. ONR kreował się także na ugrupowanie obrońców wiary katolickiej. Dumne to i wielkie hasła. Tak wielkie i pojemne, że aż puste. 
Legalna działalność ONR to raptem kilka miesięcy roku 1934. Delegalizacja tego liczącego kilka tysięcy ludzi ugrupowania, argumentowana była zaburzaniem porządku, rozsiewaniem nieprawdziwych informacji powodujących zamęt itp. W rachitycznej formie, podzieleni na BePowców i Rossmanowców, OeNeRowcy funkcjonowali gdzieś na marginesie aż do wybuchu II Wojny Światowej. Wojny w której piekło rzucili ludzkość ci którzy byli wzorem dla ONR ...

Dlaczego zatem nie ma się czego wstydzić ?!

Przecież jeśli choć pobieżnie prześledzimy epizod historii którym był ONR w II Rzeczpospolitej, to zrozumiemy, że to tylko właśnie EPIZOD. Każdemu przecież, nawet dbającemu o higienę, może zdarzyć się niespodziewany bolesny i paskudny czyrak na dupie. Rzecz w tym żeby taki przykry przypadek zlikwidować ogólnodostępnymi środkami leczniczymi. Maść lub skalpel i po kłopocie.
Fala podobnych ruchów ogarnęła całą Europę lat 20tych XX wieku. W większości o znaczeniu marginalnym, ale niestety nie wszędzie na tym się skończyło. W 1919 roku w bawarskiej prasie ukazała się notatka gdzieś na odległych stronach drobnym drukiem. O małej partii założonej przez ślusarza Antona Drexlera. Szybka reakcja i może nie doszłoby do tragedii? Sanacyjny rząd II RP równie daleki od doskonałości jak i cała ówczesna Rzeczpospolita potrafił jednak zareagować i zneutralizować ruchy prowadzące do zamętu już w ich embrionalnym stadium. Taka uzasadniona skrobanka. Niemcy nie zareagowali tak jak my. Kto ma się wstydzić?

A dzisiejszy quasi ONR ?

To trochę inna sytuacja. Minęło ponad 80 lat. Miliony ofiar obrazują do czego doprowadziła ideologia nacjonalizmu i jedności opartej na nienawiści wobec wszystkiego co "nie nasze". 
Rasizm i antysemityzm w II RP był pewną walką o wpływy. Rywalizacją. Uzasadnioną czy nie, można dyskutować. Nie było wówczas jednak w Polsce nikogo chyba, kto nawoływałby do fizycznej eksterminacji. To czego dokonali Niemcy w latach II Wojny Światowej, ten ogrom zbrodni powoduje, że każdy przejaw antysemityzmu kojarzony jest z ludobójstwem. Słusznie czy nie, ale tak jest. 
Wszelakie "idee" do których odwołuje się ONR dziś, skompromitowały się w XX wieku krwawo. Hasła o wielkiej Polsce, obronie "świętości" różnorakich itp. to tylko pustosłowie. A wrzeszczący awanturnicy maszerujący w glanach to głupcy. Sfrustrowani głupcy. Ich sympatycy także.

Ale kilka powodów do wstydu jest... i moim zdaniem poważnych.

"Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika (...) nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście."
/"Dżuma" A.Camus/
Tego typu ruchy pojawiają się na całym świecie i pojawiać będą. Niezależnie od ustroju i miejsca na mapie. To jak wobec tego zjawiska się zachowujemy, decyduje o tym czy mamy się czego wstydzić. Nie można poważnie traktować ich programów, ale poważnie należy traktować zagrożenie jakie stanowią.
Wstydem jest, że nie umiemy zapobiec powstawaniu miejsc w naszej rzeczywistości, gdzie takie grupy się lęgną. To ludzie wykluczeni ze środowiska lub tacy, którzy sami się z niego wykluczyli. Żadnemu politykowi czy grupie nie udało się jak dotąd znaleźć sposobu na te wykluczenia. Wstyd zatem? Umiarkowany. Wstydzić się możemy tylko tego, że nie wymyśliliśmy żadnego systemu doskonałego, który układałby bez wad współżycie w ramach społeczeństw. Dlaczego? Bo człowiek nie jest doskonały i nie będzie.
Bardzo dbamy o poprawność, a moim zdaniem jeszcze bardziej o jej pozory. Tą poprawnością jest także prawo do wszelkiej wolności. Słowa, zrzeszania, wyrażania poglądów. Kierunek słuszny, ale w praktyce mamy kłopot. Skoro każdemu wolność to i troglodytom spod znaku ONR zabronić jej nie możemy. Więc jeśli ich rozpędzi policja to dobrze czy nie? I tu sobie nie radzimy.

Wyśmiać zatem! 

Może tak? Święty ONR ośmieszając znak...

Może się zawstydzą i uznają wyższość intelektu nad tępym i brutalnym niszczeniem? Kto w to wierzy temu polecam Moliera. Filozof kształcący pana Jourdain, wskazuje jasno wielkie wartości swojej wiedzy w zestawieniu z umiejętnościami szermierza, nauczyciela muzyki i tancerza, które lekceważy. Oni nie rozumiejąc ani słowa z jego starannych i uczonych wywodów w "odpowiedzi", stłukli go na kwaśne jabłko. Nie zraża to nieszczęsnego przedstawiciela elity intelektualnej. Ma zamiar napisać piorunującą satyrę, która swą logiką i siłą argumentów zmiażdży przeciwników. Wskaże prostactwo "dławidudy, rębajły i linoskoczka". Znakomite, tyle że morda już obita.

To mamy na co dzień.
To takie tam moje niezbyt odkrywcze rozmyślania o powodach do wstydu.

I jest powód jeden ogromny

Coraz częściej widzę polityków czy też ich imitacje, którzy używają tępych, wrzaskliwych OeNeRowców do swoich rozgrywek. To bardzo proste i efektowne, a zatem kuszące. Nie przejmują się tym, że swoimi zabawami mogą doprowadzić do nieszczęścia. Karmią twór, który dziś jest jedynie ohydnym i hałaśliwym skupiskiem. Łatwo przegapić moment kiedy stanie się on monstrum nad którym zapanować się nie da. Mamy takie przykłady w literaturze oraz filmie, ale niestety i w historii. I tego zachowania polityków-manipulatorów naprawdę się wstydzę. 
A może już nie czas na wstyd,
a na strach? 
 

02 kwietnia 2018

Półprawdy, postprawdy, fake newsy i zwykłe kłamstwa.

Bodźcem do koziołkowych rozważań na ten temat jest odrażający news na Facebook'u o śmierci jednej z gwiazd estrady. A właściwie nie on, a reakcja mojej przyjaciółki. To inteligentny człowiek i nie powiela głupot. Na wieść o rzekomej śmierci Tiny Turner zareagowała udostępniając tę wiadomość i dzieląc się z innymi swoim żalem i ciepłym wspomnieniem o tej zjawiskowej piosenkarce. Zareagowała emocjonalnie, nie sprawdzając prawdziwości tego wstrętnego fake'a. 
To naturalna reakcja i na tym bazują autorzy fake newsów. Na ten chwyt dała się złapać także Panorama TVP2 i podała tę fałszywą informację.
Zmiany cywilizacyjne, które niekoniecznie zawsze oznaczają rozwój, spowodowały, że odbieramy mnóstwo informacji. Pobieżnych, rzetelnych, niepełnych, fałszywych, prawdziwych, manipulowanych... 
Mamy dostęp do nich za pośrednictwem książek, prasy, radia, telewizji. Od ponad 20 lat informacje czerpiemy także z internetu. I tu waham się czy słowo "czerpiemy" jest właściwe...
Jeśli CZERPIEMY to jak rozumiem, szukamy źródeł, wybieramy je i dowiadujemy się o czymś co jest dla nas ważne, interesujące. 
Nie będąc na to przygotowanym, znaleźliśmy się jednak w innej pozycji. To nie my ich szukamy, to informacje lawinowo spadają na nas. W ciągu kilku tygodni odbieramy ilość informacji taką jak nasi pradziadowie przez całe swoje życie! 
Jak je weryfikować? Które traktować jako istotne? Które są tylko szumem informacyjnym? Które są fałszem? 
A te prawdziwe? Czy są prawdą pełną? Obiektywną? Czy tylko niosą część prawdy? 
Może są postprawdą? Obrobioną i podaną jako gotowe danie do spożycia z zamierzonym przez autora skutkiem ?
Jak słyszałem niedawno, w jednym ze skandynawskich krajów, ma być wprowadzony specjalny program szkolny, uczący dzieci jak rozpoznawać czy internetowa wiadomość jest godna zaufania.
Ja oczywiście niezawodnej recepty dla Was ani dla siebie nie mam. Buszuję w internecie często i chętnie, zdając sobie sprawę, że ziarno od plew trudno oddzielić.

Proste kłamstwa

Tu wystarczyłoby minimum krytycyzmu i ostrożności. Ale i tego nam nader często brakuje.
Przykłady ? Proszę bardzo:
  • Córka posła X, będąc pod wpływem środków odurzających spowodowała kolizję drogową. Budzi to zainteresowanie, emocjonalne reakcje. Po pewnym czasie dowiadujemy się, że poseł X... nie ma dzieci. Ale to już przeczytała tylko część z nas.
  • Siostra W.Bartoszewskiego wyszła za mąż za SS-mana. Oburzające, prawda? To, że W.Bartoszewski siostry nie miał, nie przeszkadza rozpowszechnianiu takiej bzdury. 

Idealizowanie historii

Zwłaszcza w odniesieniu do własnej historii, skłonni jesteśmy bezkrytycznie przyjmować różnorakie opowieści pochlebne dla nas. Będące mitem lub tendencyjnie opisanym faktem. Jeśli dotyczy to wydarzeń sprzed wieków to może nic szczególnie szkodliwego, choć nie powinni się temu poddawać fachowi historycy, bo ... przestaną być fachowcami. Nie powinien także się temu poddawać nikt kto szanuje historię i swoich przodków, którzy ją tworzyli lub byli jej biernymi uczestnikami. Zasadnicza zaś szkodliwość jest taka, że my prości ludzie przyjmujemy opisy zdarzeń jako rzetelną prawdę i budujemy sobie według nich obraz historii.
  • W bitwie pod Płowcami wojska Łokietka pokonały Krzyżaków. Jeśli ktoś nie zajmuje się historią i taki obraz starcia mu się podoba to niech takim będzie. Minęło przecież 700 lat.
  • Polska husaria nie przegrała bitwy przez 125 lat (bardzo popularne w memach). Tu zaprzeczyć mogliby uczestnicy paru bitew, ale minęło niemal pół tysiąclecia.
  • Heroiczna obrona Jasnej Góry. W rzeczywistości takie nasze wyobrażenie o tym historycznym epizodzie, to bardziej zasługa H.Sienkiewicza niż przeora Kordeckiego. Ale ten pierwszy wykreował mit w bardzo szlachetnym celu i chwała mu za to.
  • Harcerze broniący wieży spadochronowej w Katowicach. Nastoletni chłopcy i dziewczynki są symbolem determinacji i heroicznej obrony Śląska w 1939 roku. To ilustracja bardzo wyrazista. Możemy jej fabularną wersję obejrzeć jako jeden z głównych wątków średniej klasy filmu "Ptaki ptakom". Jak się jednak do tego odnieść skoro takiej obrony nie było?
  • Józef Szaniawski wiele sił poświęcił aby uzmysłowić nam jakim odważnym człowiekiem był płk. Kukliński. Wiele jego artykułów, wypowiedzi, uświadomiło nam jak trudną i ryzykowną pracę wykonał ten samotny wojownik. Szaniawski przedobrzył. Do bezdyskusyjnych sukcesów Kuklińskiego dopowiedział kilka domniemanych, kilka nieprawdziwych. Przedstawiał go przesadnie rysując postać idealną. Niedobrze! Z dobrą intencją posłużył się niewiarygodnymi argumentami. Błąd!
Przykładów zniekształcanych zdarzeń historycznych nieświadomie lub świadomie ubarwianych, czy wręcz zafałszowanych jest bez liku. A że historia to dziedzina w której lubię się rozglądać, to takich przeinaczeń znajduję mnóstwo.
Czasem jednak obraźliwe są wobec innych ...

"Ci podli Angole"

Powodem naszego obszczekiwania Wielkiej Brytanii są najczęściej wydarzenia wokół II Wojny Światowej. Brytyjczycy z pewnością zawiedli nasze nadzieje. Ale czy jest ich winą, że budowaliśmy je na nierealnych podstawach? To powoduje nasze rozgoryczenie, ale nie usprawiedliwia (!!!) takich dziecinnych oskarżeń:
  • Dzięki naszym kryptologom mogli odczytywać niemieckie depesze szyfrowane Enigmą, a pomijają ich udział w przedsięwzięciu, które w sposób decydujący skróciło wojnę.
  • O pokonaniu Niemców w Bitwie o Anglię zdecydował udział naszych lotników. Anglicy nie dopuścili ich nawet do udziału w paradzie zwycięstwa, a za utrzymanie polskiej armii wystawili nam rachunek
  • Churchill zdradził nas i sprzedał w Jałcie 
Każdy z tych zarzutów można spotkać w necie co krok. Niektóre źródła tych mitów można opisać. Ich powszechność można wyjaśnić naszą niewiedzą i zapalczywością wprost do tej niewiedzy proporcjonalną. Jeśli ktoś z Was zechce, odpowiem rozwijając każdy z tych tematów.

Minister Szyszko zamordował wiewiórkę

Niefortunna ustawa umożliwiła niekontrolowaną wycinkę drzew. Rozpętała się burza protestów. Czy kształt ustawy wynikał z celowego działania, czy też z głupoty, nie mnie to rozstrzygać. Zanim wprowadzono do ustawy łatkę-poprawkę, wycięto wiele drzew.
Ktoś dla podniesienia dramaturgii umieścił takie zdjęcie:
Może miało być symbolem barbarzyństwa? Miało nas poruszyć?
Efekt był taki, że jedni z nas uznali wprost śmierć wiewiórki jako skutek wycinki drzew, inni zaś zajęli się poszukiwaniem miejsca w którym zrobiono zdjęcie. I tak zdjęcie mające być pewnym symbolem stało się autonomicznym bytem i było tysiące razy powielane i komentowane.
Takim też symbolem w sporze między myśliwymi a obrońcami(?) zwierząt miało być to zdjęcie:
W rzeczywistości, sarna była ofiarą wypadku drogowego i tak jej dziecko zostało sierotą. Zdarzenie samo w sobie jest tragiczne, ale użycie go jako "dowodu" na bezmyślne okrucieństwo myśliwych to już łajdactwo. 
O ile pomysłodawcę chwytu z wiewiórką można zrozumieć, to ten drugi przykład nie ma cienia usprawiedliwienia.

Byle szybko 

czyli:

"Wstaw cokolwiek !"

Małe i duże redakcje prześcigają się w podawaniu informacji. Coraz częściej nie są one nawet pobieżnie weryfikowane. Liczy się tylko to żeby być pierwszym. Potrzeba sensacji. A jak jej nie ma? To choćby sensacyjki.
Dobrym przykładem jest niedawna katastrofa MIGa-29 niedaleko Mińska Mazowieckiego. W ciągu kilku godzin dowiadywaliśmy się o "przyczynach" wypadku i losie pilota.
  • Doświadczony - niedoświadczony?
  • Dobre - złe warunki pogodowe?
  • Brak paliwa czy usterka?
  • Pilot katapultował się... Nie, nie katapultował się. Szukają go lub już znaleźli. Złamania rąk i nóg, może tylko nóg? A może jednej?
Mniej spektakularny przykład o mniejszym rozgłosie to wypadek, którego skutki widziałem na własne oczy.
Ze dwa lata temu, zimą, w środku dnia na Drodze Gdyńskiej rozbił się samochód osobowy. Przejeżdżałem tamtędy kilkanaście minut po zdarzeniu. Droga sucha, łuk łagodny. Auto tak zmiażdżone, że nawet nie umiałem określić marki. Zatem szybkość chyba.
Po powrocie do domu zacząłem szukać jakiejś informacji w trójmiejskich portalach. Samochód Audi TT. Kierowca zginął. Jechał sam. Do notatki dołączono zdjęcie:
Zdarzenie jakich wiele. Tragedia dla rodziny kierowcy. Ot i wszystko. Zwróciłem tylko uwagę na to, że wrak na zdjęciu jest niebieski, a ten który widziałem był srebrny. Prosto sobie wyjaśniłem, że chłopczyk lub dziewczynka piszący notabene niezgrabnie notatkę, na polecenie szefa w tempie ekspresowym, wkleił jakiekolwiek zdjęcie. Bo zdjęcia z miejsca wypadku nie miał. Właściwie bez znaczenia...
Ale zwrócił moją uwagę komentarz jednego z czytelników, o letnich oponach.
I tak nieistotna wydaje się nierzetelność jak wrzucenie nieprawdziwego zdjęcia, spowodowała fałszywą ocenę zdarzenia. Proste, prawda? A ile razy w sprawach większej wagi, o większym zasięgu, mamy do czynienia z drobnymi świadomymi lub nie, przekłamaniami? Na ich podstawie budowane są całe teorie, nabierające rozmachu i żyjące własnym życiem.

Liczby nie kłamią ?

Z pewnością przemawiają do wyobraźni.

"Mózg wykorzystuje tylko 10% swojej mocy". 

Stwierdzenie znane od dziesiątków lat. Nieprawdziwe? Ale jak pobudza do rozważań i jak tajemnicze budzi domysły. Choć przyznam, że słuchając wypowiedzi wielu ludzi na eksponowanych stanowiskach, myślę czasem: Chyba 3% nie sięga !

Świat jest zadłużony na 40 bilionów $. 

Nie wiem jak to jest liczone. Nie wiem jakie ma znaczenie. Ale jak brzmi! Prawda?
Ktoś celnie to skomentował:
Albo:

Bez stosownych procedur prezydent Warszawy (L.Kaczyński) przekazał na rzecz schroniska dla zwierząt kilkanaście tysięcy złotych.

Oburzająca rozrzutność? Beztroska? Być może. Ale słysząc to, nie myślimy o tym lub nie wiemy, że budżet roczny Warszawy to kilkanaście miliardów. Spróbujcie obliczyć % tej "rozrzutności".

J.Owsiak - chłopiec do bicia

Jako żelazny dowód niegospodarności a najlepiej nieuczciwości WOŚP można podać liczby ze sprawozdań księgowych. Powielane tak często, że każdy "dowód" ten zna. Wszystkie liczby są prawdziwe (!!!). Figiel jest prosty. Bierzemy wpływy i wydatki z różnych sprawozdań. Jedno dotyczy rozliczeń rocznych a drugie rozliczenia tzw. Finału WOŚP. Każdy uczeń liceum ekonomicznego to potrafi. A my czytając przyjmujemy bezkrytycznie.
Manipulacja liczbami i szokowanie nas jej efektem są powszechne i codzienne. Można o tym napisać tomy, ale po co? 

Niech ilustracją mówiącą o manewrowaniu liczbami czy wynikami będzie prosty żart sprzed ponad 50 lat: 
Chruszczow i Kennedy ścigali się w biegu na 100 m.
N.Y. Times:
Prezydent Kennedy wygrał bieg na 100 m. z Chruszczowem
PRAWDA:
W biegu na 100 m. tow. Chruszczow był drugi, a J.Kennedy przedostatni.


I tu niechcący zasiałem ziarno nowego mitu. Jestem pewien, że znajdzie się ktoś kto zacznie szukać w Google informacji o tym kiedy bieg ten miał miejsce.

Ani jedno słowo nie jest kłamstwem

1.XI.2011 na lotnisku Okęcie awaryjnie lądował Boeing-767 pilotowany przez kapitana Tadeusza Wronę. Przez kilka dni wszystkie media powtarzały filmową relację z lądowania i rozmowy z kim się tylko dało. Przede wszystkim zamęczano kapitana Wronę o to aby po raz kolejny opowiadał o zdarzeniu i zadawano mu mnóstwo pytań. Nie zawsze mądrych. Odpowiadał i opowiadał cierpliwie. Zaimponował mi skromnością. Nie kreował się na bohatera. Tak trwało póki dramatyczne skądinąd wydarzenie nie spowszedniało widzom.
Kapitan tłumaczył, że lądowanie bez wysuniętego podwozia jest wykonywane zgodnie ze starannie opracowaną procedurą. Ćwiczone wielokrotnie na symulatorze, jeśli wykonane zgodnie ze sztuką, jest manewrem który daje duże szanse uniknięcia katastrofy.
"Ćwiczymy ten manewr na symulatorze. Trudniejsza jest symulacja lądowania z jedną wysuniętą golenią. Kończy się tzw. "cyrklem". Samolot zawsze wylatuje poza pas." 
Kilka miesięcy temu oglądałem program na Discovery, gdzie jest ta sama wypowiedź kpt. Wrony... z jednym małym cięciem:
 "Ćwiczymy ten manewr na symulatorze. Trudniejsza jest symulacja lądowania z jedną wysuniętą golenią. Kończy się tzw. "cyrklem". Samolot zawsze wylatuje poza pas." 
Każde słowo rzeczywiście jest wypowiedziane przez bohatera zdarzenia. Zatem nie ma tu kłamstwa? Jest. W zgrabnym cięciu. Nie ma tu mowy o jakiejś wielkiej intrydze. Wypowiedź zniekształcono dla dodania dramaturgii. Głupie i szkodliwe.
Nawiasem mówiąc na Discovery wiele jest ciekawych i wartościowych dokumentalnych i popularnonaukowych programów, poszerzających nasza wiedzę, ale mamy kwiatki typu:
  • okręt rozwijał prędkość 30 węzłów na godzinę
  • samoloty leciały na wysokości 30 tys. metrów (stopa a metr... co za różnica)
  • ratunkowe tratwy HYDRAULICZNE
  • na pokładzie lotniskowca znajdowało się 60 NISZCZYCIELI (Devastator-destroyer... co za różnica)

Inny przykład "dobrego" ułożenia wypowiedzi...

W ubiegłym roku TVP zrealizowała film dotyczący zagadkowej postaci Herberta Klose i budzącej emocje historii tzw. "Złota Wrocławia". Historia fascynująca. Film powraca do poszukiwań od wielu lat ponawianych w różnej formie. Pokazuje ich ciekawe fragmenty, szczegóły śledztw. Naprawdę warto obejrzeć. 
Ale...
W samej końcówce narrator wspomina poszukiwania z roku 2006, którym patronował ówczesny rząd, a kierował nimi płk. Lesiak. Za chwilę, jednym tchem T.Lulek (narrator) przytacza wypowiedź płk. Chrobota o odnalezionych monetach. Wartościowe, zabytkowe monety sprzedane zostały na Zachodzie przez MSW. Prawda? Tak. Monety te wykopano w Lubiążu. Też prawda. Każdy powiąże te srebrne monety z poszukiwaniami z roku 2006, bo to narzuca kolejność wypowiedzi. Tyle, że wykopano je w latach 80tych i zdarzenie to dotyczy poszukiwań z lat PRL. O tym wiedzą tylko ci z nas, którzy tajemnicami skarbów dolnośląskich interesują się. 
I znów kłamstwa nie ma (?). Tylko manipulacja kolejnością wspominanych faktów.


Poruszony przeze mnie problem każdy z Was może uznać za błahy lub poddać dyskusji. Wiadomości rzucane w przestrzeń internetu mają coraz większą siłę absolutnie niezależną od ich prawdziwości. Przez wielu z nas są przyjmowane w dobrej wierze jako prawdziwe, bezkrytycznie.   Czytajmy je, ale zastanówmy się zanim je przyjmiemy lub tym bardziej powielimy.Nigdy nie urósłby do rangi problemu tzw. "ruch antyszczepionkowców" gdyby tylko idioci go nagłaśniali. Do tego przyczynili się także ci spośród nas, którzy oczarowani chwytliwym hasłem lub nazwiskiem "autorytetu" rozpowszechniają bzdury."Antyszczepionkowcy" to przykład drastyczny i dla każdego zrozumiały. Ale i w innych drobnych, może mniej dramatycznych i mniej masowych sprawach łatwo dajemy się oszukać. Bo przecież ...

"Ludzie uwierzą we wszystko co przeczytają w internecie"

/Albert Einstein/

28 grudnia 2017

Stefan Hula - koziołkowa refleksja

W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia rozegrano Mistrzostwa Polski w skokach narciarskich. Znam się na tej dyscyplinie sportu tak znakomicie jak na każdej, czyli... wcale. Nie przeszkadza mi to jednak cieszyć się oglądając widowiskowe zawody.
O tym co w skokach lubię i co podziwiam pisałem niemal dwa lata temu. Jeśli kogoś z Was to ciekawi to tu można sobie przypomnieć tamte dywagacje:
Dziwne to uczucie oglądać zawody ze spokojną pewnością, że wygra POLAK. Choć 100% pewności nie było, bo przyjechał jeden zawodnik z Czech. I też fajnie. Zaprezentował się porządnie.
Przyjemnie też patrzeć na bardzo młodych skoczków, którzy choć skaczą po 80 metrów to uczą się i może za rok lub dwa zaistnieją w Pucharze Kontynentalnym. A później w najwyższej klasie.
Oczywistym było, że o tytuł mistrza walczyć będą nasi najlepsi...

Stoch? Kot? Żyła? Kubacki?

Ten ostatni jest moim ulubieńcem. Od lat skacze porządnie, choć długo lądował z "prawoskrętem". Czekam kiedy jego ciężka praca da mu podium w zawodach Pucharu Świata. I... doczekam się!

Przelotna myśl przed drugą serią

W pierwszej serii świetnie skoczył Stefan Hula. Nasz mistrz, Kamil Stoch skoczył jeszcze dalej, ale lądowanie z dość niską ocena sędziów. W zeszłym roku kłopoty zdrowotne nie pozwoliły mu na udział w walce o mistrzostwo Polski. Zatem po pierwszej serii Stoch i Hula ex aequo Teraz...

Teraz to koziołek sobie myśli tak ...

Kamil Stoch osiągnął już wiele zwycięstw. W Mistrzostwach Polski także. Jest jeszcze młody i wiele może zgromadzić kolejnych pucharów, tytułów, medali. Stefan Hula to skoczek dobry, ale nie aż tak wybitny. Ma 31 lat, chyba nie będzie skakał tak długo jak N.Kasai. Z tytułu mistrza cieszyłby się bardzo. I choć radości pomierzyć się nie da to wyobrażałem sobie, że ta radość byłaby większa niż radość Kamila Stocha. Może się uda? Oby Hula skoczył w drugiej serii najlepiej jak tylko umie ...

I ... skoczył po tytuł Mistrza Polski !

W żadnym razie nie życzyłem Kamilowi źle. I nie cieszyłem się z jego dość nieudanego drugiego skoku. Cieszyłem się za to z tego, że Stefan Hula wytrzymał presję, której ciężar możemy sobie tylko wyobrażać. Skoczył znakomicie i wygrał z ogromną przewagą. Wygrał w obecności wszystkich swoich najmocniejszych kolegów z kadry.


  • 1. Stefan Hula - 123,5, 126,0 m - 254,3 pkt. 
  • 2. Piotr Żyła - 119,0, 120,0 - 231,9 pkt
  • 3. Kamil Stoch - 126,0, 111,5 m - 225,2 pkt.
  • 4. Dawid Kubacki - 108,0, 124,0 m - 219,3 pkt
  • 5. Maciej Kot - 115,5, 111,0 m - 206,4 pkt.
  • 6. Jakub Wolny - 107,0, 115,0 m - 197,8 pkt.
  • 7. Stanisław Biela - 106,5, 116,0 m - 197,7 pkt. 
  • 8. Andrzej Stękała - 99,0, 120,0 m - 184,7 pkt. 
  • 9. Karol Niemczyk - 105,5, 113,0 m - 172,8 pkt
  • 10. Krzysztof Biegun - 93,0, 117,0 m - 164,5 pkt.
Tak więc niespodziewanie miałem posmak emocji porównywalnych z tymi, które towarzyszą mi podczas oglądania zawodów rangi Pucharu Świata. Było bardzo fajnie. 
Koledzy pogratulowali zwycięzcy i chyba szczerze cieszyli się jego radością. Dobrze podsumował to Dawid Kubacki mówiąc, że jest ich pięciu zdecydowanie mocniejszych niż reszta i tak już jest, że cieszą się wszyscy, a tylko jeden z nich cieszy się najbardziej. 😊  Tym razem jest to:

Stefan Hula - Mistrz Polski 2017 !!!



 

24 grudnia 2017

Ulica Uśmiechu czy ... Straszliwej Męki Pańskiej ?


Kamieniec Ząbkowicki
Doszliśmy w swoim zacietrzewieniu i głupocie do takiej sytuacji, kiedy każdej inicjatywie nadajemy cechy walki politycznej czy ideologicznej. I choćby była to rzecz nie pierwszorzędnego znaczenia, to uruchamiamy retorykę największego kalibru. Tworzą się natychmiast dwie główne grupy, które żrą się ze sobą wściekle. Nie ma znaczenia waga sporu ani sens koncepcji obu stron. Także wiedza na dany temat jest nam zbędna. Bez niej nawet nam lepiej i łatwiej. Media wszelkiej orientacji dbają przy tym o nagłośnienie naszych awantur bo z tego żyją.
Nie wypada żebyśmy mieli ulice upamiętniające "bohaterów" czczonych przez administrację okupacji sowieckiej zwaną PRL. Chyba oczywiste. Jeśli mamy wątpliwości czy usunąć takich patronów, to zastanówmy się czy również nie powinniśmy "historycznie uszanować" nazw ulic np. Gdyni w ten sam sposób osobliwy. Nie byłoby zatem dziś ul.10-lutego i Skweru Kościuszki, a H.Goeringstrasse płynnie przechodzącą w Adolf Hitler Platz.  
Tacy "święci" jak Kniewski, Sawicka, Nowotko, Lenin, Świerczewski, Marchlewski i im podobni powinni być skazani na niebyt w przestrzeni publicznej. W historii zaś powinni być jasno określeni, zgodnie z ich rolą i wartością. Jak sądzę dziś w zaświatach znajdują się w tak wstrętnym miejscu, że nawet najbardziej kostropaty diabeł szczać tam nie chodzi.
Po odzyskaniu niepodległości w 1989 większość obrzydliwych patronów ulic zniknęła. Jednak nie wszyscy.
Uchwalono zatem w parlamencie w 2016 roku, że lokalne władze mają czas na zmianę nazw ulic do września 2017. Jeśli tego nie zrobią, decyzję o zmianach podejmie wojewoda w oparciu o opinię IPN. 
Czy wszyscy występujący za lub przeciw zmianie nazw ulic wiedzą wystarczająco dużo o konkretnym patronie? Mam wątpliwości...

Na początek scenka w taksówce:

Kurs z Sopotu do Wrzeszcza. Pan w wieku 30-40 lat i syn 10-12. Ponieważ ruch jest duży, dyskutujemy, którędy jechać. Pada nazwa ulicy, którą możemy ominąć najgorsze korki - Abrahama.
- Tato czemu ulica nazywa się Abrahama?
- Bo to na pamiątkę Abrahama Lincolna, który był prezydentem Stanów Zjednoczonych i był wielkim przyjacielem Polski. Pomógł nam w odzyskaniu niepodległości.
Tak wykształcony reprezentant klasy średniej przekazuje wiedzę historyczną swojemu synowi.
A Antoni Abraham? No cóż, skoro Wilson i Lincoln to jedna osoba, problem naszego niedokształcenia jest całościowy. A o Królu Kaszubów zapomnieliśmy już wszyscy i jedyny Abraham o jakim pamiętamy to postać z mitologii chrześcijańskiej. Ja przypomniałbym jeszcze o dowódcy Wielkopolskiej BK, generale Romanie Abrahamie. Ma swoją ulicę w Warszawie, Poznaniu i rondo w Świdwinie.

Do zmiany w Gdańsku

Wojewoda Pomorski Dariusz Drelich 13 grudnia ogłosił, że:
ulica J.Wassowskiego zmieni swoją nazwę na ul. A.Walentynowicz,
ul. M.Buczka - na ul. J.Styp-Rekowskiego,
ul.St.Sołdka - na ul. K.Szołocha,
ul. W.Pstrowskiego - na ul. H.Lenarciaka,
ul. L.Kruczkowskiego na ul. I.Matuszewskiego,
ul. F.Zubrzyckiego na ul. F.Selmanowicza „Zagończyka”.
Zaś największy szum i emocje budzi zmiana nazwy ulicy Dąbrowszczaków na Lecha Kaczyńskiego. Czy z powodu przywiązania do historii Brygady im. J.Dąbrowskiego?
A może ze względu na Lecha Kaczyńskiego, którego już zupełnie nie postrzegamy jako człowieka?
Stał się tylko żetonem w szalonej grze pomiędzy skłóconymi stronnictwami.
Sami sobie odpowiedzcie.
Nie będę się rozwodził szeroko nad problemem. Podzielę się tylko kilkoma moimi myślami...

Józef Wassowski

Postać z pewnością nie jest godna uwiecznienia. No chyba, że przyjmiemy za jego zasługę poczęcie syna. To pewien nomen omen... WKŁAD. Może zmienić nazwę z Józefa na Jerzego Wassowskiego, którego talent wiele wniósł do naszego świata kultury. A i wnuk Józefa, Grzegorz Wassowski zapisał się i zapisuje się całkiem nieźle w naszej rzeczywistości.
Zatem zmiana nazwy ulicy z J.Wassowskiego na J.Wassowskiego. Może być?

Marian Buczek

Przez lata PRL był bardzo wygodnym symbolem rzekomo licznego ruchu komunistycznego w II Rzeczypospolitej. Odpowiednio uwypuklono niektóre szczegóły życiorysu tego tajemniczego człowieka. Dlaczego tajemniczego? Bo jest parę szczegółów, które nie pasują do jego domniemanych komunistycznych zboczonych przekonań. Profesor Paweł Wieczorkiewicz przyjmował nawet za prawdopodobne, że M.Buczek nie tylko komunistyczną szumowiną nie był, a mógł pracować dla polskiego kontrwywiadu. Czy gdzieś w archiwach leżą dokumenty, które to kiedyś potwierdzą?

Sołdek i Pstrowski

Stanisław Sołdek 1916-1970

Wincenty Pstrowski 1904-1948
Wpisują się w wizerunek tzw. przodowników pracy. Stoczniowiec i górnik. Czy pracowali z zapałem, żeby budować PRL? A może nie. Może jakiś skrawek Polski w sowieckim morzu okupacji? Nie na pewno, ale chyba mogę mieć wątpliwości?

Leon Kruczkowski

W najgorszym okresie stalinizmu był prezesem ZLP. W latach 1945-48 był wiceministrem w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Był także posłem do tzw. "sejmu". To wszystko prawda!
Ale chyba przechodniom patrzącym na tabliczkę z nazwą ulicy jego imienia kojarzy się z twórczością literacką Leona Kruczkowskiego, która jakąś wartością jest nadal. Czy się mylę?

"Mały Franek"

Franciszek Zubrzycki to postać karykaturalna. Przez całe lata PRLu był kreowany na bohatera walki partyzanckiej. Dowódca pierwszego oddziału Gwardii Ludowej. Te bandyckie nieliczne grupy, po 1945 roku były dobrym fundamentem do tworzenia bajek o komunistycznej partyzantce. Nie pastwmy się nad F.Zubrzyckim, który choć niczego nie dokonał, może był tylko drobnym łotrzykiem. Jednak wielce jestem zdziwiony, że zachowała się nazwa ulicy do dziś.

XIII Brygada Międzynarodowa im. Jarosława Dąbrowskiego

Była to złożona głównie z Polaków, jedna z sześciu Brygad Międzynarodowych walczących po stronie Republiki. Żołnierzami brygady byli ochotnicy. Emigranci polityczni i ekonomiczni. Ideowcy oczarowani komunizmem, ale i dewianci którzy komunizmem byli nieodwracalnie zakażeni. Często zdarzali się też szczerzy zwolennicy demokracji, którzy walcząc po stronie Republiki sądzili, że tejże demokracji bronią. Była też rzesza pięknoduchów i rzesza awanturników różnego pochodzenia.
Mieczysław Migała
1903-1937
Przedstawicielem tej ostatniej był np. niejaki Mieczysław Migała. Marynarz, aktywny uczestnik różnych strajków i demonstracji w Gdyni. Związkowiec, członek KPP. Chuligan pospolity, który znalazł swoje miejsce w historii bo wpisał się w ruchy polityczne. Zginął pod Saragossą. Dlaczego o nim wspominam? Bo doczekał się w PRLu uhonorowania. Miał swoją ulicę w centrum Gdyni i statek  swojego imienia: m/s Marynarz Migała.
Warto pamiętać, że Brygady Międzynarodowe to w szczytowym momencie siła 22-25 tys. żołnierzy. Przez całą wojnę przez szeregi tych formacji przeszło około 30 tysięcy ochotników. Całe siły wojsk republikańskich to około 800 tys. żołnierzy. Większość z nas jest zaskoczona tą proporcją? Bo o wojnie domowej w Hiszpanii wiemy niewiele i ten epizod historii raczej wyobrażamy sobie na bazie szczątkowych informacji czy wręcz haseł. A szkoda bo dostępnych źródeł jest wiele.

Czy Dąbrowszczacy zasługują na swoją ulicę?

Rola i ewentualne zasługi tej brygady są tak niejednoznaczne jak zasługi (?) jej patrona. Zachęcam do zapoznania się z życiorysem J.Dąbrowskiego. Przedstawicielom niektórych elektoratów pomogę, wyjaśniając, że gen. Henryk i Jarosław Dąbrowski to nie ta sama osoba. To Henryk poprowadził kabel energetyczny z Włoch do Polski.
Nie mam wystarczającej wiedzy historycznej, żeby zająć jednoznaczne stanowisko w ocenie Brygad Międzynarodowych.
W hiszpańskiej wojnie domowej zginęło około 3 tysięcy Polaków. Część z nich walczyła z wiarą w słuszne lub nie, idee. Zasługują na szacunek, bez względu na to co o tej wojnie dziś wiemy i jak ją oceniamy.
W obronie problematycznej chwały Dąbrowszczaków stają w większości ci z nas, którzy sądzą, że generał Franco to taki hiszpański Hitler rezydujący w Madrycie i mówiący po hiszpańsku. Zaciekli przeciwnicy Dąbrowszczaków to z kolei ci z nas, którzy wszystkich walczących po stronie republikańskiej widzą jako sołdatów z czerwoną gwiazdą na czapce, zasiedlonej przez wszy.

Jak będzie?

Nie wiem. Myślę, że nowi patroni ulic już na starcie mają przechlapane. Bo bez względu na swoje rzeczywiste zasługi, będą długo postrzegani jako promowani przez głupców, którzy nami rządzą. Głupców których samiśmy wybrali! (To przypominam przy każdej okazji). To nasze głosy lub obojętność spowodowała, że rządzą nami głupcy.  

A ulica STRASZLIWEJ MĘKI PAŃSKIEJ?

Chyba ponad 20 lat temu Wojciech Man i Krzysztof Materna wymyślili ten skecz. Czy mogli przypuszczać, że stanie się to rzeczywistością?
Man i Materna - KLIK
A jeśli chcecie to możecie poczytać o moich spostrzeżeniach dotyczących nazw ulic sprzed kilku lat...
Zmiany nazw ulic i figielki... - KLIK

07 października 2017

MY TAXI czyli dyplom w szufladzie

Tuż przed maturą zacząłem zastanawiać się nad swoją przyszłością. Już kończąc szkołę podstawową marzyłem o studiach na Politechnice Gdańskiej i późniejszej pracy projektanta statków. Nauka w Conradinum przekonała mnie, że to dobry kierunek i ciekawa praca. Przyszłość pokazała, że tak.
Ale była dopiero połowa lat osiemdziesiątych. Po krótkiej radości sierpnia 1980 przyszedł 13 grudnia 1981 i mrok, żal, marazm. Działo się źle i praca inżyniera po studiach dawała dochody niższe niż praca niepiśmiennego operatora sztanctygla. Jakąś ewentualnością była ucieczka na Zachód. Tyle, że bez szansy powrotu. Do takiej decyzji nie byłem zdolny. I tu przyszłość pokazała, że instynktownie wyczułem, że to nie rozwiązanie dla mnie. Zbyt słaba osobowość. Po roku 1989 głównie w związku z pracą sporo krajów odwiedziłem. Prawie wszędzie mi się podobało (z wyjątkiem Libii), ale nigdzie nie wyobrażałem sobie życia na stałe. Takiej już jestem konstrukcji.
Tak czy inaczej przyszłość 20letniego maturzysty rysowała się marnie. Ale mając lat 20 wydaje się nam, że wiemy o życiu wszystko, jesteśmy oczywiście dorośli (!) i mądrzy (!!!).

I tak w swej "mądrości" znalazłem rozwiązanie ...

Bardzo imponował mi wówczas mój szwagier. Starszy o 7 lat, wydawał mi się przedsiębiorczy, mądry, zaradny itd. Wymyśliłem, że nie pójdę na studia bo co mi po nich. Po maturze razem z Włodkiem kupimy jakiegoś przechodzonego Fiata 125p za pożyczone pieniądze. Siądziemy we dwóch na taksówce w Warszawie i w krótkim czasie dorobimy się pieniędzy, nowszego samochodu, potem dwóch i będziemy opływać w dostatek. 
Faktem jest, że w owym czasie taksówkarze zarabiali dużo. Postoje taksówek to kolejki ludzi, podjeżdżające taksówki, które zabierały 2-3 pasażerów z których każdy płacił osobno. Cenę za kurs taksówkarze ustalali niemal dowolnie. Nierzadko też podjeżdżając na postój mówili w jakim kierunku mogą łaskawie jechać. 
Sam byłem nieszczęsnym uczestnikiem takiej scenki:
Dworzec Centralny. Pociąg się spóźnił i nie zdążyłem na ostatni autobus 130. Stoję w kolejce kilkunastu osób. Co kilka minut podjeżdża taksówka i PAN kierowca woła: 
- Bielany!
Łaskawie zabiera 1-2 osoby, które cieszą się, że los je wskazał.
- Wola!
Znów się do kogoś los uśmiechnął. A ja stoję marznę i czekam. Wreszcie...
- Mokotów !
- Może być dolny ? - pytam czepiając się skrawka nadziei
- Jaka ulica ?
- Sobieskiego ...
- NIE ! - moja nadzieja zgasła
W powszechnym mniemaniu zarobki taksówkarzy były ogromne. Ile w tym prawdy a ile legendy, którą sami uwiarygodniali swoim zachowaniem? Aroganccy, lekceważący. Traktujący pasażera per noga. Uważani byli także za ludzi o szerokich kontaktach i nieograniczonych możliwościach załatwiania spraw wszelakich.
I jeszcze ten obraz taksówki z lat 80tych. Fiat lub wiekowy Mercedes z brudnymi pokrowcami z baraniej skóry na siedzenia. Popielniczka pełna petów i smród. A i taksówkarz nie zalatywał lawendą zwykle.

Tato, Tato, jestem geniuszem!

Moim "fenomenalnym" pomysłem w pierwszej kolejności podzieliłem się z Tatą. Po buntowniczym okresie nastolatka, Ojciec stał się dla mnie najważniejszym autorytetem i najlepszym rozmówcą. Przyjmował wszystkie moje, choćby najgłupsze przemyślenia z powagą. Nie wyśmiewał, choć pewnie czasem z trudem się powstrzymywał. Gdy było trzeba udawał, że wie mniej niż wiedział naprawdę i nie pouczał. Zamiast tego zadawał pytania. Odpowiedzi w wielu wypadkach absurdalne, przyjmował i prowadził rozmowę tak żebym sam swoje teoryjki rozłożył na czynniki pierwsze i dostrzegł ich wartość realną.
Po latach zrozumiałem, że gdyby wystąpił w roli mentora i jawnie miażdżyłby mnie przewagą wiedzy i inteligencji, nic by nie osiągnął. Ja bym zaparł się nawet w najgłupszej idei i brnąłbym w nią na własną zgubę. On? Cóż by zyskał? Satysfakcję taką jak komandosi wygrywający walkę z plutonem pluszowych misiów.
Tata stał się moim doradcą i powiernikiem najskrytszych myśli do ostatnich Jego dni. Do ostatniej naszej rozmowy 09.01.2000. Chyba obaj nie wiedzieliśmy, że widzimy się ostatni raz. 
Do dziś kiedy jestem w trudnej sytuacji i rozterce pomagam sobie zastanawiając się co Tata na moim miejscu by zrobił. Mama miała dla mnie wielkie serce i rozpieszczała kiedy miałem lat 4 i ... 40. Tata był filarem na którym mogłem oprzeć każde moje przedsięwzięcie.
Ale opuszczając świat dygresji i wracając do mojego pomysłu z 1984 roku ...

Synu! Znakomity pomysł!

Może nie tymi słowami, ale podobnie Tata przyjął mój plan na życie.
Z uwagą wysłuchał jak opowiadam o swojej koncepcji. Przez taksówkę do dobrobytu i szczęścia. Z uznaniem kiwał głową. Potwierdzał. Gadaliśmy długo. Tata doprowadził swoimi sposobami do wniosku, który wydał mi się własnym, a był w rzeczywistości Jego mądrym drogowskazem.
Po kilku latach wyjaśnił mi także, że użył mechanizmu którego używają wobec mężczyzn inteligentne kobiety. Tak manewrują abyśmy ich pomysły i wizje przyjmowali za własne. Uznali za objaw swojego geniuszu. One zaś wtedy wspierają nasze działania i podziwiają. Tym można sobie kupić każdego faceta. Ja jestem przypadkiem skrajnym - narcyzem. Średnia to mężczyzna lubiący być docenianym i łasy na pochlebstwa. Jeśli inteligentny, to pochlebstwa nie mogą być zbyt toporne. Uważajcie drogie panie!
Wszystkie kobiety które podziwiałem a niektóre kochałem, miały ten mechanizm opanowany perfekcyjnie.
Ups...Znów MISZCZ dygresji pobłądził. Jaki zatem był ten wysterowany "mój" wniosek z wielogodzinnej dyskusji z Tatą:

Skoro taksówka to znakomity pomysł na dziś, to za kilka lat będzie nim także!

Mogę skończyć studia, które same w sobie są atrakcją. Jeśli okaże się, że jako inżynier nic nie zwojuję, to dyplom mogę schować do szuflady i zarabiać krocie jako taksówkarz. W razie niepowodzenia zaś... Wystarczy otworzyć szufladę i wyciągnąć dyplom. Jeśli zrobię odwrotnie i po maturze zostanę taksówkarzem to w razie niepowodzenia... Nie ma co otwierać szuflady. Będzie pusta.
Tak nie po raz pierwszy i nie ostatni Tata pomógł mi w wyborze drogi.

Dyplom w szufladzie

Nie umniejszam wartości dyplomu, ale moja droga zawodowa daleko odbiegła od branży okrętowej. Po pracy w BK Stoczni Gdańskiej, pracowałem na zlecenie stoczni Meyer Werft, HDW, Seebeck. Po załamaniu rynku stoczniowego przypadek rzucił mnie w świat handlu samochodami użytkowymi. 




Zaczynałem od podstaw czyli od pracy sprzedawcy. Wówczas jeszcze bez komórki. Tak... był kiedyś świat bez telefonów komórkowych. Miałem teczkę, kilka prospektów, oferty własnoręcznie układane i Fiata Uno. Za CRM służył mi zeszyt w kratkę formatu A4.
Sporo lat spędziłem w klubowych barwach MAN a później DaimlerChrysler (Mercedes). Mnóstwo zdarzeń dobrych i złych. Ważne, że wiele z nich było ciekawych. Zawodowo czułem się spełniony. Spotkałem też wielu ludzi. Czy dobrych czy złych? Interesujących.
Dyplom choć odłożony do szuflady przydał się. I formalnie i praktycznie. Bo inżynier to nie tylko człowieczek umiejący wyliczyć grubość blachy, wskaźnik przekroju. To przede wszystkim sposób myślenia. Przydaje się to na co dzień.
Trochę uśpiony powodzeniem w pracy i bardzo zmęczony ciągłymi podróżami, przyjąłem atrakcyjną jak sądziłem propozycję od człowieka któremu miałem powody ufać bez zastrzeżeń. Znaliśmy się niemal 20 lat. Od studiów. Praca prosta. Zarządzanie kilkuosobowym zespołem małej firmy. Bez ciągłych wyjazdów. Pieniądze i inne profity nieco mniejsze, ale stabilność i jasna przyszłość... Jednak cel był inny niż deklaracje. Mój "przyjaciel" cel ten osiągnął. Przyszedł dzień, który udowodnił mi, że jednak nie znam się na ludziach. Zostałem na lodzie. Spotkało mnie to przed czym przestrzegałem innych. Uważałem, że mnie to nie grozi. Strasznie dziecinna jest moja zarozumiałość i pewność siebie. Ale dalej je lubię, a siebie samego kocham bezgranicznie.
Krąg znajomych szybko zaczął się przerzedzać. Wiele osób jednak chciało mi pomóc. Tyle, że byli to akurat ci, którzy oprócz doraźnej pomocy za którą jestem im ogromnie wdzięczny nie mogli pomóc mi w powrocie na rynek pracy. Pracowałem zatem dorywczo gdzie i jak się dało. U socjopaty, którego funkcjonowanie zależało od dawek i rodzaju środków farmakologicznych. Dla kilku wizjonerów, którzy chętnie korzystali z moich bezpłatnych usług itp. Czasem nawet świadomie dawałem się wykorzystywać, żeby tylko mieć zajęcie, pozór pracy.
Kiedy wszystko się sypało skorzystano z okazji i zostałem wypatroszony z ostatniego kapitału jaki miałem na czarną godzinę. Tak dokładnie według porzekadła o rodzinie i zdjęciu. Zaś ktoś bardzo mi bliski i ważny przez lata, z dnia na dzień zerwał ze mną wszelki kontakt i zaczął się wstydzić naszej znajomości.

Czy wyciągnąłem dyplom z szuflady ?

Do smętnego końca zmierza ta bajka? Warto użalać się nad klęską której odwrócić nie można?  
Nie! 
Bo gdyby tak było to już bym jej nie pisał, tylko skręcał konopkę i szykował taboret.
Naprawdę był podobny...
Choć pokrętnie, to dyplom znów się przydał. Pojawił się inny kolega ze studiów. Sporo czasu razem spędzaliśmy, lubiliśmy się. Chyba byliśmy zaprzyjaźnieni. Później drogi się rozeszły. Przez ćwierć wieku widzieliśmy się kilka zaledwie razy, ale mnie zostały miłe wspomnienia.
Obu nam los przyłożył obuchem w łeb potężnie. Różnica jest jednak zasadnicza. Mac Gyver, umiał się podnieść sam i wymyślił własny sposób żeby zarabiać na życie. Niełatwy i wymagający, ale własny. Nie na darmo jak widać nasza koleżanka Asieńka dała mu taką ksywę.
Od kilku miesięcy jestem kierowcą jego taksówki. Pewnie wie, że ta propozycja pozwoliła mi uwierzyć, że nie utonę.
Gdyby nie studia Mac Gyver'a bym nie poznał. Zatem dyplom choć w szufladzie na zawsze już zostanie, to znów się przydał.

MyTAXI

Praca dorożkarza nie wymaga szczególnych zdolności. Nie wymaga kwalifikacji i nawet myślenia w zakresie większym niż podstawowe.
Obaj z Mac Gyver'em liczymy, że z czasem da nam nawet jakiś dostrzegalny zarobek. Na dziś zaś daje mi zajęcie i coś co w moim wypadku bardzo cenne. Świadomość tego, że mam po co rano wstać i mam coś do zrobienia.
Jest też trochę małych atrakcji. Można przyglądać się ludziom, życiu miasta. Bawić się "polując" na pasażera. Ratować wędrujące ulicą jeże... Wymyślam sobie różne cele, żeby uatrakcyjnić monotonną pracę taksówkarza. Zajęcie to ma ten mankament, że fizycznie bardzo wyczerpuje. Możecie mi wierzyć.


Nocny kurs na Politechnikę



Chwilami myślę, że uczestniczę w jakimś małym przełomie. Funkcjonowanie MyTAXI opiera się na nowoczesnym pomyśle. Pasażerom się system zamawiania i monitorowania podoba. Ja jako kierowca jestem nieco jak gracz w grze komputerowej. Czasem bywa zabawnie.
Właścicielem MyTAXI jest Daimler AG. Koncern potężny, o wielkich możliwościach. A mnie z racji dawnej pracy w DCAP bliski... Kozioł jest sentymentalny.
Luksusowe hotele oglądam teraz tylko z zewnątrz
Tekst choć niesponsorowany, jest świadomą moją reklamą MyTAXI ? Może trochę. 😉
Chcecie kod promocyjny? Nie trzeba. Wystarczy, że wsiadając do mnie powołacie się na "Koziołkowe myśli". Słowo!
A co będzie? Zobaczymy...

 

19 lipca 2017

Kozioł zerka na Francję... NIEOBIEKTYWNIE !!!

Mamy wynik prezydenckich i parlamentarnych wyborów we Francji. Choć raczej spodziewany, budził wiele emocji. Bo pewności nie było.
Przecież referendum w Wlk.Brytanii nie mogło (!) dać wyniku decydującego o wyjściu z UE, a dało. Przecież nawet infantylni Amerykanie nie mogli wybrać Trumpa!!! Nawet w alternatywie z wyjątkowo nieudaną kontrkandydatką, a wybrali. U nas także ostatnie wybory pokazały, że większość potrafi wybrać coś absurdalnego. Dlatego wybór Macrone'a i jego ad hoc zebranej partii, choć logicznie spodziewany, pewnym nie był. A może też jest absurdalny?

Jest się z czego cieszyć?

Z perspektywy Francuza - nie wiem. Z naszej - obojętne. 
Francja zagubiła swoją tożsamość wiele lat temu. Francji i Francuzów koziołek nie lubi. Ale nie wynika to z głębokiej znajomości polityki i francuskiej rzeczywistości, tylko z własnych jednostkowych doświadczeń i równie nieobiektywnych spostrzeżeń. Przede wszystkim zaś z koziołkowych "analiz" historii. Analiz w cudzysłowie bo pozwalam sobie często na historyczne dywagacje, nie mając stosownego wykształcenia.
Francja wzniecając rewolucję u kresu XVIII wieku zburzyła obowiązujący porządek. Eksperyment fascynujący, spektakularny itp. Niestety jednak nie dał nowego, trwałego i jakiegokolwiek wiarygodnego fundamentu nowego porządku. Wiara chrześcijańska w wersji koncernu watykańskiego, z nauką Chrystusa miała w wieku XVIII tyle wspólnego co dziś. Nic. A na tej doktrynie oparty był system władzy. Padł zatem. Z tych gruzów przez 200 ponad lat nie powstało nic co byłoby trwałe, w powszechnym mniemaniu niepodważalne i wskazywało jednoznaczne fundamentalne wartości. Na tyle niepodważalne, że nawet najwięksi antagoniści traktowaliby je jako aksjomaty. Cytując mojego przyjaciela Wojtka, globalny porządek świata potrzebuje kilku punktów tak trwałych, że Pan Bóg w nie nóżkę cyrkla wstawia zakreślając kręgi według swej fantazji.
Nie ma już i nie będzie takich fundamentów. Zatem każda konstrukcja filozoficzna, teologiczna czy polityczna podlega przekształceniom. Jej trwałość można mierzyć co najwyżej w dziesiątkach lat. Zastępowana jest następną. Optymiści powiedzą, że to rozwój, pesymiści, że chaos. Kozioł sobie myśli, że po prostu ruch i tylko na własny użytek usiłuje go ocenić. Najczęściej nawet sam sobie nie umiem odpowiedzieć czy wydaje mi się dany kierunek dobrym.

Marine le Pen ocaliłaby Francję !

Czegoś takiego nie powiedziałbym nawet po pijanemu. Ale są tacy, którzy tak twierdzą i może nawet tak myślą. Marine le Pen ma bardzo dobrze wypracowany wizerunek silnego przywódcy. Jaka jest naprawdę nie ma znaczenia. W polityce liczy się tylko wrażenie i przekonanie wyborców. Obiecywała różne radykalne ruchy. Realne, nierealne, ale wszystkie pociągające dla części wyborców. Wyjście z UE, bezpieczeństwo Francji po oczyszczeniu z terroryzmu islamskiego, może powrót do waluty własnej. To się wielu Francuzom podoba. Zapatrzeni w mit wielkiej i silnej Francji, a jednocześnie podatni i dający się uwodzić skrajnościom.
Nasi niedouczeni politycy wyobrażali sobie już porozumienie "wodzów" narodów. Póki Francja sterowana jest przez Niemcy, takie porozumienie nie jest możliwe. Myślę, że na szczęście dla nas. Bo kiedy Niemcy stracą kontrolę nad Europą czy samą Francją, sznurki przejmie Rosja. Co to dla nas znaczy chyba wiemy. Choć jak słucham obecnie rządzących, to widzę, że nie wszyscy.

Na Macrone'a głosowali Arabowie !

Oczywiście, że tak. Także oni. Nie wiem jaki procent mieszkańców Francji stanowią ludzie pochodzenia i kultury arabskiej. Z pewnością to procent istotny. Począwszy od potomków uczestników muzułmańskiego najazdu sprzed ponad tysiąca lat, poprzez przybyszów z Algierii, Maroka i innych kolonii francuskich, aż do imigrantów z ostatnich dziesięcioleci. Część się zasymilowała, część zintegrowała, zachowując niektóre swoje kulturowe tradycje. Jeszcze inni przystosowali się w sposób minimalny, świadomie zachowując całkowitą odrębność. Często agresywnie ją zaznaczając.
Nie wszyscy Arabowie to terroryści i nie wszyscy terroryści to Arabowie. Warto też zastanowić się czy islam się radykalizuje czy radykałowie, a mówiąc wprost okurwieńcy, się islamizują. Mnie się wydaje, że to drugie. A jeszcze prościej. Szaleńcy realizujący się w zbiorowych morderstwach wybrali sobie atrakcyjny w ich mniemaniu szyld.
Tak czy inaczej, kolorowa część obywateli Francji mając wybór Macrone lub le Pen musiała głosować na tego pierwszego.
Też szastał obietnicami i hasłami, których przeniesienie w czyn może być problematyczne.
My oczywiście poczuliśmy się obrażeni kiedy podczas kampanii obiecał chronić jakąś fabrykę przed przeniesieniem do Polski. Chodziło mu o pozyskanie popularności jako obrońcy rynku pracy. Dotyczyło to akurat sytuacji z Polską w tle. W swej nadwrażliwości, fikuśnie rozumiejąc pojęcie honoru uznaliśmy, że była to wypowiedź skierowana przeciw Polsce. To atak na Polskę. Co najmniej jakby nam flota francuska zaminowała podejście do portu w Darłowie.
Jeśli pomyślimy o nieudolnym sposobie zerwania procedury zakupu śmigłowców, pomówieniu Francuzów o przekazanie okrętów Rosji za 1$, to wypowiedź o fabryce kuchenek, lodówek czy patelni z Polską w tle jest sensacyjką na ostatnią stronę gazetki gimnazjalnej.
Niezwykle łatwo oburzamy się dopatrując się wszędzie wrogości wobec naszego kraju. Traktujemy to jak świętokradztwo. A sami... swoim postępowaniem zamieniamy własną ojczyznę w szalet. 

Ale ma starą żonę !!!

No i to jest argument!
Skoro używają go przeciwnicy Macrone'a to znaczy, że żadnych poważnych zarzutów wobec niego nie mają. I to mnie trochę pociesza.
Choć nie wierzę żeby okazał się wielkim mężem stanu, rekonstruktorem chwiejącej się UE, ale chyba nie będzie rozrabiaką. A to mi wystarczy. Macrone optuje za wzmocnieniem strefy EURO i Europą dwóch prędkości co możemy uznać za niekorzystne dla nas. Prawda. Ale od kilkunastu miesięcy sami usuwamy się z UE i jeśli nie stanie się cud to zostaniemy tylko jej formalnym członkiem. A może nawet gorzej...
Co zaś do małżeństwa, to zastanawiają mnie wywody niektórych. Żona starsza o 24 lata, zatem on musi (!) być emocjonalnie niedojrzały. Niektórzy doszukują się w różnych pseudopsychologicznych analizach dowodów na jakieś szokujące odchylenia. Fu!!! Grzebanie komuś pod kołdrą jest nieeleganckie, a czynienie tego na forum publicznym to zwykłe chamstwo.
Ci sami strażnicy moralności jakoś nie zżymają się na myśl o 60latkach mających drugą bądź trzecią żonę w wieku córki lub wnuczki. To nie jest niedojrzałość emocjonalna?

Zresztą... ilu z nas dojrzewa?
- Mamo, mamo! Jak dorosnę będę taki jak tata!
- Synku, zdecyduj się. Albo jedno albo drugie.