26 października 2016

Pułkownik Kukliński a przypadek "Majora "M"

Pośmiertnie do stopnia generała brygady został awansowany Ryszard Kukliński. Dla jednych szpieg i/lub zdrajca, dla innych bohater. Niektórzy określają go jako pierwszego polskiego żołnierza w NATO. To ostatnie dość karkołomne, ale intencja zrozumiała.
Awans będący uhonorowaniem działalności Kuklińskiego, jedni przyjmują z niesmakiem inni mówią: Nareszcie !. 
Warto wspomnieć jak długo odwlekano unieważnienie wyroku śmierci wydanego przez sąd PRL. Trudność oceny? Brak wystarczających informacji? Sądzę, że koniunkturalizm. 
Gdyby generalska nominacja nastąpiła za życia miałaby większą wagę. Dziś także ma swoją wymowę, choć w scenerii politycznej dość obecnie szalonej, jest niejednoznaczna.
Mimo, że dość dużo czytałem na temat działalności Pułkownika nie mam wystarczającej wiedzy do kategorycznych ocen. Ale wciąż w myślach wiąże mi się jego szaleńcza misja z losem "majora M"

"Major M" 

Nie urodził się w mundurze. Nie była jego marzeniem wojskowa kariera. Mieszkał w niewielkim sympatycznym mieście, w rodzinie o ustabilizowanej w lokalnym świecie pozycji. A że do tego wyróżniał się wśród rówieśników inteligencją i cieszył się ich sympatią, dał się nieco ponieść. Cieszył się życiem i zabawą licząc, że ponadprzeciętne zdolności wystarczą, żeby lekko przebrnąć przez liceum w nadwiślańskim miasteczku. Potknął się jednak na maturze. Wrześniowa poprawka odbierała mu szanse egzaminów na studia. Jedyna możliwość to szkoła wojskowa. Tak trafił do jednej ze szkół oficerskich LWP, po zdanej maturalnej poprawce. Zdawał sobie sprawę czym jest LW(tzw.)P, ale pogodził się z losem. W życiu trzeba czasem iść na kompromis. 
W latach 70-tych jako oficer miał wiele przywilejów niedostępnych dla innych. Mieszkanie, niezła pensja. Pamiętam jak wspominał, że mógł sobie pozwolić na frykasy w postaci wczesnych pomidorów. Kto nie pamięta lat 70-tych może się dziwić. Dziś taki "przywilej" to coś śmiesznego.
Nie wiem co zdecydowało. Może wychowanie i zasady wyniesione z porządnego domu, a może obserwacja rzeczywistości i bystrość umysłu. Pewnie wszystko po trochu. Postanowił się nie zeszmacić. A wówczas w LWP nie było to łatwe. Wykonywał swoja pracę należycie, ale nie płaszczył się i do PZPR się nie zapisał. To nie bohaterstwo, ale jednak oznaka charakteru. Skutkowało to oczywiście pomijaniem w nagrodach i opóźnieniami w awansach. 
Chyba ważną satysfakcją dla "Majora M" była sympatia żołnierzy. Nie czuł potrzeby odreagowywania stresu na podwładnych. Wymagał ale szanował. Kiedy było trzeba ścigał podwładnych którzy z przepustki nie wrócili, niczym Linda w "Krolu". Przy takich wyjazdach często niespodziewanie odwiedzał moich rodziców. Z pewnością wiele razy musiał wydawać rozkazy których sensu doszukać się trudno, ale zachowywał ludzkie oblicze.

Dwie opowiastki

Było ich wiele, ale przytoczę te dwie.
Razu pewnego wyjechał "Major M" na likwidację wadliwej amunicji wyprodukowanej w Pionkach. Jeden z żołnierzy zaproponował, że cała kilkuosobowa grupa mogłaby korzystając z okazji wstąpić do jego domu. Uwinęli się zatem szybko z zadaniem i pojechali z wizytą. Podobno gołąbki przygotowane przez mamę tego żołnierza były wyśmienite. Czy nielubianego dowódcę żołnierz zaprosiłby do swego domu?
Druga historyjka to wręcz anegdotka. Los sprawił, że syn sąsiada rodziców "Majora M" trafił na służbę do jego jednostki. Nie dostał przepustki na święta Wielkiej Nocy. Sąsiad przyszedł do mamy "Majora M" z prośbą o interwencję. Na próżno tłumaczyła mu cierpliwie, że jej syn nie ma wpływu na przydział przepustek w kompanii jego syna.
Człek ten choć bardzo prosty, wielkiej był poczciwości i pobożności. Cały wieczór chodził po podwórku, mrucząc:
- Taki sąsiad! K... mać, Matko Bosko, nie chce pomóc!

13.XII.1981

Nocny alarm. Rozkazy w zalakowanych kopertach i wyjazd. Żony dopiero po kilku dniach dowiedziały się gdzie ich mężowie zostali wysłani. Major ze swoją kompanią trafił do zmilitaryzowanego zakładu jako zabezpieczenie. Na jego szczęście nie musiał stawać przed najdrastyczniejszymi decyzjami. Jakoś ustalić relacje z załogą fabryki trzeba było. Wyjaśnili sobie wzajemnie, że to los ustawił ich w tej niekomfortowej sytuacji. Spędzili tam wspólnie jakiś czas nie wchodząc sobie wzajemnie w drogę.

Wojsko POLSKIE !

"Major M" doczekał w służbie dnia kiedy wraz z odzyskaniem niepodległości odzyskaliśmy też własne wojsko. Chyba jak każdy, przez poprzednie lata wiedział, że nie mamy polskiej armii. Ale służąc w LWP ważnym było żeby mimo wszystko być polskim żołnierzem. Sądzę, że nim był. Takim go postrzegam. 
Powinna go w tym momencie spotkać nagroda? W bajkach tak! W rzeczywistości, ci sami koledzy, którzy prześcigali się w czołobitności wobec sowieckich namiestników szybko przefarbowali się i przejęli lub zachowali kluczowe stanowiska. Nie zapomnieli mu, że się nie skundlił i traktowali go jako żywy wyrzut sumienia. Dlatego też znów był pomijany. Odszedł na emeryturę w stopniu... majora.
Dziś cieszy się wnukami, wędkowaniem. Jeśli czuje jakiś żal, to się nim nie karmi. Zawsze był człowiekiem pogodnym.

Uhonorowanie zasług płk. Kuklińskiego, choć bardzo spóźnione, jest także oddaniem szacunku tym którzy z najróżniejszych przyczyn trafili do LWP, a zachowali godność, własną tożsamość. Nie sprzeniewierzyli się zasadom nadrzędnym. "Major M" jest moim zdaniem jednym z nich. Czy dziś cieszy się z awansu płk. Ryszarda Kuklińskiego na pierwszy stopień generalski? Sądzę, że tak. Nie widzieliśmy się wiele lat...

Zgadzam się z tym napisem. A Wy ?

 

12 października 2016

POLSKA - ARMENIA 2 : 1

Stwierdzenie, że komuś "należało się" lub nie, zwycięstwo, remis itd. nie jest moim zdaniem uprawnione w piłce kopanej i chyba w sporcie w ogóle. 
"Mnie się wydaje że zwycięzcą jest ta drużyna która...strzeli więcej bramek" 
/K.Górski/
I to jest dla mnie sentencja, która wyjaśnia tę kwestię.
Tak się dziś na naszą korzyść stało i cieszmy się z tego! 
Nasi piłkarze są technicznie od Ormian lepsi, szybsi, bardziej zgrani. Większą część meczu grali z przewagą jednego zawodnika. Dlaczego więc byli tak nieskuteczni, że ledwie 2:1 wygrali i to dzięki bramce strzelonej w momencie kiedy sędzia już nabierał powietrza w płuca żeby odgwizdać koniec meczu?! Nie wiem.
To przeanalizować mogą sensownie jedynie fachowcy, choć my kibice możemy sobie oczywiście pozwolić na swoje oceny. Nie od dziś wiadomo, że wszyscy "znamy się" na medycynie i piłce nożnej. Od sześciu lat także na procedurach lotniczych, pilotażu, mechanice konstrukcji i metodyce badań wypadków lotniczych. Od kilku dni zaś, obawiam się, że wkrótce także wszyscy będziemy ekspertami w dziedzinie przetargów na śmigłowce wojskowe. Jakże wspaniale rozwija się poziom wyedukowania naszego narodu ...  

Żal mi Ormian

Moja spóźniona informacja dla komentatorów telewizyjnych jest taka, że rdzenni mieszkańcy Armenii to Ormianie, ale można przyjąć, że obywatele państwa Armenia (bez względu na pochodzenie etniczne) to Armeńczycy. Słuchałem jak "wyginali" swój komentarz, aby uniknąć trudnego wyboru.
To nacja nam bliska i od wieków w Polsce obecna. Wiele wnieśli do naszej kultury. Dziś jest Ormian w Polsce kilkadziesiąt tysięcy. W tym ledwie kilka tysięcy zasiedziałych od wielu stuleci. Wobec Polski zawsze lojalni, za co płacili wysoką cenę. Tak było także w okresie II WŚ. Niszczeni przez sowiecki aparat jako inteligencja zdecydowanie propolska i przez Niemców ze względów rasowych. Wielu Ormian wymordowali Ukraińcy podczas Rzezi Wołyńskiej.
Odwołując się do czasów obecnych, mamy znanych ludzi o korzeniach ormiańskich. Dla przykładu to Anna Dymna, Sonia Bohosiewicz, Zbigniew Herbert, Jerzy Kawalerowicz. 
I znów pobłądziłem w historię... Wróćmy do dzisiejszego meczu, a o historii Ormian każdy z Was poczyta sobie wedle chęci i zainteresowania w źródłach.
Mimo, że skazani byli (?) na porażkę to walczyli dzielnie. Beglarjan bronił dzięki umiejętnościom, ale i instynktowi przypominając J.Tomaszewskiego z Wembley 1973. Mieli też wiele szczęścia kiedy strzały naszych piłkarzy mijały bramkę o włos. A czy my nie mieliśmy szczęścia kiedy w doliczonym czasie tylko brak zimnej krwi napastnika nie pozwolił na 2 : 1 dla Armenii ?
I kiedy Błaszczykowski w ostatniej akcji opanował nerwy i perfekcyjnie zagrał do Lewandowskiego było mi żal Armenii? Oczywiście, że tak, ale większym uczuciem była radość z powodu zwycięstwa naszej reprezentacji! Tak to się w sporcie i wielu innych dziedzinach dzieje. Niemniej jednak, mój ogromny szacunek dla Ormian/Armeńczyków za waleczność! Dałbym Wam remis, ale wybieram 3 punkty dla Polski.

A naszym chwała ?

Mimo wykluczeń spowodowanych kontuzjami, polska reprezentacja była faworytem. Wyszli w tej trudnej roli na boisko i ... nie sprostali. Najpierw nonszalancja która profesjonalistom nie przystoi. Później nerwowość. Czas uciekał, a zwycięstwo razem z nim.
Jest jednak coś co podziwiam. W ostatnim akordzie zachowali się profesjonalnie. Błaszczykowskiemu nie zadrżał żaden mięsień i wykonał rzut wolny idealnie. Lewandowski przystawił głowę jak należy ...
 i... 2:1 !!!
Za to im dziękuję!!!
Poziomu meczu ocenić nie umiem, bo się na tym nie znam. Nie znam się także na medycynie, wypadkach lotniczych, przetargach na śmigłowce i wielu innych rzeczach. 
Nie jestem PRAWDZIWYM Polakiem ?
Natomiast dziękuję obu drużynom za widowisko, które bez względu na poziom kunsztu futbolowego, dało mi wiele emocji. Chyba to się liczy.

25 września 2016

17 września - PAMIĘTAMY !

17 września 1978 roku Mama wróciła z zakupów codziennych. Nie umiem sobie przypomnieć dlaczego nie byłem tego dnia w szkole. Powiedziała o napisie który zobaczyła. Na kładce dla pieszych nad al. Sobieskiego (przy Czarnomorskiej) pojawił się napis :

17 WRZEŚNIA - PAMIĘTAMY !

Pobiegłem czym prędzej zobaczyć napis na własne oczy. Był już zamazany, ale czy to umyślnie czy przez niedbalstwo w taki sposób, że nadal można go było odczytać. Okazało się, że taki sam napis pojawił się w wielu miejscach w Warszawie. Zatem nie była to inicjatywa pojedynczego człowieka, a zorganizowana akcja jakiejś grupy. Jakiś śmiałek napis taki umieścił także na nowym wówczas murze ogradzającym biuro radcy handlowego ZSRR. Czarną farbą na murze z piaskowca. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć to miejsce dziś. Ale wtedy cały narożnik Belwederska - Spacerowa był rzęsiście oświetlonym trawnikiem bez jednego krzaczka. Jak mimo braku osłony i dość częstych patroli milicji można to było zrobić?
Bardzo nas to zdarzenie poruszyło. Data 17.IX.1939 nie była w moim domu czymś nieznanym. Rodzina mojego Taty doświadczyła wydarzeń z nią związanych bezpośrednio, choć nie w najgorszym wymiarze. Trochę spryt a trochę przypadek, pozwolił uniknąć wywózki. W zakładce "Wspomnienia mojego Taty" możecie o tym poczytać :
Atak Rosjan w "historii" pisanej przez PRL, był wejściem na tereny zamieszkane przez Białorusinów i Ukraińców, w celu ich ochrony przed hitlerowskimi Niemcami. Pewnie i dziś znaleźliby się tacy którzy tę wersję przyjmują. Ci sami nadal mówią, że Armia Czerwona w 1944 i 45 roku nas WYZWOLIŁA. Spytani kiedy przekroczyła granice Polski, odpowiadają że w lipcu 1944. Mniejsza z tym.
Nagle u schyłku lat 70-tych pojawiają się napisy kreślone niewidzialną ręką: PAMIĘTAMY. Nie "pomścimy" co byłoby groteskowe i absurdalne. Po prostu... PAMIĘTAMY. I nie zapomnimy. Taki prztyczek w nos administracji okupacyjnej jaką były struktury PRL. Nic nie znaczący, a jednak. Dawał świadectwo, że lata indoktrynacji nie dały oczekiwanego skutku. W jakiś sposób podnosił nas na duchu.
Dotychczasowe bunty przeciw sowieckiej okupacji, takie jak Powstanie Poznańskie 1956, Marzec 1968 czy strajki roku 1970 były manifestacją i klęską. Strajki i demonstracje 1976 choć stłumione mniej krwawo także jakoś nadziei nie podsycały. Nie wiedziałem owego 17.IX.1978, że za niespełna dwa lata dojdzie do masowego protestu, który wymknie się spod kontroli SB. A po kolejnych dramatycznych i tragicznych wydarzeniach, w 1989 roku powstanie państwo polskie.

A napisy ?

Te z 1978 roku zelektryzowały wszystkich i były sensacją. Od sierpnia 1980 najróżniejsze zaczęły pojawiać się wszędzie i komunistom chyba zabrakłoby farby i pędzli gdyby chcieli je wszystkie zamazywać. Zresztą była to gospodarka w której brakowało wszystkiego. Mnie pozostał w pamięci zabawny napis na betonowym parkanie w Gdańsku przy linii kolejowej pomiędzy Zaspą a Przymorzem:
"Pamiętaj Nysa GDC884B to SB"
Taka śmiesznostka. Z pewnością był jeszcze widoczny w latach 90-tych. Może jeśli archaiczny parkan zachował się, to ślady tego napisu są do dziś ? 
Od tego czasu po dziś dzień pojawia się mnóstwo napisów na murach. Politycznych, idiotycznych lub dwa w jednym. Nikogo już nie ekscytują. Ewentualnie drażnią nawet nie treścią, a tym, że szpecą i niszczą fasady domów. Jeszcze jeden mi się przypomniał. Nie z racji wartości przekazu, a pewnego wspomnienia o moim przyjacielu. 
Koniec lat 80-tych. Wracając do akademika zauważyłem napis na wiadukcie: 
 "ARKA KURWA"
Wymalowany wielkimi literami. Wspomniałem o tym Maćkowi przy kolacji.
- A napis był z wykrzyknikiem czy bez? - spytał
- Jakie to ma znaczenie? - zdziwiłem się
- Bo jeśli z wykrzyknikiem to obelga, a jeśli bez to tylko informacja.
Maciej był i jest dla mnie jedną z najważniejszych osób jakie w życiu spotkałem. Ta mini-anegdotka jest jednym ze wspomnień.
A był ten wykrzyknik czy nie?! Wybaczcie... nie pamiętam.


17 września 2016

Manipulacje wyborcze i wszechobecni TW

Jak już nieraz wspominałem, do rozważań w kwestiach wielkiego świata polityki się nie biorę. Małe koziołki zbyt małą wiedzę mają i bystrości im nie staje. Zatem o małych rzeczach powspominam.

DS-8 "KOGA" jako gniazdo intryg i machinacji

Zacząłem studia w dość smutnym okresie. Połowa lat 80-tych, to czas kiedy namiestnicy wyznaczeni przez Moskwę nie mieli już pomysłu na dalszą działalność PRL, a ich sowieckie wsparcie także słabło. Niedostępne dla zwykłych ludzi były informacje o prowadzonych wówczas negocjacjach dotyczących ustąpienia Rosji z środkowej Europy. Nastał pewien marazm. Choć może niektórym z nas trudno to dziś przyznać, ruchy niepodległościowe także straciły dynamikę. Wszyscy byli zmęczeni. Wielu z nas nie wierzyło w realne szanse na odzyskanie niepodległości. Ja także. Nie wstydzę się tego. To nie brak patriotyzmu, tylko brak szerokiej wiedzy.
Ci, którzy jako studenci brali udział w zrywie sierpnia 1980 lub byli jego świadkami, kończyli właśnie studia. Jedyną organizacją studencką był ZSP popularnie zwany "zsypem". Plotka głosiła, że na naszym wydziale 3 osoby do tej organizacji należały. Zabawne jest, że ta trzeciorzędna przybudówka PZPR stała się "tajna". Jeśli ktoś z jakiegoś powodu do niej należał to nie chciał tego ujawniać, bo był to wstyd. W powszechnym mniemaniu, na każdym roku był jakiś informator SB. Nie specjalnie nas to emocjonowało. Wyuczono nas w domu żeby w rozmowach być ostrożnym. A ponieważ żadnych poważnych opozycyjnych działań nie podejmowaliśmy, to podejrzeniami o współpracę z SB obdarzaliśmy w myślach (wyłącznie!) tych którzy nie cieszyli się naszą sympatią. Takie zwykłe dziecinne stygmatyzowanie. Podwórkowe. Rudy - fałszywy. Piegus - nie nasz. Bo byliśmy dziećmi.
Jednak paru z nas pokusiło się o machinacje i lokalne "spiski".

Krok pierwszy

Istniało gremium nazwane Radą Mieszkańców. Ale istniało tylko teoretycznie. Nikt nie chciał się tym zająć. Ostatni przewodniczący owej rady robił właśnie dyplom. Nie w głowie mu były sprawy życia codziennego akademika. To zrozumiałe.
Chyba ktoś z administracji osiedla podpowiedział nam żebyśmy się jakoś zorganizowali. I tak kilka osób będących na III roku postanowiło zdobyć "władzę" po którą nikt sięgnąć nie chciał. Zdecydowaliśmy, że Maciek zostanie Szefem Rady Mieszkańców. Skład komisji wyborczej zapewniał nam pełną kontrolę i panowanie nad sytuacją. Rozwiesiliśmy stosowne ogłoszenia o wyborach. Kartonowe pudełko po butach awansowało na urnę wyborczą i określonego dnia w pokoju 317 można było oddać głos. Byliśmy oczywiście przygotowani na niespodzianki i mieliśmy na to prostą receptę:
Nieważne kto i jak głosuje, ważne kto liczy głosy!

Jak widać, już w tak młodym wieku mieliśmy znacznie skorodowane morale. Los jednak uchronił nas przed haniebnym uczynkiem jakim byłoby sfałszowanie wyborów.

Dlaczego?!
Dlatego, że nie było takiej potrzeby. Pozostali "kandydaci" byli także spośród nas i świadomie występowali jako pozoranci. Żaden prawdziwy kontrkandydat się nie pojawił. Nikt się nie kwapił do działania. Nawet takiego, które było przez PRL dozwolone.
Na około 400 mieszkańców DS-8, głosowało niewiele ponad 50 osób. Większość głosujących była z naszego roku. Zatem bez żadnego fałszerstwa Maciek wybory wygrał.
Nie spodziewaliśmy się wielkiego zainteresowania i tłumu zaangażowanych wyborców, ale... aż takiej obojętności także nie.  
Czy coś Wam taki marazm miniaturowej społeczności przywodzi na myśl w odniesieniu do obecnych czasów ???
Tak łatwo przeprowadzona akcja zachęciła nas do dalszych ruchów.

Krok drugi

Rok później postanowiliśmy, że trzeba zagarnąć wszystkie martwe stanowiska. Nie bawiliśmy się już w wybory...
Maciej jako najbystrzejszy z nas, a co ważniejsze najbardziej wówczas emocjonalnie dojrzały, został Przewodniczącym Studenckiej Rady Wydziału. Wybraliśmy jeszcze 3 osoby i tak pięcioosobowa grupa zawłaszczyła choć skromną w uprawnieniach, to całą władzę studencką.
Spotkaliśmy się późnym wieczorem w pokoju Macieja i rozdzieliliśmy funkcje. Bezproblemowo, bo każdy wiedział czym chce się zająć i nikt nikomu w drogę nie wchodził. Mnie przypadła rola Szefa Rady Mieszkańców po Maćku który "awansował". 
Zgodnie z dobowym rytmem życia studenta, poszliśmy spać mocno po północy i następnego dnia w południe mieliśmy się spotkać z prodziekanem ds. studenckich, żeby przedstawić mu skład i funkcje.
Dziekan przyjął nas bardzo przychylnie, wysłuchał, każdemu łapę uścisnął i wyraził całkiem szczere zadowolenie. Kiedy w gabinecie z dziekanem zostaliśmy tylko ja i Maciej, przekazał nam piorunującą informację. Otóż tego dnia przed nami było u niego dwóch niezapowiedzianych gości. Takich którzy rzadko się zapowiadali gdziekolwiek, ale trudno im było odmówić. Standardowe garnitury i standardowe twarze. Oznajmili dziekanowi, kto jakie funkcje w samorządzie będzie pełnił. Dziekan nie podzielił się z nami z oczywistych względów szczegółami rozmowy, poprosił tylko żebyśmy byli ostrożni. Zachował się bardzo fair
Dał nam ten incydent do myślenia. Jak to możliwe żeby SB w ciągu nocy dowiedziało się o wyniku naszej kilkunastominutowej narady?
Podsłuch w pokoju? Oczywiście technicznie możliwe, ale bardzo mało prawdopodobne. Nikt z nas nie był jakimkolwiek czynnym opozycjonistą. Mieli kogo podsłuchiwać i inwigilować wśród ludzi stokroć dla nich istotniejszych.
Jeszcze bardziej karkołomnych wyjaśnień chyba nie ma sensu szukać. Ktoś z nas był kapusiem. Z tej trójki (bo siebie wykluczaliśmy) nie umieliśmy wytypować nikogo. Mieliśmy do nich być może nie bezgraniczne zaufanie, ale... TW??? Żaden z nich!
Nie roztrząsaliśmy sprawy ponad miarę. Do dziś nie wiemy i nawet wspominając po latach, niespecjalnie nas ten epizod interesuje. Mieliśmy zamiar uporządkować w miarę możliwości nasz mały świat, który zawierał się między akademikiem na Wyspiańskiego a Instytutem Okrętowym przy ul.Hubnera (obecnie ul.Do studzienki). Przestrogę dziekana wzięliśmy sobie jednak do serca i byliśmy ostrożni.  
Zapewniając sobie oczywiście dostępne "luksusy", w postaci lodówek oraz w miarę całych mebli, staraliśmy się rozsądnie i pożytecznie dla wszystkich wykorzystywać nasze urzędy. Parę rzeczy się udało.
Z eSBekami bezpośrednich kłopotów nie mieliśmy, choć pewnie jakiejś pośredniej obserwacji byliśmy poddani. 

20 lat później

W 2001 roku zacząłem pracę w polskiej centrali pewnego koncernu samochodowego. Samochody ciężarowe fascynują każdego chłopca w wieku lat od 4 do 94. Zawodowo była to chyba największa moja przygoda. Koordynacja współpracy z dealerami to ciężka orka. Ale miałem szczęście. Dyrektorzy handlowi z którymi pracowałem byli samodzielni i rozsądni. Jeśli zdarzył się jakiś wyjątek, to udawało mi się nawiązać bezpośrednie i chyba niezłe relacje z handlowcami. 
Tak czy inaczej odwiedzałem swoich podopiecznych jeżdżąc po Polsce bez przerwy. Jeśli nocowałem w tygodniu w domu dwie noce to była rzadkość.
Prawie zawsze hotel rezerwowałem sam. Czasem zdawałem się na los. Nie było też w moich wizytach sztywnej regularności. Każdego dealera odwiedzałem 3-4 razy w miesiącu.  Nawet szefa swojego nie informowałem o grafiku swoich wyjazdów. Mieliśmy do siebie zaufanie. Jeśli coś chciał wiedzieć to dzwonił i pytał. Jeśli ja coś chciałem to ja dzwoniłem. Jeden z luksusów tej pracy.
I tak pewnego dnia obsłużyłem jakieś spotkania po drodze i późnym popołudniem znalazłem się w dawnym mieście wojewódzkim K. Hotel telefonicznie zarezerwowałem przed południem. Następnego dnia umówiony byłem na ranną wizytę u dealera. 
Wziąłem prysznic, przebrałem się po ludzku i zszedłem na późny obiad lub jak wolicie wczesną kolację. Kuchnia jest tam pewnie do dziś wyśmienita. Obsługa dobrze mnie już znała. Dobrze się tam czułem i zapowiadał się wypoczynkowy wieczór i trochę relaksu. Kiedy zjadłem obiad i piłem sobie lokalne piwo, podszedł do mnie pan w wieku około 40 lat. Schludnie ubrany o sympatycznej powierzchowności. Przedstawił się nazwiskiem, imieniem i ... stopniem jaki miał w CBA.
Maskotka owego hotelu w K. ... Ktoś rozpoznaje?

Nie pominął grzecznościowych pytań o pozwolenie i przysiadł się. Nie będę kłamał. Trochę byłem w szoku. Mimo, że nie miałem powodów do obaw, taka rozmowa ciśnienie jednak podnosi. Trwała w sumie około godziny, choć po kwadransie przestała być służbowa. Pytał o sprawy w firmie znane wszystkim ze słyszenia, ale jak się okazało nie trafił. W te transakcje o które pytał, nie byłem bezpośrednio zaangażowany. Wiedziałem oczywiście czego szukał. Z pewnością pozostałych pracowników mojego szczebla także wypytywano.
Dobrze chyba o nas świadczy, że żaden z nas tematu tego na forum firmy nie poruszył. Nie było afery, a chwalenie się rozmową z CBA poruszyłoby tylko lawinę plotek i niepotrzebnych domysłów. W koncernie rozsądną zasadą jest powściągliwość w wypowiedziach.
Wspominam to zdarzenie tylko dlatego, że ciekaw jestem jak do tego spotkania doszło. Przecież nie namierzano mnie z satelity. Zatem... znów ktoś był informatorem.
A przedmiot dociekań CBA? Dziś nieaktualny ...

Czy powinniśmy bać się służb specjalnych?

Chyba nie. Działają w każdym państwie i w każdym ustroju. Ich skuteczność zależy od operatywności i w razie potrzeby także bezwzględności działania. To często operacje na krawędzi prawa. Czasem także poza prawem. Tak moim zdaniem być powinno. Istotne jest tylko to, czy osoba wydająca polecenia działa w dobrej intencji i nie daje się pokusie bycia ponad prawem.
Ostatnimi czasy wrze dyskusja o możliwościach inwigilacji. Mnie, Ciebie, Was... Czego się obawiać?
Jeśli założymy, że służby działają w złej intencji, to jakiekolwiek bariery proceduralne nie powstrzymają tego działania. Jeśli zaś przyjmiemy, że kierują nimi ludzie świadomi i pracujący dla celów do których służby są powołane, to ograniczanie ich możliwości działania jest korzyścią dla przestępców. Myślę zatem, że dyskusje na temat tychże barier są bez znaczenia.

Sami jesteśmy największym zagrożeniem dla siebie 

Oburzamy się na samą myśl, że ktoś mógłby nas podsłuchiwać, czytać naszą korespondencję. O ruchach na naszych kontach bankowych już nie wspomnę.
Przeprowadzono pewien eksperyment. Dziennikarz z mikrofonem podchodził na ulicy do przechodniów i pytał czy podadzą mu swój PESEL. Na tak zadane pytanie każdy odpowiadał: NIE !
Słusznie i jest to chyba oczywista reakcja. Jednak kiedy sformułował pytanie: 
"Czy potrafi pan/pani z pamięci wyrecytować swój PESEL?"
Niemal połowa automatycznie to czyniła. Taka to nasza "ostrożność".
Instalując na smartfonie, komputerze kolejną aplikację, często nam nawet niepotrzebną, bez zastanowienia podajemy jakieś dane, wyrażamy zgodę na śledzenie lokalizacji. Korzystamy z najróżniejszych wyszukiwarek i nawet nie myślimy o tym, że pośrednio udostępniamy w ten sposób informacje o sobie. Zainteresowania, rodzaj zakupów, plany wyjazdowe itd. Bazują na tym wielkie firmy handlowe i usługowe. Tak budowane są bazy danych. To dzisiejsze narzędzie marketingu.
Można oczywiście nie używać komputera, telefonu. Znam nawet takich, którzy nie korzystają z kart kredytowych i nawet duże zakupy wykonują gotówkowo. 
Wszystko to można, tylko trudno tak chyba żyć. Zatem we wszystkim warto zachować i swobodę i ostrożność. Byle w dobrej proporcji.