03 sierpnia 2014

"Siedmiu wspaniałych"....dziś

Kilka dni temu po raz 77 oglądałem Siedmiu wspaniałych z taką samą przyjemnością jak poprzednie 76 razy. Klasyczny western to taki rodzaj filmu, gdzie już na wstępie wiemy, że dobry wygra, a zły skończy marnie. Fabuła zwykle jest niezbyt wyrafinowana, ale czy zawsze musimy oglądać skomplikowane filmy? Miło popatrzeć na świat prosty, ale z przygodami, gdzie nawet jeśli trup pada gęsto, to nie fruwają flaki po całym ekranie. Akcja wartka i jeśli gra aktorska na poziomie to jest to dla mnie dobry relaks. Ten western spełnia wszystkie warunki na 5+. I jeszcze muzyka, którą rozpoznaje chyba każdy. 
Posłuchajcie:

 

 

Chris Adams - Yul Brynner

Urodził się we Władywostoku. Syn szwedzkiego inżyniera i Rosjanki. Tatuś ulotnił się dość szybko. Dzieciństwo z matką i siostrą spędził w Chinach potem w Paryżu. Występował w cyrku jako akrobata, grał na gitarze w nocnych klubach występując z zespołem rosyjskich cyganów. Wyjechał do USA i tam rozpoczął drogę ku sławie. Król i ja to musical, który przyniósł mu popularność i statuetkę Oscara. Przez 20 lat grywał w różnych, lepszych i gorszych produkcjach, aby powrócić do swojej oskarowej kreacji. Objeżdżał z tym musicalem świat.
Zmarł na raka płuc w wieku 65 lat.
Przez lata palił gigantyczne ilości papierosów (dziennie podobno do 80 szt.). Na planie, jeśli nie kłóciło się to z realiami filmu, papieros towarzyszył mu bez przerwy. Jeśli było to wykluczone, w ujęciach robiono przerwy co 10 minut... Pod koniec życia nie tylko rzucił zgubny nałóg, ale prowadził kampanię przeciw paleniu tytoniu, co obok wygolonej czaszki, stało się drugim na zawsze z nim związanym symbolem.

 

Vin Tanner - Steve McQuinn

Trzy lata służby w Marines, to osobliwy wstęp do kariery aktorskiej, która początkowo nie zapowiadała się oszałamiająco. Za namową przyjaciół zaczął szukać swego miejsca na scenie i ekranie z początkiem lat 50-tych. Ale już lata 60-te i 70-te to seria ról, które uczyniły go niekwestionowaną gwiazdą kina akcji. Tom Horn to jego ostatni western. Zmarł w 1980 roku mając ledwie 50 lat....

 

 

 

 

 

Harry Luck - Brad Dexter

Jedynie Siedmiu wspaniałych przyniosło mu miejsce w historii filmu. Mniej sławy, ale dłuższe życie. Ten urodzony w USA Serb, zmarł w 2002 roku przeżywszy lat 85.

 

 

   

 

 

 

 

 

 

Bernardo O'Railly  - Charles Bronson

W rzeczywistości nazywał się Buchinsky (Buczyński?). Syn emigrantów. Jego ojciec był Tatarem Lipkowskim. Matka, Maria Walińska pochodziła z terenów Litwy. W latach wielkiego kryzysu Bronson doświadczył prawdziwej biedy. W czasie II WŚ służył jako strzelec pokładowy bombowca B-29. Brał udział w walkach na Pacyfiku. Za odniesione rany odznaczony Purpurowym Sercem. Po wojnie imał się różnych zawodów. Z początkiem lat 50-tych zaczął grywać drobne role w filmach.
Chyba z całej siódemki on najlepiej wykorzystał popularność zdobytą rolą w Siedmiu wspaniałych. W ciągu kilku lat role w Wielkiej ucieczce, Parszywej dwunastce i Pewnego razu na Dzikim Zachodzie umocniły jego pozycję i ustawiły go w szeregu najpopularniejszych aktorów. Później grywał w filmach sensacyjnych różnej rangi. Życzenie śmierci to pomysłowy i emocjonujący scenariusz. Świetna kreacja Bronsona i ...pułapka. Kręcone kolejne części, a było ich chyba pięć to "popłuczyny" po pierwszej bardzo dobrej produkcji. Bronson nierozerwalnie już związany z postacią Paula Kersey'a, zaczął "rozmieniać się na drobne". 
Zmarł w 2003r. przeżywszy 81 lat.

 

Lee - Robert Vaughn

Urodzony w 1932 r. Twarz znana każdemu chyba widzowi. Nic dziwnego, ma na koncie ponad 100 ról. Tyle, że są to role drugoplanowe i epizody głównie w drugorzędnych produkcjach. Stąd każdy zna twarz, przypomnienie sobie jakiegoś tytułu filmu jest już kłopotem, a skojarzenie twarzy z nazwiskiem.... To już bardzo trudne. 
Co dziś słychać u sędziwego rewolwerowca, możemy dowiedzieć się z jego strony internetowej :

 


Britt - James Coburn

Uwielbiał film Siedmiu samurajów, który był pierwowzorem Siedmiu wspaniałych. Zagrał odpowiednik swojego ulubionego bohatera z filmu Kurosawy.
Ponad pół wieku występował na ekranie. Charakterystyczne rysy twarzy, wzrost i pewien niepowtarzalny styl. Mnie szczególnie utkwił w pamięci rolą w filmie Żelazny Krzyż oraz chyba swoją ostatnią kreacją, w bajce dla dzieci od lat 10 do 110 Śnieżne psy.
Zmarł w 2002 r. mając 74 lata.





 Chico - Horst Buchholtz

Zadziorny i budzący w swoich kompanach tyleż sympatii co politowania Chico to świetna kreacja Buchholza. Urodził się w Berlinie i tam też w 1949 r. debiutował w teatrze. Do Hollywood trafił w 1960 i "na wejście" otrzymał wielką szansę jaką była rola w Siedmiu wspaniałych. Lata 60-te to kilka udanych ról i... na tym koniec. Nie zagrał już żadnej znaczącej roli. Miał jednak jeszcze wielki powrót w 1997 r. rolą lekarza w filmie Życie jest piękne. Zmarł w 6 lat później. Jego historia zatoczyła krąg, zmarł tam gdzie się urodził. W Berlinie.




Tak więc z całej siódemki żyje już tylko jeden... Ale pozostali będą obecni wśród nas tak długo póki będziemy oglądać westerny. Dziś "Siedmiu wspaniałych" wciąż jest w czołówce różnego rodzaju zestawień i plebiscytów. Zdarzenia, które towarzyszyły powstawaniu filmu nie wróżyły wielkiego sukcesu...
  • Przerobienie scenariusza uznanego już wówczas za arcydzieło, filmu Kurosawy nie było łatwym zadaniem. Trzeba było przenieść historię w inny świat skracając na dodatek materiał o ponad godzinę. Udało się to jednak znakomicie. Podobno sam Kurosawa przyznał Sturgesowi, że Siedmiu wspaniałych to jeden z jego ulubionych filmów i obdarował go ... samurajskim mieczem
  • Obsadę dobierano w wielkim chaosie i pośpiechu. Trwał wówczas strajk aktorów. Niektórzy z siódemki to "zastępcy" planowanych wcześniej odtwórców ról. Steve McQueen tak bardzo chciał zagrać w filmie, że zainscenizował swój wypadek samochodowy i dzięki temu mógł będąc na zwolnieniu lekarskim, zagrać wymarzoną rolę. Był to sposób na urwanie się z produkcji serialu Poszukiwany żywy lub martwy
  • Zgromadzenie tych kilku indywidualności na planie powodowało spięcia, które mogły źle się skończyć. Brynner od początku był przekonany, że McQueen, stara się zakłócić jego kreację, która miała być postacią pierwszoplanową. Coś w tym jest... Mierzący 1,73 (wg innych źródeł 1,80) Brynner - Chris przed niektórymi scenami usypywał małą górkę z piasku, żeby stojąc na niej być zdecydowanie wyższym. Często McQueen te kopczyki roztrącał nogą tuż przed ujęciem... Wiedział też, że ruch na scenie/ekranie zawsze odwraca uwagę od wypowiadanych przez innych kwestii. Wiedział i "mimochodem" z tego scenicznego mechanizmu korzystał. Obejrzyjcie kilka scen zwracając na to uwagę
  • Podczas pracy nad filmem odbyło się wesele Y. Brynnera z Doris Kleiner. Za miejsce biesiady, posłużyła zbudowana na potrzeby filmu wioska. Po weselu podobno atmosfera między aktorami znacznie się poprawiła. A małżeństwo przetrwało... 7 lat.
  • Jednym z walorów Siedmiu wspaniałych jest sceneria. Większość westernów kręcono wówczas w dekoracjach budowanych w halach wytwórni filmowych. Siedmiu wspaniałych kręcono w Meksyku, w autentycznym malowniczym terenie
  • Po trwającej niespełna dwa miesiące pracy na planie powstał film, którego premiera przeszła bez echa... Wkrótce jednak świat oszalał i zakochał się w tej pięknej opowieści o pojedynku dobra ze złem i szlachetnych twardych ludziach
  • Efektem tego wielkiego sukcesu były najróżniejsze kontynuacje i remaki. W żadnej z tych produkcji tytułowa siódemka nie spotkała się już w komplecie. Może z tego powodu nie udało się choćby częściowo uzyskać przyzwoitej jakości. Obecnie od dwóch lat trwają podobno prace nad kolejną wersją. Miał w niej wystąpić T.Cruise, ale wycofał się z projektu. Czy film powstanie? Nie wiem, ale jakoś nie budzi to u mnie żadnych emocji...
Raczej emocjonuję się tym, że w każdej chwili mogę sięgnąć po płytkę i zobaczyć film po raz siedemdziesiąty ósmy.

22 lipca 2014

Dlaczego lubię propagandę i jaką?

Spojrzenie "stalowych" oczu Gibsona...BEZCENNE
Mamy rok 2002. Wchodzę do biura w Straszynie i jak często, wizytę u moich kolegów zaczynamy od wspólnej kawy, ploteczek, wymiany ciekawostek ostatnich dni. Nasze "posłannictwo" czyli pomnażanie chwały trójramiennej srebrnej gwiazdy... odkładając na później.
Pochwaliłem się, że w sobotę obejrzałem film Byliśmy żołnierzami z M.Gibsonem. Bardzo mi się podobał, choćby z racji odtwórcy roli głównej, którego lubię. Koledzy, którzy film także widzieli, przyznali, że fajne kino, warte obejrzenia. Ot byłoby i wszystko gdyby nie Michał, który często miewa refleksje, rzucające dodatkowe światło na różne sprawy.


- Film w porządku, ale czy nie zauważacie, że w sensie propagandowym to ta sama półka co gigantyczne produkcje Mosfilmu o tzw. Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej?
Stwierdzenie tak celne, że nas poraziło. Czemu nikt z nas nie zauważał (?) tego mimo, że jest to widoczne po takim "wskazaniu palcem" jak na dłoni?
Myślałem o tym wiele razy przy okazji tego i innych filmów. Stwierdziłem, że nie przeszkadza mi propaganda, a nawet manipulacja jeśli wiedzie w tą stronę, która jest mi bliska, racjonalnie lub uczuciowo. Czy to źle?

Filmy "wietnamskie" i samobiczowanie amerykańskie


Wspomniany na wstępie film być może ustępuje walorami artystycznymi, a z pewnością popularnością takim produkcjom jak Łowca jeleni, Pluton, Czas apokalipsy. Technicznie jest perfekcyjny, ale możliwości w tym zakresie od czasu choćby Czasu apokalipsy pogalopowały jak Karino. Nie w tym rzecz najważniejsza. Niczego nie ujmując poprzednim filmom, były one przesycone samooskarżeniem o wojnę, która zabrała spokój i życie 3 milionom ludzi, w tym 2/3 to... ludność cywilna.
Wojna to coś podłego, obrzydliwego i nie ma tzw. "dobrych wojen". No...podobno są sprawiedliwe i niesprawiedliwe. Ale fakt, że amerykanie w krótkim czasie zaczęli obwiniać o wojnę w Wietnamie najpierw rząd, a później własnych żołnierzy jest wstydem. Na skutek słusznych lub niesłusznych decyzji, USA posłało swoją armię do kraju, którego statystyczny Amerykanin nie umiał znaleźć na mapie to jedna sprawa. Ale lojalność obywateli wobec własnych żołnierzy i szacunek dla nich, powinny być ponad rozważaniem o słuszności wejścia w konflikt. Tymczasem sami tych żołnierzy zaczęli traktować jak zbrodniarzy. Oczywiście nie wszyscy, ale różnej maści lewackie czy anarchizujące grupy stały się liczne i głośne. Zwykle zresztą głupota więcej hałasu robi niż rozsądek. Nie bez znaczenia jest tu też bezpośrednia czy pośrednia akcja propagandowa sowiecka. Ameryka to zdaniem wielu wspaniały kraj, ale społeczeństwo naiwne, a może infantylne. Zrozumienie politycznej potrzeby interwencji w Korei, a później w Wietnamie to dla statystycznego Amerykanina to, czym dla mnie ... 2,30 w skoku wzwyż.
Naklejka ...
W ten nurt protestu i pogardy, włączyło się kilka znanych postaci z niejaką Jane F. na czele. Jej zaangażowanie dorównujące niemal jej głupocie przyniosło wiele złego. Być przeciw wojnie to jedno, a działać na szkodę własnej armii i kraju to rzecz zupełnie inna.
... i jej prawidłowe użycie
Ojciec wspomnianej Hanoi Jane czy raczej... Hanoi Bitch, słynny i świetny aktor, publicznie potępił jej przestępcze i podłe działania. Choć nigdy nie została za nie sądownie ukarana... Mało tego, do dziś cieszy się popularnością, a mało kto pamięta, że była "reklamówką" naszych kontraktowych wyborów 1989. Cóż, w gorączce przygotowań, może nikt nie zastanowił się kim (raczej CZYM) ona rzeczywiście jest.

Jeśli chcecie poczytać o jej "wyczynach" polecam solidnie pisany i interesujący blog:



Zgoła odmienną reakcję wywołała postawa najsłynniejszego "kowboja" świata J.Wayne'a, który nie tylko nakręcił film Zielone berety, próbujący uświadomić pseudopacyfistom ciężką służbę żołnierzy w Wietnamie, ale także odwiedzał oddziały w strefie przyfrontowej. PRLowskie gazety też mieszały go z błotem nazywając faszystą....


 

 

 

 

Otrzeźwienie 

 

Kiedy po irackiej inwazji na Kuwejt, amerykańska armia zaatakowała z morza powietrza i lądu wszyscy wstrzymali oddech. Pamiętam przemówienie G.Buscha (..."oni nie zdają sobie sprawy z kim zadarli"...)

Operacja przygotowana perfekcyjnie. Technika i piorunujące uderzenia. Według oficjalnych danych zginęło 250-400 ludzi (USA i sprzymierzonych). Determinacja wielu żołnierzy przywróciła blask armii amerykańskiej, skutecznie przez lata szkalowanej

I tu nie powstrzymam się od przytoczenia pewnej historyjki, podobno prawdziwej, pokazującej zaangażowanie i zapał żołnierzy:
Pewien pilot śmigłowca, transportował zaopatrzenie dla swoich kolegów na trudny i niedostępny odcinek, od kilku dni śpiąc po 2-3 godziny. Jego dowódca dowiedziawszy się o tym, wysłał swojego adiutanta, aby ten zakazał mu pracy ponad ludzkie możliwości.
Po powrocie:
- Przekazał mu pan mój rozkaz?
- Yes sir !
- I co powiedział?
- ...że może go pan....pocałować w kutasa
Pułkownik zadumał się...
- Proszę przygotować dokumenty potrzebne do odznaczenia!

Wielki sukces obudził dumę Amerykanów. Pod koniec wojny pojawiły się przed amerykańskimi domami żółte wstążki na drzewach. Symbol wsparcia żołnierzy i oczekiwania na ich szczęśliwy powrót. Tandetne? Ale chyba dobry to zwrot w myśleniu...?

A my i nasze spojrzenie na własną armię? 

Po niemal 50-letniej przerwie odzyskaliśmy własną armię i sam ten fakt cieszy nas wszystkich, a w każdym razie powinien. Polscy żołnierze i oficerowie, którzy służyli w formacji nazywanej LWP, jeśli byli porządnymi ludźmi musieli borykać się z wieloma podłościami i rozterkami. Niektórzy się zeszmacili, ale chyba większość utrzymała przyzwoitość do tego stopnia, że nawet w mrocznym PRL-u, żołnierze byli szanowani. Nie doszło na szczęście do wojny w której walczyliby w imię czerwonych idei.

Więc jak i co myślimy o polskim wojsku w niepodległej Polsce?

Zwykle lubimy narzekać, więc i na wojsko narzekamy. Albo, że wielki to i niepotrzebny wydatek, albo że za słabe i marnie uzbrojone. Znam takich którzy w swojej logice potrafią te dwa zarzuty ze sobą łączyć...
Bezsens organizacyjny formacji LWP i panujące tam chore relacje na moje szczęście znam tylko z opowiadań i kabaretu pod nazwą Studium Wojskowe PG z płk. Zdzisławem S. i paroma innymi. Myślę, że nasze wojsko i formacje PRLu mają się do siebie tak jak tamta smutna epoka i dzisiejsze czasy. Świetnie raczej nie jest ale skok jak z lepianki do domku z ogródkiem.
Dziś kiedy dwa sąsiednie nam kraje prowadzą otwartą wojnę, chyba każdy częściej myśli o naszej armii i jej możliwościach w razie potrzeby. Może nawet ci najbardziej i wiecznie niezadowoleni, chętnie by się opodatkowali na rzecz dozbrojenia...

A jak filmy pokazują nasze wojsko?

Kroll (1991)
Debiut i jednocześnie film dyplomowy Pasikowskiego. Otworzył serię filmów gdzie w dialogach lecą "kurwy" nieustannie, co wówczas raziło, potem spowszedniało. Dziś popadliśmy w kolejne dziwactwo. W dialogach wulgarne wyrażenia są wygłuszane, co drażni czasem wręcz przeszkadzając w oglądaniu. Albo nie puszczajmy filmu, bo jego słownictwo jest nie do przyjęcia, albo puszczajmy z ostrzeżeniem o dialogach, które mogą gorszyć. Ale do rzeczy. 
Fabuła, to niezbyt wyszukana historia obyczajowa, ale z ciekawymi i zaskakującymi zwrotami akcji. Toczy się na pograniczu wojska i świata cywilnego. Obraz wojska jest dość przygnębiający. Oficerowie nie ocknęli się jeszcze z koszmarnego snu PRL-u. Radzą sobie metodami z ledwie co zamkniętej epoki. Tolerują, a wręcz sprzyjają gnębieniu żołnierzy młodszych. Bo wygodny to dla nich mechanizm, zastępujący normalny dozór i dyscyplinę. Sprzętu widzimy w filmie niewiele, ale biednie tu i obraz raczej żałosny. Film głośno komentowany, wzbudził podobno oburzenie wśród ówczesnej kadry oficerskiej.

Samowolka (1993)
Film Falka to drastyczny obraz patologii koszarowego życia. Zjawisko tzw. fali oglądane tu, może przekonać, że wojsko w tej postaci to chory świat, a użyteczność takiej armii jest zerowa. Obraz smutny, skutecznie chyba zniechęcający do wojska w formie, którą odziedziczyliśmy po LWP.
 
Demony wojny (1998)
Siedem lat po Kroll'u ten sam reżyser pokazuje nam już inny obraz armii. Czekamy na wejście do NATO i WP bliskie jest już przekształcenia w zawodowców. Na wojnę w Jugosławii trafiają wyselekcjonowani ochotnicy. Sprzęt nadal "Sdiełano w SSSR", ale żołnierze wyglądają już lepiej. Różne postawy, dla dobra dramaturgii przerysowane, zyskują sympatię widza. I oglądając możemy już bez zażenowania takie wojsko z własnym krajem utożsamiać. Film pokazuje ciekawy fakt o którym wszyscy wiemy, a hipokryzja powoduje, że staramy się o nim nie pamiętać. Jeśli jakakolwiek armia wysyła swoje oddziały na teren objęty wojną, to nawet jeśli je nazywa siłami pokojowymi, rozjemczymi, stabilizacyjnymi to i tak są to jednostki bojowe i wcześniej czy później biorą udział w walce... Zabijają i giną.
- Człowieku ! Dlaczego mam zabić trzech ludzi ?!
- Są najbliżej, w tamtych pan nie trafi.
(Rzeczowe podejście plut. Cichego)
Przyznam, że film ten lubię z racji aktorów, dobrej gry, emocjonującej akcji. Nie przeszkadza mi, że fabuła pewnie naciągana. To film, a nie rekonstrukcja wydarzeń. 
A to, że mjr Keller, zamiast przemawiać językiem literackim wydaje jasną komendę:
Rozproszyć się ! Kurwa !! Ognia !!!
Nie oburza mnie, wydaje się w takich scenach naturalne. Tam gdzie ma to uzasadnienie i wymaga tego realizm, słów odległych od literatury pięknej użyć należy. Najwyżej napiszecie w komentarzach o braku kultury koziołka... Trudno !
"Ludzie, którzy lękają się mocniejszych wyrażeń, są tchórzami, bo naga rzeczywistość ich przeraża, a tacy właśnie słabi ludzie są największymi szkodnikami kultury i charakteru. Tacy wychowaliby naród jako gromadę przeczulonych człowieczków, masturbantów fałszywej kultury w rodzaju św. Alojzego, o którym powiedziano w księdze mnicha Eustachego, że gdy św. Alojzy usłyszał, jak mąż jeden z wielkim hukiem wypuścił wiatry, rozpłakał się i w modlitwie dopiero znalazł ukojenie."
/Przygody dobrego wojaka Szwejka/

Misja Afganistan (2012)
Serial fabularny stawiający sobie za cel pokazanie warunków służby na trudnej misji. Mamy wachlarz osobowości, ciekawe wątki. Dobra obsada i moim zdaniem dobra gra aktorska. Małaszyński świetnie wyglądał w mundurze Abwehry w innym serialu, ale tu w naszym mundurze też się dobrze prezentuje.  Jeśli chodzi o ten wizualny aspekt to Ilona Ostrowska w mundurze jest równie urocza jak w innych rolach. W jednej ze scen... nie wiem czy potrzebnej, munduru tego pozbywa się gwałtownie i całkowicie.
por. Winnicka (Ilona Ostrowska)
W tym serialu możemy obserwować polskich żołnierzy z porządnym wyposażeniem i korzystających z najnowszej dostępnej techniki. Mamy spory między żołnierzami, ale i solidarność w trudnych momentach. Szlachetność. Czy obraz jest prawdziwy? Oddaje rzeczywistość? Nie wiem, ale ja tak chcę widzieć polskie wojsko! 
 Wszak to koziołkowe myśli i koziołkowa wizja świata !





09 lipca 2014

"Działa Navarony" .. można było nakręcić na Helu ?

Chyba większość z nas czytała książkę A. Maclean'a Działa Navarony. A z pewnością każdy, widział film zrealizowany ponad 50 lat temu. Wartka akcja, świetna obsada i technika stosownie do czasu, chyba bez zarzutu.
Fabuła dość luźno wykorzystuje tło historyczne Kampanii Bałkańskiej 1941 r. Nie wiem czy istnieje wyspa Navarona (zdjęcia kręcono na Rodos), a z pewnością, żadnych dział tam nie było, bo kiedyż Niemcy zdążyliby je zainstalować?
Jednak w tym czasie bateria taka istniała ! Gdyby tam umieścić akcję filmu, nosiłby tytuł "Działa Helu" lub może "Hell Guns". Ale na jaką skałę wspinałby się G.Peck ?. Na półwyspie co najwyżej na 10 metrową wydmę. Zbyt mało dramatyczne...
Trzy 16'' działa zainstalowali między Juratą a Helem Niemcy w 1941 roku. Wieża pojedynczego działa ważyła prawie 400 ton. Ogniem kryła podejście do Zatoki Gdańskiej (zasięg w zależności od rodzaju pocisku do 50 km). Po sukcesach niemieckich w wojnie z ZSRR, bateria straciła rację bytu. Działa zdemontowano i przeniesiono w rejon Calais jako baterię "Lindemann" (Ernst Lindemann - dowódca pancernika Bismarck). Tam działa oddały około 150 wystrzałów, ostrzeliwując wybrzeże w okolicy Dover. We wrześniu 1944 żołnierze kanadyjscy zajęli teren baterii i wysadzili ją. Resztki budowli zostały unicestwione podczas budowy tunelu pod Kanałem La Manche.
Wieża kierowania ogniem zwana dziś "Mysią Wieżą" i widok z niej
Dziś możemy podziwiać zachowane stanowiska dział na Helu. Z trzech, dostępne jest jedno. Zachowała się też 30 m. wieża kierowania ogniem, w której urządzono ciekawą ekspozycję Muzeum Obrony Wybrzeża. Z jej szczytu roztacza się fantastyczny widok. Zachowała się też konstrukcja suwnicy służącej do wymiany luf dział. Ich żywotność nie przekraczała 300 wystrzałów.
Zdjęcie z czasu budowy baterii
Bateria ta nosiła nazwę "Schleswig-Holstein", ale nie należy tu szukać powiązań bezpośrednich z pancernikiem, który o 4.47 1.IX rozpoczął ostrzał Westerplatte, z marnymi wynikami uczestniczył w pojedynkach z Baterią Laskowskiego, zatonął podczas bombardowania Gdyni, a skończył nędznie jako okręt-cel dla sowieckiej floty, na poligonie w Zatoce Fińskiej, nieopodal zatopionego krążownika "Magdeburg", mającego niebagatelne miejsce w historii. Ale to zupełnie inna historia ... Szukajcie, a znajdziecie.

02 maja 2014

Trzy przełomowe kotlety schabowe

Kotlety schabowe zna chyba każdy, a dla większości z nas schaboszczak z ziemniakami i zasmażaną kapustą jest niemal symbolem narodowym. I to właściwie tyle, bo popularne to danie służy do zaspokojenia głodu z tą superatą, że smacznie.
Trzy schabowe w moim życiu miały kluczowe znaczenie i zainicjowały filozoficzne rozważania... oczywiście na koziołkowej głowy poziomie.


Schabowy pierwszy

Tu pewna umowność. Nie był to jeden kotlet, a wszystkie te, które pamiętam z domowych obiadów mojej Mamy. Mama gotowała świetnie i takie było zdanie nie tylko domowników. Cóż z tego, skoro urodziłem się jako niejadek i to skrajny. Różnych sztuk Rodzice próbowali, żeby mnie namówić lub przekonać do jedzenia. Piotruś jadł tyle co wróbelek i wyglądał jak pensjonariusz KL Auschwitz. Zdesperowanej Mamie prawdę powiedziała lekarka (p.Korgul):
"Niech się pani nie martwi, jest zdrowy. A to, że nie chce jeść zmieni się. Przyjdzie taki moment, że nie nadąży pani z gotowaniem"
Prawda, przyszedł ! W wieku kilkunastu lat zacząłem żreć jak opętany, a co zabawne, bezkarnie. Zostałem chudzielcem.
Zanim do tego doszło, moja niechęć do jedzenia była dramatem całego domu. Nie dość, że jadłem mało, to wybrzydzałem okropnie. Lista potraw, których nie lubiłem jest tak długa, że można by wydać książkę porównywalną objętościowo z książką telefoniczną średniego województwa.

Zatem  wyliczę co lubiłem :
  • kotlet mielony z ziemniakami i surówką z marchwi na słodko
  • pierogi ruskie ze śmietaną 
  • naleśniki z jabłkami (chyba)
To cała wyczerpująca lista. I tak przez kilka lat cała rodzina jadła to samo, "bo Piotruś nic innego nie zje". Dziś myślę, że powinienem dostać solidnie w dupę i zostać zamknięty w pokoju z talerzem na przykład szpinaku i tak do skutku.
Mama jednak metodą niezmiernie łagodną próbowała i osiągnęła sukces, na miarę przełamania frontu nad Sommą. Zacząłem jeść nie tylko kotlety mielone, ale i schabowe przekonywany dyplomatycznie, że to niemal to samo. Mniejsza tu moim zdaniem o rozpieszczonego gówniarza. Reszta domowników mogła wreszcie liczyć na jakieś rozszerzenie menu.
Tak więc w każdą niemal niedzielę, wszyscy jedli schabowego z kapustą, oczywiście z wyjątkiem Piotrusia, dla którego trzeba było znów ucierać surówkę z marchwi...
Tym, którzy PRLu nie pamiętają, a jeszcze brną przez koziołkową paplaninę wyjaśnię.
Schabowy był rarytasem, nie ze względu na cenę mięsa, tylko dlatego, że mięso to trudno było zdobyć. Wówczas właściwie wszystko się zdobywało, co miało swoją "jasną" stronę - satysfakcję i dumę zwycięzcy. Otóż Mama moja jak wszyscy wyruszała na zakupy jak na łowy. Kiedy utrudzona ponad miarę wracała i z siatek wydobywała swoje zdobycze miała prawo być dumna, a my cieszyliśmy się jak szaleni. Właściwie było to polowanie tyle, że bez dzidy i łuku.
Do dziś jedząc schabowego przypomina mi się dom z dzieciństwa oraz pewna nieprzekładalna na słowa, atmosfera i poczucie dziecięcej beztroski.
Kłobucka 8 - tu stał dom mojego dzieciństwa
Rodziców już nie ma, domu na Kłobuckiej 8 także. Już wcześniej zniknął ogródek z kwiatkami i piaskownicą. Ale pamiętam ten klimat i ludzi, którzy chętnie do nas przyjeżdżali. Wielu z nich odeszło i to także powód, żeby wspomnienia kolekcjonować, pielęgnować, odkurzać i dzielić się nimi...


Schabowy drugi

Rok 1990. Po 50 latach okupacji odradzała się Polska. Byłem już na finiszu studiów i wraz z 3 kolegami, z początkiem maja mieliśmy wyjechać na regaty Waterbike do Goeteborga. Dziś nie da się zrozumieć co znaczył wtedy wyjazd za granicę. Na dodatek dla mnie był to wyjazd pierwszy. Wcześniej nie byłem nawet w NRD...
PRL zniknął, ale niektóre śmiesznostki jeszcze się trzymały twardo. Najpierw okazało się, że jako studenci reprezentujący Politechnikę Gdańską sami jechać nie możemy. Musi być opiekun ! Na szczęście udało nam się namówić na to laboranta z hydromechaniki Janusza Ś., który był wyśmienitym towarzyszem naszej wyprawy i od razu zaproponował żebyśmy go traktowali jak kolegę.
Drugi problem to dewizy. Po licznych staraniach uzyskaliśmy zgodę i przydział dewiz, pomimo bezprzykładnego oporu szefowej kwestury. Odebraliśmy w końcu szaloną sumę 42$, którą wręczała nam osobiście. Nie, nie.... Nie 42$ na osobę i nie 420$. 
CZTERDZIEŚCI DWA DOLARY 
na 5 ludzi i 2 samochody
Dzięki uprzejmości konsula, otrzymaliśmy błyskawicznie szwedzkie wizy. Po licznych innych formalnościach, zapakowaliśmy łódkę na przyczepę i transport składający się z Poloneza-Trucka i 12-letniego Fiata 126p ruszył do Świnoujścia. Około południa wjechaliśmy na prom Nieborów (port "macierzysty" Nasau) . Pomimo zatankowanych do pełna zbiorników przemycaliśmy dwa kanistry, bo za co niby mielibyśmy kupić benzynę w Szwecji? Mieliśmy też 6 butelek paliwa 40%, których koniec końców nie użyliśmy jako waluty wymienialnej. Ale zapewniam, że się nie zmarnowały. Na promie najedliśmy się do syta i tuż przed zachodem słońca dopłynęliśmy do Ystad. 
Już na podejściu do portu oczarowani byliśmy widokiem. Miasto, choć niewielkie to oświetlone, czyste. Kolorowe budynki. Zjechaliśmy z promu. Szwedzcy uprzejmi celnicy, zamiast kontrolować, zapytali tylko czy nam czegoś nie trzeba i czy wiemy jak jechać do Goeteborga. Dziwne, nie? Przespacerowaliśmy się po miasteczku dziwiąc się wszystkiemu. Podobały nam się nawet kolorowe reklamy, które dziś są utrapieniem na każdym kroku u nas, a wtedy wydawały się pięknym akcentem krajobrazu. Kiedy zobaczyliśmy przeszklony salon samochodowy to już był szok. W środku stały... samochody (!!!). Nie atrapy, nie z tektury ! Na dodatek przy każdym tabliczka z opisem i ceną. Można przyjść obejrzeć i kupić. Pamiętam, że stał tam piękny ciemnożółty Chevrolet Corvette. Czyli są miejsca na świecie inne niż Polmozbyt ?
Wiele jeszcze zdziwień nas czekało. Czynne sklepy i lokale w środku nocy w Malmoe, fontanna podświetlana kolorowymi reflektorami w rytm muzyki klasycznej. Szosa gładka jak stół bilardowy z pasami wymalowanymi równo i zatopionymi odblaskami. Nawiasem mówiąc po 25 latach wiele rzeczy, które wtedy widzieliśmy po raz pierwszy, wydaje się dziś normalne, bo są normalne (!), ale już nie pamiętamy, że kiedyś ich u nas nie było...
Na regaty dotarliśmy szczęśliwie. Szwedzi gościli nas najlepiej jak umieli i cieszyli się, że Polacy znów są wolni. Jakoś, co nie bez złośliwej satysfakcji zauważyliśmy, nie byli tak serdeczni wobec ekipy z Rostocku (NRD).
Wszystko odbyło się jak należy. Dobrze się wszyscy bawili. Ale to temat na długą i odrębną historię z niezwykłym epizodem, którym było spotkanie Andrzeja Nebeskiego. Kto pamięta? 

Pozdrawiam Panie Andrzeju !

 

Wróćmy jednak do schabowych, bo ten drugi już, a trzeci się niecierpliwi...

Szwedzcy koledzy zatankowali nam samochody i bez nerwów dojechaliśmy do Ystad. Wieczorem rampa opadła na terminalu w Świnoujściu i bajkowy świat zastąpiła nasza ówczesna rzeczywistość. Już na terenie portu, na wybojach przywaliliśmy sprzęgiem przyczepy i musieliśmy go prowizorycznie naprawić. Ponieważ tym razem na promie bon żywnościowy wykorzystaliśmy zaraz po wyjściu w morze, to teraz byliśmy nielicho głodni. Po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się w jakimś miasteczku i z radością stwierdziliśmy, że jest restauracja i na dodatek otwarta. Pawilon ze stali i szkła. Toporny jak większość budowli początku epoki Gierka. Wnętrze według estetyki tejże samej i zapachy kuchenno-dworcowe. Pusto. Kelner w niegdyś białym kubraku, spojrzał na nas niechętnie i podał karty.
- Proszę szybko zamawiać...
- Ale restauracja do 22.00... (była 21.15)
- Tak, ale kucharz zaraz wychodzi !
Wybór potraw nie powalał ilością. Zatem żeby szybko i żeby PAN kelner się nie obraził zamówiliśmy 5 x schabowy. O ile pamiętam, strawę dostaliśmy dość szybko.
Na talerzu zobaczyłem kawałek żylastego ścierwa, wielkości biletu tramwajowego w kolorze wiosennym. Towarzyszyły mu ziemniaki w barwie sinych fal Bałtyku i nieokreślona masa będąca być może kapustą zasmażaną. Ale chyba jadł ją już ktoś przed nami.
Zjedliśmy bez wahania. Obawialiśmy się tylko, że dalszą drogę do domu będziemy musieli przerywać co kwadrans, ale nie. Żołądki studenckie zahartowane były przez stołówkę przy Wyspiańskiego, a w moim wypadku także przez stołówkę w Conradinum.
To był drugi ważny schabowy. Bo strasznie byliśmy głodni i szybkim był sposobem abyśmy z niezwykłego świata wrócili do naszego realnego.

Trzeci schabowy

Kilka tygodni temu, złośliwy los spowodował, że znalazłem się w Poznaniu na targach jako wystawca. Paranoja targów polega na tym, że ich sens przeminął z końcem lat 90-tych. Wszyscy to wiemy, a nadal udział w nich uważamy za obowiązek. Od przedpołudnia do wczesnego wieczora na stoisku w zgiełku, pijąc imitację kawy, nic nie robiąc, człowiek męczy się bardziej niż przy kopaniu kanału Wołga-Don.
Zdjęcie Tadeusza jako targowa wizytówka WAYMAN'a
Wracałem około 19-ej do hotelu.
Obserwowałem watahy młodych wilczków znajdujących przyjemność w libacjach. Poszukiwali też przygód, choć to wielkie wyzwanie, bo współczynnik zatyczka/gniazdko na takich imprezach to 3/1 albo gorzej. Chyba, że to targi kosmetyków lub medyczne.
Coś tam jadłem na mieście lub w hotelu, szedłem do pokoju i zasypiałem nad książką lub przed telewizorem.
Kiedy po trzech dniach, we środę miałem już serdecznie dość i zdałem sobie sprawę, że przede mną jeszcze dwa dni, zrobiłem wszystko na co mnie było stać... czyli załamałem się. Zszedłem smętny do restauracji, bo choć dusza zbolała i zrezygnowana, to ciało domagało się paszy. 
Hotel był porządny, restauracja niezła, obsługa miła. Przeglądałem kartę nie wiedząc co wybrać i olśniło mnie. 
Zwykły schabowy !

Z kapuchą i ziemniakami, a do tego duży kielich czerwonego wina. Był pyszny, kapusta zrobiona tak jak lubię. Napełniłem koziołkowy brzuch i przypomniałem sobie to wszystko o czym powyżej Wam napisałem (tym którzy dotąd nie usnęli). Wróciłem do pokoju zawinąłem się w kołderkę i wciąż mając przed oczami kolejny dzień targów zasnąłem, wierząc że przetrwam ten kierat.

Nie tylko wielkie wydarzenia, osiągnięcia i klęski są w życiu ważne. Czasem drobiazgi. Tak jak schabowy w krytycznym momencie.
Dziś być może jestem na ostatnim etapie życia, ale może jakiś schabowy to zmieni?

06 marca 2014

W "obronie" K. Świerczewskiego ps. Walter

Wszyscy mniej lub bardziej martwimy się losami Ukrainy. Mam zbyt małą wiedzę, żeby coś przewidywać i kilkanaście dni temu swoimi wątpliwościami się z Wami na tym blogu podzieliłem. Przy okazji wspomniałem o różnych, nie zawsze miłych zdarzeniach pomiędzy naszymi narodami. Jasnym punktem jest zabicie niejakiego Świerczewskiego przez partyzantów UPA, choć... przypadkowo. A jego 117 rocznicę urodzin mieliśmy w lutym.

 

Życiorys barwny, choć jednak "czarny"

Urodził się 22.02.1897 w Warszawie, jako poddany imperium rosyjskiego. I tak mu zostało. Po dwóch klasach szkoły powszechnej zakończył edukację i został pomocnikiem tokarza w zakładach Gerlacha. 
  • W 1915 r. ewakuowany na wschód, pracował jako tokarz w moskiewskiej fabryce. Powołany do armii rosyjskiej w 1916, następnie wziął udział w wojnie domowej po stronie komunistów. 
  • Brał udział w wojnie z Polską
  • W hiszpańskiej wojnie domowej, dowodził oddziałami międzynarodowymi walczącymi po stronie tzw. "republiki"
  • W 1938 podczas stalinowskiej czystki trafił do więzienia skąd szczęśliwie (tylko dla kogo szczęśliwie?) wyszedł w 1940
  • W 1941 roku dowodził 248 Dyw. Strzelców, z której pod Wiaźmą nie zostało nic. Niektóre źródła podają, że 5 żołnierzy i ... nasz "bohater"
  • W 1943 został przebrany w mundur LWP i przydzielony do 1 Armii tej formacji
  • Organizował 2 Armię, a następnie 3, z czego w końcu zrezygnowano
  • Na przełomie 44/45 przewodził sądowi wojskowemu w Kąkolewnicy. Sąd ten tropił "przestępstwa" polityczne. Świerczewski podpisał 39 wyroków śmierci i nigdy nie skorzystał z prawa łaski
  • Wiosną 1944 jako dowódca II Armii uczestniczył w ramach 1 Frontu Białoruskiego w forowaniu Nysy i Operacji Łużyckiej z zadaniem zajęcia Drezna. Operacja zakończyła się klęską 2 Armii. Następnie do 10 maja 2 Armia uczestniczyła w Operacji Praskiej. Na szczęście natężenie walk było mniejsze, więc straty nie były ogromne
  • Po wojnie został dowódcą okręgu, był posłem do "sejmu", a także vice ministrem ON
  • Zginął 28.III.1947 podczas inspekcji oddziałów LWP w Bieszczadach, jadąc z Baligrodu do Cisnej niedaleko wsi Jabłonki 

 

A jednak wspaniały bohater !!! 

Dlaczego ?

Otóż dlatego, że dla propagandy komunistów, pełniących od 1944 do 1989 obowiązki Polaków, na wzór bohatera nadawał się świetnie. Pochodził z robotniczej rodziny, na dodatek z "Czerwonej Woli" Walczył z faszyzmem już w 1936 w Hiszpanii. Tam dokonał wielu czynów bohaterskich... Nie? Jeśli nie, to łatwo było je w realiach PRL stworzyć post factum.
Dodajmy jeszcze znajomość z E.Hemingway'em, a mamy już niemal postać rodem z poematu romantycznego. Był pierwowzorem gen. Golza w powieści Komu bije dzwon. Przyznam, że powieść mnie nie fascynuje. I nie ma to związku z moimi poglądami.
Rozdział wojny 1920, można było wymazać. Wraz z Armią Czerwoną dowodząc oddziałami LWP, przyniósł "wolność" Polsce. Wszystkie te prawdy i półprawdy dawały ogromne możliwości propagandzie komunistycznej. A co najważniejsze, Świerczewski vel Walter zginął w dobrym miejscu, z rąk właściwych wrogów i w najlepszym czasie. Okoliczności śmierci, można było ubarwić.
Kiedy jako lekturę szkolną czytałem O człowieku, który się kulom nie kłaniał autorstwa niejakiej J.Broniewskiej przyznam, że żal mi było dzielnego generała... Proszę o łagodny za to wyrok. Miałem wtedy 8 lat, a poza tym...przedawniło się. A nie mógł Tata smarkowi tłumaczyć prawdy, bo skąd pewność, że nie pochwali się swoją wiedzą w szkole?

Kanalia? 

                 Idiota? 

                              Pechowiec?

Tego nie da się rozstrzygnąć. Ja sądzę, że wszystkie trzy określenia są uzasadnione. Przyglądając się kilku "dokonaniom" Świerczewskiego.

Zdrajca

W pewnym sensie tak. Ale prawdą jest, że oprócz miejsca urodzenia nic go z Polską nie łączyło. Ewakuowany z Warszawy wraz z załogą fabryki miał kilkanaście lat. Dalsze jego dzieje są związane z armią rosyjską, a później armią sowiecką. Jego nikczemną osobowość ukształtowała sowiecka rzeczywistość. To nie usprawiedliwia niczego, ale wyjaśnia wiele. Oczywiście jawnym łajdactwem jest prośba o przydział na front w wojnie z Polską. Gorliwość neofity? Dużo bardziej jednoznaczna jest zdrada byłego gen. bryg. WP, Michała Żymierskiego. Świerczewski podobno był zagorzałym komunistą co świadczy o jakiejś wadzie umysłowej, drugi zaś był malwersantem i karierowiczem, nie cofającym się przed żadnym przestępstwem.

Beznadziejny jako dowódca

Jeśli spojrzymy na dowódców wyższego szczebla Armii Czerwonej, to Świerczewski miał wykształcenie wojskowe staranne.
Jednak w Hiszpanii nie wykazał się zbytnio. Gdzie jako gen. Walter dowodził brygadą, a później dywizją w strukturach ochotniczych oddziałów międzynarodowych.

Warto zdać sobie sprawę, że te oddziały, grupujące zarówno naiwnych pięknoduchów jak i pospolitą hołotę, liczyły około 20 tys. żołnierzy. Podczas całej wojny przewinęło się w ich szeregach około 30. Przy liczebności armii republikańskiej 800 tys. to niewiele, a w naszej pamięci nadal funkcjonuje przekonanie, że Brygady Międzynarodowe stanowiły niemal trzon sił komunistycznych. Ale o tym kiedy indziej.

Ale... Świerczewski zajmował się swoim głównym zadaniem, tj. pracą kontrwywiadowczą, w wydaniu sowieckim. Przeprowadzał czystki w szeregach własnych, rozstrzeliwał jeńców, a dezerterów czasem osobiście. Już wtedy, nie dało się nie zauważyć, że upijał się systematycznie, co w przyszłości miało swoje konsekwencje.
W wojnie z Niemcami, dowodząc 248 DStrz., znalazł się w kotle pod Wiaźmą i w krótkim czasie z 10 tys. podkomendnych pozostało mu kilku (sic!). Za taki "sukces" dowódcy szli pod ścianę. Jemu się udało. Przesunięto go do szkolenia rezerw. W tym epizodzie upatruje się dowodu jego mocnej współpracy z NKWD, która go chroniła. Póki nie zostaną udostępnione archiwa NKWD, nie da się tego zweryfikować.
W 1943 został przydzielony do 1 Armii LWP. Alkoholizm i konflikty spowodowały, że niejaki Berling usunął go ze stanowiska zastępcy ds. liniowych.  Zatem w 1 Armii LWP nie zaistniał...

Nawiasem mówiąc, obaj siebie warci. Berling to ppłk. WP, który w 1939 odszedł z wojska w okolicznościach, które trudno dziś jednoznacznie rozsądzić. W 1943 zdegradowany i zaocznie skazany na karę śmierci, za dezercję i współpracę z NKWD od 1940 
(polecam wspomnienia rtm. Łopianowskiego).

Budziszyn obecnie
Świerczewski latem 1944 organizował II Armię LWP, a następnie III, czego zaniechano z braku kadr.
Z końcem 1944 roku został dowódcą II Armii LWP. Operacja Łużycka to pasmo niepowodzeń. Forsowanie Nysy, mimo dość słabego oporu niemieckiego trwało kilka dni. Następnie oddziały II Armii LWP uderzyły w kierunku Drezna. O tej tragicznej w skutkach, dla wielu żołnierzy operacji osobne przemyślenia.
Tu znajdziecie je zebrane i zinterpretowane według koziołkowej filozofii informacje o bitwie pod Budziszynem:
Jak Karolek Drezno zdobywał...

 

  Chyba jednak szczęściarz, a nie pechowiec (?)

Generał Świerczewski vel Walter, przeszedł czystkę stalinowską dość lekko, jak na standardy radzieckie. W 1940 zwolniony z więzienia, wrócił do służby.
Strata 248 DStrz. pod Wiaźmą i praktycznie brak konsekwencji to chyba jednak szczęście w nieszczęściu nieudolnego kamandira ?
Wielokrotnie w walce chodził między żołnierzami nie zważając na ostrzał i jakoś mu się udawało. To fakt! Tyle, że nie wynikało to z odwagi, a z tego, że był zwykle pijany. Nawet jak na standardy sowieckie pił dużo i ciągle.
Za klęskę pod Budziszynem, nie odpowiada Świerczewski, ale za rozmiar strat II Armii TAK ! To skutek jego absurdalnych rozkazów. Był krytykowany nawet przez podległego mu, pułkownika Armii Czerwonej A.Waszkiewicza (w owym czasie przebranego w mundur generalski LWP). I tym razem ominęła go jakaś realna kara, a nawet w kilka tygodni później otrzymał... awans na generała broni.

 

Śmierć i narodziny PRLowskiej legendy

Podczas wizytacji jednostek w Bieszczadach, wybrał się Świerczewski 28.III.1947 z Baligrodu do Cisnej. Koło Jabłonek samochody dostały się w ogień zasadzki, zorganizowanej przez sotnię Chrina. Ogień nie był szczególnie silny. Świerczewski zarządził nawet atak na wzgórze. Atak załamał się. Wkrótce nadjechał drugi samochód eskorty, który zatrzymała drobna awaria. Widząc to żołnierze UPA wycofali się.
Walka nie była zbyt zaciekła. Oprócz Świerczewskiego zginął 1 oficer i 1 żołnierz. Generałowi się nieszczęśliwie dostało, bo jak zwykle nasączony spirytusem, kulom się nie kłaniał. Nie bez racji kapral F.Wichura w jednym z ostatnich odcinków Czterech pancernych, przestrzegał, że po wódce człowiek robi się "wyrywny". 
Różne teorie spiskowe krążyły wokół tej śmierci. Nawet sami komuniści poszukiwali dowodów spisku czy zdrady, ale niezbyt się to składało w logiczną całość.
Dla porównania, kilka dni później oddział WOP o podobnej sile do eskorty Świerczewskiego, w tym samym miejscu wpadł w podobną zasadzkę i został niemal całkowicie wybity w kilkanaście minut. Czy gdyby Banderowcy, wiedzieli, że w ich zasadzkę 28.III wpadł generał nieprzyjaciela, prowadzili by walkę tak zachowawczo? Zresztą dziś historycy mając dostęp do dokumentów, także ukraińskich, raczej zgodni są co do tego, że w przygotowaną zasadzkę przypadkowo wpadł nasz towarzysz Walter.

I tu znów upierać się będę, że miał Świerczewski szczęście... 

Cóż go czekało w PRL? Dla wielu swoich kamratów z aparatu władzy, ten wiecznie pijany i nieprzewidywalny człowiek stawał się kłopotliwy. W najlepszym dla niego przypadku, zostałby odsunięty od władzy i zapił się gdzieś jako dowódca okręgu?
A tak... Został męczennikiem i bohaterem. Legendą, która trwała do końca okupacji sowieckiej. 
Ilość szkół, fabryk, ulic i placów jego imienia nie dała się chyba zliczyć. Książki, filmy, pomniki ... Jako jedyny aparatczyk trafił na monetę 10 zł, a później awansował na banknot 50 zł.

Dobrze, że dziś Świerczewski jest tylko upiorem historii... 
A pomnik w Bieszczadach, niech zostanie. Wszak przypomina o pewnym zdarzeniu z naszej historii. Powinien być tylko uzupełniony tablicami z opisem "dokonań" Waltera. Mam nadzieję, że pozostałe pomniki wszędzie już zostały usunięte.

20 lutego 2014

Ukraińska wiosna ?

... "Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy
To Europy bastiony,
A barbarzyńca aż po wieczne czasy
Do Azji ujdzie strwożony"...
 
To fragment przepowiedni, rzekomo wypowiedzianej 23.IX.1893 przez kobietę-medium, na seansie zorganizowanym przez Władysława hr. Wielogłowskiego. W jakiś sposób tożsama z proroctwami Wernyhory.

Tęgoborze

 

 

 

 

 

 

 

Dziś koziołkowego mędrkowania nie będzie, a tylko pytania i wątpliwości...
Dzieją się bardzo złe rzeczy na Ukrainie. Giną ludzie, bez potrzeby. Bo każda nienaturalna śmierć jest zła i zbędna.

Obserwujemy wydarzenia w kraju, który jest nam bliski geograficznie, a mentalnie?

Setki lat wspólnej historii, to wspólny rozkwit, ale i ciężkie krwawe starcia. Dziś najbardziej ważą na naszej pamięci, wydarzenia wieku XX. Walki o Lwów, rzeź na Wołyniu, oddziały UPA. I tu nie oszukujmy się, zadra jakaś jest. Choć żołnierzom UPA wdzięczność winniśmy, za przypadkową likwidację pewnego bandyty w mundurze generalskim LWP.
Z drugiej strony Ukraińcy, to cywilizacyjnie bliższa nam nacja niż Rosjanie. Wspólna choć niepozbawiona waśni egzystencja przez kilka wieków, wymieszała nasze obyczaje, kulturę. Prawdę powiedziawszy, po wizycie jakże licznej delegacji mongolskiej, w początkach XIII w., rozbite księstwa Rusi pod czyjeś wpływy oddać się musiały. Wybór padł na Litwę, a po 1385 roku automatycznie nam przypadła rola wiodąca. Ruś Czerwoną do Polski kilkadziesiąt lat wcześniej przyłączył Chrobry. Jego dwie wyprawy, nie były tak dzikie jak mongolskie, ale trudno je nazwać  misją Czerwonego Krzyża. Mimo buntów i powstań kozackich, które raczej miały podłoże ekonomiczne, Ukraina/Ruś do oderwania od Korony nie dążyła.
Rosja to większe nieporównanie osiągnięcia sztuki i nauki, ale kultura cały czas przesycona myślą o wielkim imperium dominującym na jak największym obszarem. Najchętniej całym globusem. Obojętnie czy mają za godło carskiego orła czy czerwoną gwiazdę. Błyskotliwy i sprytny oficer KGB, obecny jednowładca Rosji, podobno czuje się duchowym spadkobiercą Piotra Wielkiego (?). A mnie wydaje się, że raczej Czyngis-Chana...
Często postrzegamy te dwa odrębne narody jako całość. To absurdalne i wielce krzywdzące dla Ukrainy.  Bliższa mi jest Ukraina. A co do osiągnięć nauki, sztuki itd., to czymże jest T-34, Kałasznikow, a nawet rakiety Sojuz w porównaniu z boskimi wręcz pierogami ruskimi (NIE ROSYJSKIMI)

Czy to groźna wojna domowa?

Obecne rozruchy i starcia nie są jeszcze wojną domową, ale mogą do niej doprowadzić. Konflikt to tak nieodległy jak pożar w sypialni sąsiada za ścianą. A kto ma zadzwonić pod 998 i czy odbierze telefon bystry strażak dyżurny?

Chętnych do gaszenia pożaru jest kilku ...

Rosja, choć nie ma możliwości działania bezpośredniego, zrobi wszystko, aby Ukraina była w jej strefie wpływów. Dla UE to także gratka, bo może potwierdzić swoją siłę polityczną. Pomniejsi gracze, w postaci państw czy też pojedynczych polityków wiele chcą ugrać. Nie dla dobra Ukrainy, nie dla tzw. "praw człowieka" a dla siebie. I to NORMALNE. Tak jest i tylko pięknoduchy wyją z żalu nad niedoskonałością świata.  
Narody raczej moralności nie mają, a państwa z całą pewnością
Kto to powiedział pewnie wiecie. 
Przyłączenie Ukrainy do tej czy innej koalicji, to nie sprawa lepszego bytu dla Ukraińców, ale element rozgrywki w polityce światowej. A że każda ze stron odwołuje się do wartości "wyższych"? Głupi ten kto z takich instrumentów nie korzysta. W każdym sporze pomagają przyciągnąć zwolenników.

Powstanie narodowe czy rewolta tłumu?

I to najtrudniejsze dla mnie pytanie. Oczywiście odruchowo sympatyzujemy ze spontanicznym (?) buntem obywateli, przeciw władzy służalczej wobec Rosji o wiecznie imperialnych ambicjach.
Jednak Janukowycz & Co. to nie namiestnik wyznaczony przez Rosję, a prezydent wybrany w wyborach. I już wtedy wiadomo było w, że w stronę kremlowskiego "światełka nadziei" patrzy.
Zatem jeśli "wczoraj" wybraliśmy jakąś władzę, a dziś wychodzi tłum na ulicę, to kto łamie prawo?
Może w dziecinny sposób na to patrzę, ale to dla mnie fundamentalna wątpliwość. Oczywiście jeśli Ukraińców i Ukrainę postrzegamy jako przedmiot rozgrywek, to ze względu na nasze interesy, czy to polskie czy unijne, poparcie dla rewolty jest konieczne. Ale nie bądźmy obłudni. To tylko interes, a nie żadna wartość moralna. Zresztą czym jest moralność? Jedynie naszą postawą, którą przyjmujemy wobec zjawisk i ludzi których nie lubimy.

Głupie decyzje wyborców zatem? A czy to odosobniony przypadek? 

Żeby zbyt gorących, aktualnych i głupich naszych wyborów nie przytaczać jako przykład, wspomnę Tymińskiego. Nie kosmici, a my sami oddawaliśmy na niego głosy. W demokracji zwycięża większość. Zatem tylko w kraju gdzie większość stanowią ludzie mądrzy i wykształceni demokracja się sprawdza. Jest gdzieś taki kraj?!


Kto wygra?

I to jedyne o czym jestem przekonany. Decydujące będą postawy wschodniej Ukrainy, tam gdzie jest przemysłowy środek ciężkości kraju. Jeśli Donbas powie Janukowyczowi NIE to opozycja wygra. Jakkolwiek ta konfrontacja się skończy, to dalsze losy Ukrainy nie rysują się dobrze i łatwo. Bo co będzie dalej? Myślę, że jest się czego obawiać.
Chyba, że uwierzymy w dalszy ciąg przepowiedni przytoczonej na początku
... "Powstanie Polska od morza do morza.
Czekajcie na to pół wieku.
Chronić nas będzie zawsze Łaska Boża,
Więc cierp i módl się, człowieku".



15 lutego 2014

Walentynki w koziolka glowie

W starożytnym Rzymie wigilia Luperkaliów - świąt ku czci Fauna. Chrześcijaństwo, religia o wielkiej, choć dziś obśmiewanej mądrości, potraktowało to pogańskie święto jak wiele innych. Nie usuwając, a nadając mu inną oprawę i interpretację. I tak św. Walenty przejął "władzę" nad tym dniem. Kim był? Dokładnie dziś nie wiemy. Datę jego śmierci określa się na 14.II.269 roku. I tu zgadzają się wszystkie przekazy. W 496 roku ogłoszono go świętym, a w 1969 specjalna komisja usunęła go z chwalebnej listy, jak wielu innych świętych, o niemożliwym do ustalenia rzeczywistym życiorysie. 
Zatem czy ...


  • Był biskupem Terni posiadającym moc uzdrowiciela? 
  • Zwykłym księdzem udzielającym ślubów legionistom, gdy dekret Klaudiusza tego zakazywał?
  • Młodzieńcem pomagającym chrześcijanom, skazanym za to na śmierć? Czekając na okrutną karę, wysłał list swej ukochanej, podpisując: "Twój Walenty"... ?
I tak patrona Walentynek mamy niedookreślonego. A samo "święto"?

Sukces komercji

W średniowieczu, zwyczaj świętowania 14 lutego rozprzestrzenił się w całej Europie, ale eksplozja to kilka wieków później. Rok 1847. Wtedy Esther A.Howland, rozradowana otrzymaną kartką walentynkową, rozpoczęła ich produkcję, na skalę jak na owe czasy masową. Popyt przerósł możliwości wytwarzania. Pomysłowa dziewczyna zarobiła ogromną jak na owe czasy, kwotę 100.000 $. I tak ruszył cały przemysł, zarabiający na 14.II..

A u nas?

Po zakończeniu radzieckiej okupacji, ze zrozumiałych względów, rzuciliśmy się w kierunku obyczajów świata zachodniego. Szybko przyjęliśmy sympatyczne Walentynki jako rozrywkę. Nasi ledwie wschodzący biznesmeni, rozwijali się także dzięki tej zabawnej tradycji, produkując różne gadżety. Może czasem komuś z nas Walentynka umożliwia wyznanie, do którego brak odwagi w inny sposób? Może jest zwykłą zabawą, nic nikomu nie szkodzącą?
Może przypomni o tym, o czym zapominamy w codziennym pędzie? 
Przyznam, że cieplej myślę i to nie tylko ze względu na porę roku, o Sobótce czyli Nocy Świętojańskiej. Myśl podobna, tradycja starsza i nasza słowiańska...  A jak mało wiemy o słowiańskich tradycjach, zwróciła mi ostatnio uwagę moja bliska przyjaciółka.
Tak czy siak, jeśli już czerpiemy z obyczajów anglosaskich, to wolę Walentynki niż Halloween, choć może też fajne... Mają nas oswoić ze śmiercią, odebrać jej grozę. Boimy się jej, a jest coraz bliżej. Może już za progiem?

A co koziołki myślą?

Mnie Walentynki kojarzą się z niezbyt pozytywnym wydźwiękiem 8 marca ... Dajemy wtedy goździk, kawę marago i rajstopy mamom, żonom, siostrom, żeby im okazać szacunek... raz do roku. W ten właśnie dzień. A każde uczucie, jeśli jest prawdziwe towarzyszy nam wciąż ...
Gdy jesteśmy razem, gdy się smucimy, cieszymy. Gdy zasypiamy i gdy się budzimy. Wtedy nawet gdy nawał pracy, obowiązków czy kłopotów nie pozwala nam tego wystarczająco okazywać. Jeśli więź jest prawdziwa, to mimo swoich zmian natężenia, jest ciągła...
Tak sobie myślę. Ale to nie znaczy, że 14.II uważam za niepotrzebny. Mnie nie bawi, ale jeśli komuś daje choćby cień uśmiechu... Niech trwa !!!


I pamiętajcie:

Walentynki to zabawa dla każdego kto ją podejmie i kto ją lubi. Dla nastolatków... Dla tych którzy wchodzą w dorosłość. Dla tych "w połowie drogi". Także dla tych, którzy zmierzchem się cieszą.