02 maja 2014

Trzy przełomowe kotlety schabowe

Kotlety schabowe zna chyba każdy, a dla większości z nas schaboszczak z ziemniakami i zasmażaną kapustą jest niemal symbolem narodowym. I to właściwie tyle, bo popularne to danie służy do zaspokojenia głodu z tą superatą, że smacznie.
Trzy schabowe w moim życiu miały kluczowe znaczenie i zainicjowały filozoficzne rozważania... oczywiście na koziołkowej głowy poziomie.


Schabowy pierwszy

Tu pewna umowność. Nie był to jeden kotlet, a wszystkie te, które pamiętam z domowych obiadów mojej Mamy. Mama gotowała świetnie i takie było zdanie nie tylko domowników. Cóż z tego, skoro urodziłem się jako niejadek i to skrajny. Różnych sztuk Rodzice próbowali, żeby mnie namówić lub przekonać do jedzenia. Piotruś jadł tyle co wróbelek i wyglądał jak pensjonariusz KL Auschwitz. Zdesperowanej Mamie prawdę powiedziała lekarka (p.Korgul):
"Niech się pani nie martwi, jest zdrowy. A to, że nie chce jeść zmieni się. Przyjdzie taki moment, że nie nadąży pani z gotowaniem"
Prawda, przyszedł ! W wieku kilkunastu lat zacząłem żreć jak opętany, a co zabawne, bezkarnie. Zostałem chudzielcem.
Zanim do tego doszło, moja niechęć do jedzenia była dramatem całego domu. Nie dość, że jadłem mało, to wybrzydzałem okropnie. Lista potraw, których nie lubiłem jest tak długa, że można by wydać książkę porównywalną objętościowo z książką telefoniczną średniego województwa.

Zatem  wyliczę co lubiłem :
  • kotlet mielony z ziemniakami i surówką z marchwi na słodko
  • pierogi ruskie ze śmietaną 
  • naleśniki z jabłkami (chyba)
To cała wyczerpująca lista. I tak przez kilka lat cała rodzina jadła to samo, "bo Piotruś nic innego nie zje". Dziś myślę, że powinienem dostać solidnie w dupę i zostać zamknięty w pokoju z talerzem na przykład szpinaku i tak do skutku.
Mama jednak metodą niezmiernie łagodną próbowała i osiągnęła sukces, na miarę przełamania frontu nad Sommą. Zacząłem jeść nie tylko kotlety mielone, ale i schabowe przekonywany dyplomatycznie, że to niemal to samo. Mniejsza tu moim zdaniem o rozpieszczonego gówniarza. Reszta domowników mogła wreszcie liczyć na jakieś rozszerzenie menu.
Tak więc w każdą niemal niedzielę, wszyscy jedli schabowego z kapustą, oczywiście z wyjątkiem Piotrusia, dla którego trzeba było znów ucierać surówkę z marchwi...
Tym, którzy PRLu nie pamiętają, a jeszcze brną przez koziołkową paplaninę wyjaśnię.
Schabowy był rarytasem, nie ze względu na cenę mięsa, tylko dlatego, że mięso to trudno było zdobyć. Wówczas właściwie wszystko się zdobywało, co miało swoją "jasną" stronę - satysfakcję i dumę zwycięzcy. Otóż Mama moja jak wszyscy wyruszała na zakupy jak na łowy. Kiedy utrudzona ponad miarę wracała i z siatek wydobywała swoje zdobycze miała prawo być dumna, a my cieszyliśmy się jak szaleni. Właściwie było to polowanie tyle, że bez dzidy i łuku.
Do dziś jedząc schabowego przypomina mi się dom z dzieciństwa oraz pewna nieprzekładalna na słowa, atmosfera i poczucie dziecięcej beztroski.
Kłobucka 8 - tu stał dom mojego dzieciństwa
Rodziców już nie ma, domu na Kłobuckiej 8 także. Już wcześniej zniknął ogródek z kwiatkami i piaskownicą. Ale pamiętam ten klimat i ludzi, którzy chętnie do nas przyjeżdżali. Wielu z nich odeszło i to także powód, żeby wspomnienia kolekcjonować, pielęgnować, odkurzać i dzielić się nimi...


Schabowy drugi

Rok 1990. Po 50 latach okupacji odradzała się Polska. Byłem już na finiszu studiów i wraz z 3 kolegami, z początkiem maja mieliśmy wyjechać na regaty Waterbike do Goeteborga. Dziś nie da się zrozumieć co znaczył wtedy wyjazd za granicę. Na dodatek dla mnie był to wyjazd pierwszy. Wcześniej nie byłem nawet w NRD...
PRL zniknął, ale niektóre śmiesznostki jeszcze się trzymały twardo. Najpierw okazało się, że jako studenci reprezentujący Politechnikę Gdańską sami jechać nie możemy. Musi być opiekun ! Na szczęście udało nam się namówić na to laboranta z hydromechaniki Janusza Ś., który był wyśmienitym towarzyszem naszej wyprawy i od razu zaproponował żebyśmy go traktowali jak kolegę.
Drugi problem to dewizy. Po licznych staraniach uzyskaliśmy zgodę i przydział dewiz, pomimo bezprzykładnego oporu szefowej kwestury. Odebraliśmy w końcu szaloną sumę 42$, którą wręczała nam osobiście. Nie, nie.... Nie 42$ na osobę i nie 420$. 
CZTERDZIEŚCI DWA DOLARY 
na 5 ludzi i 2 samochody
Dzięki uprzejmości konsula, otrzymaliśmy błyskawicznie szwedzkie wizy. Po licznych innych formalnościach, zapakowaliśmy łódkę na przyczepę i transport składający się z Poloneza-Trucka i 12-letniego Fiata 126p ruszył do Świnoujścia. Około południa wjechaliśmy na prom Nieborów (port "macierzysty" Nasau) . Pomimo zatankowanych do pełna zbiorników przemycaliśmy dwa kanistry, bo za co niby mielibyśmy kupić benzynę w Szwecji? Mieliśmy też 6 butelek paliwa 40%, których koniec końców nie użyliśmy jako waluty wymienialnej. Ale zapewniam, że się nie zmarnowały. Na promie najedliśmy się do syta i tuż przed zachodem słońca dopłynęliśmy do Ystad. 
Już na podejściu do portu oczarowani byliśmy widokiem. Miasto, choć niewielkie to oświetlone, czyste. Kolorowe budynki. Zjechaliśmy z promu. Szwedzcy uprzejmi celnicy, zamiast kontrolować, zapytali tylko czy nam czegoś nie trzeba i czy wiemy jak jechać do Goeteborga. Dziwne, nie? Przespacerowaliśmy się po miasteczku dziwiąc się wszystkiemu. Podobały nam się nawet kolorowe reklamy, które dziś są utrapieniem na każdym kroku u nas, a wtedy wydawały się pięknym akcentem krajobrazu. Kiedy zobaczyliśmy przeszklony salon samochodowy to już był szok. W środku stały... samochody (!!!). Nie atrapy, nie z tektury ! Na dodatek przy każdym tabliczka z opisem i ceną. Można przyjść obejrzeć i kupić. Pamiętam, że stał tam piękny ciemnożółty Chevrolet Corvette. Czyli są miejsca na świecie inne niż Polmozbyt ?
Wiele jeszcze zdziwień nas czekało. Czynne sklepy i lokale w środku nocy w Malmoe, fontanna podświetlana kolorowymi reflektorami w rytm muzyki klasycznej. Szosa gładka jak stół bilardowy z pasami wymalowanymi równo i zatopionymi odblaskami. Nawiasem mówiąc po 25 latach wiele rzeczy, które wtedy widzieliśmy po raz pierwszy, wydaje się dziś normalne, bo są normalne (!), ale już nie pamiętamy, że kiedyś ich u nas nie było...
Na regaty dotarliśmy szczęśliwie. Szwedzi gościli nas najlepiej jak umieli i cieszyli się, że Polacy znów są wolni. Jakoś, co nie bez złośliwej satysfakcji zauważyliśmy, nie byli tak serdeczni wobec ekipy z Rostocku (NRD).
Wszystko odbyło się jak należy. Dobrze się wszyscy bawili. Ale to temat na długą i odrębną historię z niezwykłym epizodem, którym było spotkanie Andrzeja Nebeskiego. Kto pamięta? 

Pozdrawiam Panie Andrzeju !

 

Wróćmy jednak do schabowych, bo ten drugi już, a trzeci się niecierpliwi...

Szwedzcy koledzy zatankowali nam samochody i bez nerwów dojechaliśmy do Ystad. Wieczorem rampa opadła na terminalu w Świnoujściu i bajkowy świat zastąpiła nasza ówczesna rzeczywistość. Już na terenie portu, na wybojach przywaliliśmy sprzęgiem przyczepy i musieliśmy go prowizorycznie naprawić. Ponieważ tym razem na promie bon żywnościowy wykorzystaliśmy zaraz po wyjściu w morze, to teraz byliśmy nielicho głodni. Po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się w jakimś miasteczku i z radością stwierdziliśmy, że jest restauracja i na dodatek otwarta. Pawilon ze stali i szkła. Toporny jak większość budowli początku epoki Gierka. Wnętrze według estetyki tejże samej i zapachy kuchenno-dworcowe. Pusto. Kelner w niegdyś białym kubraku, spojrzał na nas niechętnie i podał karty.
- Proszę szybko zamawiać...
- Ale restauracja do 22.00... (była 21.15)
- Tak, ale kucharz zaraz wychodzi !
Wybór potraw nie powalał ilością. Zatem żeby szybko i żeby PAN kelner się nie obraził zamówiliśmy 5 x schabowy. O ile pamiętam, strawę dostaliśmy dość szybko.
Na talerzu zobaczyłem kawałek żylastego ścierwa, wielkości biletu tramwajowego w kolorze wiosennym. Towarzyszyły mu ziemniaki w barwie sinych fal Bałtyku i nieokreślona masa będąca być może kapustą zasmażaną. Ale chyba jadł ją już ktoś przed nami.
Zjedliśmy bez wahania. Obawialiśmy się tylko, że dalszą drogę do domu będziemy musieli przerywać co kwadrans, ale nie. Żołądki studenckie zahartowane były przez stołówkę przy Wyspiańskiego, a w moim wypadku także przez stołówkę w Conradinum.
To był drugi ważny schabowy. Bo strasznie byliśmy głodni i szybkim był sposobem abyśmy z niezwykłego świata wrócili do naszego realnego.

Trzeci schabowy

Kilka tygodni temu, złośliwy los spowodował, że znalazłem się w Poznaniu na targach jako wystawca. Paranoja targów polega na tym, że ich sens przeminął z końcem lat 90-tych. Wszyscy to wiemy, a nadal udział w nich uważamy za obowiązek. Od przedpołudnia do wczesnego wieczora na stoisku w zgiełku, pijąc imitację kawy, nic nie robiąc, człowiek męczy się bardziej niż przy kopaniu kanału Wołga-Don.
Zdjęcie Tadeusza jako targowa wizytówka WAYMAN'a
Wracałem około 19-ej do hotelu.
Obserwowałem watahy młodych wilczków znajdujących przyjemność w libacjach. Poszukiwali też przygód, choć to wielkie wyzwanie, bo współczynnik zatyczka/gniazdko na takich imprezach to 3/1 albo gorzej. Chyba, że to targi kosmetyków lub medyczne.
Coś tam jadłem na mieście lub w hotelu, szedłem do pokoju i zasypiałem nad książką lub przed telewizorem.
Kiedy po trzech dniach, we środę miałem już serdecznie dość i zdałem sobie sprawę, że przede mną jeszcze dwa dni, zrobiłem wszystko na co mnie było stać... czyli załamałem się. Zszedłem smętny do restauracji, bo choć dusza zbolała i zrezygnowana, to ciało domagało się paszy. 
Hotel był porządny, restauracja niezła, obsługa miła. Przeglądałem kartę nie wiedząc co wybrać i olśniło mnie. 
Zwykły schabowy !

Z kapuchą i ziemniakami, a do tego duży kielich czerwonego wina. Był pyszny, kapusta zrobiona tak jak lubię. Napełniłem koziołkowy brzuch i przypomniałem sobie to wszystko o czym powyżej Wam napisałem (tym którzy dotąd nie usnęli). Wróciłem do pokoju zawinąłem się w kołderkę i wciąż mając przed oczami kolejny dzień targów zasnąłem, wierząc że przetrwam ten kierat.

Nie tylko wielkie wydarzenia, osiągnięcia i klęski są w życiu ważne. Czasem drobiazgi. Tak jak schabowy w krytycznym momencie.
Dziś być może jestem na ostatnim etapie życia, ale może jakiś schabowy to zmieni?

06 marca 2014

W "obronie" K. Świerczewskiego ps. Walter

Wszyscy mniej lub bardziej martwimy się losami Ukrainy. Mam zbyt małą wiedzę, żeby coś przewidywać i kilkanaście dni temu swoimi wątpliwościami się z Wami na tym blogu podzieliłem. Przy okazji wspomniałem o różnych, nie zawsze miłych zdarzeniach pomiędzy naszymi narodami. Jasnym punktem jest zabicie niejakiego Świerczewskiego przez partyzantów UPA, choć... przypadkowo. A jego 117 rocznicę urodzin mieliśmy w lutym.

 

Życiorys barwny, choć jednak "czarny"

Urodził się 22.02.1897 w Warszawie, jako poddany imperium rosyjskiego. I tak mu zostało. Po dwóch klasach szkoły powszechnej zakończył edukację i został pomocnikiem tokarza w zakładach Gerlacha. 
  • W 1915 r. ewakuowany na wschód, pracował jako tokarz w moskiewskiej fabryce. Powołany do armii rosyjskiej w 1916, następnie wziął udział w wojnie domowej po stronie komunistów. 
  • Brał udział w wojnie z Polską
  • W hiszpańskiej wojnie domowej, dowodził oddziałami międzynarodowymi walczącymi po stronie tzw. "republiki"
  • W 1938 podczas stalinowskiej czystki trafił do więzienia skąd szczęśliwie (tylko dla kogo szczęśliwie?) wyszedł w 1940
  • W 1941 roku dowodził 248 Dyw. Strzelców, z której pod Wiaźmą nie zostało nic. Niektóre źródła podają, że 5 żołnierzy i ... nasz "bohater"
  • W 1943 został przebrany w mundur LWP i przydzielony do 1 Armii tej formacji
  • Organizował 2 Armię, a następnie 3, z czego w końcu zrezygnowano
  • Na przełomie 44/45 przewodził sądowi wojskowemu w Kąkolewnicy. Sąd ten tropił "przestępstwa" polityczne. Świerczewski podpisał 39 wyroków śmierci i nigdy nie skorzystał z prawa łaski
  • Wiosną 1944 jako dowódca II Armii uczestniczył w ramach 1 Frontu Białoruskiego w forowaniu Nysy i Operacji Łużyckiej z zadaniem zajęcia Drezna. Operacja zakończyła się klęską 2 Armii. Następnie do 10 maja 2 Armia uczestniczyła w Operacji Praskiej. Na szczęście natężenie walk było mniejsze, więc straty nie były ogromne
  • Po wojnie został dowódcą okręgu, był posłem do "sejmu", a także vice ministrem ON
  • Zginął 28.III.1947 podczas inspekcji oddziałów LWP w Bieszczadach, jadąc z Baligrodu do Cisnej niedaleko wsi Jabłonki 

 

A jednak wspaniały bohater !!! 

Dlaczego ?

Otóż dlatego, że dla propagandy komunistów, pełniących od 1944 do 1989 obowiązki Polaków, na wzór bohatera nadawał się świetnie. Pochodził z robotniczej rodziny, na dodatek z "Czerwonej Woli" Walczył z faszyzmem już w 1936 w Hiszpanii. Tam dokonał wielu czynów bohaterskich... Nie? Jeśli nie, to łatwo było je w realiach PRL stworzyć post factum.
Dodajmy jeszcze znajomość z E.Hemingway'em, a mamy już niemal postać rodem z poematu romantycznego. Był pierwowzorem gen. Golza w powieści Komu bije dzwon. Przyznam, że powieść mnie nie fascynuje. I nie ma to związku z moimi poglądami.
Rozdział wojny 1920, można było wymazać. Wraz z Armią Czerwoną dowodząc oddziałami LWP, przyniósł "wolność" Polsce. Wszystkie te prawdy i półprawdy dawały ogromne możliwości propagandzie komunistycznej. A co najważniejsze, Świerczewski vel Walter zginął w dobrym miejscu, z rąk właściwych wrogów i w najlepszym czasie. Okoliczności śmierci, można było ubarwić.
Kiedy jako lekturę szkolną czytałem O człowieku, który się kulom nie kłaniał autorstwa niejakiej J.Broniewskiej przyznam, że żal mi było dzielnego generała... Proszę o łagodny za to wyrok. Miałem wtedy 8 lat, a poza tym...przedawniło się. A nie mógł Tata smarkowi tłumaczyć prawdy, bo skąd pewność, że nie pochwali się swoją wiedzą w szkole?

Kanalia? 

                 Idiota? 

                              Pechowiec?

Tego nie da się rozstrzygnąć. Ja sądzę, że wszystkie trzy określenia są uzasadnione. Przyglądając się kilku "dokonaniom" Świerczewskiego.

Zdrajca

W pewnym sensie tak. Ale prawdą jest, że oprócz miejsca urodzenia nic go z Polską nie łączyło. Ewakuowany z Warszawy wraz z załogą fabryki miał kilkanaście lat. Dalsze jego dzieje są związane z armią rosyjską, a później armią sowiecką. Jego nikczemną osobowość ukształtowała sowiecka rzeczywistość. To nie usprawiedliwia niczego, ale wyjaśnia wiele. Oczywiście jawnym łajdactwem jest prośba o przydział na front w wojnie z Polską. Gorliwość neofity? Dużo bardziej jednoznaczna jest zdrada byłego gen. bryg. WP, Michała Żymierskiego. Świerczewski podobno był zagorzałym komunistą co świadczy o jakiejś wadzie umysłowej, drugi zaś był malwersantem i karierowiczem, nie cofającym się przed żadnym przestępstwem.

Beznadziejny jako dowódca

Jeśli spojrzymy na dowódców wyższego szczebla Armii Czerwonej, to Świerczewski miał wykształcenie wojskowe staranne.
Jednak w Hiszpanii nie wykazał się zbytnio. Gdzie jako gen. Walter dowodził brygadą, a później dywizją w strukturach ochotniczych oddziałów międzynarodowych.

Warto zdać sobie sprawę, że te oddziały, grupujące zarówno naiwnych pięknoduchów jak i pospolitą hołotę, liczyły około 20 tys. żołnierzy. Podczas całej wojny przewinęło się w ich szeregach około 30. Przy liczebności armii republikańskiej 800 tys. to niewiele, a w naszej pamięci nadal funkcjonuje przekonanie, że Brygady Międzynarodowe stanowiły niemal trzon sił komunistycznych. Ale o tym kiedy indziej.

Ale... Świerczewski zajmował się swoim głównym zadaniem, tj. pracą kontrwywiadowczą, w wydaniu sowieckim. Przeprowadzał czystki w szeregach własnych, rozstrzeliwał jeńców, a dezerterów czasem osobiście. Już wtedy, nie dało się nie zauważyć, że upijał się systematycznie, co w przyszłości miało swoje konsekwencje.
W wojnie z Niemcami, dowodząc 248 DStrz., znalazł się w kotle pod Wiaźmą i w krótkim czasie z 10 tys. podkomendnych pozostało mu kilku (sic!). Za taki "sukces" dowódcy szli pod ścianę. Jemu się udało. Przesunięto go do szkolenia rezerw. W tym epizodzie upatruje się dowodu jego mocnej współpracy z NKWD, która go chroniła. Póki nie zostaną udostępnione archiwa NKWD, nie da się tego zweryfikować.
W 1943 został przydzielony do 1 Armii LWP. Alkoholizm i konflikty spowodowały, że niejaki Berling usunął go ze stanowiska zastępcy ds. liniowych.  Zatem w 1 Armii LWP nie zaistniał...

Nawiasem mówiąc, obaj siebie warci. Berling to ppłk. WP, który w 1939 odszedł z wojska w okolicznościach, które trudno dziś jednoznacznie rozsądzić. W 1943 zdegradowany i zaocznie skazany na karę śmierci, za dezercję i współpracę z NKWD od 1940 
(polecam wspomnienia rtm. Łopianowskiego).

Budziszyn obecnie
Świerczewski latem 1944 organizował II Armię LWP, a następnie III, czego zaniechano z braku kadr.
Z końcem 1944 roku został dowódcą II Armii LWP. Operacja Łużycka to pasmo niepowodzeń. Forsowanie Nysy, mimo dość słabego oporu niemieckiego trwało kilka dni. Następnie oddziały II Armii LWP uderzyły w kierunku Drezna. O tej tragicznej w skutkach, dla wielu żołnierzy operacji osobne przemyślenia.
Tu znajdziecie je zebrane i zinterpretowane według koziołkowej filozofii informacje o bitwie pod Budziszynem:
Jak Karolek Drezno zdobywał...

 

  Chyba jednak szczęściarz, a nie pechowiec (?)

Generał Świerczewski vel Walter, przeszedł czystkę stalinowską dość lekko, jak na standardy radzieckie. W 1940 zwolniony z więzienia, wrócił do służby.
Strata 248 DStrz. pod Wiaźmą i praktycznie brak konsekwencji to chyba jednak szczęście w nieszczęściu nieudolnego kamandira ?
Wielokrotnie w walce chodził między żołnierzami nie zważając na ostrzał i jakoś mu się udawało. To fakt! Tyle, że nie wynikało to z odwagi, a z tego, że był zwykle pijany. Nawet jak na standardy sowieckie pił dużo i ciągle.
Za klęskę pod Budziszynem, nie odpowiada Świerczewski, ale za rozmiar strat II Armii TAK ! To skutek jego absurdalnych rozkazów. Był krytykowany nawet przez podległego mu, pułkownika Armii Czerwonej A.Waszkiewicza (w owym czasie przebranego w mundur generalski LWP). I tym razem ominęła go jakaś realna kara, a nawet w kilka tygodni później otrzymał... awans na generała broni.

 

Śmierć i narodziny PRLowskiej legendy

Podczas wizytacji jednostek w Bieszczadach, wybrał się Świerczewski 28.III.1947 z Baligrodu do Cisnej. Koło Jabłonek samochody dostały się w ogień zasadzki, zorganizowanej przez sotnię Chrina. Ogień nie był szczególnie silny. Świerczewski zarządził nawet atak na wzgórze. Atak załamał się. Wkrótce nadjechał drugi samochód eskorty, który zatrzymała drobna awaria. Widząc to żołnierze UPA wycofali się.
Walka nie była zbyt zaciekła. Oprócz Świerczewskiego zginął 1 oficer i 1 żołnierz. Generałowi się nieszczęśliwie dostało, bo jak zwykle nasączony spirytusem, kulom się nie kłaniał. Nie bez racji kapral F.Wichura w jednym z ostatnich odcinków Czterech pancernych, przestrzegał, że po wódce człowiek robi się "wyrywny". 
Różne teorie spiskowe krążyły wokół tej śmierci. Nawet sami komuniści poszukiwali dowodów spisku czy zdrady, ale niezbyt się to składało w logiczną całość.
Dla porównania, kilka dni później oddział WOP o podobnej sile do eskorty Świerczewskiego, w tym samym miejscu wpadł w podobną zasadzkę i został niemal całkowicie wybity w kilkanaście minut. Czy gdyby Banderowcy, wiedzieli, że w ich zasadzkę 28.III wpadł generał nieprzyjaciela, prowadzili by walkę tak zachowawczo? Zresztą dziś historycy mając dostęp do dokumentów, także ukraińskich, raczej zgodni są co do tego, że w przygotowaną zasadzkę przypadkowo wpadł nasz towarzysz Walter.

I tu znów upierać się będę, że miał Świerczewski szczęście... 

Cóż go czekało w PRL? Dla wielu swoich kamratów z aparatu władzy, ten wiecznie pijany i nieprzewidywalny człowiek stawał się kłopotliwy. W najlepszym dla niego przypadku, zostałby odsunięty od władzy i zapił się gdzieś jako dowódca okręgu?
A tak... Został męczennikiem i bohaterem. Legendą, która trwała do końca okupacji sowieckiej. 
Ilość szkół, fabryk, ulic i placów jego imienia nie dała się chyba zliczyć. Książki, filmy, pomniki ... Jako jedyny aparatczyk trafił na monetę 10 zł, a później awansował na banknot 50 zł.

Dobrze, że dziś Świerczewski jest tylko upiorem historii... 
A pomnik w Bieszczadach, niech zostanie. Wszak przypomina o pewnym zdarzeniu z naszej historii. Powinien być tylko uzupełniony tablicami z opisem "dokonań" Waltera. Mam nadzieję, że pozostałe pomniki wszędzie już zostały usunięte.

20 lutego 2014

Ukraińska wiosna ?

... "Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy
To Europy bastiony,
A barbarzyńca aż po wieczne czasy
Do Azji ujdzie strwożony"...
 
To fragment przepowiedni, rzekomo wypowiedzianej 23.IX.1893 przez kobietę-medium, na seansie zorganizowanym przez Władysława hr. Wielogłowskiego. W jakiś sposób tożsama z proroctwami Wernyhory.

Tęgoborze

 

 

 

 

 

 

 

Dziś koziołkowego mędrkowania nie będzie, a tylko pytania i wątpliwości...
Dzieją się bardzo złe rzeczy na Ukrainie. Giną ludzie, bez potrzeby. Bo każda nienaturalna śmierć jest zła i zbędna.

Obserwujemy wydarzenia w kraju, który jest nam bliski geograficznie, a mentalnie?

Setki lat wspólnej historii, to wspólny rozkwit, ale i ciężkie krwawe starcia. Dziś najbardziej ważą na naszej pamięci, wydarzenia wieku XX. Walki o Lwów, rzeź na Wołyniu, oddziały UPA. I tu nie oszukujmy się, zadra jakaś jest. Choć żołnierzom UPA wdzięczność winniśmy, za przypadkową likwidację pewnego bandyty w mundurze generalskim LWP.
Z drugiej strony Ukraińcy, to cywilizacyjnie bliższa nam nacja niż Rosjanie. Wspólna choć niepozbawiona waśni egzystencja przez kilka wieków, wymieszała nasze obyczaje, kulturę. Prawdę powiedziawszy, po wizycie jakże licznej delegacji mongolskiej, w początkach XIII w., rozbite księstwa Rusi pod czyjeś wpływy oddać się musiały. Wybór padł na Litwę, a po 1385 roku automatycznie nam przypadła rola wiodąca. Ruś Czerwoną do Polski kilkadziesiąt lat wcześniej przyłączył Chrobry. Jego dwie wyprawy, nie były tak dzikie jak mongolskie, ale trudno je nazwać  misją Czerwonego Krzyża. Mimo buntów i powstań kozackich, które raczej miały podłoże ekonomiczne, Ukraina/Ruś do oderwania od Korony nie dążyła.
Rosja to większe nieporównanie osiągnięcia sztuki i nauki, ale kultura cały czas przesycona myślą o wielkim imperium dominującym na jak największym obszarem. Najchętniej całym globusem. Obojętnie czy mają za godło carskiego orła czy czerwoną gwiazdę. Błyskotliwy i sprytny oficer KGB, obecny jednowładca Rosji, podobno czuje się duchowym spadkobiercą Piotra Wielkiego (?). A mnie wydaje się, że raczej Czyngis-Chana...
Często postrzegamy te dwa odrębne narody jako całość. To absurdalne i wielce krzywdzące dla Ukrainy.  Bliższa mi jest Ukraina. A co do osiągnięć nauki, sztuki itd., to czymże jest T-34, Kałasznikow, a nawet rakiety Sojuz w porównaniu z boskimi wręcz pierogami ruskimi (NIE ROSYJSKIMI)

Czy to groźna wojna domowa?

Obecne rozruchy i starcia nie są jeszcze wojną domową, ale mogą do niej doprowadzić. Konflikt to tak nieodległy jak pożar w sypialni sąsiada za ścianą. A kto ma zadzwonić pod 998 i czy odbierze telefon bystry strażak dyżurny?

Chętnych do gaszenia pożaru jest kilku ...

Rosja, choć nie ma możliwości działania bezpośredniego, zrobi wszystko, aby Ukraina była w jej strefie wpływów. Dla UE to także gratka, bo może potwierdzić swoją siłę polityczną. Pomniejsi gracze, w postaci państw czy też pojedynczych polityków wiele chcą ugrać. Nie dla dobra Ukrainy, nie dla tzw. "praw człowieka" a dla siebie. I to NORMALNE. Tak jest i tylko pięknoduchy wyją z żalu nad niedoskonałością świata.  
Narody raczej moralności nie mają, a państwa z całą pewnością
Kto to powiedział pewnie wiecie. 
Przyłączenie Ukrainy do tej czy innej koalicji, to nie sprawa lepszego bytu dla Ukraińców, ale element rozgrywki w polityce światowej. A że każda ze stron odwołuje się do wartości "wyższych"? Głupi ten kto z takich instrumentów nie korzysta. W każdym sporze pomagają przyciągnąć zwolenników.

Powstanie narodowe czy rewolta tłumu?

I to najtrudniejsze dla mnie pytanie. Oczywiście odruchowo sympatyzujemy ze spontanicznym (?) buntem obywateli, przeciw władzy służalczej wobec Rosji o wiecznie imperialnych ambicjach.
Jednak Janukowycz & Co. to nie namiestnik wyznaczony przez Rosję, a prezydent wybrany w wyborach. I już wtedy wiadomo było w, że w stronę kremlowskiego "światełka nadziei" patrzy.
Zatem jeśli "wczoraj" wybraliśmy jakąś władzę, a dziś wychodzi tłum na ulicę, to kto łamie prawo?
Może w dziecinny sposób na to patrzę, ale to dla mnie fundamentalna wątpliwość. Oczywiście jeśli Ukraińców i Ukrainę postrzegamy jako przedmiot rozgrywek, to ze względu na nasze interesy, czy to polskie czy unijne, poparcie dla rewolty jest konieczne. Ale nie bądźmy obłudni. To tylko interes, a nie żadna wartość moralna. Zresztą czym jest moralność? Jedynie naszą postawą, którą przyjmujemy wobec zjawisk i ludzi których nie lubimy.

Głupie decyzje wyborców zatem? A czy to odosobniony przypadek? 

Żeby zbyt gorących, aktualnych i głupich naszych wyborów nie przytaczać jako przykład, wspomnę Tymińskiego. Nie kosmici, a my sami oddawaliśmy na niego głosy. W demokracji zwycięża większość. Zatem tylko w kraju gdzie większość stanowią ludzie mądrzy i wykształceni demokracja się sprawdza. Jest gdzieś taki kraj?!


Kto wygra?

I to jedyne o czym jestem przekonany. Decydujące będą postawy wschodniej Ukrainy, tam gdzie jest przemysłowy środek ciężkości kraju. Jeśli Donbas powie Janukowyczowi NIE to opozycja wygra. Jakkolwiek ta konfrontacja się skończy, to dalsze losy Ukrainy nie rysują się dobrze i łatwo. Bo co będzie dalej? Myślę, że jest się czego obawiać.
Chyba, że uwierzymy w dalszy ciąg przepowiedni przytoczonej na początku
... "Powstanie Polska od morza do morza.
Czekajcie na to pół wieku.
Chronić nas będzie zawsze Łaska Boża,
Więc cierp i módl się, człowieku".



15 lutego 2014

Walentynki w koziolka glowie

W starożytnym Rzymie wigilia Luperkaliów - świąt ku czci Fauna. Chrześcijaństwo, religia o wielkiej, choć dziś obśmiewanej mądrości, potraktowało to pogańskie święto jak wiele innych. Nie usuwając, a nadając mu inną oprawę i interpretację. I tak św. Walenty przejął "władzę" nad tym dniem. Kim był? Dokładnie dziś nie wiemy. Datę jego śmierci określa się na 14.II.269 roku. I tu zgadzają się wszystkie przekazy. W 496 roku ogłoszono go świętym, a w 1969 specjalna komisja usunęła go z chwalebnej listy, jak wielu innych świętych, o niemożliwym do ustalenia rzeczywistym życiorysie. 
Zatem czy ...


  • Był biskupem Terni posiadającym moc uzdrowiciela? 
  • Zwykłym księdzem udzielającym ślubów legionistom, gdy dekret Klaudiusza tego zakazywał?
  • Młodzieńcem pomagającym chrześcijanom, skazanym za to na śmierć? Czekając na okrutną karę, wysłał list swej ukochanej, podpisując: "Twój Walenty"... ?
I tak patrona Walentynek mamy niedookreślonego. A samo "święto"?

Sukces komercji

W średniowieczu, zwyczaj świętowania 14 lutego rozprzestrzenił się w całej Europie, ale eksplozja to kilka wieków później. Rok 1847. Wtedy Esther A.Howland, rozradowana otrzymaną kartką walentynkową, rozpoczęła ich produkcję, na skalę jak na owe czasy masową. Popyt przerósł możliwości wytwarzania. Pomysłowa dziewczyna zarobiła ogromną jak na owe czasy, kwotę 100.000 $. I tak ruszył cały przemysł, zarabiający na 14.II..

A u nas?

Po zakończeniu radzieckiej okupacji, ze zrozumiałych względów, rzuciliśmy się w kierunku obyczajów świata zachodniego. Szybko przyjęliśmy sympatyczne Walentynki jako rozrywkę. Nasi ledwie wschodzący biznesmeni, rozwijali się także dzięki tej zabawnej tradycji, produkując różne gadżety. Może czasem komuś z nas Walentynka umożliwia wyznanie, do którego brak odwagi w inny sposób? Może jest zwykłą zabawą, nic nikomu nie szkodzącą?
Może przypomni o tym, o czym zapominamy w codziennym pędzie? 
Przyznam, że cieplej myślę i to nie tylko ze względu na porę roku, o Sobótce czyli Nocy Świętojańskiej. Myśl podobna, tradycja starsza i nasza słowiańska...  A jak mało wiemy o słowiańskich tradycjach, zwróciła mi ostatnio uwagę moja bliska przyjaciółka.
Tak czy siak, jeśli już czerpiemy z obyczajów anglosaskich, to wolę Walentynki niż Halloween, choć może też fajne... Mają nas oswoić ze śmiercią, odebrać jej grozę. Boimy się jej, a jest coraz bliżej. Może już za progiem?

A co koziołki myślą?

Mnie Walentynki kojarzą się z niezbyt pozytywnym wydźwiękiem 8 marca ... Dajemy wtedy goździk, kawę marago i rajstopy mamom, żonom, siostrom, żeby im okazać szacunek... raz do roku. W ten właśnie dzień. A każde uczucie, jeśli jest prawdziwe towarzyszy nam wciąż ...
Gdy jesteśmy razem, gdy się smucimy, cieszymy. Gdy zasypiamy i gdy się budzimy. Wtedy nawet gdy nawał pracy, obowiązków czy kłopotów nie pozwala nam tego wystarczająco okazywać. Jeśli więź jest prawdziwa, to mimo swoich zmian natężenia, jest ciągła...
Tak sobie myślę. Ale to nie znaczy, że 14.II uważam za niepotrzebny. Mnie nie bawi, ale jeśli komuś daje choćby cień uśmiechu... Niech trwa !!!


I pamiętajcie:

Walentynki to zabawa dla każdego kto ją podejmie i kto ją lubi. Dla nastolatków... Dla tych którzy wchodzą w dorosłość. Dla tych "w połowie drogi". Także dla tych, którzy zmierzchem się cieszą.

12 lutego 2014

Mariusz Trynkiewicz "lepiej skacze" niż Kamil Stoch...

"Mariusz Trynkiewicz", Mariusz T.", a nawet "pan Mariusz" (jak dziś w radio usłyszałem), stał się tematem ostatnich dni. Właściwie czemu takie żywe ścierwo tak zajmuje media i nas?

Bo... :

  • Jest okazja żeby politycznie zaistnieć
Politycy bądź ich imitacje, prawo i lewoskrętne, mają okazję "wykazać" nieudolność naszego ustawodawstwa lub/i władzy wykonawczej
  • Media czymś żywić się muszą
Walka o czytelnika czy widza, ma już wymiar wyłącznie ilościowy. Trzeba przyciągnąć do swojej stacji jak najwięcej widzów i czytelników, choć to drugie określenie niepewne, bo nasza umiejętność czytania CORAS GOŻEJ WYGLONDA. Ponieważ zespoły redakcyjne składają się w zatrważająco dużej części, z ludzi o wiedzy dziennikarskiej na poziomie radiowęzła osiedlowego klubu "Miki", a wiedzy ogólnej absolwenta WUMLu, to łatwiej zająć się Trynkiewiczem niż czymś istotnym.
  • Pasjonujemy się złem w każdej postaci
Z jednej strony myśl o takim żywym organizmie nieznanego gatunku jak Trynkiewicz, umacnia nasze przekonanie jacy my jesteśmy idealni. Z drugiej strony, możemy sobie pomyśleć (pół biedy) jak my umielibyśmy zaradzić trudnej sytuacji, gdybyśmy byli ministrem lub "ministrą", a często na większym lub mniejszym forum wygłaszamy swoje mądrości. A to już nie pół i nie cała ....a bieda do kwadratu.
  • "Ale moje pieniądze !!!"...
(...krzyczał wyprowadzany siłą z gabinetu prezesa Kramera, J.Rożek)

Oczywiście. Na utrzymanie w więzieniu przez 25 lat "pana mariusza" (z małej litery chyba wolę) łożyła kasa państwowa. Teraz na jego ochronę i ochronę nas przed tym wybrykiem przyrody też. Ale tak to już jest. Państwo to pewna organizacja będąca wynikiem umowy społecznej. Wrzucamy pieniądze do wspólnego wora, a ta organizacja na różne cele wydaje te pieniądze, w mniej lub bardziej doskonały sposób. Najczęściej głośno o trwonieniu pieniędzy "z moich podatków" krzyczą ci, którzy zarabiają grosze oraz ci, którzy na podatkach oszukują. Co nie przeszkadza im mienić się patriotami.
  • Obrona praw człowieka 
Jest kwestią czasu, aby pojawiły się głosy, że biedny "pan mariusz" ( a co tam, nadal małe m) odsiedział swój wyrok, a teraz jest nieszczęśliwym i zagrożonym człowiekiem, którego trzeba otoczyć opieką. Przecież właściwie nic strasznego nie zrobił. Zamordował tylko kilku chłopców, ale nie dlatego, że jest zły, tylko dlatego, że zmusiła go do tego jego chora, ale jakże wrażliwa dusza. 

105,5 m

Tyle skoczył w pierwszej kolejce Kamil Stoch, a w drugiej o 2 m mniej. Zdobył złoty medal olimpijski i chyba wielu z nas wzruszył. Wielki to wyczyn. Ogromna radość dla kibiców i nagroda dla skoczka za jego ciężką wieloletnią pracę. 
Skąd więc staremu kozłowi, pomieszał się imponujący umiejętnościami i osobowością Kamil Stoch z... Obok nazwiska naszego skoczka nie mogę napisać nawet inicjałów tej kupy gnoju.
Otóż to dziwaczne zestawienie bierze się stąd, że poniedziałkowe Wiadomości Piotr Kraśko zaczął od relacji o naszym złotym olimpijczyku. Musiał potem przejść do wiadomości drugiej. Wiadomo jakiej. Ale pozwolił sobie na osobistą lub reżyserowaną refleksję, ale ładną. Zacytuję, myślę, że wiernie: "Dzięki zwycięstwu Kamila Stocha, nie musieliśmy zacząć wiadomości od... " itd.
Ukłon mój dla Wiadomości i ogromne podziękowanie dla Kamila Stocha za emocje, wzruszenie i radość. Wybaczyłby mi chyba, takie zestawienie z refleksjami o M.T., ale z pewnością nie przeczyta tego koziołkowego felietonu, zatem nie ma zmartwienia.
Taka mi dziś karkołomna parabola wyszła... Ale nie ja pierwszy. Redaktor Kozera w jednym zdaniu potrafił przejść od skupu buraka cukrowego do problemów Bliskiego Wschodu...



08 lutego 2014

"Jeździec Polski"

Rembrandt
To obraz Rembrandta van Rijn, przedstawiający współczesnego malarzowi, żołnierza lekkiej jazdy. Powstał w latach pięćdziesiątych XVII wieku. Jedni dopatrywali się tu wizerunku mitycznego założyciela Amsterdamu van Amstel'a, mnie kojarzącego się ze smakowitym piwem. Inni Jonasza Szlychtinga, arianina wygnanego z Polski w tym mniej więcej czasie gdy powstał obraz.
Kossak
Zafascynowany pięknym dziełem Juliusz Kossak namalował swoją wersję zatytułowaną Lisowczyk na białym koniu. Też piękne...
Dziś specjaliści są zgodni co do tego, że obraz Rembrandta przedstawia lekkokonnego, formacji zwanej Lisowczykami. Prawdopodobnie malowany z natury, bo jak zapewniają znawcy ówczesnej wojskowości, szczegóły ubioru i broni dokładnie odpowiadają rzeczywistości. 
Cóż niezwykłego było w Lisowczykach, że formacja ta licząca w swej krótkiej trzydziestoletniej historii od 2 do 15 tys. jeźdźców, na zawsze utrwaliła się w pamięci całej Europy ?

 

Aleksander Józef Lisowski herbu Jeż

Urodził się około 1575 roku. Jako zwykły żołnierz po komendą J.Potockiego uczestniczył w wyprawie przeciw hospodarowi wołoskiemu. Za przewodnictwo buntu żołnierzy, obłożony infamią, zaciągnął się na służbę u Dymitra Samozwańca. Zebrał oddział kilkuset konnych lekkozbrojnych żołnierzy, przy których towarzysze sienkiewiczowskiego Kmicica, wydają się członkami zastępu Czarne Stopy. Przemierzali bezkres Rosji błyskawicznie, uderzając na wrogie wojska oraz grabiąc i rabując wszystkich "sprawiedliwie". Dotarli aż do M.Białego co było niezwykłym wyczynem, a zadziwiającym dokonaniem jest, że... wrócili żywi. Samuel Twardowski w poemacie "Władysław IV" opisuje, że dotarli do krainy gdzie czczono "Złotą Babę", czyli przekładając na dzisiejsze wyobrażenia, wiele dalej niż tam gdzie wrony zawracają.
Lisowski w tym czasie wypracował szczególną taktykę działania oddziałów, które dziś nazwalibyśmy siłami szybkiego reagowania. Okrył się sławą doskonałego i charyzmatycznego dowódcy i to jak sądzę spowodowało, że sejm w 1611 roku zdjął z niego karę banicji. Powrót do kraju. Formowanie oddziałów, które wsławiły się skutecznością, umiejętnościami, a także bezwzględnością i grabieżami na terenach wroga, ale i własnych.

 

Śmierć na koniu... choć nie w bitwie

Tadeusz Paradowicz w roli Lisowskiego
W 1616 roku podczas przeglądu oddziałów pod Starodubem, nagle spadł martwy z konia. Dziś sekcja zwłok wskazałaby powód śmierci. Zawał, zator? Ani dla nas, ani dla samego Lisowskiego nie ma to znaczenia. Zmarł mając lat około 40. Nie zachował się (bo nikt go nie namalował) żaden portret Lisowskiego...  

 

Lisowczycy

Dla tych przeciw którym walczyli byli "jeźdźcami apokalipsy". Dla tych których wspierali byli wielkim atutem, ale także budzili trwogę. Każdy władca wzywał ich w pierwszej kolejności na pomoc, ale po zakończonej wojnie najszybciej jak to możliwe pozbywał się Lisowczyków.
Jak Lisowski, wielki talent i charyzmatyczna osobowość, a z drugiej strony warchoł i zabijaka bez krzty litości, taka była kawaleria stworzona przez niego, słusznie od jego nazwiska nazwę biorąca.

 

Nabór, bezwzględna dyscyplina i swoista demokracja

Rzeczpospolita przyzwoliła na formowanie tych oddziałów z myślą o wciąż pustym skarbie. W miejsce niepewnego żołdu Lisowczycy mieli przyzwolenie na grabież na nieprzyjacielskim terytorium. W szeregi Lisowczyków przyjmowano każdego, bez względu na stan społeczny czy narodowość. Warunkami zasadniczymi było bezwzględne posłuszeństwo i biegłość w wojennym rzemiośle. Lisowczycy mieli prawo wyboru swoich dowódców pododdziałów i ustalania własnych regulaminów. Regulaminy te jednakże przestrzegane były surowo. Za wszczęcie nieuzasadnionego alarmu, zaśnięcie podczas warty, grabież bez przyzwolenia dowódcy czy gwałt, karano gardłem. Nie poddawali się niczyim rozkazom oprócz rozkazów swojego dowódcy. 

 

Siła "słabych" jeźdźców

Lisowczycy nie używali hełmów ani elementów zbroi. Mieli pikowane żupany i czapki wypchane pakułami. Każdy miał szablę, rusznicę lub pistolety i łuk. Niekiedy także rohatynę. Nie używali wozów taborowych. Poruszali się komunikiem. Konie Lisowczyków ćwiczone były około 2 lat, podczas kiedy trening koni innych formacji trwał kilka miesięcy. Wyszkoleni byli do szarż w szyku zwartym i luźnym. Dosiad Lisowczyka to coś pośredniego między zachodnioeuropejskim pełnym dosiadem, a tatarskim półsiadem. Dzięki temu przy pełnym panowaniu nad koniem, lepiej wykorzystywali jego możliwości.
Lisowczycy potrafili w ciągu doby pokonywać dystans około 150 km, sprawnie zacierając ślady. Jak głosi ponura ich legenda, w tym celu zabijali także przypadkowych podróżnych, aby nie zostawiać świadków. Dobijali też lub porzucali ciężko rannych towarzyszy, aby nie opóźniać marszu.

 

Sława wojowników i rozbójników

Największe sukcesy Lisowczyków przyszły po śmierci ich twórcy. Pod dowództwem Kleczkowskiego, Rogawskiego, Rusinowskiego, Czaplińskiego i ostatniego Moczarskiego, wsławili się Lisowczycy niezwykłą skutecznością.
Największy przyczynek do utrwalenia Lisowczyków w historii, to Wojna Trzydziestoletnia. Wysłani w 1619 roku, przez Zygmunta III na pomoc cesarzowi, odnieśli znaczne zwycięstwa pod Humiennem i Zavadą, co przyczyniło się do ocalenia oblężonego Wiednia. Niejako "przy okazji" grabili i gwałcili na terenie całych Węgier. Nazywani byli tam elearami. Na nasze szczęście i dla dobra miłej nam wielowiekowej przyjaźni z Węgrami, do dziś okrutne, krwawe napady przypisują oni "cesarskim"... i niech tak zostanie.
Po kampanii zatrzymali się na Słowacji, dając się mocno we znaki mieszkańcom. Wiosną 1621 roku cesarz wypłaciwszy zaległy żołd, zwolnił uciążliwych podczas pokoju Lisowczyków ze służby. Część wróciła do kraju, część przeszła na służbę Bawarii, gdzie ponoć do czasów napoleońskich, matki niesforne dzieci straszyły "polskimi kozakami".
Chorągiew Lisowczyków dzielnie walczyła w 1621 r. pod Chocimem, gdzie padł ich dowódca Rusinowski.
W latach 1626-29 działali na terenie Prus Królewskich w wojnie ze Szwedami.
Jak "Czarny Piotruś", znów oddani przez Zygmunta III do dyspozycji Ferdynanda II, uczestniczyli w wojnie z Francją. Po powrocie do kraju splądrowali i spalili Radomsko. I tu miarka się przebrała. Około roku 1634 z rozkazu Władysława IV, formacja została rozwiązana z zakazem jakiegokolwiek organizowania się. Jej członkowie rzeczywiści i domniemani tępieni byli z nie mniejszą bezwzględnością niż bezwzględność samych Lisowczyków. Jednak oddziały ich w służbie różnych władców i książątek pojawiały się w całej Europie aż do lat 50-tych XVII w. I zapewne jednego z tych ostatnich Lisowczyków sportretował Rembrandt...
Kadr z filmu "Lisowczycy"


Polecam powieść Korkozowicza "Jeźdźcy Apokalipsy" i film "Lisowczycy" dostępny na Youtube

19 stycznia 2014

Pasy bezpieczeństwa i co o nich wie Zagryziakowa ...

To wynalazek Nilsa Bohlin'a, który po raz pierwszy seryjnie zastosowała firma Volvo w 1959 r. i chyba z tego faktu wynika, że jak Mercedes jest synonimem niezawodności, tak Volvo jest synonimem bezpieczeństwa. W 1969 Volvo wprowadziło pasy bezwładnościowe. Następne wynalazki poprawiające bezpieczeństwo bierne i czynne ruszyły lawinowo...

Czar Syreny i Fiata...

Pierwsze pasy bezpieczeństwa widziałem chyba w Fiacie 125p i była to właściwie parciana uprząż, zapinana zatrzaskowo, a jej odpięcie było możliwe po długotrwałych manipulacjach. Zdarzało się, jak mówiono wówczas, że w wypadkach, wielu kierowców ginęło w płomieniach nie mogąc się uwolnić, czy to z nerwów czy też z powodu zablokowania zapięcia. Czy były to częste wypadki, nie wiadomo. Plotki mnożyły te tragiczne historie, ale pewien ślad mitu pokutuje do dziś. Mimo, że pasy z lat 70-tych i dzisiejsze to nieporównywalne urządzenia. Podobno bywają do dziś tacy, którzy w schowku wożą ostry nóż, mający im pomóc w przecięciu pasów. Chyba taka sama prawda jak ta o motocyklistach jeżdżących na "ścigaczach", ze stalową linką założoną na szyję.
W czasach głębokiego PRLu, samochody dobrej klasy znaliśmy raczej ze zdjęć, a nieosiągalnym dla większości marzeniem była Syrena 104 "kurołapka", a Fiat... hoho...
W obu tych pojazdach deska rozdzielcza stanowiła przy czołowym uderzeniu pancerną zaporę dla ... uderzającego w nią pasażera. Kierowcy to nie groziło. Nabijał się na pal, którym była sztywna kolumna kierownicy. No i na wszystkich, sprawiedliwie spadał grad odłamków szyby przedniej.
Jeśli przypomnimy sobie układ pedałów (z przeproszeniem... ale jakiego innego słowa użyć???) w Syrenie, to dziś dziwimy się jak kierowca nie ulegał kontuzjom nóg podczas zwykłej jazdy. Cóż, wówczas słowo ergonomia wydawało się jakimś dziwnym... imieniem kobiety.

A dziś?

Nie ma już chyba samochodów bez ABS. Mamy bez liku systemów zabezpieczających i "przypominajek". A to o niedomkniętych drzwiach, a to o niezapiętym pasie. Szczytem natręctwa przemądrzałego samochodu jest sytuacja, która zdarzyła mi się kilka miesięcy temu: wracając nocą ze Śląska nagle zostałem upomniany przez samochód, że... zbyt długo jadę i powinienem zatrzymać się na kawę. Mądrala, a za kawę zapłacić ma on czy ja?
Pasy bezpieczeństwa są też okazją do ciekawej obserwacji naszych zachowań. Kiedy jazda w pasach stała się obowiązkiem, Janusz Korwin-Mikke podjął temat w aspekcie wolności decyzji. Człowiek to o niezwykłej inteligencji, umiejący pobudzić nas do myślenia różnymi metodami. Jedną z nich jest prowokacja i w tym wypadku tym sposobem, diaboliczny dżentelmen z muszką się posłużył.
Byli i są jednak tacy wśród nas, którzy "protest" J. Korwin-Mikkego przyjęli dosłownie.
Legenda o płonących, uwięzionych w pasach kierowcach jak wspominałem wcześniej żyje. Jej zwolennicy są liczni. Nie chcę ich przekonywać. Pomyślmy tylko o tym, że auto po zderzeniu zapala się bardzo często... w filmach. W rzeczywistości, na szczęście dość rzadko. Zablokowanie pasów, chyba też nie jest przypadkiem częstym. Te dwa jak sądzę nikłe prawdopodobieństwa się MNOŻY, a nie dodaje ...

Czy dzięki temu jeździmy lepiej?

Jeździmy świetnie!!! Tak myśli o sobie każdy mężczyzna. Prędzej przyzna się do tego, że jest słabym kochankiem niż średnim kierowcą. Pewnie psycholog potrafi jedną i drugą sferę logicznie powiązać. Ilość systemów zabezpieczających i wspomagających od ABS, ASR,... po XYZ często przekonuje nas, że jadąc śliską szosą, przy dobrym ESP możemy przebyć każdy zakręt z dowolną prędkością. Jest to prawda... do połowy zakrętu. Wiele lat temu słynny "ścigant", a dziś jeden z potentatów biznesu napisał: "W każdy zakręt można wejść z dowolną prędkością, musimy tylko zdecydować, czy chcemy mieć jeszcze szansę na pokonanie jakiegokolwiek następnego odcinka drogi".
Zwolenników prędkości i szarż kawaleryjskich mogę uspokoić... Możecie bez obawy jeździć bez pasów. Przy uderzeniu czołowym w nieodkształcalną przeszkodę, z prędkością ponad 100 km/h zabije samo przeciążenie, więc rozkawałkowany trup w pasach czy nie, to kwestia gustu. Ważniejsze wtedy żebyśmy byli ogoleni i mieli wypastowane buty, uregulowane rachunki itd.
Z tego właśnie powodu tzw. crash-testy, robi się przy prędkości w chwili uderzenia w okolicach 50-70 km/h. Powyżej... byłaby to tylko analiza stanu pojazdu w którym są tylko martwi.

A co do przeciążeń/przyspieszeń ...

Taka koziołkowa ciekawostka. Człowiek może znosić przyspieszenia różnej wartości, w zależności od ich czasu działania, kierunku i położenia ciała. Przyjmuje się, że absolutną granicą jest około 25 g. Powyżej zawsze zamienimy się w powidła.
Piloci samolotów wojskowych, zabezpieczeni fotelem pływającym i ciśnieniowym skafandrem, podczas akrobacji czy manewrów w walce powietrznej poddawani są przeciążeniom do 10g. Zatem ja przez kilka sekund "ważyłbym" 900 kG. Dość bolesnym doświadczeniem jest moment katapultowania (do 15g).
A wystarczy kaszel lub kichnięcie i jest to około 3g.
Ofiary twardych zderzeń samochodu z przeszkodą przy prędkości 100 i więcej km/h, zaliczają przyspieszenia trzycyfrowe, ale to ich ostatnie "zaliczenie" w życiu.


Fotelik wymyślony dla zarobku

Małe dzieci przewozi się w specjalnych fotelikach różnych frymuśnych konstrukcji. Przy niewielkich kolizjach dają maluchom zabezpieczenie, a przy poważniejszych... jakąś szansę.
"Prawdę" jednak o przyczynach wynalezienia fotelików, wyjawiła mi kilka lat temu Zagryziakowa:
"Foteliki wymyślono tylko po to żeby ich producenci wyciągali od nas forsę! Małe dziecko jeśli nie jest skrępowane niczym, podczas wypadku instynktownie przyjmuje pozycję bezpieczną, a w foteliku zginie"

Jak wiemy, choćby z koziołkowej myśli o Moście Północnym, Zagryziakowie wiedzą wszystko i jeśli ich uważnie wysłuchamy, zrozumiemy świat w każdym szczególe. 
Tyle, że po poznaniu "prawdy" powinniśmy udać na wyżej wspomniany most, ze słusznej wagi kamieniem u szyi i skoczyć efektownie do Wisły nie bacząc na jej stan czystości. Choć chyba jest znośny?