21 sierpnia 2015

Segregacja śmieci i ich utylizacja

Rzadko piszę o sprawach bieżących. Wolę pisać o historii, ciekawych ludziach. Czasem piszę też o śmiesznostkach z mojego własnego życia.
Dziś robię wyjątek. Bo sprawa śmieci, a zwłaszcza ich utylizacji jest ważna i każdego powinna obchodzić.

Przecisnął się przez ucho igielne

Może nie do Nieba, ale do dalszego życia. Właściwie chyba słowo życie nie jest adekwatne, używamy go w odniesieniu do ludzi, zwierząt. No może w porządku. Nawet w odniesieniu do kalarepy czy trawy też czasem używamy takiego określenia. Otóż pewien wytwór czy też igraszka przyrody, dla zaspokojenia swoich zboczonych pragnień, zamordował trzech chłopców. Dostałby karę w zawieszeniu 30 cm nad ziemią, ale obowiązywał wtedy stan przejściowy i "na linę" posłać go nie można było, a dożywocia jeszcze nie wprowadzono. Na skutek tych zawirowań, po odsiedzeniu 25 letniego wyroku musiał wyjść. Co z takim śmieciem zrobić wie nawet szeregowy pracownik spalarni śmieci, ale... nie można. I to rozumiem. Nasz czołowy wesołek sceny politycznej, z subtelną bródką i muszką wyraził ubolewanie, które szczerze i bez kpin podzielam. Wystarczyło według niego, żeby w łaźni czy na spacerniaku, strażnicy na chwil kilka stracili go z oczu, a współwięźniowie zadbali by o to, żeby ten stwór przestał zużywać jakże cenne powietrze i zajmować deficytową powierzchnię zakładów penitencjarnych.
I tu mamy wzorcowy przypadek śmiecia, z którego utylizacją jest kłopot. Stosując różne metody, zgodne z obowiązującym prawem, jakoś się udało zaradzić problemowi. Czy to prawo nagięto i "wspomagano", w tym wypadku NIE OBCHODZI MNIE. Mam nadzieję, że nikomu już Trynkiewicz krzywdy nie zrobi, a może zdarzy mu się jakiś wypadek.  
Napisałem o nim,
bynajmniej nie dlatego, że wart jest czyjejkolwiek uwagi, ale dlatego, że prowadzący tego dnia Wiadomości, zgrabnie wybrnął z ponurego obowiązku.

Terapia siekierą

Każdym chyba wstrząsnęła wiadomość o dziewczynce śmiertelnie zranionej przez kolejnego śmiecia. Podobno tak odreagował swoje frustracje. Autoterapia jak z taniego horroru. Mimo wysiłków lekarzy, dziecka uratować się nie udało. Sprawcę schwytali przechodnie, a przybyli na miejsce policjanci uratowali go przed linczem. 
W pierwszej chwili żałowałem, ale po zastanowieniu stanowczo twierdzę, że dobrze się stało. Gdyby mieszkańcy Kamiennej Góry zlikwidowali go na miejscu, jeden z nich lub kilku, odpowiadałoby tak jakby zabili CZŁOWIEKA. Policjanci zaś, którzy by temu nie zapobiegli, także ponieśliby odpowiedzialność karną. Niestety w świetle prawa, słusznie. Szkoda byłoby, gdyby kolejni ludzie ponieśli konsekwencje istnienia i pośrednio działania czegoś takiego jak Samuel N. Ich wściekłość i normalny w tak nienormalnych okolicznościach odruch, nie przywróciłby życia dziecku.
Tragifarsą jest natomiast to, że Samuel N. musi być sądzony zgodnie z kodeksem i procedurami takimi jak dla ludzi, ale rady chyba na to nie ma? 

Jestem przeciw karze śmierci ...?

Nie mam wystarczającego wykształcenia, doświadczenia i wiedzy, żeby rozstrzygać taki problem. Na tak postawione pytanie odpowiedziałbym kierując się raczej odczuciami i emocjami, a to krucha "argumentacja". 
Z. Marchwicki
Przeciwnicy KS, uzasadniają swoje stanowisko podając przykłady pomyłek sądowych. Zdarzają się. Wyrok w sprawie Zdzisława Marchwickiego, o którego procesie słyszał każdy, jest dobrym przykładem. Choć tu uważam, że nie była to pomyłka sądowa, a świadome działanie, zgodne z potrzebą. W tym wypadku pojęcie "potrzeba" definiowane było przez władzę PRL. Faktem jest, że niesłusznego z jakiegoś powodu zasądzonego i wykonanego wyroku nie da się cofnąć.
Innym argumentem przeciw, jest stwierdzenie, że to barbarzyństwo. Że człowiek nie ma prawa zabierać życia innemu człowiekowi. Ale to już raczej wywody pięknoduchów, a ci mojego uwielbienia nie mają.
Myślę, że znoszenie kary śmierci w wielu krajach bierze się stąd, że wielokrotnie na całym świecie zdarzały się okresy kiedy kary tej nadużywano czy też wręcz były to tzw. "mordy sądowe". Daleko szukać nie musimy ...

Ale utylizacja to co innego

Jeśli już sprawca absurdalnego mordu w Kamiennej Górze, musi podlegać takim procedurom jak ludzie, to niech będą proste w takich niepodlegających wątpliwościom przypadkach. Krótkie posiedzenie sądu, opinia biegłych i decyzja o LIKWIDACJI. Nie nazywałbym tego KARĄ ŚMIERCI, bo KARA ma mieć choć cień aspektu wychowawczego. U wisielca, trudno jest zbadać czy zastosowany środek go zresocjalizował. W wypadku tak potwornych zbrodni, pozbawionych jakiegokolwiek sensu czy usprawiedliwienia twierdzę, że zabicie czegoś co tylko anatomicznie przypomina człowieka jest jedynie utylizacją niezwykle szkodliwego i niebezpiecznego odpadu. Bez znęcania się i dodatkowych okrucieństw. Dlaczego mielibyśmy go zachować przy życiu? 
Bo go jakaś łaska boska uleczy, oświeci? 
Bo może będzie sobie studiował jak Breivik? 
Jeśli to coś będzie nadal żyć, to ktoś musi się nim zajmować, tracąc czas i narażając się na śmierć z jego ręki w chwili nieuwagi. 
Tak przecież czynimy z psem, który na skutek jakiejś choroby czy złego wychowania przez ludzi jest groźny i nic nie można zrobić. Trzeba uśpić, choć żal bo pies to stworzenie w niczym od nas nie gorsze. 
Nie podnoszę tu aspektów ekonomicznych utrzymywania dożywotnich więźniów, bo to populizm... A argument żaden.

A hieny z tego żyją ...

Media mają prawo informować o niemal wszelkich wydarzeniach, nawet tak okropnych jak zabicie 10-letniej Kamili. Później powinna się pojawić informacja o procesie i jego wyniku. Jest jednak inaczej. Mamy ciągnący się spektakl we wszystkich programach, prasie itd.
Wczoraj w TVP Info, widziałem kilkunastominutową relację. Reporter prowadził rozmowy ze zgromadzonym w Kamiennej Górze tłumem oburzonych mieszkańców. Niczego to nie wnosi, niczego nie wyjaśnia, a czyni tylko z tego tragicznego zdarzenia jakieś reality show !
Sądzę, że wszystkie stacje TV i radiowe posłały tam swoich gończych, żeby zbierali informacje. Pytam jakie i czy do czegokolwiek potrzebne? Potrzebne do zapełnienia czasu antenowego, paru kolumn gazety papierowej czy wirtualnej. 
Szczytem jednak obrzydliwości wykazała się jedna z najbardziej szmatławych gazet. Opublikowała zdjęcia poranionej ofiary. Oczywiście na pierwszej stronie i w dużym formacie. Nawet najgorszy cham, bydlak, produkujący korespondujące jakością z jego poziomem wydawnictwo, powinien się chyba pohamować?
A wiecie co by go powstrzymało? Gdyby po takiej publikacji, sprzedaż jego gazety spadła choć o kilka procent. Nie łudźmy się, nie spadnie, a wzrośnie...

To MY za to odpowiadamy


Może nieelegancko, ale po ludzku skomentował ten skandal redaktor radiowy Piotr Maślak. Dokonując codziennego przeglądu prasy, zwrócił się do autorów tej skandalicznej publikacji:
"... czy wam kompletnie odjebało ...!"
Owszem wulgarnie, ale są sytuacje kiedy nawet takie słowa i nawet na antenie wydają się zbyt łagodne. Mam nadzieję, że żadnemu nadgorliwcowi nie przyjdzie do głowy ukarać mojego imiennika za słowa, nad którymi nie mógł zapanować. Ja ze swej strony przyłączam się do tego informując wszystkich, że nigdy nie użyję tej gazety nawet do wytarcia dupy.

Z pewnością to co napisałem trafi do nielicznych. Nie czuję jednak w sobie posłannictwa (na szczęście) i koziołkową ambicją nie jest oświecanie powszechne. Piszę do tych, którzy tu zaglądają...
I Wam właśnie powiem: 
Jeszcze nigdy żadnego tekstu nie pisałem tak błyskawicznie i bez wątpliwości. Z pewnością styl na tym ucierpiał, ale już ktoś z Was zwrócił mi anonimowo uwagę, że styl mojej pisaniny jest koślawy. 
Z pewnością też, ten koziołkowy felietonik naładowany jest emocją jak żaden z dotychczasowych.
Literówki oczywiście poprawię... , jak mi cholera minie.
  

15 sierpnia 2015

Nie było żadnego cudu !

"Cud nad Wisłą" J.Kossak
Dokładnie taki obrazek, w postaci dość podniszczonej przedwojennej pocztówki, to mój pierwszy kontakt z wiedzą o bitwie o Warszawę w 1920 roku. Mogłem mieć 5-6 lat kiedy znalazłem ją wśród zdjęć i pamiątek rodzinnych. Tata objaśnił mi wydarzenie symbolicznie na pocztówce przedstawione w sposób taki jaki był możliwy do pojęcia dla umysłu dziecka i czasów w których o wojnie polsko-bolszewickiej mówić nie było zbyt bezpiecznie.  O Dziadku, też wiedziałem, że walczył w Legionach i był ranny. A że w walce z Bolszewikami, to wiedza o kilka lat późniejsza. Opis tego zdarzenia znajdziecie w zakładce "Wspomnienia Taty (1928-45)".

Upływ czasu sprzyja legendzie

W tym wypadku rozbudowie legendy sprzyjał także brak możliwości jawnej rozmowy o wydarzeniach z wojny polsko-bolszewickiej. Pół wieku "nasi" inżynierowie dusz starali się wymazać wydarzenia, które chwałę Polsce i podziw cywilizowanego świata przyniosły, obnażając przy tym prawdziwe intencje komunistycznego monstrum.
Tak więc walki w okolicach Radzymina, czyli dosłownie na progu stolicy, obrosły legendą której charakter wynikał też z rzeczywistości jaka towarzyszyła nam przez lata PRL. Dobrym przeciwstawieniem komunistycznej magmy w której wszyscy grzęźliśmy, była postać dzielnego i uczciwego księdza Ignacego Skorupki. I tak jak na obrazie, do dziś widzimy go z krzyżem w ręku, porywającego do boju młodzież pospiesznie przekształconą w żołnierzy. Brakło im wyszkolenia, nawet obycia z bronią, a i wyposażenie było niepełne. Nie brakło im jednak z pewnością determinacji oraz wiary w cel walki. Taki kapelan ochotnik, jakim był ks. Skorupka, ogromnie pomógł zapanować nad lękiem i zwątpieniem. Zapłacił za to życiem. Czy rzeczywiście biegł na czele prowadząc do ataku batalion Legii Akademickiej ?
Na obrazie mamy też Matkę Boską, która ukazała się na otuchę Polakom i ku przerażeniu Bolszewikom. Sądzę, że są do dziś tacy którzy kojarząc nazwę "Cud nad Wisłą" i alegorię Kossaka pod tymże tytułem, przyjmują przekaz dosłownie.
Co do tego drugiego elementu ... jestem gotów uwierzyć. Gdybym znalazł się w tej bitwie, to ze strachu z pewnością widziałbym Matkę Boską, ze trzy chorągwie jazdy anielskiej, H. Pottera, a nawet  Myszkę Miki. Najpewniej zaległbym gdzieś w bruzdach wrzeszcząc i napełniając spodnie ze strachu.

A ksiądz Skorupka?

Trudno sobie wyobrazić, żeby ksiądz biegł na czele ze wzniesionym krzyżem, de facto zastępując dowódcę nacierającej piechoty. Byłoby to nie tylko dziwne, ale i niemądre. Ksiądz Ignacy Skorupka, jak udowodnił swoim udziałem w ataku, był człowiekiem wielkiej odwagi, ale nie wariatem. 
Towarzyszył swoim podopiecznym od miejsca koncentracji pułku, służąc wsparciem kapłańskim i koleżeńskim. Ruszył razem z nimi do natarcia, choć nie było to obowiązkiem kapelana. Udzielał ostatniego namaszczenia bezpośrednio na polu walki, a jego odwaga i opanowanie mobilizowały innych. I w czasie tej kapłańskiej posługi dosięgnęła go kula. Nawet dokładnego miejsca gdzie poległ nie umiano ustalić tuż po bitwie. Czy zginął na miejscu, czy zmarł przeniesiony do pobliskiego gospodarstwa? Wersji jest kilka, jak to w takich sytuacjach bywa sprzecznych. I oczywiście każda ma... naocznych świadków.
Pogrzeb walecznego księdza i jego uroczysta oprawa, były podkreśleniem wielkiego czynu do którego tylko ludzie niezłomnego charakteru są zdolni. Ofiary życia i świadectwa miłości do ludzi i ojczyzny. Stał się zasłużenie jednym z symboli bitwy o Warszawę 1920. Swój zawód traktował poważnie, wypełniając swoje obowiązki z oddaniem ponad wszelkie oczekiwania. Tym zasługuje na najwyższy szacunek.
Jeśli poczytamy o krótkiej jego pracy wśród Polaków w Rosji, później w Łodzi to docenimy jego charakter, a śmierć będziemy widzieli jako "jedynie" ostatni silny akord i finał pracowitego i pożytecznego człowieka.
Figiel historii sprawił, że cokół szykowanego pomnika księdza Skorupki posłużył za element znanego Warszawiakom pomnika "Czterech śpiących". Figury pomnika najpierw wykonane były z pomalowanego gipsu, co doskonale koresponduje z jakością polsko-radzieckiego braterstwa broni, które ów monument miał symbolizować. Zastąpiono je wkrótce figurami z brązu, wykonanymi w odlewni... niemieckiej, w radzieckiej strefie okupacyjnej Niemiec. 
Czy Mrożek wymyśliłby lepiej?
Swoją drogą o historii choćby kilku znanych powszechnie pomników warto byłoby coś napisać.
"Pomnik braterstwa broni" czyli "Czterech śpiących"


Ale kto "stworzył" CUD ?

Kiedy rosyjska horda dotarła na przedmoście Warszawy, wielu było przekonanych, że porażka jest nieuchronna. Walki pomiędzy 12 a 16 sierpnia odwróciły wszystko i obroniły Polskę, a może i Europę przed strasznym losem na 20 lat. Krótko? Być może, ale 20 lat wiele znaczy. 
Określenie "Cud nad Wisłą" pojawiło się natychmiast po bitwie. Używane było nie z wiary w boską pomoc i ochronę, a z chęci pomniejszenia zasług marsz. J.Piłsudskiego i jego sztabu. Jak każda wybitna jednostka miał swoich zaciekłych oponentów. Niektórzy z nich to także ludzie godni szacunku. Ale byli tacy, którzy nie mogąc przełknąć faktów, głośno gardłowali o tym, że "nieudolny" Piłsudski przegrałby, gdyby nie przypadek, zatem... CUD !
Personalnie autorstwo określenia "cud nad Wisłą" przypisuje się Stanisławowi Strońskiemu. Nota bene, jego artykuł z 1922 roku - "Usunąć tę zawadę", dał początek kampanii oszczerstw i obelg wymierzonych w prezydenta Narutowicza. To, że skutków tej publikacji publicznie żałował, a kilkanaście lat później przyznał, że artykuł ten uważa za największy błąd w swoim życiu, niczego nie zmienia. Szkoda, że my nie wyciągamy wniosków z historii i w III Rzeczpospolitej znów ujadamy jak kundle na siebie nawzajem. 

Nie Piłsudski, a Rozwadowski !

Gen. Rozwadowski (1866-1928)
To nieco nowsza i nadal modna  interpretacja mająca podważyć zasługi zwycięzcy wojny z Bolszewikami. 
Piłsudski i Rozwadowski raczej sympatią się nie darzyli. Piłsudski nie miał wojskowego wykształcenia, a i praktykę skromną. Do sztabowych prac odnosił się często z lekceważeniem. Rozwadowski zaś był zawodowym wojskowym, z praktyką i zdolnościach sztabowca. Miał też pewne ambicje polityczne, do których z kolei brakowało mu zdolności. 
Ale w tym decydującym okresie wojny z sowiecką Rosją, o rozsądku ponad osobiste odczucia obu panów, świadczą fakty. Ten pierwszy w najtrudniejszej chwili wezwał Rozwadowskiego z Francji i mianował szefem sztabu. Ten drugi rozumiał swój obowiązek wobec Polski jak należy i wykonał swoje zadanie perfekcyjnie. Czy można więc gen. Rozwadowskiemu przypisać autorstwo zwycięstwa? Nie. Każdy plan o decydującym znaczeniu zatwierdza głównodowodzący. On też wybiera główną koncepcję działań. Żaden też głównodowodzący osobiście nie rozpisuje szczegółowo ról dla poszczególnych aktorów dramatu. Robi to szef sztabu i jego zespół. Odpowiedzialność za wynik działań jednakże spada na wodza naczelnego, a nie jego szefa sztabu. Cytując prof. G.Nowika: 
"Szef sztabu nie ma nazwiska"
Wyważony ten w swoich wypowiedziach historyk nie umniejsza zasług gen. Rozwadowskiego, ale przecież tegoż szefa sztabu "ktoś" wybrał... Wybrał trafnie.  Czy za błędy strategiczne 1939 roku obwiniamy gen. Stachiewicza? Niektórzy nawet nie wiedzą kto to.

Kto zatem się zasłużył ? Chyba wielu.

Generał Wł. Sikorski, mając przeciw swojej 5 Armii trzykrotnie silniejszego przeciwnika, nie tylko utrzymał front, ale z sukcesem prowadził działania zaczepne. Choć 20 lat później okazał się nieumiejętnym politykiem i człowiekiem małostkowym, to w tej próbie pokazał godne podziwu zdolności jako dowódca.
Generał Haller, dysponując najsłabszymi pod względem wyszkolenia jednostkami, utrzymał linię obrony na przedpolach stolicy, dając czas na koncentrację i uderzenie znad Wieprza.
Największa zasługa przypada zaś tym, nieznanym dziś z nazwiska oficerom i szeregowcom, walczącym w lokalnych potyczkach, których było kilkadziesiąt, w ciągu tych kilku dni. Walka pod Ossowem, w której zginął ksiądz Ignacy Skorupka była jedną z nich. Ani największą, ani najważniejszą. Może nawet nieistotną dla całości. Nie umniejsza to jego indywidualnego bohaterstwa.

Największa nasza przewaga

Armia bolszewicka górowała nad armią polską liczebnością. Ale na szczęście tylko tym. Była to gromada dzikusów o nikłej świadomości. Zorganizowana według jakże charakterystycznego schematu :
"Kamandir, komisar i biezpagonnaja swołocz"
Oni mieli zanieść "szczęście" nam i całej Europie
I choć odmówić talentu Tuchaczewskiemu byłoby wielką niesprawiedliwością, to cóż mógł uczynić dysponując tak nędznym materiałem ludzkim?

Wojsko Polskie było dobrze dowodzone. Po załamaniu się ofensywy i odwrocie, morale armii było mizerne, co jednak udało się zmienić. Determinacja większości żołnierzy była w decydującym momencie atutem niezmiernie istotnym. Duża tu zasługa hierarchów kościoła katolickiego. Księża mobilizowali całą ludność do wysiłku, a liczni kapelani wspierali żołnierzy. Skorupka jest oczywiście pomnikowym przykładem, najbardziej znanym, ale jednym z wielu. 
Od 13 sierpnia marsz. J. Piłsudski odwiedzał oddziały grupowane w okolicach Dęblina i swoją obecnością ogromnie podnosił morale żołnierzy, którzy mu ufali. 16 sierpnia ruszyła operacja, podczas której towarzyszył pierwszorzutowym oddziałom. To ważne i nawet ci z nas, którzy nie byli czy nie są wielbicielami Marszałka chyba to przyznać muszą?
ppłk. Jan Kowalewski
Mieliśmy znakomity wywiad i specjalistów, którzy złamali sowiecki szyfr "Rewolucja". 
Jak porucznik Jan Kowalewski, na nudnym nocnym dyżurze, rok przed Bitwą Warszawską dał początek metodom łamania szyfrów bolszewickich i co z tego wynikło, możemy czytać w książkach profesora Nowika. 
W dużym uproszczeniu można stwierdzić, że Piłsudski podjął ryzykowną grę o wielką stawkę... widząc karty przeciwnika jak na dłoni. Ryzyko było, ale nie ślepa odwaga i wiara w szczęście.

Zwycięstwo na przedpolach Warszawy zawdzięczamy sobie. Konsekwencje ewentualnej klęski spadłyby na całą Europę. Były jednak kraje/narody których pomoc nie powinna być zapomniana. O tym....Komu i czy jest za co dziękować ? KLIK.

02 sierpnia 2015

"Kolumbowie" w błyszczących dresach ?

Niedawno oglądałem dyskusję historyków o budowie systemu edukacji, po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Ciekawe. Złączenie i ujednolicenie szkolnictwa z trzech zaborów, a w wypadku zaboru rosyjskiego niemal budowa od podstaw. Uwzględnienie sporych grup mniejszości narodowych tak, aby pozwolić im na rozwój z poszanowaniem języka i odrębności kulturowych. Te i inne zadania wymagały ogromnej pracy, pomysłu na szybką i sprawną organizację, a przede wszystkim pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy... (i tak jeszcze z 10 linijek).
W przededniu II Wojny Światowej, roczną ilość absolwentów szkół każdego szczebla mieliśmy na poziomie Francji czy Niemiec. Oczywiście w sensie procentu populacji, a nie w liczbach bezwzględnych. Choć system nie był doskonały i nie w każdym regionie równo rozwinięty, to dyskutujący w programie specjaliści jednoznacznie ocenili budowę systemu oświatowego w II RP jako sukces.
W dyskusji pojawił się jeszcze jeden aspekt. Zorientowani w realiach międzynarodowych, konstruktorzy polskiej państwowości, zdawali sobie sprawę z bliskiego zagrożenia. Przewidywali, że jedno pokolenie dzieli Polskę od chwili, kiedy czeka nas bój o zachowanie niepodległości, z trudem po 150 latach odzyskanej. 
F. Foch zapoznawszy się z założeniami Traktatu Wersalskiego, ocenił, że nie jest to traktat pokojowy tylko rozejm na 20 lat. Niestety nie pomylił się ten mądry człowiek, marszałek trzech krajów i zdeklarowany przyjaciel Polski.
Zatem cały system kształcenia i wychowania młodzieży musiał oprócz przekazu wiedzy, budować poczucie więzi z własnym krajem, państwowością. Wpajać sposób myślenia i kształtować cechy, których zbiór umownie nazywamy patriotyzmem i miłością ojczyzny. Tak aby ci ludzie bez wahania i z pełną determinacją stanęli murem za naszą niepodległością.

Czy się udało ?

Dziś z historii lat czterdziestych ubiegłego wieku wiemy, że tak. Chęć walki w obronie kraju, była w 1939 roku powszechna, tak jak i wiara w ostateczne zwycięstwo. Bili się dzielnie weterani I Wojny Światowej i ludzie młodzi, którzy weszli w dorosłe życie po 1918 roku. Najwyższej próby patriotyzm i zaangażowanie, od klęski nas nie uchroniły. Bo tylko w bajkach możliwe, że garstka o mężnych sercach, odnosi ostateczne zwycięstwo nad wielokrotnie silniejszym, ale nikczemnym duchem przeciwnikiem.

"Bóg jest po stronie silniejszych batalionów" /Napoleon Bonaparte/

Ale bez tak spójnego i powszechnego sprzeciwu wobec najeźdźców nie byłoby zaciętej i walecznej obrony. Nie byłoby polskich żołnierzy walczących później na wszystkich frontach. We wszystkich rodzajach sił zbrojnych budzących podziw sojuszników i respekt u przeciwników. Nie powstałaby konspiracja i podziemne państwo z trzystutysięczną Armią Krajową, która gdyby okoliczności nam sprzyjały, mogła stanowić znaczną siłę w wyzwalaniu Polski. Nie byłoby także armii partyzanckiej, która choć bez szans powodzenia, stawiała opór najeźdźcy do lat pięćdziesiątych.
Mielibyśmy natomiast jakiegoś swojego Petain'a czy Quisling'a, a od roku 43 czy 44 liczne komunistyczne bandy upatrujące łupów i korzyści rozmaitych, w powiązaniu ze zbliżającą się następną okupacją. Trochę ich oczywiście było, ale to margines. Tak w sensie liczby jak i jakości. Pewnie do szkoły polskiej nie chodzili, albo... dużo wagarowali.

Zmarnowany kapitał ?

Sierpniowym popołudniem na ulice Warszawy wybiegli odważni ludzie, gotowi oddać życie za Polskę. Choć częścią z nich nie kierowała odwaga, a jedynie euforia i młodzieńczy optymizm.  Byli wśród nich najzdolniejsi, najlepiej wychowani, mogący odbudować kraj po zakończonej wojnie. Lwiej części z nich, przypadła w udziale śmierć. Czasem bohaterska, czasem przypadkowa, a bywało, że wręcz głupia. 
Spośród tych którzy przeżyli, wielu nigdy nie otrząsnęło się z potwornych doświadczeń, których tacy jak ja w żaden sposób nie mogą sobie wyobrazić. Liczni z tych którzy przetrwali piekło Powstania, zostali przez komunistów zakatowani, jak na przykład por. "Anoda" (Jan Rodowicz).
Moje opinie o Powstaniu i winie za jego rozpoczęcie, opisałem dwa lata temu. Są to oczywiście przemyślenia na miarę dostępną dla koziołkowego rozumku. :

Nie wszyscy uczestnicy Powstania Warszawskiego byli z pewnością wzorem cnót wszelakich, ale generalny taki ich obraz jest prawidłowy. Byli tacy, którzy dokonawszy czynów godnych najwyższego podziwu polegli, a mieli na przykład wrodzoną skłonność do przygód awanturniczych. Nikt nie wie czym zajęliby się i czy chwalebny byłby ich życiorys, gdyby nie kończył się w roku 1944. Już w trakcie Powstania, przyłączali się do walki ludzie bardzo różnego pochodzenia i jakości. Czynili to z bardzo różnych pobudek. Ale nic w tym nienormalnego.
Nie jest prawdą, że Powstanie Warszawskie pogrzebało całą młodą inteligencję. Czemuż miałaby się ona cała znaleźć w Warszawie? Spytać mógłby o to mieszkaniec Krakowa, Rzeszowa czy... Zgierza.
W jakiś sposób, przerażająca swoim rozmiarem i bezsensem ofiara z 200 tysięcy ludzi i pięknego miasta, dała pewien początek. Przez ponad 40 lat historia i mit tego niezwykłego zrywu inspirowały nas wszystkich. Dawały wiarę, że nikt nas ujarzmić nie może. Że nie możemy ustawać w dążeniu do wolności, którą kiedyś zdobędziemy. Udało się 45 lat po heroicznym wyczynie Tych, którzy walczyli i ginęli w gruzach stolicy. Chyba nie jestem odosobniony w przekonaniu, że także dzięki Nim mamy znów Polskę?

A tytułowi "powstańcy" w dresach? 

Nie udało się Niemcom mimo ich wielkich wysiłków zniszczyć oporu w Polsce. Zastąpili ich Sowieci. Znaleźli wśród nas jakieś poparcie i przez niemal pół wieku dokonali zniszczeń w naszej mentalności, które choć mniej widoczne od tych materialnych większy ciężar mają niż gruzy Warszawy i wszystkich polskich miast. Tacy jak ja, także nieco starsi i nieco młodsi, urodzili się pod sowiecką okupacją okraszoną groteskową symboliką polskiej państwowości. Wszystko to było niejednoznaczne, pomieszane. Nawet jeśli ktoś miał szczęście i wychował się pod opieką takich rodziców jak moi, którzy dobrze umieli wskazać czym PRL od Polski się różni, to jakimś skażeniom ulegał. Wiele rzeczy nam się podświadomie miesza. Kontestowanie każdej władzy wydaje się cnotą. Każda administracja wydaje się aparatem nacisku. Każdy protest  przyjmujemy a priori jako słuszny.
Patrzę na maszerujących 11 listopada krzykaczy w glanach, skandujących hasła, których nie rozumieją. Posługują się wizerunkami polityków takich jak R. Dmowski, którego znają tylko z nazwiska. Swoim zachowaniem obrażają jego pamięć i idee. Nazywają siebie : patriotami, narodowcami czy (co najbardziej "lubię") "prawdziwymi Polakami".
Te same lub podobne grupy nie uszanują nawet obchodów rocznicowych 1 sierpnia i licznie gromadzą się, żeby "obuczeć" bo... lubią to.
Mamy jeszcze bandytów zrzeszających się pod pozorem sympatii dla jakiegoś klubu piłkarskiego. Eufemistycznie nazywani są kibolami. Oni także sięgają do jakiejś chorej przeróbki i mieszanki różnych ideologii. Używają symboliki która miesza znak PW ze swastyką. Ale w tych pustych głowach nie ma wahania.
Wszystkie te stowarzyszenia niedouczonych śmieci są efektem i sukcesem dziesięcioleci pracy sowieckiego aparatu. Efektu tego nie da się tak łatwo usunąć...
I tak w ten dzień rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, sobie kozioł rozmyśla. O bohaterach, którym odwagi zazdrości. O straconych nadziejach i tych, którzy nie doczekali Polski. A my ją mamy i "buczymy".
Myślę też, że gdyby w jakichś, dziś na szczęście abstrakcyjnych okolicznościach miało dojść do powstania, to inny byłby skład powstańczej armii. Na ulice pierwsi wybiegli by kibole i wygoleni "narodowcy" w glanach z karkiem rozmiaru 48. Bić oczywiście się umieją. Czy tylko wiedzieliby po co?  
 
 

27 lipca 2015

Anna

Mamy środek wakacji. Kto może i ma ochotę, wybiera się gdzieś na dłuższy lub krótszy urlop...
Przez lata dzieciństwa czytałem o miejscach w Polsce, które chciałbym zobaczyć - "dotknąć". Lubię ładne krajobrazy, przyrodę, ciekawą architekturę. Najbardziej fascynują mnie jednak miejsca i obiekty związane z historią. A te "naj" z "naj" to militarne pozostałości po obu wojnach światowych. 

Wilczy Szaniec

I tak czytając jako nastolatek, dostępne wówczas książki ze skąpymi ilustracjami, podróżując palcem po mapie, to miejsce typowałem jako jedno z pierwszych do zwiedzenia. Trochę z racji potęgi żelbetonowych kolosów, a trochę z racji mrocznej historii potwora dla którego je zbudowano. Byłem tam wiele razy, ale czekałem na to ponad dwadzieścia lat. Warto pojechać i zobaczyć. 
Pisząc kilka dni temu o pułkowniku von Stauffenbergu i jego hucznym występie w Wolfschanze pomyślałem, że warto wspomnieć o czymś jeszcze... Powstrzymałem jednak moją skłonność do piętrowych dygresji, która niemal każdą moją wypowiedź podobno potrafi  zapętlić.

Anna

Wszystkie obiekty kwatery Hitlera zostały z początkiem 1945 roku wysadzone przez opuszczające je wojska niemieckie. Podobny los spotkał Hochwald - kwaterę Himmlera w Pozedrzu. Dużo mniejszy to kompleks, ale z głównymi schronami takimi jak te w Gierłoży.  Dziś powszechnie używana nazwa to Czarny Szaniec.
Jest jednak system bunkrów tej samej konstrukcji, który nie został wysadzony. Rozległy i potężny, oddalony od kwatery Hitlera około 20 km. To OKH - kwatera Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (Oberkommando des Heeres) w Mamerkach (Mauerwald). Kryptonim tego kompleksu to... :
ANNA 
Jego trzy strefy miały zaś kryptonimy: Fritz, Quelle (źródło) i Brigiten Stadt (miasto Brygidy). 
Po 1945 roku w sposób mniej lub bardziej zorganizowany, oszabrowano OKH w Mamerkach z zachowanych urządzeń i instalacji. To normalna kolej rzeczy. Od pewnego czasu, wytrwali wolontariusze tworzą w Mamerkach trasy dla zwiedzających i ciekawe ekspozycje. Jest też wieża widokowa, z której można podziwiać tak przyrodę jak i militarne obiekty. Zwiedzanie jest bezpieczne i niemal komfortowe. Nawet panie w "szpilkach" i panowie w "tangolaczkach" mogą bez trudu przejść wyznaczone trasy.

Po zachodniej stronie szosy mamy budowle nieukończonego Kanału Mazurskiego. Imponujące, choć zrujnowane śluzy. A jeśli w ciszy nad brzegiem usiądziemy, to podpatrzymy pracowite bobry. Realizują tu swoje własne, mądre inwestycje. 
Na te koziołkowe wspominki zebrało mi się 26.VII. Zatem wszystkim Annom, które w Mamerkach były, składam życzenia imieninowe. A tym, które były i tak im się spodobały mazurskie wycieczki, że chciałyby tam wrócić, składam życzenia szczególnie serdeczne.

20 lipca 2015

Niemiecka finezja

Choć temat całkiem serio, to tytuł wygląda na żart. 
"Niemiecka finezja", to brzmi jak "rosyjska demokracja" czy "czeska łódź podwodna". Ale postaram się Was przekonać, że coś jednak jest na rzeczy...

20 lipca 1944 i Schwarze Kapelle 

Dziś mija 71 lat od zamachu w Wilczym Szańcu. Zamachów na Hitlera jak twierdzą niektórzy pasjonaci tych zagadnień, było około siedemdziesięciu. Licząc te zrealizowane, udaremnione, czy zaniechane z różnych przyczyn. Nawet jeśli połowa to bajdy to i tak miał ten łajdak szczęście niebywałe. Najgłośniejsze, to chyba zamach w Monachium w 1939 roku i ten w Wolfschanze koło Kętrzyna (Rastenburg). Chyba najbliższy sukcesu, bo tylko Bóg lub diabeł mógł Hitlera ocalić. Który z nich? Chyba po prostu dębowy stół. Skończyło się na kontuzji i całkowicie podartych portkach Adolfa, których Ewa mu chyba nie zacerowała. Teraz jej bieliznę za to gdzieś w Ameryce licytują ... Poważnie !
Ruiny kasyna w Wilczym Szańcu
Wykonawcą bezpośrednim zamachu byli: płk. Stauffenberg i jego adiutant por. Haeften. Dla zainteresowanych szczegółami, dostępne są liczne materiały historyczne i popularne. Udany zamach miał być początkiem błyskawicznej operacji przejęcia kluczowych ośrodków władzy, tak wojskowej jak i cywilnej. Spiskowcy skorzystali tu z gotowego planu Walkiria. Planu opracowanego na wypadek wewnętrznych zamieszek czy buntów w Rzeszy. Dziś często jego nazwa przyjmowana jest błędnie jako kryptonim spisku. Zdarza się to nawet niektórym publicystom.
Tu stał barak w którym wybuchła bomba

Pułkownik Stauffenberg - bohater o wrażliwej duszy?

Claus Philipp Maria Schenk von Stauffenberg urodził się w 1907 roku. Bawarska arystokracja. Rodzina o długiej i dumnej historii. Wiara w budowę wielkich Niemiec i służba w wojsku niemieckim to obowiązek, ale i pasja von Stauffenberga. Przejęcie władzy przez NSDAP pod wodzą Hitlera nie powodowało zmiany tej drogi. Trudno się dziwić w pewnym sensie. Na mocy Traktatu Wersalskiego armia niemiecka sprowadzona została do rozmiaru i formy groteskowej. Zakaz posiadania niektórych rodzajów broni i ograniczenia ilościowe spowodowały, że Reichswehra była klubikiem miłośników wojskowości, urządzających manewry z tekturowymi makietami czołgów na podwoziach rowerowych. Hitler dał im pracę i przywrócił dumę. Mogli go nie lubić? Mogli. Mogli nawet pogardzać jako prostakiem, ale tak czy siak czuli wdzięczność za przywrócenie statusu, który ich satysfakcjonował. 
Na pytanie postawione w 1942 roku, czy należy odsunąć Hitlera od władzy, Stauffenberg odpowiedział:
"Tak! Ale najpierw musimy wygrać wojnę".
Opozycja ilościowo minimalna, istniała w armii od 1935 roku. Pierwszym jak uważam momentem, kiedy mogło dojść do przewrotu było ultimatum w roku 1938. Część generalicji była do tego gotowa, zdając sobie sprawę, że dojść musi do wojny która pogrzebie Niemcy. Traktat Monachijski spowodował, że sprawy potoczyły się inaczej. A Czesi z których uwielbiamy się naigrywać, co uważam za projekcję naszych kompleksów, byli gotowi się bronić i mieli szanse...
Atak na Polskę, nie był jak dziś myślimy przyjęty w Niemczech z radością powszechną. Budził obawy. Dopiero szybki dość sukces i następnie błyskawiczna kampania 1940 roku spowodowała, że Niemcy wręcz oszaleli w uwielbieniu dla Hitlera, przywracającego "wielkie Niemcy". 
Stauffenberg nie był od tego myślenia daleki. Uczestnicząc w wojnie z Polską postrzegał zajęte obszary jako dobre miejsce do kolonizacji, a ludność podbitego kraju jako przydatną siłę roboczą, wspierającą budowę Rzeszy. Z odrazą też pisał o ludności pełnej rasowych mieszańców i zacofanej wobec (w jego pojęciu) wyższego rasowo i kulturowo narodu niemieckiego. 
Dopiero późniejszy bieg wojny przekonał go, że "1000-letnia" III Rzesza nie przetrwa nawet 20 lat, a sposób prowadzenia wojny przez Hitlera doprowadzi Niemcy do ruiny jaką trudno sobie wyobrazić.
Celem spiskowców był pucz wojskowy, rozejm z Aliantami na najkorzystniejszych możliwych do wytargowania warunkach i dalsza wojna z ZSRR. Czy mogło się tak zdarzyć? Dziś lepiej chyba myśleć, że nie. Choć 27 lat wcześniej udał się przecież manewr odwrotny. Zaplombowany wagon wysłali Niemcy do Rosji. Taka "Puszka Pandory" na szynach, której obrzydliwa zawartość dobiła Rosję. Zawarty pokój w Brześciu pozwolił przerzucić niemieckie dywizje ze wschodu na front zachodni. 
Nie pomogło? Ale pomysł był dobry i w 1944 chcieli znów przerzucić dywizje, tyle że eszelony w odwrotnym kierunku by pojechały. 
Zgniatając zapalnik bomby chromą łapką, Stauffenberg nie o milionach zabitych, bestialstwach i niezliczonych zbrodniach niemieckich myślał... Myślał o ratunku dla "wielkich Niemiec". Był niemieckim militarystą i uczniem szkoły Bismarcka czy Hindenburga. W żaden sposób nie da się go umieścić wśród obrońców godności i bytu narodów mordowanych przez hitlerowskie Niemcy. A może jednak szminka?

1000 lat wstydu zamiast tysiącletniej Rzeszy ?

Tak ocenił jeden z niemieckich generałów "dorobek" dogorywającego państwa stworzonego w latach 30-tych przez Hitlera i jego współpracowników przy aktywnym poparciu większości Niemców. Większości która popierała go niemal do końca.
Niemcy nie chcieli i nie chcą chodzić we włosiennicy i posypywać głów popiołem przez wieki. Choć może za to co zrobili należałoby im się to. Dobrze i w sposób przemyślany prowadzą politykę historyczną.

Czyste ręce Wehrmachtu

Powoli i bez wrzawy lansowano już od końca wojny wizerunek armii niemieckiej, jako walczącej w niesprawiedliwej wprawdzie wojnie, ale zgodnie z zasadami. Zbrodni miały dopuszczać się tylko oddziały SS. Że to nieprawda? Wiemy i wiedzą Niemcy, ale trochę to działa.

Nieszczęsne ofiary cywilne

Upamiętnianie zabitych cywilów podczas bombardowań Hamburga, Kassel, Dortmundu nie budzi sprzeciwu, więc ten kierunek też był dobry. Za wielkie bombardowanie Drezna już się niemal wszyscy wstydzimy?.
A czy Warszawa, Wieluń, Rotterdam i Coventry to nazwy wojskowych fortec czy miast !?
A warto przytoczyć liczby. W II Wojnie Światowej zginęło ponad 60 mln ludzi. Cywile państw alianckich to 57% tej liczby. Cywile wszystkich państw Osi to...4%. Jakieś pytania?

Ofiary obozów

Dziś ciągle mówimy o milionach pomordowanych Żydów, bo tego zatuszować się nie da. Ale już nie o tym, że byli oni normalnymi obywatelami krajów w których mieszkali. Polski, Holandii, Francji, Węgier i wszystkich państw do których armia niemiecka dotarła. A o aryjskich obywatelach tych krajów mówi się na marginesie. Może trochę przerysowuję, ale chyba coś w tym jest?

"Dobre" nazewnictwo

Polskę, Belgię, Francję itd. zaatakowała armia niemiecka. Można mówić hitlerowska, bo pod wodzą Hitlera. Prawda ... 
Teraz mówimy wyłącznie: "naziści", zbrodnie "nazistowskie". Jeśli powiemy "niemieckie wojska hitlerowskie" jeszcze ujdzie, ale jeśli krótko: "Niemcy", to już niemal przyjmowane jest jak nietakt. A przecież ci "naziści" mieli jednak narodowość. I taki napis na obelisku w miejscu zamachu także brzmi zgodnie z tendencją:

"Dla upamiętnienia ruchu oporu przeciw narodowemu socjalizmowi"


Nie piszę tego wszystkiego żeby wzywać do odwetu na Niemcach, bo to ani potrzebne, ani mądre. Przyglądam się tylko jak wyciągnęli wnioski i wybrnęli z położenia narodu przeklętego przez wszystkich. I dziś dzięki tym ich przemyślanym staraniom nie patrzymy na nich z nienawiścią. I słusznie. Zatem odpowiedzcie mi:
Istnieje tytułowa "niemiecka finezja"?
A co z płk. von Stauffenbergiem? Dajmy im budować jego wizerunek jako przeciwnika zbrodni i haniebnego postępowania Niemców z lat II Wojny Światowej. Niech będzie nawet bohaterem. Bo przecież na odtrutkę, kogoś ci nieszczęśni Niemcy na pozytywnego bohatera tych czasów, które ich napiętnowały na zawsze, wykreować muszą. Poszukiwanie innych kandydatów na herosów, przeciwstawiających się ówczesnemu systemowi byłoby trudne, bardzo trudne ...  
 

16 lipca 2015

Referendum którego się wstydzę

Wszyscy z uwagą, ciekawością, a przede wszystkim z obawą śledzimy losy Grecji. Naród to i kraj cieszący się raczej powszechną sympatią. Balansują teraz na krawędzi bankructwa lub też już poza nią, utrzymywani jeszcze w przestrzeni jakimiś manewrami własnymi i ich wierzycieli. Bankructwo państwa to coś katastrofalnego? Gorszego niż drobnego przedsiębiorcy, któremu się nie powiodła produkcja lub sprzedaż ? Myślę, że w optyce przedsiębiorcy i kraju to taka sama katastrofa. Tylko skala inna. Konsekwencje podobne, tyle że w jednym wypadku dla kilku osób i ich rodzin, a w drugim dla milionów. Przyczyn takiego stanu w jakim Grecy się znaleźli można szukać w błędach ich ekonomii, może w błędach polityki ekonomicznej Europy, a może gdzieś indziej? I chyba od tego trzeba zacząć. Jakie są przyczyny krachu greckiego, wie lub może wiarygodnie wnioskować tylko specjalista
Ja? No...może jednak bez żartów :). 

Referendum greckie

W krytycznym momencie, a właściwie już po nim, zadano Grekom w referendum pytanie, czy godzą się na wyrzeczenia i obniżenie standardu, żeby spłacić zobowiązania. Jaka mogła być odpowiedź? Oczywiście - NIE! Kto z nas pytany o gotowość do dalszych wyrzeczeń, podczas kiedy jego sytuacja już jest zła odpowie - TAK?
Grecja w powszechnej wiedzy to kolebka demokracji. Systemu obarczonego niezliczonymi ułomnościami, ale podobno najlepszego. Zatem... vox populi - vox Dei ? Jeśli wola Boga miałaby objawiać się w głosie mas, to Bóg ten musiałby być upośledzonym chomikiem pod wpływem LSD. Tak uważam. Nie wiem czy warunki i wymagania UE vs. Grecja są słuszne. Nie wiem co należy zrobić, ale wiem, że o tych posunięciach nie powinien decydować głos mas, a analiza kilku, kilkunastu, czy może kilkudziesięciu specjalistów !

Polskie referendum

Przez wiele lat z tym określeniem kojarzyłem jedynie referendum z 1946 roku, mające swoim wynikiem w jakiś sposób legitymizować władzę namiestników sowieckich. Frekwencja i głosowanie nie miało znaczenia. Wynik i tak był ustalony. 
Jeśli miałbym coś dodać do tej ponurej farsy to to, że proste i chwytliwe hasło komunistów: 
"3 x TAK",
jednym ruchem pędzla można było przemalować na:
 "3 x AK".
Takie zwycięstwo "na schodach". Gorzkie wszystkie te wspomnienia z tamtych lat, kiedy nawet największy patriotyzm i inteligencja nic nie mogły przeciw okupacji sowieckiej.  
W niepodległej Polsce co jakiś czas pada pomysł ogłoszenia referendum w jakiejś sprawie. Mam wrażenie, że waga sprawy nie jest tu dla wnioskodawców istotna. Liczy się wzrost poparcia ludu.
Zgodnie z obowiązującym prawem, referendum ogólnokrajowe ogłasza się, gdy decyzja poddana temu mechanizmowi demokracji bezpośredniej:
  • zmienia Konstytucję RP
  • daje zgodę na ratyfikację jakiejś umowy, oddającej pewne kompetencje władzy państwowej organizacji międzynarodowej (np. zgoda na przystąpienie do UE) 
  • dotyczy spraw o szczególnym znaczeniu dla państwa
I ten trzeci przypadek daje pole do popisu, a przy okazji deprecjonuje wagę referendum. Przecież określenie "szczególne znaczenie dla państwa" jest bardzo pojemne, dla każdego może być to co innego. Przy dobrej kampanii medialnej może to być wszystko... Krzyże w każdym urzędzie, ruch lewostronny, in vitro, zakaz handlu w niedzielę czy choćby sankcje karne za ... COKOLWIEK. Na szczęście konstytucyjnie niedopuszczalne jest poddawanie pod referendum kwestii dotyczących: amnestii, obronności państwa i podatków. Dobre i to.
Bo już wyobrażam sobie referendum w którym tacy jak ja czy Wy decydujemy o wyborze helikoptera dla wojska czy zniesieniu podatków.
Ostatnio referendum stało się kiełbasą wyborczą. Kampania prezydencka, która zaczęła  się nijako i zmierzała do oczywistej reelekcji, nagle zmieniła swój obraz jak dobry film sensacyjny. Jednym z chwytów było obiecywanie referendum. Po co? To chyba proste. Każdy z nas, niedojrzałych w większości wyborców, lubi usłyszeć, że to ON podejmie decyzję. Troszku smieszno, troszku straszno ...
Żadnej decyzji wymagającej wiedzy fachowej nie powinien podejmować ogół, a mówiąc wprost - tłum.

Z innej strony patrząc...

W powszechnej opinii, także własnej, jesteśmy narodem szczególnie i przesadnie ceniącym sobie swobodę i wolność. Można to przeczulenie wytłumaczyć tym, że wolność tą przez ponad 200 lat kilka razy nam odbierano czy ograniczano. 
A jednak co jakiś czas, prawie każdy z nas wypowiada myśl :
Powinien przyjść KTOŚ kto weźmie wszystkich za mordę i zrobi porządek !
Sprzeczność? Pozorna. Wtedy gdy tak się wypowiadamy lub tylko myśl taka nam towarzyszy, ten porządek (?) wyobrażamy sobie wyłącznie jako zgodny z naszym indywidualnym obrazem porządku.

Referendum 1987 i mój wstyd

Dziś zapomniane, wówczas absolutnie nieistotne. Zadano nam dwa pytania, których nawet nie przytoczę, bo można je streścić w jednym:
Czy zgadzasz się żeby było trochę gorzej, żeby później było coraz lepiej?
Jeśli horyzont czasowy tego "później" to nie wieki a kilka lat, odpowiedź zawsze będzie: TAK. 
I tu warto się zastanowić. Dobrze konstruując pytanie referendalne, zawsze otrzymamy odpowiedź taką jaką chcemy. Nawet komuniści rozumieli ten mechanizm.
Na wybory w PRL nie chodziłem, stosunek do świata sowieckiego miałem jednoznaczny, choć nigdy czynnie nie włączyłem się do jakiejś opozycji czy konspiracji. Z tą sensowną nie miałem kontaktu, a ta głupia, choćby ze słusznymi celami, nie interesowała mnie. 
Na wspomniane referendum, jak większość moich znajomych się nie wybierałem, ale... Odwiedził mnie kolega z roku, z którym rozważaliśmy sposoby na start w dorosłe życie. Praktycznie były dwie możliwości. Wyjazd na Zachód i ułożenie sobie tam życia bez szansy na powrót lub wyjazd na czas dozwolony, zarobienie pieniędzy na mieszkanie i jakiś początek. Może nieco lepszej niż średnia, egzystencji w PRL. Do obu tych wariantów niezbędny był paszport. 
Dziś nawet nie pamiętamy jak trudnodostępny był to dokument. Może mieć go każdy, a wydanie go jest tylko kwestią procedury administracyjnej. I na dodatek leży sobie w szufladzie naszej, a nie szufladzie agendy SB jaką było wtedy Biuro Paszportowe.
Tak sobie gadaliśmy i Krzysztof przestrzegł mnie, że jeśli nie pójdę na referendum to mogą mi paszportu nie wydać.
I co? Ugiąłem się. Poszedłem. To, że oddałem głos nieważny to bardzo wątły listek figowy. Nie mieliśmy pojęcia, że za dwa lata komuniści przegrają, ale i to nas nie tłumaczy.
Oczywiście wstyd ten nie dręczy mnie codziennie i nie nęka jako koszmar senny (mam inne), ale czasem mi się ta uległość sprzed lat przypomina i przychodzi gorsze rozważanie:
A gdyby sowiecka okupacja trwała i kiedy poszedłem do pracy w 1991 r. istniałby PZPR? Amulet w postaci czerwonej książeczki był dla wielu kuszącym środkiem do łatwej kariery. 
Co zrobiłbym ja ???


 

26 czerwca 2015

Celebryta II Rzeczpospolitej

W dwudziestoleciu międzywojennym określenie takie chyba nie istniało. Nawet niespełna 10 lat temu, gdy usłyszałem je w radio, nie rozumiałem go. Jestem niedouczony? Spytałem przyjaciółkę, osobę wykształconą i zdecydowanie szerzej patrzącą na świat niż ja... Też nie wiedziała. Pamiętam, że jechaliśmy wtedy w zimowej scenerii do Krakowa i bardziej zajmował nas krajobraz niż radiowe sensacyjki.
Dziś określenie CELEBRYTA/CELEBRYTKA znają wszyscy, bo ich wielki tłum zajął miejsce autorytetów, autentycznych mentorów, ekspertów. O tempora, o mores, o k...

Tadeusz Dołęga - Mostowicz (1898-1939)

Pisarz, felietonista, przeciwny wynaturzeniom obozu sanacyjnego. Pobity brutalnie, w zemście za krytykę systemu politycznego. Porzucił pracę dziennikarską i zajął się wyłącznie powieściopisarstwem. Wydał kilkanaście poczytnych powieści, których ekranizacje, także stały się sukcesem. Imponującą karierę przerwała wojna. Przerwała bezpowrotnie. Zginął 18 ? 20? lub 21.IX w nie do końca jasnych okolicznościach.
I tyle. W krótkim akapicie można zamknąć życiorys. Mało?
A czy po kimś z nas zostanie więcej?
Chyba i w tej kwestii nie liczy się długość... tylko jakość. Istotniejsza od liczby, jest zawartość tych kilku linijek.

Self made man

Sam Mostowicz opowiadał żartem, że jego nieszczęściem jest szybkie spełnianie marzeń. Jako dziecko śnił o tym aby być stangretem i już jako ośmiolatek całkiem sprawnie powoził parą koni, a nawet tzw. tandemem. Pragnienie prowadzenia samochodu zrealizował kiedy jeszcze z trudem sięgał nogami do pedałów. Czytając Trylogię Sienkiewicza, widział siebie na koniu w bohaterskich szarżach. I to się ziściło! W wojnie polsko-bolszewickiej, służył w kawalerii. Zatem same spełnienia...
Kiedy w 1922 roku Tadeusz Mostowicz powrócił do życia cywilnego, szukał swej szansy w Warszawie. Imał się różnych zajęć fizycznych, a często nie mógł znaleźć żadnej pracy.
Mieszkał w obskurnej kamienicy na Pradze. Koniec końców znalazł pracę jako zecer, w drukarni dziennika Rzeczpospolita. Później był korektorem, aż szczęśliwym zrządzeniem losu (dla niego, ale myślę i dla nas - jego czytelników) zaczął pisać krótkie notki, a później felietony i opowiadania w Rzeczpospolitej podpisując się :
C.hr.Zan. = CHRZAN
Pierwsze opublikowane w Rzeczpospolitej opowiadanie - humoreska to "Sen pani Tuńci" (1925)

Dać się pobić, ale wygrać !

Po Zamachu Majowym, w swoich felietonach sprzeciwiał się przypadkom niegodnego postępowania niektórych oficerów polskiej armii. Miał moim zdaniem swoje racje. Felieton "W obronie honoru armii" jest pełen żalu do tej części kadry oficerskiej, która łamała drastycznie zasady, których powinna być wzorem. Zręczne i ostre pióro, ściągnęło na niego zemstę zapalczywej grupy piłsudczyków.  We wrześniu 1927 r. został porwany na ul. Grójeckiej, dotkliwie pobity i wrzucony do glinianki w okolicy Janek. Zakończyłby tam życie, gdyby nie wyratował go przypadkowo przechodzący wieśniak mieszkający w okolicy. Trzy miesiące spędził w szpitalu.
Brutalny napad i pobicie wywołało bardzo ostrą reakcję całej prasy, bez względu na orientacje polityczne. Prowadzone śledztwo z oczywistych względów gmatwało się i o ile się nie mylę nie wskazało ani sprawców ani ich mocodawców. Samo zdarzenie jednak dało pewien przyczynek do rosnącej popularności Tadeusza Mostowicza, który wówczas już swoje artykuły podpisywał nazwiskiem, używając przydomka Dołęga (rodowy herb matki pisarza). Dołęga-Mostowicz brzmi nieźle, a Rzeczpospolita była zorientowana na czytelników z kręgów ziemiańskich i utożsamiających się z arystokracją czy też do tej sfery próbujących się dopasować. 
Pierwsza powieść (1930/32)
Powieści T.Dołęgi - Mostowicza drukowane były w odcinkach, a niewiele później jako książki. Wyjątkiem są "Kiwony" (1932). Powieść wydał w formie książkowej dopiero J.Rurawski w 1986. 

"Kariera Nikodema Dyzmy"

Powieść, którą chyba czytał każdy. Wyjątkowo ostra satyra wymierzona w ówczesną władzę i kręgi jej kolesiów. Jest pomysłową i choć gorzką, to zabawną karykaturą panujących wówczas układów politycznych, obyczajowych. Skandali było oczywiście wiele. Zawstydzających i prymitywnych awantur wśród polityków także. Pojawiali się nieraz na eksponowanych stanowiskach ludzie niekompetentni, przypadkowi. Jednak w rzeczywistości lat trzydziestych ubiegłego wieku, dokładnie taka kariera jak powieściowego Nikodema Dyzmy nie mogłaby się zdarzyć. Człowiek znikąd (przepraszam Hrubieszów i jego mieszkańców), nieposiadający żadnego wykształcenia, nie mógłby osiągnąć tego co bohater powieści. Po roku 1989 zrobiliśmy chyba krok naprzód?
"Kariera Nikodema Dyzmy" w odcinkach, ukazała się gazecie ABC. Jej popularność znów podsycona została przez ... przeciwników Tadeusza Dołęgi - Mostowicza. Fragmenty książki skonfiskowano. Co ciekawe, nie były to fragmenty ośmieszające ministrów czy cały aparat państwowy. Chodziło o fragment opisujący pobicie prostytutki Mańki na komisariacie policji. Tak czy inaczej ta trzecia powieść Mostowicza przyniosła mu ogromną popularność.
Przestał pisać opowiadania i felietony, zajął się wyłącznie powieściopisarstwem. Niemal każda z kilkunastu napisanych powieści była sukcesem. Niechętna autorowi część krytyków podkreślała prostotę języka, która przystawała do percepcji niewyrobionej części czytelników. Tym tłumaczono poczytność jego powieści. Sam Mostowicz ignorował to i choć można go określić pisarzem obiegu popularnego to lepiej być chyba dobrym rzemieślnikiem niż niedorobionym "artystą"? Pisał powieści obyczajowe, mocno osadzone w realiach czasów mu współczesnych. Wiele prawdziwych zdarzeń stanowiło elementy tych historii. Doszukiwano się także podobieństw postaci do prawdziwych osób świata polityki, kultury czy bywalców salonów warszawskich. To zwiększało zainteresowanie czytelników ciekawych sensacji z życia śmietanki towarzyskiej. Jakość tejże śmietanki w każdych czasach, jak wiemy bywa różna, ale kierunek naszej ciekawości nadal jest podobny.
Nie będę się silił na  własne oceny warsztatu literackiego Dołęgi - Mostowicza, bo byłoby to śmieszne. Polecam biografię "Tadeusz Dołęga Mostowicz" prof. Józefa Rurawskiego (1987), w której fachowiec bardzo przystępnie opisał swoją analizę tak twórczości pisarza jak i jego osoby.

Magia ekranu

"Prokurator Alicja Horn" 1933
Mostowicz widząc jak szybko rozwija się sztuka filmowa, potrafił dostrzec zasady jakimi należy się kierować tworząc scenariusz filmowy. Zachowały się jego analizy tych zagadnień. Podobno dla specjalistów ciekawe i pożyteczne.
"Znachor" został napisany od razu w formie scenariusza. Trzy wytwórnie filmowe odrzuciły go stwierdzając, że historia na film się nie nadaje. Mostowicz rad nie rad, przerobił scenariusz na powieść i wydał w 1937 roku. Efekt?
Te same wytwórnie natychmiast zaproponowały autorowi jej sfilmowanie. Film z Junoszą Stępowskim w roli tytułowej powstał w tym samym roku i był sukcesem. Dwa scenariusze Dołęgi - Mostowicza, zakupiła amerykańska wytwórnia filmowa w 1939 roku. Honorarium autor odebrać nie zdążył...

Popularność, pieniądze i wygodne życie

Wydawane dwie powieści rocznie, tantiemy z ich ekranizacji przynosiły Mostowiczowi ogromne dochody. Mogło to być nawet kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Dla porównania, ówczesna pensja wojewody to około tysiąca złotych.
Lata 30-te
Po latach ciężkiego życia, nieraz na skraju nędzy, pławił się teraz w luksusie. Zamieszkał w pałacyku u zbiegu ul.Pięknej i Al.Ujazdowskich.
Dziś
Miał służbę. Ubierał się u najlepszych warszawskich krawców. Zawsze bez względu na pogodę chadzał z parasolem, wzorem ówczesnych dandysów. Bywał w najmodniejszych lokalach i był wielce pożądanym gościem na wszelkich towarzyskich spotkaniach.  Lubił takie życie. Pomagało mu to także w pomnażaniu popularności, która przekładała się na sprzedaż książek, zatem na pieniądze. Korzystał z tych pieniędzy, jakby przewidując, że jego czas, który dał mu los, albo jak kto woli Bóg, jest krótki. Kupił sobie wspaniałego białego Buicka, komentując to w swoim stylu: "Zamiast pomnika wolę Buick'a". 

Lubił i z powodzeniem grywał w golfa. Druga modna wówczas rozrywka jaką był tenis nie była jego domeną. Na korcie radził sobie marnie i śmiejąc się z siebie twierdził:
"Siatka przedzielająca kort jest dla mnie za wysoka, a siatka go otaczająca... za niska". 
Zadowalał się zatem miejscem na widowni, przy okazji prestiżowych turniejów tenisowych.
Uwielbiany przez kobiety, popularny, mogąc zyskać wszystko co jest dostępne za pieniądze nie zatracił się w zabawie i samozadowoleniu. Był niezwykle zdyscyplinowany i pracowity. Bez względu na to gdzie był, kilka godzin dziennie pisał. Jasne chyba, że dwie powieści rocznie i scenariusze filmowe nie powstawały same. Bardzo wysoko umiejętność konstruowania powieści oceniał współczesny mu Gombrowicz, zaznaczając także swój podziw dla samodyscypliny i praktycznego podejścia Mostowicza do życia.
Ciesząc się swoim bogactwem, umiał się też nim dzielić. Chętnie obdarowywał przyjaciół, wspierał potrzebujących, był fundatorem stypendiów. Szanował też swoich czytelników, rozumiejąc, że dzięki nim odnosi sukcesy. Na ogromne ilości listów, które otrzymywał, zawsze odpisywał. W swoim domu przyjmował przyjaciół, znajomych, ale i obcych ludzi, nie odmawiając im chwili rozmowy, a gdy uznał to za zasadne, także pomocy.

Śmierć wśród bochenków chleba

41-letni bogaty i ustosunkowany Tadeusz Dołęga - Mostowicz, z łatwością mógł uniknąć mobilizacji. Z obozem rządzącym jak wiadomo dzieliła go co najmniej niechęć, obustronna zresztą. Miał chore serce. Chore, ale jednak szlachetne. Można nie lubić lub nawet nienawidzić władzy, ale dla normalnego człowieka to nie powód, żeby wypiąć się na swój kraj. Zaciągnął się jako ochotnik i wyruszył na wojnę jako kapral podchorąży.
O jego losach na początku wojny nie wiadomo mi nic. Nie wiem czy brał udział w jakichś walkach. Pojawił się w połowie września w Kutach n/Czeremoszem. Niegdyś piękne miasteczko na granicy polsko-rumuńskiej. Oaza tradycji i kultury Ormian, którzy stanowili znaczną część jego mieszkańców. 
Tam zginął Tadeusz Mostowicz. Wersji jego śmierci jest kilka, a licząc powstałe z nich kompilacje, naliczyłem ich kilkanaście. Niektóre absurdalne, niektóre wzajemnie wykluczające się.
Jedną z tych najbardziej idiotycznych warto przytoczyć i pomyśleć o ludzkiej nienawiści, zazdrości i głupocie:
Uciekającego ku granicy swoim luksusowym kabrioletem Mostowicza, dosięgnąć miała 17.IX kula nieokreślonego patrolu. Tak pisał St.Brucz. Niedoważony poeta, rówieśnik Dołęgi, zazdrosny o jego sławę i bogactwo. Nawet zatem po jego śmierci nie omieszkał go opluć. 
Inna relacja mówi o zastrzeleniu podczas rozbrajania przez zajmujące Kuty czołówki armii sowieckiej. Rosjanie weszli do Kut 21.IX. I ta historia, choć bardziej realna nie jest raczej prawdziwa.
Najwięcej świadectw mówi o pojawieniu się T. Dołęgi - Mostowicza w Kutach 17 lub 18.IX. Czy to samorzutnie czy też z czyjegoś rozkazu, miał z innymi żołnierzami tworzyć oddziały, mające za zadanie chronić w zaistniałym chaosie mieszkańców i uciekinierów. Pojawia się też informacja o przyłączeniu kpr.-podchr. T.Mostowicza do batalionu mjr-a Henryka Piątkowskiego.
W dniu 20.IX, ciężarówką wraz z kierowcą (por. Wojda?) transportował chleb z miejscowej piekarni dla koczujących po drugiej stronie granicy żołnierzy i uchodźców.
I tu znów dwie sprzeczne możliwości. Według pierwszej, pojawiają się 3 sowieckie czołgi poprzedzające zbliżające się oddziały radzieckie. Seria z karabinu maszynowego w kierunku uciekającej ciężarówki trafia pisarza, ciężarówka wywraca się, a jego ciało leży wśród rozsypanego pieczywa. Takie ustalenia po latach poczynił St. Nicieja i opisał je.
Druga możliwość przyjęta przez biografa Mostowicza, prof. J.Rurawskiego różni się tym, że to żołnierz polskiego patrolu posłał śmiertelną serię, omyłkowo uznając jadącą ciężarówkę za nieprzyjacielski pojazd. Po stwierdzeniu fatalnej pomyłki, żołnierz miał być wg. Rurawskiego rozstrzelany na rozkaz swojego dowódcy.
Wszystkie relacje mają swoich "naocznych" świadków wymienianych z imienia i nazwiska. Niektóre opisują takie szczegóły jak odnalezienie przy zabitym zdjęcia żony z małym synkiem (!) czy dziennik, którego zapiski urywały się na dniu wyjazdu z Warszawy. Nawet byłoby to całkiem wiarygodne, tylko... Mostowicz nie miał żony i jak zaręcza jego najbliższa rodzina, nigdy nie prowadził dziennika ...

"Non omnis moriar"

Ostatnią znaną nam powieścią Tadeusza Dołęgi - Mostowicza jest "Pamiętnik pani Hanki". To satyra opisująca elity władzy schyłku II Rzeczpospolitej, z perspektywy niezwykle głupiej żony dyplomaty, która jest tu komicznym narratorem. Gorzka to powieść tak jak "Kariera Nikodema Dyzmy". Znawcy literatury twierdzą, że "Pamiętnik pani Hanki" to najlepsza powieść Mostowicza. Ja tego nie umiem ocenić, ale jest warta przeczytania. Jej ekranizacja z lat 60-tych, mimo znakomitej obsady jest już raczej średniej jakości.
Lucyna Winnicka jako tytułowa "Pani Hanka"

Podobno na ukończeniu, w 1939 roku była historyczna powieść, już z kategorii literatury wyższej. Zaginęła.
W PRL, po 1950 roku wycofano z bibliotek i zniszczono wszystkie książki Mostowicza. Wspomniany już St. Brucz i jemu podobne gnomy, Mostowicza i cały jego dorobek literacki poniżały chwytając się każdego oręża. W różnych okresach przypisywano mu najróżniejsze nieprawdziwe skłonności polityczne, co jest o tyle głupie, że choć czynnie przeciwstawiał się niedoskonałościom czy zasadniczym błędom sanacji, to nie był ani endekiem ani jednoznacznym zwolennikiem jakiegokolwiek nurtu politycznego. Ale cóż to w PRL znaczyło. Nawet gen. Anders był w razie potrzeby przyrównywany do faszystów.
W 1956 roku powrócił z niebytu Dołęga - Mostowicz. Film "Nikodem Dyzma", jest pierwszą powojenną adaptacją jego powieści. Publiczność zachwycona była tą ekranizacją. Ja przyznam, że za filmem tym nie przepadam. Może dlatego, że nigdy nie lubiłem A.Dymszy. Nie jestem zatem w stanie być obiektywnym widzem.
Z czasem w telewizji przypominano niektóre przedwojenne filmy oparte na powieściach Mostowicza.  Można je oglądać z sentymentem, nie bacząc, że gra aktorska jest teatralna, ale taki wtedy był styl.
W 1981 r. powtórna realizacja "Znachora" z Jerzym Bińczyckim w roli tytułowej, nakręcona przez J.Hoffmana. Wiem, że jest to zdaniem wielu, film/powieść dla kucharek. Dlatego mimo, że prócz wody nic ugotować nie umiem,
jestem KUCHARKĄ ! 
Lubię ten film, dobrą grę aktorską, a kiedy (trzeźwy tym razem) Stockinger pędzi bryczką pełną róż do młyna... to się wzruszam.
Niewątpliwie, nakręcony w 1980 serial "Kariera Nikodema Dyzmy", najbardziej utrwalił na nowo pamięć o Mostowiczu. Zasługa tu oczywiście:
  • fenomenalnej kreacji Romana Wilhelmiego
  • świetnej gry Barszczewskiej, Bończaka, Pawlika czy wielu innych
  • dobrze ułożony jest też scenariusz i dialogi, z których fragmenty przeszły do codziennego naszego języka. 
Ale nie powstałby ten serial bez dobrego tworzywa jakim jest powieść "Kariera Nikodema Dyzmy".
Chyba wszystkie powieści doczekały się już wznowień, w większym czy mniejszym nakładzie. Z tych, które przeczytałem, żadna nie sprawiła mi zawodu.
Zatem twórczość tego który wolał Buick'a od pomnika trwa. Może dla większości tylko dzięki postaci Dyzmy. Krętacza i kombinatora, który robi karierę, korzystając z przypadku i ułomności systemu. Bez względu na czas, system i obowiązujące trendy, jakiegoś "Dyzmy" zawsze doszukać się możemy.  Czasem na siłę, czasem żenujące są to porównania.
Myślę, że ten symbol to jednak nie jedyna spuścizna po Tadeuszu Dołędze - Mostowiczu. Jeśli umieszczamy go w kategorii pisarzy obiegu popularnego - klasy B, to chyba wśród tych drugorzędnych był pierwszorzędnym. Bo do dziś trwa. Gdzie są współcześni mu: Marczyński, Urke Nachalnik, Zarzycki, Nasielski? Tylko w krótkich biogramach.

O trwałości różnych "wiecznych" rzeczy powiedział kiedyś sam Tadeusz Dołęga - Mostowicz:
"Są trzy rzeczy wieczne: wieczna miłość, wieczne pióro i wieczna ondulacja. Z tych trzech rzeczy najtrwalsze jest wieczne pióro".