28 października 2014

Mój bohater ostatniej szarży

Ostatnim aktem bitwy nad Bzurą była bitwa pod Łomiankami. Ocalałe jednostki Armii "Pomorze" i "Poznań" po przejściu Bzury pod Brochowem, walczyły tu o przedarcie do oblężonej stolicy. Momentem kluczowym tego manewru była szarża 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich i niewielkiej części 9 Pułku Ułanów Małopolskich w rejonie wsi Dąbrowa Leśna. W historii szarża ta nazywana jest szarżą pod Wólką Węglową.

Bohaterowie czy szaleńcy ?

 

W zakładce o kampanii 1939 r. (1939 - migawki) wypunktowałem szarże naszych kawalerzystów, których wiarygodne opisy znalazłem. Żadna z nich nie była aktem desperacji zahaczającej o głupotę, a w większości przyniosły oczekiwany efekt. Nie inaczej było w wypadku szarży pod Wólką Węglową. 
W zamyśle gen. R.Abrahama, dowódcy Grupy Operacyjnej Kawalerii, przerwanie pozycji niemieckich miało zostać wykonane w szyku pieszym. I tak był atak ten przygotowywany przez płk. E.Godlewskiego, dowodzącego ułanami 14 pułku.
Płk. Edward Godlewski
Rozpoznawcze patrole dostarczyły jednak informacji o znacznych siłach niemieckich. Atak spieszonych kawalerzystów bez wsparcia broni maszynowej i artylerii skończyłby się wielkimi stratami. W tej sytuacji płk. Godlewski zdecydował, że jedynym dającym szansę sukcesu sposobem jest błyskawiczna i zaskakująca szarża siłami całego pułku. I tak 19.IX około godziny 15ej rozpoczęła się szarża chyba w aspekcie determinacji porównywalna z tą z 1808 roku...
Por. Marian Walicki
Atak poprowadził 3 szwadron dowodzony przez por. M.Walickiego. Dzielny porucznik został śmiertelnie ranny w początkowej fazie walki. Podjęty przez Niemców z pola bitwy, zmarł na punkcie opatrunkowym. Poległ także jego koń Zeus. Zginęło 105 ułanów, około 100 odniosło rany. Straty wśród koni trudne do określenia, ale bardzo duże. Pole bitwy poprzegradzane było różnymi przeszkodami. Płoty, krzaki nie sprzyjają szarży, a zmęczone kilkudniowym marszem i walkami konie potykały się na na nich. Wiele koni rannych trzeba było dostrzelić. To niestety konieczność w warunkach wojennych i jedyny sposób na oszczędzenie cierpień tym czworonożnym dzielnym żołnierzom. Wertując publikacje o bitwie natrafiłem na opisy tak potwornych kontuzji i ran koni, że trudno spokojnie je czytać i oszczędzę Wam cytatów.
Najcięższe straty były skutkiem ostrzału karabinów maszynowych i pojazdów pancernych zgrupowanych w rejonie wsi Mościska, których obecności patrole rozpoznawcze nie dostrzegły.
Mimo wszystkich niekorzystnych okoliczności szarża była jednak sukcesem. Straty sięgające 20% są ceną za przedarcie się pułku na Bielany i otwarcie na kilkadziesiąt godzin drogi, którą przeszła reszta zgrupowanych jednostek do Warszawy. Niemieckie jednostki, w tym 1 Dyw. Lekka wycofały się ponosząc straty około 50 zabitych i 70 rannych.

Dlaczego "ostatnia szarża" ?

 

Przecież były jeszcze szarże pod Krasnobrodem, Husynnem, Morańcami... To prawda. Ale właśnie szarża 19.IX była ostatnią szarżą w historii wojska polskiego, wykonaną siłami całego pułku.
Pomnik 1000lecia Jazdy Polskiej
Warto też pamiętać o naprawdę ostatniej szarży polskich ułanów. 1.III.1945 podczas walk o wieś Borujsko, wobec zatrzymania ataku piechoty, do szarży ruszyła grupa 220 ułanów z 1 BK LWP. Szarżą dowodził por. Zbigniew Starak, absolwent CWK w Grudziądzu i żołnierz kampanii 1939 r. Zaskoczenie było całkowite, obrona niemiecka pękła. Po przełamaniu pierwszej linii kawaleria wraz z piechotą i czołgami z powodzeniem uderzyła na wioskę. Straty kawalerii to 7 zabitych i 10 rannych. O tych dzielnych żołnierzach także pamiętajmy i szanujmy ich. Choć nie dane im było walczyć w szeregach armii polskiej to byli to także polscy żołnierze. Ginęli za Polskę, a nie za sukces sowieckiej okupacji.
Porucznika Staraka oglądamy często. Gdzie? W Warszawie. Na Polach Mokotowskich stoi pomnik 1000lecia Jazdy Polskiej. Do rzeźby ułana pozował właśnie on. 

"Mój" bohater spod Wólki Węglowej

 

Wiele razy pisałem o moim szacunku i podziwie dla żołnierzy, biorącym się przede wszystkim stąd, że odwaga w walce to coś co przekracza moje wyobrażenia. Ja nie umiałbym sobie na polu bitwy poradzić z własnym strachem.
W tej szarży każdy z kilkuset jej uczestników jest dla mnie bohaterem. Można tu wymieniać por. Mariana Walickiego, prowadzącego szarżę. 
"W imię Panienki Jazłowieckiej, szwadron marsz, marsz!" - skomenderował i ruszył na czele swoich podkomendnych.
Inne nazwiska to Korolewicz, Krupa, Scholz, Iwanowski... Czy choćby dowódca pułku, płk. Godlewski, który pod proporcem dowódcy również brał udział w szarży. Potwierdzają to wspomnienia oficerów z jego otoczenia, a nie wiem czemu kilku autorów opisujących zdarzenie poddaje to w wątpliwość.
Czytając relacje uczestników bitwy uwagę moją zwróciła historia - epizod pocztu sztandarowego pod dowództwem wachmistrza Jana Przybyły. Tuż przed atakiem płk. Godlewski osobiście przypomina kpr. Feliksowi Maziarskiemu, który był sztandarowym pułku, jak wielka na nim odpowiedzialność spoczywa. Napomina też towarzyszących mu ułanów, aby go chronili i w razie potrzeby ratowali sztandar. Są to plutonowi: Gajda na "Sarnie", Wasyluk na koniu "Dux" oraz Mendocha.
Kpr. Feliks Maziarski
Podczas szarży Maziarski zostaje ranny w lewą rękę, jego klacz Topola także zostaje raniona. W tej sytuacji sztandarowy wzywa pomocy. Ale nie dla siebie. Unosi kilkakrotnie sztandar prawą ręką i woła: 


"Jestem  ranny, ratujcie sztandar !!!" 

Plutonowy Gajda już nie żył, a plut. Wasyluk spadł z konia ciężko ranny. Na polecenie dowódcy pocztu, wach. Przybyły, podjeżdża do kpr. Maziarskiego, kpr. Mieczysław Czech i przejmuje sztandar. Dociera z nim szczęśliwie na Bielany. Za ten czyn kapral Czech otrzymuje Virtuti Militari kl. V (nr 12132) z rąk gen. Rómla, który wręcza mu order odpięty z własnego munduru. Chyba jedyny to wart odnotowania czyn generała, który w kampanii 1939 nie zapisał się zbyt chwalebnie.
Kpr. Mieczysław Czech

Kpr. F.Maziarski pomimo rany dotarł do Warszawy, a szarfę sztandarowego przekazał zakonnicy ze szpitala przy ul. Bonifraterskiej, aby ukryła ją w kaplicy szpitalnej. Jaki był los tej szarfy nie wiem. Nie znalazłem w żadnej książce informacji.
Dziś trudno nam zrozumieć dlaczego ranny żołnierz w zamęcie bitwy stara się uratować sztandar swojego pułku, nie myśląc o własnym ratunku. Przecież sztandar to "tylko" ozdobny kawałek materiału o wartości niewielkiej... Prawda? Ja sądzę, że nie i dlatego podziwiam odwagę "zwykłego" kaprala 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich. 




Może jeszcze z Jego wspomnień, o mianowaniu na funkcję sztandarowego:

"Jako najmłodszy wiekiem podoficer pułku, byłem bardzo zdziwiony, a jednocześnie zaskoczony okazanym mi zaufaniem i poczytywałem to za honor i poczułem dumę, oddanego całym sercem nowemu swemu zadaniu ułana Rzeczypospolitej" 
Pamiątkowy obelisk w miejscu z którego ruszyła szarża

Kapral Feliks Maziarski, kawaler orderu Virtuti Militari kl. V (Krzyż Srebrny nr 12354) oraz Krzyża Walecznych walczył w szeregach AK pod pseudonimem "Szofer" (KEDYW - Lwów). Wyemigrował do Szkocji następnie do Kanady, gdzie zmarł 15.III.2003.
Udany reportaż z inscenizacji szarży:

 



22 sierpnia 2014

Powstanki czyli fikuśna (?) kość niezgody

Co jakiś czas, z większą lub mniejszą intensywnością wracają dyskusje o prawidłowych formach żeńskich i męskich nazw funkcji, zawodów itp.. Niektórzy zajmują się tym z ciekawości, dla hecy, ale są tacy, którzy budują całe teorie udrapowane zwykle wzniosłymi ideologiami i gotowi są walczyć z ognistym mieczem/piórem w ręku. Jakoś najbardziej lubimy walczyć, bo to nas ożywia. Paradoks... wszak walka raczej przynosi trupy, a nie ożywienie.

Od "kominiarki" do "prostytutka"

Różne pocieszne albo i pokraczne rzeczowniki powstają. Niektóre rażące dziś uszy może się przyjmą i za 200 lat, jeśli świat jeszcze potrwa, staną się normalne.
Mamy od setek lat LEKARZA (dawniej medyka czy cyrulika), ale mamy też lekarkę i nikogo to nie dziwi. Choć sama o sobie lekarka mówi czasem "jestem lekarzem laryngologiem" i nie jest to chyba nieprawidłowe?
Tak samo:
   nauczyciel - nauczycielka
      profesor - profesorka
          chemik - chemiczka
               sędzia - sędzina
                  ...

Ale bywają kłopoty:


KOMINiarz - KOMINiarka
Chyba mylące, wszak słysząc "kominiarka" raczej myślimy o osobliwym nakryciu głowy stosowanym przez antyterrorystę/antyterrorystkę lub złodzieja/złodziejkę. To może KOMINIARZYCA ?
MURarz - MURarka
Też niby prawidłowo, ale słowa murarka używamy określając pewien zespół umiejętności lub zestaw czynności stanowiący część procesu budowy. A jeszcze z tej dziedziny. Pana, który pracuje w branży budowlanej nazwiemy potocznie "budowlańcem", a panią... tak samo, bo "budowlanką"? To także potoczne określenie branży lub kiedyś szkoły budowlanej
Takie przykłady można mnożyć i zawsze wychodzi, że panie są niejako pokrzywdzone, ale żeby Wam, Paniom, które to czytają, nie zrobiło się smutno, to podam przykład odwrotny. 
Pewnej specjalności akrobaci określani są jako "człowiek-mucha". A jeżeli tym akrobatą jest brodaty i wąsaty Zachariasz Doroszyński to co?! Przecież mucha to rodzaj żeński. Zatem "człowiek - MUCH"?. Nie dość, że chyba niepoprawnie to z pewnością głupio. Myślę jednak, że kiedy taki akrobata szkrabie się po ścianie drapacza chmur czy niebotycznej ścianie skalnej to nie rozważa kwestii językowych.
A skoro padło słowo mucha, to przypomnijmy sobie ładną panią minister, która uparcie kazała się tytułować "ministrą". Jej prawo. Chyba tylko dzięki temu ją pamiętamy.
Mam jeszcze jeden przykład, gdzie brak sensownej formy męskiej. Dwa są najstarsze zawody świata. Jeden z nich to prostytutka, drugi to polityk. Oba mają bardzo wiele wspólnych cech, ale zajmijmy się tym pierwszym. Co powiemy o młodym chłopaku pracującemu z zapałem w tym fachu z większym czy mniejszym kunsztem? Kiedyś mówiło się żigolak co nie było jednoznaczne bo oznaczało pierwotnie fordansera, a później dopiero męską prostytutkę. Być może dlatego, że z czasem większość fordanserów zaczęło pracować na dwa etaty? 
No ale jak w końcu? "Prostytutek"? 
Tak czy siak, można się w takie zabawy językowe bawić, ale z przymrużeniem oka. Żadna normalna i pewna swej wartości kobieta nie toczy bojów przeciw brakowi równouprawnienia w języku.

"Powstanki" 

Wszystkie te koziołkowe dyrdymałki to taki wstęp przed tym o czym chcę napisać i co jest wielce zabawne, ale... tylko do pewnego momentu.
Otóż dni temu kilka słuchałem w radio TOK-FM rozmowy dziennikarki z autorką książki opisującej losy kobiet/dziewcząt uczestniczących w Powstaniu Warszawskim (Płeć Powstania Warszawskiego).
Panie dość ciekawie opowiadały o istotnej roli kobiet w Powstaniu.
Słuchałem bez wielkiego zaangażowania, aż W.Grzebalska skręciła w "uliczkę językową" dowodząc, że same uczestniczki krwawego zrywu chcą, żeby nazywać je POWSTANKAMI. Ot taki sobie pomysł, ani dobry ani zły, choć wypowiadanie się w imieniu "wszystkich" weteranek już budzi wątpliwości. Znaleźć można wypowiedzi dowodzące, że środowisko kombatantek jest takiemu nazewnictwu przeciwne. 
Dyżurny prześmiewca naszych słabostek i fobii M.Ogórek odniósł się do pomysłu żeńskiej formy uczestniczek walk z sugestią żeby nieco wyhamować bo ta forma jakoś jego zdaniem nie jest zbyt udana. 
Jak dla mnie, nie jest to problem, czas zweryfikuje przydatność takiego czy innego określenia. Wszak PeWiaczki się przyjęły a AKaczki już nie. Ważne żebyśmy szanowali tych, którzy w dobrej wierze ruszyli do walki w tej tragicznej chwili naszej historii.
Ale paplanina o fundamentalnym znaczeniu promocji określenia "powstanki" była początkiem katastrofy tej audycji.
Następny wątek to brak (?) miejsca w literaturze dokumentującej Powstanie Warszawskie dla kobiet, które w nim uczestniczyły. Przyznam, że już słuchając mocno się dziwiłem, a kilka dni później w księgarni popatrzyłem na półki gdzie znalazłem bez trudu zaprzeczenie tej tezy.
Panie dyskutując zawzięcie poszły dalej. Uznały za obraźliwe utożsamianie kobiet/dziewcząt z funkcjami nieliniowymi (łączniczki, sanitariuszki, kucharki). Nie wiem czy jestem odosobniony w swojej ocenie, ale brzmiało to tak jakby te służby były niepotrzebne lub co najmniej drugorzędne. Oj trzeba się było do audycji przygotować... Czy jakakolwiek armia, jawna czy konspiracyjna może działać bez tych służb? Chyba tylko sowiecka.
Dalszy ciąg był już tylko kabaretem, choć mało śmiesznym. 
W. Grzebalska poddała w wątpliwość postępowanie dowództwa AK, które "nie dbało o równouprawnienie" podczas przygotowywania przeszło trzystutysięcznej armii podziemnej, szkoląc kobiety do pracy w służbach medycznych, łączności itd. Przecież powinny być traktowane "sprawiedliwie" i mieć możliwość walki w szeregach oddziałów pierwszoliniowych. Znów nasuwa mi się myśl, że wzorcem sprawiedliwości i równouprawnienia jest tu armia sowiecka. Czasem chcemy zaistnieć tak bardzo, że gubimy jakąkolwiek logikę. 

To co będzie z "powstankami" ? 

Emilia Plater... Powstańczyni
A pewnie nic. Jedni będą uparcie tej formy używać, a inni uznają ją za niezręczną. Jako ciekawostkę przypomnę, że dość liczna reprezentacja kobiet w Powstaniu Styczniowym nazywana była kiedyś POWSTAŃCZYNIAMI. Po 150 latach można już ocenić czy się przyjęło... 





03 sierpnia 2014

"Siedmiu wspaniałych"....dziś

Kilka dni temu po raz 77 oglądałem Siedmiu wspaniałych z taką samą przyjemnością jak poprzednie 76 razy. Klasyczny western to taki rodzaj filmu, gdzie już na wstępie wiemy, że dobry wygra, a zły skończy marnie. Fabuła zwykle jest niezbyt wyrafinowana, ale czy zawsze musimy oglądać skomplikowane filmy? Miło popatrzeć na świat prosty, ale z przygodami, gdzie nawet jeśli trup pada gęsto, to nie fruwają flaki po całym ekranie. Akcja wartka i jeśli gra aktorska na poziomie to jest to dla mnie dobry relaks. Ten western spełnia wszystkie warunki na 5+. I jeszcze muzyka, którą rozpoznaje chyba każdy. 
Posłuchajcie:

 

 

Chris Adams - Yul Brynner

Urodził się we Władywostoku. Syn szwedzkiego inżyniera i Rosjanki. Tatuś ulotnił się dość szybko. Dzieciństwo z matką i siostrą spędził w Chinach potem w Paryżu. Występował w cyrku jako akrobata, grał na gitarze w nocnych klubach występując z zespołem rosyjskich cyganów. Wyjechał do USA i tam rozpoczął drogę ku sławie. Król i ja to musical, który przyniósł mu popularność i statuetkę Oscara. Przez 20 lat grywał w różnych, lepszych i gorszych produkcjach, aby powrócić do swojej oskarowej kreacji. Objeżdżał z tym musicalem świat.
Zmarł na raka płuc w wieku 65 lat.
Przez lata palił gigantyczne ilości papierosów (dziennie podobno do 80 szt.). Na planie, jeśli nie kłóciło się to z realiami filmu, papieros towarzyszył mu bez przerwy. Jeśli było to wykluczone, w ujęciach robiono przerwy co 10 minut... Pod koniec życia nie tylko rzucił zgubny nałóg, ale prowadził kampanię przeciw paleniu tytoniu, co obok wygolonej czaszki, stało się drugim na zawsze z nim związanym symbolem.

 

Vin Tanner - Steve McQuinn

Trzy lata służby w Marines, to osobliwy wstęp do kariery aktorskiej, która początkowo nie zapowiadała się oszałamiająco. Za namową przyjaciół zaczął szukać swego miejsca na scenie i ekranie z początkiem lat 50-tych. Ale już lata 60-te i 70-te to seria ról, które uczyniły go niekwestionowaną gwiazdą kina akcji. Tom Horn to jego ostatni western. Zmarł w 1980 roku mając ledwie 50 lat....

 

 

 

 

 

Harry Luck - Brad Dexter

Jedynie Siedmiu wspaniałych przyniosło mu miejsce w historii filmu. Mniej sławy, ale dłuższe życie. Ten urodzony w USA Serb, zmarł w 2002 roku przeżywszy lat 85.

 

 

   

 

 

 

 

 

 

Bernardo O'Railly  - Charles Bronson

W rzeczywistości nazywał się Buchinsky (Buczyński?). Syn emigrantów. Jego ojciec był Tatarem Lipkowskim. Matka, Maria Walińska pochodziła z terenów Litwy. W latach wielkiego kryzysu Bronson doświadczył prawdziwej biedy. W czasie II WŚ służył jako strzelec pokładowy bombowca B-29. Brał udział w walkach na Pacyfiku. Za odniesione rany odznaczony Purpurowym Sercem. Po wojnie imał się różnych zawodów. Z początkiem lat 50-tych zaczął grywać drobne role w filmach.
Chyba z całej siódemki on najlepiej wykorzystał popularność zdobytą rolą w Siedmiu wspaniałych. W ciągu kilku lat role w Wielkiej ucieczce, Parszywej dwunastce i Pewnego razu na Dzikim Zachodzie umocniły jego pozycję i ustawiły go w szeregu najpopularniejszych aktorów. Później grywał w filmach sensacyjnych różnej rangi. Życzenie śmierci to pomysłowy i emocjonujący scenariusz. Świetna kreacja Bronsona i ...pułapka. Kręcone kolejne części, a było ich chyba pięć to "popłuczyny" po pierwszej bardzo dobrej produkcji. Bronson nierozerwalnie już związany z postacią Paula Kersey'a, zaczął "rozmieniać się na drobne". 
Zmarł w 2003r. przeżywszy 81 lat.

 

Lee - Robert Vaughn

Urodzony w 1932 r. Twarz znana każdemu chyba widzowi. Nic dziwnego, ma na koncie ponad 100 ról. Tyle, że są to role drugoplanowe i epizody głównie w drugorzędnych produkcjach. Stąd każdy zna twarz, przypomnienie sobie jakiegoś tytułu filmu jest już kłopotem, a skojarzenie twarzy z nazwiskiem.... To już bardzo trudne. 
Co dziś słychać u sędziwego rewolwerowca, możemy dowiedzieć się z jego strony internetowej :

 


Britt - James Coburn

Uwielbiał film Siedmiu samurajów, który był pierwowzorem Siedmiu wspaniałych. Zagrał odpowiednik swojego ulubionego bohatera z filmu Kurosawy.
Ponad pół wieku występował na ekranie. Charakterystyczne rysy twarzy, wzrost i pewien niepowtarzalny styl. Mnie szczególnie utkwił w pamięci rolą w filmie Żelazny Krzyż oraz chyba swoją ostatnią kreacją, w bajce dla dzieci od lat 10 do 110 Śnieżne psy.
Zmarł w 2002 r. mając 74 lata.





 Chico - Horst Buchholtz

Zadziorny i budzący w swoich kompanach tyleż sympatii co politowania Chico to świetna kreacja Buchholza. Urodził się w Berlinie i tam też w 1949 r. debiutował w teatrze. Do Hollywood trafił w 1960 i "na wejście" otrzymał wielką szansę jaką była rola w Siedmiu wspaniałych. Lata 60-te to kilka udanych ról i... na tym koniec. Nie zagrał już żadnej znaczącej roli. Miał jednak jeszcze wielki powrót w 1997 r. rolą lekarza w filmie Życie jest piękne. Zmarł w 6 lat później. Jego historia zatoczyła krąg, zmarł tam gdzie się urodził. W Berlinie.




Tak więc z całej siódemki żyje już tylko jeden... Ale pozostali będą obecni wśród nas tak długo póki będziemy oglądać westerny. Dziś "Siedmiu wspaniałych" wciąż jest w czołówce różnego rodzaju zestawień i plebiscytów. Zdarzenia, które towarzyszyły powstawaniu filmu nie wróżyły wielkiego sukcesu...
  • Przerobienie scenariusza uznanego już wówczas za arcydzieło, filmu Kurosawy nie było łatwym zadaniem. Trzeba było przenieść historię w inny świat skracając na dodatek materiał o ponad godzinę. Udało się to jednak znakomicie. Podobno sam Kurosawa przyznał Sturgesowi, że Siedmiu wspaniałych to jeden z jego ulubionych filmów i obdarował go ... samurajskim mieczem
  • Obsadę dobierano w wielkim chaosie i pośpiechu. Trwał wówczas strajk aktorów. Niektórzy z siódemki to "zastępcy" planowanych wcześniej odtwórców ról. Steve McQueen tak bardzo chciał zagrać w filmie, że zainscenizował swój wypadek samochodowy i dzięki temu mógł będąc na zwolnieniu lekarskim, zagrać wymarzoną rolę. Był to sposób na urwanie się z produkcji serialu Poszukiwany żywy lub martwy
  • Zgromadzenie tych kilku indywidualności na planie powodowało spięcia, które mogły źle się skończyć. Brynner od początku był przekonany, że McQueen, stara się zakłócić jego kreację, która miała być postacią pierwszoplanową. Coś w tym jest... Mierzący 1,73 (wg innych źródeł 1,80) Brynner - Chris przed niektórymi scenami usypywał małą górkę z piasku, żeby stojąc na niej być zdecydowanie wyższym. Często McQueen te kopczyki roztrącał nogą tuż przed ujęciem... Wiedział też, że ruch na scenie/ekranie zawsze odwraca uwagę od wypowiadanych przez innych kwestii. Wiedział i "mimochodem" z tego scenicznego mechanizmu korzystał. Obejrzyjcie kilka scen zwracając na to uwagę
  • Podczas pracy nad filmem odbyło się wesele Y. Brynnera z Doris Kleiner. Za miejsce biesiady, posłużyła zbudowana na potrzeby filmu wioska. Po weselu podobno atmosfera między aktorami znacznie się poprawiła. A małżeństwo przetrwało... 7 lat.
  • Jednym z walorów Siedmiu wspaniałych jest sceneria. Większość westernów kręcono wówczas w dekoracjach budowanych w halach wytwórni filmowych. Siedmiu wspaniałych kręcono w Meksyku, w autentycznym malowniczym terenie
  • Po trwającej niespełna dwa miesiące pracy na planie powstał film, którego premiera przeszła bez echa... Wkrótce jednak świat oszalał i zakochał się w tej pięknej opowieści o pojedynku dobra ze złem i szlachetnych twardych ludziach
  • Efektem tego wielkiego sukcesu były najróżniejsze kontynuacje i remaki. W żadnej z tych produkcji tytułowa siódemka nie spotkała się już w komplecie. Może z tego powodu nie udało się choćby częściowo uzyskać przyzwoitej jakości. Obecnie od dwóch lat trwają podobno prace nad kolejną wersją. Miał w niej wystąpić T.Cruise, ale wycofał się z projektu. Czy film powstanie? Nie wiem, ale jakoś nie budzi to u mnie żadnych emocji...
Raczej emocjonuję się tym, że w każdej chwili mogę sięgnąć po płytkę i zobaczyć film po raz siedemdziesiąty ósmy.

22 lipca 2014

Dlaczego lubię propagandę i jaką?

Spojrzenie "stalowych" oczu Gibsona...BEZCENNE
Mamy rok 2002. Wchodzę do biura w Straszynie i jak często, wizytę u moich kolegów zaczynamy od wspólnej kawy, ploteczek, wymiany ciekawostek ostatnich dni. Nasze "posłannictwo" czyli pomnażanie chwały trójramiennej srebrnej gwiazdy... odkładając na później.
Pochwaliłem się, że w sobotę obejrzałem film Byliśmy żołnierzami z M.Gibsonem. Bardzo mi się podobał, choćby z racji odtwórcy roli głównej, którego lubię. Koledzy, którzy film także widzieli, przyznali, że fajne kino, warte obejrzenia. Ot byłoby i wszystko gdyby nie Michał, który często miewa refleksje, rzucające dodatkowe światło na różne sprawy.


- Film w porządku, ale czy nie zauważacie, że w sensie propagandowym to ta sama półka co gigantyczne produkcje Mosfilmu o tzw. Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej?
Stwierdzenie tak celne, że nas poraziło. Czemu nikt z nas nie zauważał (?) tego mimo, że jest to widoczne po takim "wskazaniu palcem" jak na dłoni?
Myślałem o tym wiele razy przy okazji tego i innych filmów. Stwierdziłem, że nie przeszkadza mi propaganda, a nawet manipulacja jeśli wiedzie w tą stronę, która jest mi bliska, racjonalnie lub uczuciowo. Czy to źle?

Filmy "wietnamskie" i samobiczowanie amerykańskie


Wspomniany na wstępie film być może ustępuje walorami artystycznymi, a z pewnością popularnością takim produkcjom jak Łowca jeleni, Pluton, Czas apokalipsy. Technicznie jest perfekcyjny, ale możliwości w tym zakresie od czasu choćby Czasu apokalipsy pogalopowały jak Karino. Nie w tym rzecz najważniejsza. Niczego nie ujmując poprzednim filmom, były one przesycone samooskarżeniem o wojnę, która zabrała spokój i życie 3 milionom ludzi, w tym 2/3 to... ludność cywilna.
Wojna to coś podłego, obrzydliwego i nie ma tzw. "dobrych wojen". No...podobno są sprawiedliwe i niesprawiedliwe. Ale fakt, że amerykanie w krótkim czasie zaczęli obwiniać o wojnę w Wietnamie najpierw rząd, a później własnych żołnierzy jest wstydem. Na skutek słusznych lub niesłusznych decyzji, USA posłało swoją armię do kraju, którego statystyczny Amerykanin nie umiał znaleźć na mapie to jedna sprawa. Ale lojalność obywateli wobec własnych żołnierzy i szacunek dla nich, powinny być ponad rozważaniem o słuszności wejścia w konflikt. Tymczasem sami tych żołnierzy zaczęli traktować jak zbrodniarzy. Oczywiście nie wszyscy, ale różnej maści lewackie czy anarchizujące grupy stały się liczne i głośne. Zwykle zresztą głupota więcej hałasu robi niż rozsądek. Nie bez znaczenia jest tu też bezpośrednia czy pośrednia akcja propagandowa sowiecka. Ameryka to zdaniem wielu wspaniały kraj, ale społeczeństwo naiwne, a może infantylne. Zrozumienie politycznej potrzeby interwencji w Korei, a później w Wietnamie to dla statystycznego Amerykanina to, czym dla mnie ... 2,30 w skoku wzwyż.
Naklejka ...
W ten nurt protestu i pogardy, włączyło się kilka znanych postaci z niejaką Jane F. na czele. Jej zaangażowanie dorównujące niemal jej głupocie przyniosło wiele złego. Być przeciw wojnie to jedno, a działać na szkodę własnej armii i kraju to rzecz zupełnie inna.
... i jej prawidłowe użycie
Ojciec wspomnianej Hanoi Jane czy raczej... Hanoi Bitch, słynny i świetny aktor, publicznie potępił jej przestępcze i podłe działania. Choć nigdy nie została za nie sądownie ukarana... Mało tego, do dziś cieszy się popularnością, a mało kto pamięta, że była "reklamówką" naszych kontraktowych wyborów 1989. Cóż, w gorączce przygotowań, może nikt nie zastanowił się kim (raczej CZYM) ona rzeczywiście jest.

Jeśli chcecie poczytać o jej "wyczynach" polecam solidnie pisany i interesujący blog:



Zgoła odmienną reakcję wywołała postawa najsłynniejszego "kowboja" świata J.Wayne'a, który nie tylko nakręcił film Zielone berety, próbujący uświadomić pseudopacyfistom ciężką służbę żołnierzy w Wietnamie, ale także odwiedzał oddziały w strefie przyfrontowej. PRLowskie gazety też mieszały go z błotem nazywając faszystą....


 

 

 

 

Otrzeźwienie 

 

Kiedy po irackiej inwazji na Kuwejt, amerykańska armia zaatakowała z morza powietrza i lądu wszyscy wstrzymali oddech. Pamiętam przemówienie G.Buscha (..."oni nie zdają sobie sprawy z kim zadarli"...)

Operacja przygotowana perfekcyjnie. Technika i piorunujące uderzenia. Według oficjalnych danych zginęło 250-400 ludzi (USA i sprzymierzonych). Determinacja wielu żołnierzy przywróciła blask armii amerykańskiej, skutecznie przez lata szkalowanej

I tu nie powstrzymam się od przytoczenia pewnej historyjki, podobno prawdziwej, pokazującej zaangażowanie i zapał żołnierzy:
Pewien pilot śmigłowca, transportował zaopatrzenie dla swoich kolegów na trudny i niedostępny odcinek, od kilku dni śpiąc po 2-3 godziny. Jego dowódca dowiedziawszy się o tym, wysłał swojego adiutanta, aby ten zakazał mu pracy ponad ludzkie możliwości.
Po powrocie:
- Przekazał mu pan mój rozkaz?
- Yes sir !
- I co powiedział?
- ...że może go pan....pocałować w kutasa
Pułkownik zadumał się...
- Proszę przygotować dokumenty potrzebne do odznaczenia!

Wielki sukces obudził dumę Amerykanów. Pod koniec wojny pojawiły się przed amerykańskimi domami żółte wstążki na drzewach. Symbol wsparcia żołnierzy i oczekiwania na ich szczęśliwy powrót. Tandetne? Ale chyba dobry to zwrot w myśleniu...?

A my i nasze spojrzenie na własną armię? 

Po niemal 50-letniej przerwie odzyskaliśmy własną armię i sam ten fakt cieszy nas wszystkich, a w każdym razie powinien. Polscy żołnierze i oficerowie, którzy służyli w formacji nazywanej LWP, jeśli byli porządnymi ludźmi musieli borykać się z wieloma podłościami i rozterkami. Niektórzy się zeszmacili, ale chyba większość utrzymała przyzwoitość do tego stopnia, że nawet w mrocznym PRL-u, żołnierze byli szanowani. Nie doszło na szczęście do wojny w której walczyliby w imię czerwonych idei.

Więc jak i co myślimy o polskim wojsku w niepodległej Polsce?

Zwykle lubimy narzekać, więc i na wojsko narzekamy. Albo, że wielki to i niepotrzebny wydatek, albo że za słabe i marnie uzbrojone. Znam takich którzy w swojej logice potrafią te dwa zarzuty ze sobą łączyć...
Bezsens organizacyjny formacji LWP i panujące tam chore relacje na moje szczęście znam tylko z opowiadań i kabaretu pod nazwą Studium Wojskowe PG z płk. Zdzisławem S. i paroma innymi. Myślę, że nasze wojsko i formacje PRLu mają się do siebie tak jak tamta smutna epoka i dzisiejsze czasy. Świetnie raczej nie jest ale skok jak z lepianki do domku z ogródkiem.
Dziś kiedy dwa sąsiednie nam kraje prowadzą otwartą wojnę, chyba każdy częściej myśli o naszej armii i jej możliwościach w razie potrzeby. Może nawet ci najbardziej i wiecznie niezadowoleni, chętnie by się opodatkowali na rzecz dozbrojenia...

A jak filmy pokazują nasze wojsko?

Kroll (1991)
Debiut i jednocześnie film dyplomowy Pasikowskiego. Otworzył serię filmów gdzie w dialogach lecą "kurwy" nieustannie, co wówczas raziło, potem spowszedniało. Dziś popadliśmy w kolejne dziwactwo. W dialogach wulgarne wyrażenia są wygłuszane, co drażni czasem wręcz przeszkadzając w oglądaniu. Albo nie puszczajmy filmu, bo jego słownictwo jest nie do przyjęcia, albo puszczajmy z ostrzeżeniem o dialogach, które mogą gorszyć. Ale do rzeczy. 
Fabuła, to niezbyt wyszukana historia obyczajowa, ale z ciekawymi i zaskakującymi zwrotami akcji. Toczy się na pograniczu wojska i świata cywilnego. Obraz wojska jest dość przygnębiający. Oficerowie nie ocknęli się jeszcze z koszmarnego snu PRL-u. Radzą sobie metodami z ledwie co zamkniętej epoki. Tolerują, a wręcz sprzyjają gnębieniu żołnierzy młodszych. Bo wygodny to dla nich mechanizm, zastępujący normalny dozór i dyscyplinę. Sprzętu widzimy w filmie niewiele, ale biednie tu i obraz raczej żałosny. Film głośno komentowany, wzbudził podobno oburzenie wśród ówczesnej kadry oficerskiej.

Samowolka (1993)
Film Falka to drastyczny obraz patologii koszarowego życia. Zjawisko tzw. fali oglądane tu, może przekonać, że wojsko w tej postaci to chory świat, a użyteczność takiej armii jest zerowa. Obraz smutny, skutecznie chyba zniechęcający do wojska w formie, którą odziedziczyliśmy po LWP.
 
Demony wojny (1998)
Siedem lat po Kroll'u ten sam reżyser pokazuje nam już inny obraz armii. Czekamy na wejście do NATO i WP bliskie jest już przekształcenia w zawodowców. Na wojnę w Jugosławii trafiają wyselekcjonowani ochotnicy. Sprzęt nadal "Sdiełano w SSSR", ale żołnierze wyglądają już lepiej. Różne postawy, dla dobra dramaturgii przerysowane, zyskują sympatię widza. I oglądając możemy już bez zażenowania takie wojsko z własnym krajem utożsamiać. Film pokazuje ciekawy fakt o którym wszyscy wiemy, a hipokryzja powoduje, że staramy się o nim nie pamiętać. Jeśli jakakolwiek armia wysyła swoje oddziały na teren objęty wojną, to nawet jeśli je nazywa siłami pokojowymi, rozjemczymi, stabilizacyjnymi to i tak są to jednostki bojowe i wcześniej czy później biorą udział w walce... Zabijają i giną.
- Człowieku ! Dlaczego mam zabić trzech ludzi ?!
- Są najbliżej, w tamtych pan nie trafi.
(Rzeczowe podejście plut. Cichego)
Przyznam, że film ten lubię z racji aktorów, dobrej gry, emocjonującej akcji. Nie przeszkadza mi, że fabuła pewnie naciągana. To film, a nie rekonstrukcja wydarzeń. 
A to, że mjr Keller, zamiast przemawiać językiem literackim wydaje jasną komendę:
Rozproszyć się ! Kurwa !! Ognia !!!
Nie oburza mnie, wydaje się w takich scenach naturalne. Tam gdzie ma to uzasadnienie i wymaga tego realizm, słów odległych od literatury pięknej użyć należy. Najwyżej napiszecie w komentarzach o braku kultury koziołka... Trudno !
"Ludzie, którzy lękają się mocniejszych wyrażeń, są tchórzami, bo naga rzeczywistość ich przeraża, a tacy właśnie słabi ludzie są największymi szkodnikami kultury i charakteru. Tacy wychowaliby naród jako gromadę przeczulonych człowieczków, masturbantów fałszywej kultury w rodzaju św. Alojzego, o którym powiedziano w księdze mnicha Eustachego, że gdy św. Alojzy usłyszał, jak mąż jeden z wielkim hukiem wypuścił wiatry, rozpłakał się i w modlitwie dopiero znalazł ukojenie."
/Przygody dobrego wojaka Szwejka/

Misja Afganistan (2012)
Serial fabularny stawiający sobie za cel pokazanie warunków służby na trudnej misji. Mamy wachlarz osobowości, ciekawe wątki. Dobra obsada i moim zdaniem dobra gra aktorska. Małaszyński świetnie wyglądał w mundurze Abwehry w innym serialu, ale tu w naszym mundurze też się dobrze prezentuje.  Jeśli chodzi o ten wizualny aspekt to Ilona Ostrowska w mundurze jest równie urocza jak w innych rolach. W jednej ze scen... nie wiem czy potrzebnej, munduru tego pozbywa się gwałtownie i całkowicie.
por. Winnicka (Ilona Ostrowska)
W tym serialu możemy obserwować polskich żołnierzy z porządnym wyposażeniem i korzystających z najnowszej dostępnej techniki. Mamy spory między żołnierzami, ale i solidarność w trudnych momentach. Szlachetność. Czy obraz jest prawdziwy? Oddaje rzeczywistość? Nie wiem, ale ja tak chcę widzieć polskie wojsko! 
 Wszak to koziołkowe myśli i koziołkowa wizja świata !





09 lipca 2014

"Działa Navarony" .. można było nakręcić na Helu ?

Chyba większość z nas czytała książkę A. Maclean'a Działa Navarony. A z pewnością każdy, widział film zrealizowany ponad 50 lat temu. Wartka akcja, świetna obsada i technika stosownie do czasu, chyba bez zarzutu.
Fabuła dość luźno wykorzystuje tło historyczne Kampanii Bałkańskiej 1941 r. Nie wiem czy istnieje wyspa Navarona (zdjęcia kręcono na Rodos), a z pewnością, żadnych dział tam nie było, bo kiedyż Niemcy zdążyliby je zainstalować?
Jednak w tym czasie bateria taka istniała ! Gdyby tam umieścić akcję filmu, nosiłby tytuł "Działa Helu" lub może "Hell Guns". Ale na jaką skałę wspinałby się G.Peck ?. Na półwyspie co najwyżej na 10 metrową wydmę. Zbyt mało dramatyczne...
Trzy 16'' działa zainstalowali między Juratą a Helem Niemcy w 1941 roku. Wieża pojedynczego działa ważyła prawie 400 ton. Ogniem kryła podejście do Zatoki Gdańskiej (zasięg w zależności od rodzaju pocisku do 50 km). Po sukcesach niemieckich w wojnie z ZSRR, bateria straciła rację bytu. Działa zdemontowano i przeniesiono w rejon Calais jako baterię "Lindemann" (Ernst Lindemann - dowódca pancernika Bismarck). Tam działa oddały około 150 wystrzałów, ostrzeliwując wybrzeże w okolicy Dover. We wrześniu 1944 żołnierze kanadyjscy zajęli teren baterii i wysadzili ją. Resztki budowli zostały unicestwione podczas budowy tunelu pod Kanałem La Manche.
Wieża kierowania ogniem zwana dziś "Mysią Wieżą" i widok z niej
Dziś możemy podziwiać zachowane stanowiska dział na Helu. Z trzech, dostępne jest jedno. Zachowała się też 30 m. wieża kierowania ogniem, w której urządzono ciekawą ekspozycję Muzeum Obrony Wybrzeża. Z jej szczytu roztacza się fantastyczny widok. Zachowała się też konstrukcja suwnicy służącej do wymiany luf dział. Ich żywotność nie przekraczała 300 wystrzałów.
Zdjęcie z czasu budowy baterii
Bateria ta nosiła nazwę "Schleswig-Holstein", ale nie należy tu szukać powiązań bezpośrednich z pancernikiem, który o 4.47 1.IX rozpoczął ostrzał Westerplatte, z marnymi wynikami uczestniczył w pojedynkach z Baterią Laskowskiego, zatonął podczas bombardowania Gdyni, a skończył nędznie jako okręt-cel dla sowieckiej floty, na poligonie w Zatoce Fińskiej, nieopodal zatopionego krążownika "Magdeburg", mającego niebagatelne miejsce w historii. Ale to zupełnie inna historia ... Szukajcie, a znajdziecie.

02 maja 2014

Trzy przełomowe kotlety schabowe

Kotlety schabowe zna chyba każdy, a dla większości z nas schaboszczak z ziemniakami i zasmażaną kapustą jest niemal symbolem narodowym. I to właściwie tyle, bo popularne to danie służy do zaspokojenia głodu z tą superatą, że smacznie.
Trzy schabowe w moim życiu miały kluczowe znaczenie i zainicjowały filozoficzne rozważania... oczywiście na koziołkowej głowy poziomie.


Schabowy pierwszy

Tu pewna umowność. Nie był to jeden kotlet, a wszystkie te, które pamiętam z domowych obiadów mojej Mamy. Mama gotowała świetnie i takie było zdanie nie tylko domowników. Cóż z tego, skoro urodziłem się jako niejadek i to skrajny. Różnych sztuk Rodzice próbowali, żeby mnie namówić lub przekonać do jedzenia. Piotruś jadł tyle co wróbelek i wyglądał jak pensjonariusz KL Auschwitz. Zdesperowanej Mamie prawdę powiedziała lekarka (p.Korgul):
"Niech się pani nie martwi, jest zdrowy. A to, że nie chce jeść zmieni się. Przyjdzie taki moment, że nie nadąży pani z gotowaniem"
Prawda, przyszedł ! W wieku kilkunastu lat zacząłem żreć jak opętany, a co zabawne, bezkarnie. Zostałem chudzielcem.
Zanim do tego doszło, moja niechęć do jedzenia była dramatem całego domu. Nie dość, że jadłem mało, to wybrzydzałem okropnie. Lista potraw, których nie lubiłem jest tak długa, że można by wydać książkę porównywalną objętościowo z książką telefoniczną średniego województwa.

Zatem  wyliczę co lubiłem :
  • kotlet mielony z ziemniakami i surówką z marchwi na słodko
  • pierogi ruskie ze śmietaną 
  • naleśniki z jabłkami (chyba)
To cała wyczerpująca lista. I tak przez kilka lat cała rodzina jadła to samo, "bo Piotruś nic innego nie zje". Dziś myślę, że powinienem dostać solidnie w dupę i zostać zamknięty w pokoju z talerzem na przykład szpinaku i tak do skutku.
Mama jednak metodą niezmiernie łagodną próbowała i osiągnęła sukces, na miarę przełamania frontu nad Sommą. Zacząłem jeść nie tylko kotlety mielone, ale i schabowe przekonywany dyplomatycznie, że to niemal to samo. Mniejsza tu moim zdaniem o rozpieszczonego gówniarza. Reszta domowników mogła wreszcie liczyć na jakieś rozszerzenie menu.
Tak więc w każdą niemal niedzielę, wszyscy jedli schabowego z kapustą, oczywiście z wyjątkiem Piotrusia, dla którego trzeba było znów ucierać surówkę z marchwi...
Tym, którzy PRLu nie pamiętają, a jeszcze brną przez koziołkową paplaninę wyjaśnię.
Schabowy był rarytasem, nie ze względu na cenę mięsa, tylko dlatego, że mięso to trudno było zdobyć. Wówczas właściwie wszystko się zdobywało, co miało swoją "jasną" stronę - satysfakcję i dumę zwycięzcy. Otóż Mama moja jak wszyscy wyruszała na zakupy jak na łowy. Kiedy utrudzona ponad miarę wracała i z siatek wydobywała swoje zdobycze miała prawo być dumna, a my cieszyliśmy się jak szaleni. Właściwie było to polowanie tyle, że bez dzidy i łuku.
Do dziś jedząc schabowego przypomina mi się dom z dzieciństwa oraz pewna nieprzekładalna na słowa, atmosfera i poczucie dziecięcej beztroski.
Kłobucka 8 - tu stał dom mojego dzieciństwa
Rodziców już nie ma, domu na Kłobuckiej 8 także. Już wcześniej zniknął ogródek z kwiatkami i piaskownicą. Ale pamiętam ten klimat i ludzi, którzy chętnie do nas przyjeżdżali. Wielu z nich odeszło i to także powód, żeby wspomnienia kolekcjonować, pielęgnować, odkurzać i dzielić się nimi...


Schabowy drugi

Rok 1990. Po 50 latach okupacji odradzała się Polska. Byłem już na finiszu studiów i wraz z 3 kolegami, z początkiem maja mieliśmy wyjechać na regaty Waterbike do Goeteborga. Dziś nie da się zrozumieć co znaczył wtedy wyjazd za granicę. Na dodatek dla mnie był to wyjazd pierwszy. Wcześniej nie byłem nawet w NRD...
PRL zniknął, ale niektóre śmiesznostki jeszcze się trzymały twardo. Najpierw okazało się, że jako studenci reprezentujący Politechnikę Gdańską sami jechać nie możemy. Musi być opiekun ! Na szczęście udało nam się namówić na to laboranta z hydromechaniki Janusza Ś., który był wyśmienitym towarzyszem naszej wyprawy i od razu zaproponował żebyśmy go traktowali jak kolegę.
Drugi problem to dewizy. Po licznych staraniach uzyskaliśmy zgodę i przydział dewiz, pomimo bezprzykładnego oporu szefowej kwestury. Odebraliśmy w końcu szaloną sumę 42$, którą wręczała nam osobiście. Nie, nie.... Nie 42$ na osobę i nie 420$. 
CZTERDZIEŚCI DWA DOLARY 
na 5 ludzi i 2 samochody
Dzięki uprzejmości konsula, otrzymaliśmy błyskawicznie szwedzkie wizy. Po licznych innych formalnościach, zapakowaliśmy łódkę na przyczepę i transport składający się z Poloneza-Trucka i 12-letniego Fiata 126p ruszył do Świnoujścia. Około południa wjechaliśmy na prom Nieborów (port "macierzysty" Nasau) . Pomimo zatankowanych do pełna zbiorników przemycaliśmy dwa kanistry, bo za co niby mielibyśmy kupić benzynę w Szwecji? Mieliśmy też 6 butelek paliwa 40%, których koniec końców nie użyliśmy jako waluty wymienialnej. Ale zapewniam, że się nie zmarnowały. Na promie najedliśmy się do syta i tuż przed zachodem słońca dopłynęliśmy do Ystad. 
Już na podejściu do portu oczarowani byliśmy widokiem. Miasto, choć niewielkie to oświetlone, czyste. Kolorowe budynki. Zjechaliśmy z promu. Szwedzcy uprzejmi celnicy, zamiast kontrolować, zapytali tylko czy nam czegoś nie trzeba i czy wiemy jak jechać do Goeteborga. Dziwne, nie? Przespacerowaliśmy się po miasteczku dziwiąc się wszystkiemu. Podobały nam się nawet kolorowe reklamy, które dziś są utrapieniem na każdym kroku u nas, a wtedy wydawały się pięknym akcentem krajobrazu. Kiedy zobaczyliśmy przeszklony salon samochodowy to już był szok. W środku stały... samochody (!!!). Nie atrapy, nie z tektury ! Na dodatek przy każdym tabliczka z opisem i ceną. Można przyjść obejrzeć i kupić. Pamiętam, że stał tam piękny ciemnożółty Chevrolet Corvette. Czyli są miejsca na świecie inne niż Polmozbyt ?
Wiele jeszcze zdziwień nas czekało. Czynne sklepy i lokale w środku nocy w Malmoe, fontanna podświetlana kolorowymi reflektorami w rytm muzyki klasycznej. Szosa gładka jak stół bilardowy z pasami wymalowanymi równo i zatopionymi odblaskami. Nawiasem mówiąc po 25 latach wiele rzeczy, które wtedy widzieliśmy po raz pierwszy, wydaje się dziś normalne, bo są normalne (!), ale już nie pamiętamy, że kiedyś ich u nas nie było...
Na regaty dotarliśmy szczęśliwie. Szwedzi gościli nas najlepiej jak umieli i cieszyli się, że Polacy znów są wolni. Jakoś, co nie bez złośliwej satysfakcji zauważyliśmy, nie byli tak serdeczni wobec ekipy z Rostocku (NRD).
Wszystko odbyło się jak należy. Dobrze się wszyscy bawili. Ale to temat na długą i odrębną historię z niezwykłym epizodem, którym było spotkanie Andrzeja Nebeskiego. Kto pamięta? 

Pozdrawiam Panie Andrzeju !

 

Wróćmy jednak do schabowych, bo ten drugi już, a trzeci się niecierpliwi...

Szwedzcy koledzy zatankowali nam samochody i bez nerwów dojechaliśmy do Ystad. Wieczorem rampa opadła na terminalu w Świnoujściu i bajkowy świat zastąpiła nasza ówczesna rzeczywistość. Już na terenie portu, na wybojach przywaliliśmy sprzęgiem przyczepy i musieliśmy go prowizorycznie naprawić. Ponieważ tym razem na promie bon żywnościowy wykorzystaliśmy zaraz po wyjściu w morze, to teraz byliśmy nielicho głodni. Po kilkudziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się w jakimś miasteczku i z radością stwierdziliśmy, że jest restauracja i na dodatek otwarta. Pawilon ze stali i szkła. Toporny jak większość budowli początku epoki Gierka. Wnętrze według estetyki tejże samej i zapachy kuchenno-dworcowe. Pusto. Kelner w niegdyś białym kubraku, spojrzał na nas niechętnie i podał karty.
- Proszę szybko zamawiać...
- Ale restauracja do 22.00... (była 21.15)
- Tak, ale kucharz zaraz wychodzi !
Wybór potraw nie powalał ilością. Zatem żeby szybko i żeby PAN kelner się nie obraził zamówiliśmy 5 x schabowy. O ile pamiętam, strawę dostaliśmy dość szybko.
Na talerzu zobaczyłem kawałek żylastego ścierwa, wielkości biletu tramwajowego w kolorze wiosennym. Towarzyszyły mu ziemniaki w barwie sinych fal Bałtyku i nieokreślona masa będąca być może kapustą zasmażaną. Ale chyba jadł ją już ktoś przed nami.
Zjedliśmy bez wahania. Obawialiśmy się tylko, że dalszą drogę do domu będziemy musieli przerywać co kwadrans, ale nie. Żołądki studenckie zahartowane były przez stołówkę przy Wyspiańskiego, a w moim wypadku także przez stołówkę w Conradinum.
To był drugi ważny schabowy. Bo strasznie byliśmy głodni i szybkim był sposobem abyśmy z niezwykłego świata wrócili do naszego realnego.

Trzeci schabowy

Kilka tygodni temu, złośliwy los spowodował, że znalazłem się w Poznaniu na targach jako wystawca. Paranoja targów polega na tym, że ich sens przeminął z końcem lat 90-tych. Wszyscy to wiemy, a nadal udział w nich uważamy za obowiązek. Od przedpołudnia do wczesnego wieczora na stoisku w zgiełku, pijąc imitację kawy, nic nie robiąc, człowiek męczy się bardziej niż przy kopaniu kanału Wołga-Don.
Zdjęcie Tadeusza jako targowa wizytówka WAYMAN'a
Wracałem około 19-ej do hotelu.
Obserwowałem watahy młodych wilczków znajdujących przyjemność w libacjach. Poszukiwali też przygód, choć to wielkie wyzwanie, bo współczynnik zatyczka/gniazdko na takich imprezach to 3/1 albo gorzej. Chyba, że to targi kosmetyków lub medyczne.
Coś tam jadłem na mieście lub w hotelu, szedłem do pokoju i zasypiałem nad książką lub przed telewizorem.
Kiedy po trzech dniach, we środę miałem już serdecznie dość i zdałem sobie sprawę, że przede mną jeszcze dwa dni, zrobiłem wszystko na co mnie było stać... czyli załamałem się. Zszedłem smętny do restauracji, bo choć dusza zbolała i zrezygnowana, to ciało domagało się paszy. 
Hotel był porządny, restauracja niezła, obsługa miła. Przeglądałem kartę nie wiedząc co wybrać i olśniło mnie. 
Zwykły schabowy !

Z kapuchą i ziemniakami, a do tego duży kielich czerwonego wina. Był pyszny, kapusta zrobiona tak jak lubię. Napełniłem koziołkowy brzuch i przypomniałem sobie to wszystko o czym powyżej Wam napisałem (tym którzy dotąd nie usnęli). Wróciłem do pokoju zawinąłem się w kołderkę i wciąż mając przed oczami kolejny dzień targów zasnąłem, wierząc że przetrwam ten kierat.

Nie tylko wielkie wydarzenia, osiągnięcia i klęski są w życiu ważne. Czasem drobiazgi. Tak jak schabowy w krytycznym momencie.
Dziś być może jestem na ostatnim etapie życia, ale może jakiś schabowy to zmieni?