17 września 2016

Manipulacje wyborcze i wszechobecni TW

Jak już nieraz wspominałem, do rozważań w kwestiach wielkiego świata polityki się nie biorę. Małe koziołki zbyt małą wiedzę mają i bystrości im nie staje. Zatem o małych rzeczach powspominam.

DS-8 "KOGA" jako gniazdo intryg i machinacji

Zacząłem studia w dość smutnym okresie. Połowa lat 80-tych, to czas kiedy namiestnicy wyznaczeni przez Moskwę nie mieli już pomysłu na dalszą działalność PRL, a ich sowieckie wsparcie także słabło. Niedostępne dla zwykłych ludzi były informacje o prowadzonych wówczas negocjacjach dotyczących ustąpienia Rosji z środkowej Europy. Nastał pewien marazm. Choć może niektórym z nas trudno to dziś przyznać, ruchy niepodległościowe także straciły dynamikę. Wszyscy byli zmęczeni. Wielu z nas nie wierzyło w realne szanse na odzyskanie niepodległości. Ja także. Nie wstydzę się tego. To nie brak patriotyzmu, tylko brak szerokiej wiedzy.
Ci, którzy jako studenci brali udział w zrywie sierpnia 1980 lub byli jego świadkami, kończyli właśnie studia. Jedyną organizacją studencką był ZSP popularnie zwany "zsypem". Plotka głosiła, że na naszym wydziale 3 osoby do tej organizacji należały. Zabawne jest, że ta trzeciorzędna przybudówka PZPR stała się "tajna". Jeśli ktoś z jakiegoś powodu do niej należał to nie chciał tego ujawniać, bo był to wstyd. W powszechnym mniemaniu, na każdym roku był jakiś informator SB. Nie specjalnie nas to emocjonowało. Wyuczono nas w domu żeby w rozmowach być ostrożnym. A ponieważ żadnych poważnych opozycyjnych działań nie podejmowaliśmy, to podejrzeniami o współpracę z SB obdarzaliśmy w myślach (wyłącznie!) tych którzy nie cieszyli się naszą sympatią. Takie zwykłe dziecinne stygmatyzowanie. Podwórkowe. Rudy - fałszywy. Piegus - nie nasz. Bo byliśmy dziećmi.
Jednak paru z nas pokusiło się o machinacje i lokalne "spiski".

Krok pierwszy

Istniało gremium nazwane Radą Mieszkańców. Ale istniało tylko teoretycznie. Nikt nie chciał się tym zająć. Ostatni przewodniczący owej rady robił właśnie dyplom. Nie w głowie mu były sprawy życia codziennego akademika. To zrozumiałe.
Chyba ktoś z administracji osiedla podpowiedział nam żebyśmy się jakoś zorganizowali. I tak kilka osób będących na III roku postanowiło zdobyć "władzę" po którą nikt sięgnąć nie chciał. Zdecydowaliśmy, że Maciek zostanie Szefem Rady Mieszkańców. Skład komisji wyborczej zapewniał nam pełną kontrolę i panowanie nad sytuacją. Rozwiesiliśmy stosowne ogłoszenia o wyborach. Kartonowe pudełko po butach awansowało na urnę wyborczą i określonego dnia w pokoju 317 można było oddać głos. Byliśmy oczywiście przygotowani na niespodzianki i mieliśmy na to prostą receptę:
Nieważne kto i jak głosuje, ważne kto liczy głosy!

Jak widać, już w tak młodym wieku mieliśmy znacznie skorodowane morale. Los jednak uchronił nas przed haniebnym uczynkiem jakim byłoby sfałszowanie wyborów.

Dlaczego?!
Dlatego, że nie było takiej potrzeby. Pozostali "kandydaci" byli także spośród nas i świadomie występowali jako pozoranci. Żaden prawdziwy kontrkandydat się nie pojawił. Nikt się nie kwapił do działania. Nawet takiego, które było przez PRL dozwolone.
Na około 400 mieszkańców DS-8, głosowało niewiele ponad 50 osób. Większość głosujących była z naszego roku. Zatem bez żadnego fałszerstwa Maciek wybory wygrał.
Nie spodziewaliśmy się wielkiego zainteresowania i tłumu zaangażowanych wyborców, ale... aż takiej obojętności także nie.  
Czy coś Wam taki marazm miniaturowej społeczności przywodzi na myśl w odniesieniu do obecnych czasów ???
Tak łatwo przeprowadzona akcja zachęciła nas do dalszych ruchów.

Krok drugi

Rok później postanowiliśmy, że trzeba zagarnąć wszystkie martwe stanowiska. Nie bawiliśmy się już w wybory...
Maciej jako najbystrzejszy z nas, a co ważniejsze najbardziej wówczas emocjonalnie dojrzały, został Przewodniczącym Studenckiej Rady Wydziału. Wybraliśmy jeszcze 3 osoby i tak pięcioosobowa grupa zawłaszczyła choć skromną w uprawnieniach, to całą władzę studencką.
Spotkaliśmy się późnym wieczorem w pokoju Macieja i rozdzieliliśmy funkcje. Bezproblemowo, bo każdy wiedział czym chce się zająć i nikt nikomu w drogę nie wchodził. Mnie przypadła rola Szefa Rady Mieszkańców po Maćku który "awansował". 
Zgodnie z dobowym rytmem życia studenta, poszliśmy spać mocno po północy i następnego dnia w południe mieliśmy się spotkać z prodziekanem ds. studenckich, żeby przedstawić mu skład i funkcje.
Dziekan przyjął nas bardzo przychylnie, wysłuchał, każdemu łapę uścisnął i wyraził całkiem szczere zadowolenie. Kiedy w gabinecie z dziekanem zostaliśmy tylko ja i Maciej, przekazał nam piorunującą informację. Otóż tego dnia przed nami było u niego dwóch niezapowiedzianych gości. Takich którzy rzadko się zapowiadali gdziekolwiek, ale trudno im było odmówić. Standardowe garnitury i standardowe twarze. Oznajmili dziekanowi, kto jakie funkcje w samorządzie będzie pełnił. Dziekan nie podzielił się z nami z oczywistych względów szczegółami rozmowy, poprosił tylko żebyśmy byli ostrożni. Zachował się bardzo fair
Dał nam ten incydent do myślenia. Jak to możliwe żeby SB w ciągu nocy dowiedziało się o wyniku naszej kilkunastominutowej narady?
Podsłuch w pokoju? Oczywiście technicznie możliwe, ale bardzo mało prawdopodobne. Nikt z nas nie był jakimkolwiek czynnym opozycjonistą. Mieli kogo podsłuchiwać i inwigilować wśród ludzi stokroć dla nich istotniejszych.
Jeszcze bardziej karkołomnych wyjaśnień chyba nie ma sensu szukać. Ktoś z nas był kapusiem. Z tej trójki (bo siebie wykluczaliśmy) nie umieliśmy wytypować nikogo. Mieliśmy do nich być może nie bezgraniczne zaufanie, ale... TW??? Żaden z nich!
Nie roztrząsaliśmy sprawy ponad miarę. Do dziś nie wiemy i nawet wspominając po latach, niespecjalnie nas ten epizod interesuje. Mieliśmy zamiar uporządkować w miarę możliwości nasz mały świat, który zawierał się między akademikiem na Wyspiańskiego a Instytutem Okrętowym przy ul.Hubnera (obecnie ul.Do studzienki). Przestrogę dziekana wzięliśmy sobie jednak do serca i byliśmy ostrożni.  
Zapewniając sobie oczywiście dostępne "luksusy", w postaci lodówek oraz w miarę całych mebli, staraliśmy się rozsądnie i pożytecznie dla wszystkich wykorzystywać nasze urzędy. Parę rzeczy się udało.
Z eSBekami bezpośrednich kłopotów nie mieliśmy, choć pewnie jakiejś pośredniej obserwacji byliśmy poddani. 

20 lat później

W 2001 roku zacząłem pracę w polskiej centrali pewnego koncernu samochodowego. Samochody ciężarowe fascynują każdego chłopca w wieku lat od 4 do 94. Zawodowo była to chyba największa moja przygoda. Koordynacja współpracy z dealerami to ciężka orka. Ale miałem szczęście. Dyrektorzy handlowi z którymi pracowałem byli samodzielni i rozsądni. Jeśli zdarzył się jakiś wyjątek, to udawało mi się nawiązać bezpośrednie i chyba niezłe relacje z handlowcami. 
Tak czy inaczej odwiedzałem swoich podopiecznych jeżdżąc po Polsce bez przerwy. Jeśli nocowałem w tygodniu w domu dwie noce to była rzadkość.
Prawie zawsze hotel rezerwowałem sam. Czasem zdawałem się na los. Nie było też w moich wizytach sztywnej regularności. Każdego dealera odwiedzałem 3-4 razy w miesiącu.  Nawet szefa swojego nie informowałem o grafiku swoich wyjazdów. Mieliśmy do siebie zaufanie. Jeśli coś chciał wiedzieć to dzwonił i pytał. Jeśli ja coś chciałem to ja dzwoniłem. Jeden z luksusów tej pracy.
I tak pewnego dnia obsłużyłem jakieś spotkania po drodze i późnym popołudniem znalazłem się w dawnym mieście wojewódzkim K. Hotel telefonicznie zarezerwowałem przed południem. Następnego dnia umówiony byłem na ranną wizytę u dealera. 
Wziąłem prysznic, przebrałem się po ludzku i zszedłem na późny obiad lub jak wolicie wczesną kolację. Kuchnia jest tam pewnie do dziś wyśmienita. Obsługa dobrze mnie już znała. Dobrze się tam czułem i zapowiadał się wypoczynkowy wieczór i trochę relaksu. Kiedy zjadłem obiad i piłem sobie lokalne piwo, podszedł do mnie pan w wieku około 40 lat. Schludnie ubrany o sympatycznej powierzchowności. Przedstawił się nazwiskiem, imieniem i ... stopniem jaki miał w CBA.
Maskotka owego hotelu w K. ... Ktoś rozpoznaje?

Nie pominął grzecznościowych pytań o pozwolenie i przysiadł się. Nie będę kłamał. Trochę byłem w szoku. Mimo, że nie miałem powodów do obaw, taka rozmowa ciśnienie jednak podnosi. Trwała w sumie około godziny, choć po kwadransie przestała być służbowa. Pytał o sprawy w firmie znane wszystkim ze słyszenia, ale jak się okazało nie trafił. W te transakcje o które pytał, nie byłem bezpośrednio zaangażowany. Wiedziałem oczywiście czego szukał. Z pewnością pozostałych pracowników mojego szczebla także wypytywano.
Dobrze chyba o nas świadczy, że żaden z nas tematu tego na forum firmy nie poruszył. Nie było afery, a chwalenie się rozmową z CBA poruszyłoby tylko lawinę plotek i niepotrzebnych domysłów. W koncernie rozsądną zasadą jest powściągliwość w wypowiedziach.
Wspominam to zdarzenie tylko dlatego, że ciekaw jestem jak do tego spotkania doszło. Przecież nie namierzano mnie z satelity. Zatem... znów ktoś był informatorem.
A przedmiot dociekań CBA? Dziś nieaktualny ...

Czy powinniśmy bać się służb specjalnych?

Chyba nie. Działają w każdym państwie i w każdym ustroju. Ich skuteczność zależy od operatywności i w razie potrzeby także bezwzględności działania. To często operacje na krawędzi prawa. Czasem także poza prawem. Tak moim zdaniem być powinno. Istotne jest tylko to, czy osoba wydająca polecenia działa w dobrej intencji i nie daje się pokusie bycia ponad prawem.
Ostatnimi czasy wrze dyskusja o możliwościach inwigilacji. Mnie, Ciebie, Was... Czego się obawiać?
Jeśli założymy, że służby działają w złej intencji, to jakiekolwiek bariery proceduralne nie powstrzymają tego działania. Jeśli zaś przyjmiemy, że kierują nimi ludzie świadomi i pracujący dla celów do których służby są powołane, to ograniczanie ich możliwości działania jest korzyścią dla przestępców. Myślę zatem, że dyskusje na temat tychże barier są bez znaczenia.

Sami jesteśmy największym zagrożeniem dla siebie 

Oburzamy się na samą myśl, że ktoś mógłby nas podsłuchiwać, czytać naszą korespondencję. O ruchach na naszych kontach bankowych już nie wspomnę.
Przeprowadzono pewien eksperyment. Dziennikarz z mikrofonem podchodził na ulicy do przechodniów i pytał czy podadzą mu swój PESEL. Na tak zadane pytanie każdy odpowiadał: NIE !
Słusznie i jest to chyba oczywista reakcja. Jednak kiedy sformułował pytanie: 
"Czy potrafi pan/pani z pamięci wyrecytować swój PESEL?"
Niemal połowa automatycznie to czyniła. Taka to nasza "ostrożność".
Instalując na smartfonie, komputerze kolejną aplikację, często nam nawet niepotrzebną, bez zastanowienia podajemy jakieś dane, wyrażamy zgodę na śledzenie lokalizacji. Korzystamy z najróżniejszych wyszukiwarek i nawet nie myślimy o tym, że pośrednio udostępniamy w ten sposób informacje o sobie. Zainteresowania, rodzaj zakupów, plany wyjazdowe itd. Bazują na tym wielkie firmy handlowe i usługowe. Tak budowane są bazy danych. To dzisiejsze narzędzie marketingu.
Można oczywiście nie używać komputera, telefonu. Znam nawet takich, którzy nie korzystają z kart kredytowych i nawet duże zakupy wykonują gotówkowo. 
Wszystko to można, tylko trudno tak chyba żyć. Zatem we wszystkim warto zachować i swobodę i ostrożność. Byle w dobrej proporcji.  
         
    
 

31 lipca 2016

Nie kupujmy gwizdków na 1 sierpnia

Bardzo źle się stało, że z NASZEJ winy do władzy doszli ludzie bez niezbędnej wiedzy do kierowania państwem. Bez wątpliwości, wyczucia, bez obycia. A jak coraz częściej się przekonujemy, także bez zasad.
Skupiają wokół siebie tłum składający się z iloczynu czy może sumy zbiorów:
ludzi sfrustrowanych,
tych którzy nie radzą sobie z kompleksami (bo nie wiedzą, że ma je każdy),
niewykształconych,nieodpowiedzialnych, zagubionych... A także zwykłych głuptaków. 
Zawsze moje obawy budzą ludzie źli, nieuczciwi i do tego agresywni. Dużo bardziej boję się jednak ludzi głupich. A wracając do algebry zbiorów, te dwa mają także całkiem spory iloczyn. Mojemu życiu już nie zaszkodzą. Zaszkodziłem mu przede wszystkim ja sam oraz ci którym najbardziej ufałem. Mogę zatem wypowiedzieć się bez emocji, choć z pewnym obciążeniem goryczy.

Na zbliżającą się rocznicę Powstania Warszawskiego cieniem położył się "zabawny" pomysł lustracji gen. Ścibor-Rylskiego. Byłby zabawny, gdyby nie dotyczył człowieka! Na dodatek człowieka zbliżającego się do kresu swej drogi. Drogi żołnierza, patrioty czasu bardzo trudnego. Dla niego, taki spektakl wymyślony przez durniów, może być ciosem śmiertelnym, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ale o tym kreatorzy naszej rzeczywistości nie myślą. Dla nich jest to kolejny chwyt reklamowy. 
Kiedy byli jedynie hałaśliwą opozycją, Generał ostro upomniał ich podczas uroczystości 1.VIII, bo zachowywali się jak chuligani, bucząc i gwiżdżąc. Tego mu nie darują. Zemszczą się.
Kilka tygodni temu pojawił się kolejny "zabawny" pomysł. Pomysł dołączenia do apelu poległych, listy osób które zginęły w katastrofie smoleńskiej w 2010 roku. Absurd, który powinien przejść bez echa. Ale nie po sześciu latach nieustannego bełkotu o zamachu, krwi na rękach, zbrodni, zdradzie itp. Teraz stało się to prawdziwym problemem. Pomysł łajdaka, wyartykułowany przez jego pacynkę o stalowym spojrzeniu, stał się istotny. Jeśli Powstańcy Warszawscy nie zgodzą się na taki scenariusz uroczystości, nie będzie asysty wojskowej. Takie ultimatum. 
Co dla kogo na tych uroczystościach będzie lub może być zaszczytem, celnie ujął Piotr Kraśko. Dziennikarz z wadą wymowy, która jednak nie przeszkadza mu w docieraniu swoją myślą do ludzi. Własną czy też zadaną. Kiedy słucham jego wypowiedzi, analizuję ich treść i zgadzam się z przekazem lub nie. Nie mam natomiast w tym momencie przemyśleń dotyczących życia jego rodziców czy dziadka. Moja rodzina jest w Polsce od XVI wieku i pewnie paru zawstydzających swym życiorysem przodków by się znalazło.
Gdyby asysty wojskowej odmówiono, uroczystości i tak by się odbyły. Nie skompromitowałyby Powstańców, tylko władze państwowe, ukazując ich prymitywne myślenie. Rozgrywka polityczna ponad wszystko. Tańczą na grobach 96 osób które zginęły w katastrofie, to i zatańczą na grobach 200 tysięcy poległych i zamordowanych. Te dwa tragiczne wydarzenia łączy tylko jedno. Lekkomyślność w podejmowaniu decyzji. Ale tylko to. Ofiary obu tych nieprzemyślanych decyzji zasługują na szacunek i naszą pamięć. Mieszanie tych dwóch zdarzeń to brak szacunku dla jednych i drugich. Ten szacunek za nic mają gracze dnia dzisiejszego.
W swojej chłopięcej (całe życie) naiwności, wyobraziłem sobie szlachetny bunt. Przecież w naszej armii, w taki dzień musi znaleźć się choćby jeden oficer, który honor munduru postawi ponad karierę. Zbierze kilkunastu choćby żołnierzy i przyprowadzi ich w galowych mundurach, żeby oddać pokłon Powstańcom... Naiwny ten koziołek, prawda?
Doszło jednak do czegoś co można nazwać porozumieniem. Nakłonieni do niego Powstańcy nie powinni być przez nas krytykowani. Nie znamy wszystkich szczegółów rozmów i nacisków. Nie umiemy wczuć się w ich sytuację w przededniu rocznicy, która tak ważna dla nich.  
Każdy 1 sierpnia to ICH dzień! 
A my? My możemy i powinniśmy im towarzyszyć tak jak umiemy najskromniej. Chowając na ten czas wszelkie swoje poglądy, przekonania. Przede wszystkim zachować się z godnością i szacunkiem.
To między innymi Powstańcy Warszawscy walczyli o to żebyśmy dziś mogli być wolni i robić z tą wolnością co chcemy. Że wolności tej używać nie umiemy w sposób rozumny? Nie ich to wina. I nie ich winą jest, że w sposób nieodpowiedzialny rzuceni do beznadziejnej walki, zostali w niej pokonani.
W poprzednich latach, podczas uroczystości pod pomnikiem Gloria Victis, ale i w innych miejscach pojawiały się grupy o dziwnej dla mnie intencji. Buczeli, gwizdali, podczas składania wieńców przez prezydenta czy premiera. Miało to w ich przekonaniu podkreślić, że TEN premier czy TEN prezydent nie jest godny przewodniczyć uroczystościom. Do tego mają prawo wyłącznie "prawdziwi" Polacy!
Ten idiotyzm powinien dać nam do myślenia. Nie dał. No to teraz mamy rządy "prawdziwych" Polaków, patriotów, katolików etc.
Są jednak pewne sprawy, wydarzenia historyczne, ludzie i miejsca wobec których powinniśmy schylić głowę i choć na moment przestać pyskować. Bo nasze chwilowe "racje" są wobec nich maleńkie!
Do uroczystości 1.VIII.2016 dołączony będzie tzw. "apel smoleński". Taka farsa patriotyzmu i moment szczytowania wyznawców religii smoleńskiej.
Wiele osób które to oburza, nawołuje do demonstracyjnego i radykalnego potępienia tego łajdactwa. Wygwizdać? Wybuczeć?

Proszę, nie róbmy tego! 
Jeśli zachowamy się w taki sam sposób jak hołota w poprzednich latach, czym będziemy się od niej różnili !?  
Koncepcją polityczną? Gospodarczą? To bez znaczenia. Jeśli zachowamy się tak jak ta gawiedź, która odrazę budzi, 
STANIEMY SIĘ TACY SAMI !

Nikomu niczego mądrego nie pokażemy wchodząc w prostacki styl zachowań. Nie wesprzemy tym Powstańców, którym już tę rocznicę spaprano. Szaleńców będących dziś u władzy nie zawstydzimy, nie zmusimy do refleksji. Wręcz przeciwnie. Utwierdzimy ich w stylu i kierunku postępowania.

To co robić ???

Kto może, powinien udać się na uroczystości. Swoją liczną obecnością pokazujemy Weteranom, że o nich pamiętamy i szanujemy. Oby nie tylko przy okazji rocznic...
Wplecioną antkową tragikomedię kilkuminutową PRZEMILCZMY!
Dosłownie. Jeśli komuś będą się odruchowo zaciskać pięści i będzie zgrzytał zębami, trudno. 
W tej okropnej sytuacji, milczenie będzie głośniejsze od gwizdów, piszczałek i wszelkiego hałasu.
Oddajmy pokłon Bohaterom, a gnomom milczącą obojętność.

"Obojętność jest zemstą świata wobec miernot"
/O.Wilde/
   


07 lipca 2016

Anna M. (1ANKAM11), nie żyje

Poznaliśmy się w Borkach kilkanaście lat temu. To znajomość brydżowa jakich wiele. Nigdy nie byliśmy bliskimi kumplami, ale chyba lubiliśmy się? Sam nie wiem. Od wczoraj już spytać o to nie mogę. 
Kiedyś razem wracaliśmy z turnieju i Anka snuła plany o tym jak na emeryturze ułoży sobie życie. Energii jej nie brakowało, wiedziała co chce robić, zobaczyć, osiągnąć... Zawodowo osiągnęła wiele.
W tej podróży i rozmowie uczestniczyła Jej imienniczka. Anna, czy pamiętasz tą podróż? Może jakiś szczegół? 
Osobliwe jest to, że skwapliwie zbieramy okruchy wspomnień właśnie tylko w takim momencie. W momencie kiedy ktoś odchodzi i nie zapisze już następnej karty swego życia. Taką kartą jest lub może być każdy dzień. Anka zmarła nagle w nocy z 5 na 6 lipca. Karta dnia następnego była zatem otwarta. Pozostanie niezapisana, bo odeszła z tego świata w pół kroku, w pół taktu. Mnie zawsze nurtuje pytanie : DOKĄD ? Pytanie podszyte lękiem i zazdrością... Bo on/ona już wie!
Organicznie zostaje z nas proch lub zgnilizna i choć brzmi to ohydnie to nie bójmy się tego. Ważne jest jak zachowani będziemy w pamięci żyjących. Najbliższych, bliskich, ale także tych dla których byliśmy jednym z przypadkowych elementów życia. Ważne jaki odcień będą miały ich wspomnienia o nas. 
Śmierć nie spycha nas w nicość. W nicość spycha nas zapomnienie. Zapomnienie tych, którzy są dla nas ważni, a kasują nas ze swojej świadomości kiedy przestajemy być użyteczni. To przychodzi często jeszcze za naszego życia.
Czy Ankę czeka taka nicość i zapomnienie? Sądzę, że nie. Nie znam Jej rodziny, bliskich przyjaciół. Wśród nich, jak chcę wierzyć, są tacy którzy pamięć o Niej przeniosą i utrwalą. Dobrą, przyjazną pamięć.
Taką dobrą pamięć zachowają z pewnością Jej przypadkowi znajomi, tacy jak choćby ja. Spotykaliśmy się na turniejach brydżowych i czasem gadaliśmy sobie. Choć nie przytoczę żadnej szczególnej wymiany zdań, to zapamiętałem ich sympatyczną aurę. Skoro ta sympatyczna aura jest moim wspomnieniem, to chyba Anka zostanie z nami na zawsze. Na zawsze i zawsze z uśmiechem.
Jednak cholernie żal... 
ANNA, nick 1AnkaM11, a niektórzy pamiętają dawniejszy - G-Era.  
Bydgoszcz POLOPEN 2009

05 lipca 2016

Pomnik Władysława Bartoszewskiego i moje stanowcze (raczej) NIE!

Wywiązała się jakaś kolejna burza w szklance wody, a właściwie w misce pomyj. Tak. Bo poziom naszych swarów, z czystością, z którą woda się kojarzy, nie ma już nic wspólnego. Radni Sopotu kłócą się o celowość budowy pomnika prof. W.Bartoszewskiego. 
Przesadziłbym stwierdzając, że jestem oburzony, czy nawet zdziwiony. Coraz mniej naszych wybryków mnie dziwi. 
Niepohamowana chęć budowania pomników jest naszej naturze przydana. Nie wiem skąd się to bierze. Zbudowaliśmy i budujemy pomniki Jana Pawła II w ilościach hurtowych, mimo że sam prosił żeby tego nie robić. Tu wyjaśnienie łatwe. Dużo mniej zaangażowania, środków i inwencji trzeba żeby postawić kolejną bardziej czy mniej udatną figurkę, niż zbudować szkołę, szpital czy choćby wodociąg. Jeśli chcecie, niechby ten wodociąg był imienia Jana Pawła II albo im. 11 Apostołów. Jedenastu(!), bo zdrajców... nie liczymy!

Zatem zbudujmy pomnik Wł. Bartoszewskiego

Do Sopotu mam blisko. Wyobrażam sobie pomnik prof. Bartoszewskiego w stylu od jakiegoś czasu popularnym. Ławeczka z postacią  w naturalnej pozie i miejsce obok na którym można przysiąść.  Obowiązkowa jest selfi ostatnimi czasy.
Mamy takie pomniki. Przykładem może być pomnik-ławeczka Jana Nowaka-Jeziorańskiego czy Mariana Rejewskiego. 
Zasługują na takie upamiętnienie. Każdy przechodzień może patrząc na te "ławeczki" wspomnieć o ich dokonaniach z szacunkiem, a o osobach z sympatią. 
Nie są to zimne zwaliste monumenty, a ciepłe i subtelne dowody pamięci, dające bodziec do refleksji, wspomnień, może czasem zgłębiania historii. Takie pomniki nie zawłaszczają przestrzeni miasta a stają się nienachalnym jej elementem. 
Z mojego bliskiego otoczenia też mam przykład. W Orłowie tak utrwalono postać Antoniego Suchanka. Bez przesady i patosu, a zostanie na wieki ślad po malarzu maryniście, który dla mieszkańców Trójmiasta jest postacią ważną.
Na takiej ławeczce z brązu czy marmuru, bardzo chętnie przysiadłbym obok prof. Bartoszewskiego i podumał sobie...

Moje "spotkania" z prof. Bartoszewskim

Najzabawniejsze choć oczywiście pośrednie, jest takie:
W pracy, czasem korzystałem z pomocy tłumaczek. Zachowam je zawsze we wdzięcznej pamięci. Nie tylko z powodu profesjonalizmu, ale i wielkiego uroku osobistego. Kiedyś podczas jakichś rozmów popadłem w piętrowe dygresje, zdania zapętliłem tak, że sam byłem zdumiony. Zdałem sobie sprawę, że dla tłumaczącego moje wypowiedzi jest to trudne. Po spotkaniu spytałem czy nie sprawiłem kłopotu.
- Piotr... ja często tłumaczę też Bartoszewskiego!
Gdzieś już tę sytuację przytaczałem. A Profesor mówić umiał ładnie, ciekawie, ale zwykle szybko. Popadał w wątki poboczne, dygresje. Tyle, że jemu się całość zawsze zamykała, mnie ... różnie.
Pamiętam także wieczór kiedy z tą samą koleżanką byłem umówiony na wyjazd gdzieś z Warszawy. Kończyła swoją pracę właśnie jako tłumaczka W.Bartoszewskiego i miałem ją odebrać. W umówionym miejscu czekałem w upalny wieczór. Po kilku minutach wyszła w towarzystwie Profesora, który uznał, że wypada ją odprowadzić, podziękować i z elegancją pożegnać.
Uścisnąłem rękę i wyjąkałem coś nieporadnie w odpowiedzi na jego przyjazne powitanie. Zapewniłem solennie, że bezpiecznie dowiozę moją koleżankę na miejsce naszej konferencji i zadbam o wszystko. Pewna klasa zachowania Profesora, nawet w tak krótkim spotkaniu, wzbudza mój podziw. 
Wobec każdego z kim się spotykał, z kim pracował był uprzejmy. Choć był człowiekiem tzw. wielkiego świata, naturalną uprzejmość miał dla każdego, kto na nią zasługiwał. Nawet w najważniejszych rozmowach potrafił wstrzymać dyskusję i spytać tłumaczkę czy nie zrobić przerwy bo może jest zmęczona. Podał kawę czy szklankę wody. 
Tych moich spotkań jest wiele i wciąż będą. Oprócz tego jedynego realnego o którym wspomniałem, są liczne wirtualne. Ogromnie cenne. Władysław Bartoszewski, którego całe dorosłe życie przypadło na burzliwe czasy naszej najnowszej historii, zostawił nam wiele przemyśleń i myśli zaczętych, które nas samych powinny pchnąć do własnych rozważań. Możemy czytając jego książki, artykuły, zarejestrowane wypowiedzi... myśleć. Nie wszyscy jednak chcemy. 

To dlaczego nie chcę pomnika ?!

Nie jestem przeciw, a nie chcę. To niezupełnie to samo. Myślę, że Władysław Bartoszewski na takie upamiętnienie zasłużył. Czy sam by tego chciał? Podobno za życia lubił być doceniany i honorowany. Lubił splendor. Każdy ma w sobie jakąś domieszkę próżności. Jeśli ktoś twierdzi że tej cechy nie ma to jest hipokrytą.
Ale to, że kogoś doceniamy, pamiętamy o nim, to przede wszystkim nasze myśli i wspomnienie. Jeśli uznajemy, że Władysław Bartoszewski zrobił coś pożytecznego dla ludzi, dla pewnych idei, to spróbujmy się od niego uczyć. Każdy w swojej dziedzinie może z jego doświadczeń korzystać i doskonalić się w tym co robi. Jeśli zaś nie ze wszystkim w co wierzył i promował się zgadzamy, to także może być to punktem wyjścia do poszukiwania rozwiązań innych, naszym zdaniem lepszych. To jest prawdziwa forma szacunku i pamięci o człowieku niezwykłym i mądrym. Ja chciałbym być mądrzejszy niż jestem. Sądzę, że drogą do tego całkiem niezłą jest słuchanie innych i czerpanie z ich doświadczeń.
Czy pomnik, który byłby materialnym ukłonem wobec Profesora powinien stanąć? Sądzę, że tak. Kiedyś taki pomnik powstanie. Może niekoniecznie w Sopocie. Ale nie teraz. To zły na to czas.
Z pewnością stałby się dla wielu miejscem, gdzie jak pisałem powyżej, można się zatrzymać, pomyśleć. Wspomnieć z wdzięcznością czy sympatią..., a choćby i krytycznie.
Pomyślcie jednak jak zachowaliby się dzisiejsi PRAWDZIWI Polacy, PRAWDZIWI patrioci. Mnożą się coraz szybciej, a właściwie wychodzą z cienia i rozłażą po całej naszej rzeczywistości. Coraz mniej rozumiejący, coraz mniej wykształceni, ale bezmiernie brutalni w słowie i geście. A obawiam się, że wkrótce także w czynie. Chamscy i bezmyślni. Oni myśleć nie muszą - oni "wiedzą".
I tak hipotetyczny ten pomnik Władysława Bartoszewskiego byłby dla nich doskonałym miejscem manifestowania nienawiści wobec tych, których słów nie są w stanie zrozumieć i nawet nie chcą. Wobec tych, o których samo wspomnienie budzi w nich frustracje i nienawiść do wszystkiego. To funkcja własnych kompleksów.
Nie chcę takiego losu dla pomnika prof. W.Bartoszewskiego. Dlatego powstanie kiedyś, kiedy się opamiętamy lub dostaniemy rózgą od historii po raz kolejny i spokorniejemy. Ja chcę i dożyję tego czasu ! 
Niekoniecznie marzę o rózgach, ale o opamiętaniu...

Dziś rano z jakiegoś portalu (dla PRAWDZIWYCH Polaków i PRAWDZIWYCH katolików) dowiedziałem się, że Tadeusz Kościuszko był zdrajcą czy też wrogiem Polski. Autorem tej jakże niezwykłej tezy jest Grzegorz Braun. Niedoszły polityk, niespełniony dokumentalista i publicysta. Jest jednak moim zdaniem spełnionym satyrykiem, tyle że nie było to jego zamiarem. Bawi, śmieszy tylko jakoś wokół nas coraz mniej śmiesznie... Trzeba będzie burzyć pomniki Kościuszki?

27 maja 2016

Koziołkowy "esej" o wolności ...

Jestem zwykłym byłym inżynierem. Piszę sobie tu dla siebie, dla rozładowania stresu, choć z całą pewnością także z wiarą, że istnieją jeszcze ludzie, którzy chcą myśleć i dyskutować nie popadając w histerię.
Znalazłem konkurs na esej:
"Wolność - wpływ aktualnych wydarzeń społecznych na definicję tego pojęcia oraz jego wartość"
Nie umiałbym napisać tak żeby liczyć się w konkurencji. Zacząłem jednak pisać tak... jak myślę. Tu jest to bezkarne (?), w życiu gorzej ... I tak po długim wahaniu zwyciężyła chęć wypowiedzi i z pewnością wielka moja próżność.


„Wolność kocham i rozumiem. Wolności oddać nie umiem…”

To fragmencik z piosenki „Kocham wolność” zespołu Chłopcy z Placu Broni, którą znają ludzie z mojego rocznika i nieco młodsi także. Obecnie w jakimś plebiscycie osiągnęła największą liczbę głosów, bo dla niektórych z nas, znów ma wymiar manifestu.

Kochamy wolność? Tak. Oddać ją? Nie !!! Słusznie! Tu chyba w żadnym gronie dyskusji nie będzie i sporu. I skoro od tego cytatu zacząłem, to mogę skończyć rozważania i wysłać „esej” takowy na konkurs? Wygram w kategorii NAJKRÓTSZY.

Nie mogę. Bo jest w tym fragmencie słowo ROZUMIEM. I tu jest kłopot. Bo każdy wolność pojmuje inaczej, Jako naród doświadczony jej utratą kilkukrotną w ciągu ostatnich wieków, cenimy ją szczególnie. Jesteśmy do niej przywiązani i wyczuleni na choćby cień jej ograniczenia. A że wolność do imponderabiliów się zalicza, to ma ona wiele definicji. Krótkich i rozbudowanych. Wiele, zatem żadnej jednoznacznej. Każdy też inne składowe tej wolności uznaje za najważniejsze. Jeśli spytam Was o oznaki wolności. Do czego musi mieć prawo i od czego musi być wolny, żeby wolnym się poczuć? To co? Wymienimy błyskawicznie pięć, może sześć punktów, a później zaczniemy dywagować. A i te pierwsze cechy wymienione, każdy wskaże inne…

Tysiące lat temu, odziany w skóry włochaty człowiek, nie płacił podatków, nie musiał występować do urzędu o zgodę na budowę domu, nie bał się mandatu za złe parkowanie, itp. Mógł robić co chciał. Ale jakieś ograniczenia są zawsze. Żeby żyć musiał z kijem, albo z jakimś bardziej wyszukanym narzędziem coś upolować. Przyrządzone czy surowe, zdobyte mięso zapełniało mu brzuch i był wolny… Do czasu kiedy znów nie musiał zapolować, żeby zaspokoić głód. W międzyczasie wypoczywał i cieszył się życiem bacząc żeby jego coś nie zjadło.

Z czasem zaczęliśmy kształtować jakieś zorganizowane wspólnoty, które dorosły do formy państwa. Państwo to pewna umowa społeczna. Powołujemy instytucje, urzędy, które wszyscy utrzymujemy. W zamian za to nie musimy indywidualnie zapewniać sobie korzyści, które z ich działania płyną. Żeby przepływ i wymiana dóbr materialnych i niematerialnych miała jakiś porządek, przez wieki ułożyliśmy prawa i reguły, którym podlegamy. Nawet najstarsi z nas, kiedy się urodzili, znaleźli się już w świecie gdzie wszystko zastaliśmy uregulowane prawami, nakazami. Nie zawsze dobrymi, nigdy chyba doskonałymi. Niektóre z tych reguł powodowały nasz bunt. Jako dziesięciolatek musiałem wrócić do domu przed zmrokiem, choć czasem żal było porzucić zabawę. Śmieszne? Wiem, ale na każdym etapie życia i w każdych okolicznościach jakiś zakaz lub nakaz jest dla nas najbardziej dolegliwym ograniczeniem wolności. Są także zakazy które nas nie bolą. Ot choćby zakaz paradowania nago po ulicy (mandat 500 PLN). Nikt tego zakazu nie traktuje jako ograniczenie wolności.

W 1944 roku utraciliśmy wolność jako naród i pojedynczy ludzie. Walczyliśmy w straszliwej wojnie, wiele w niej dokonując. I choć niepokonani, znaleźliśmy się jednak w jej wyniku wśród przegranych. Polska zniknęła znów na niemal pół wieku. W 1989 roku tę wolność w postaci wolnego państwa odzyskaliśmy. Zawdzięczamy ją swojemu uporowi, ale także układowi sił zewnętrznych. To w czym bierzemy udział dziś, to egzamin. Egzamin z umiejętnego wykorzystania wolności. Bardzo źle nam idzie, a czas egzaminu jest ograniczony. Ucieszyliśmy się wolnością. Wręcz zawróciła nam w głowie. Zapomnieliśmy, że jak trudno ją zdobyć, tak stracić łatwo. Towarzyszy nam myśl, że skoro w naszym pojęciu to my obaliliśmy komunizm, to państwa Europy winne nam są wdzięczność.

Są nam wdzięczne? Może i tak. Ale nie są zobowiązane do czołobitności po wieki wieków. Nie jest też ich obowiązkiem dbanie o nas bardziej niż im samym to potrzebne. Powinno im to nakazywać sumienie?!


„Narody nie mają sumienia” Pisał Aleksander hr. Fredro. Państwa tym bardziej. Zatem o tę wolność dbać musimy sami. Nie walczyć, a przede wszystkim dbać. Bo jeśli przyjdzie nam znów walczyć, to znaczy, że po raz kolejny coś przegapiliśmy. Tak niestety w tej chwili, moim zdaniem się dzieje…

Naszą wolnością umiemy się bawić. Cieszyć. Ale nie bardzo wiemy co z nią zrobić. Przez lata PRL-u mogliśmy głosować lub nie, wynik wyborów i tak był ustalony. Od ćwierć wieku nasze czynne prawo wyborcze jest rzeczywiste. I jak z niego korzystamy, jasno widać.

Możemy wybierać swoich posłów, ale 50% z nas nie ma chęci pójść na wybory. Te same 50% burzy się widząc wyniki tych wyborów. Wybieramy bezmyślnie, kierując się nieodgadnionymi dla mnie przesłankami. Może żeby było śmiesznie? Może żeby „coś” się działo. I dzieje się. Przerażający wynik ostatnich wyborów to wielki dowód naszej niedojrzałości. Ale nie jedyny. Możemy sobie przypomnieć inne dowody „mądrości” naszej. O mało nie wybraliśmy kiedyś na prezydenta Stana Tymińskiego, którego na arenę ustawiła jakaś niewidzialna ręka znikąd. Został wyciągnięty jak królik z kapelusza i zdobył popularność w kilka miesięcy. Tak się właśnie bawimy wolnością. Jak małpa zegarkiem. Jeśli szybko nie nauczymy się żyć jak odpowiedzialni obywatele, to los owego zegarka marnie widzę.

Nie umiemy żyć pracą, codziennymi sprawami, cieszyć się normalnością. Musi się coś dziać. Historia tak zrządziła, że kiedy w XIX wieku kształtowały się mechanizmy organizujące społeczności w nowoczesne państwa, Polski nie było. Kiedy większość narodów europejskich uczyła się jak korzystać z powszechnych praw obywatelskich i jaka z tego wynika odpowiedzialność, my uczyliśmy się konspiracji i zorganizowanego oporu. Bo taka była konieczność, wynikająca z warunków w których się znaleźliśmy. Czy z własnej winy, czy z racji działań mocarstw ościennych, to osobna sprawa i dyskusja. Ale to, że czas ten, który inni na naukę, dziś pożyteczną mogli  poświęcić, my zmuszeni byliśmy strawić na innych działaniach, spowodował opóźnienie brzemienne w skutkach. Dwadzieścia lat chwilowej niepodległości, na naukę i praktykę to zbyt mało. Uważam jednak, że nie zmarnowaliśmy tego czasu między wojnami. Kolejne 50 lat nieobecności Polski jako państwa, to znów zatrzymanie rozwoju. Mało tego. To czas kiedy znów doskonaliliśmy się w działaniu opozycyjnym, konspiracyjnym itp. A że jesteśmy nacją bystrą, to czego się uczymy, uczymy się dobrze i szybko. Naturalne jest też to, że najlepiej opanowane umiejętności chcemy wykorzystywać.

Zatem mamy rząd, który WALCZY z korupcją i przestępczością, mamy KOD, który WALCZY w obronie prawa. Oprócz tego pojawiło się coś czego nie umiem nazwać, a wabi się ONR. Oni WALCZĄ także. Ciekaw jestem ilu z nich zna historię ONR z lat II Rzeczypospolitej? A różnych mniejszych i większych ugrupowań walczących mamy bez liku.

Po 1989 roku  wszyscy słusznym instynktem kierowani, chcieliśmy odsunąć się jak najdalej od brudnych łap Moskwy. Chcieliśmy przystąpić do NATO i Unii Europejskiej. To było dla nas sposobem na bezpieczeństwo i zachowanie tej wolności, która tak nam droga, a o której kształt wiecznie się kłócimy.

Jesteśmy teraz częścią Unii. Jej istotnym elementem. Podoba się nam, że nie ma ceł. Każdy może przekraczać granice praktycznie bez kontroli. Jest wiele udogodnień i korzyści, które tak spowszedniały, że nawet zapomnieliśmy jak było przedtem. To także wolność i to nam się podoba. Ale już prawa unijne, uważamy za narzucane i ograniczające naszą wolność. Bo nie nauczyliśmy się nawet myśleć o Unii Europejskiej jak o związku państw do którego należymy. Wciąż myślimy Polska i Unia, my i oni. Ten sposób myślenia dotyczy zarówno entuzjastów Unii jak i eurosceptyków.

Obmyśliliśmy sobie, że stworzymy frakcję państw, która co będzie robić? Walczyć o wolność. Wolność Europy. Bardzo nam się podoba taka mocarstwowa wizja. Domyślnie przyjmujemy, że to my Polacy będziemy tej grupie przewodzić. Pewnie mamy na to jakiś glejt od Pana Boga, który jest oczywiście Polakiem.

Tak wskrzeszamy koncepcję tzw. Międzymorza. Zapominamy, że koncepcja ta upadła kilkaset lat temu w lesie pod Koźminem. Wrócił do niej w nieco mniejszym wymiarze Józef Piłsudski. Ale była to racjonalna przymiarka. Porachował szanse, siły i środki. Być może z żalem, ale zaniechał realizacji. A my teraz malujemy mapki z Polską od morza do morza i mamy wizje jak po butapremie… Cóż możemy sobie pomarzyć o Międzymorzu pod berłem Polski. Swoboda tworzenia i głoszenia idei, to też wolność.

Od kilkudziesięciu lat do Europy napływają emigranci ze świata arabskiego. W ostatnim czasie to ogromna fala. Mamy z tym kłopot, choć jeśli ten ruch migracyjny nie da się zatrzymać, to problem sam się rozwiąże. Dzikie hordy pod hasłami islamu opanują Europę, a nasz los będzie dużo gorszy niż Wizygotów w VIII wieku. Czas pokaże.

Ale i tu mamy zagadnienia z wolnością związane. Hamując napływ imigrantów … ograniczamy ich wolność. Czyż nie? Przecież wolny człowiek ma prawo podróżować i osiedlać się gdzie chce. Temu nie zaprzeczycie. 
To oczywiście ponury żart. Nie dlatego sprzeciwiamy się temu napływowi Syryjczyków, Libańczyków i innych nacji, że chcemy ograniczać ich wolność, ale czujemy, że nasza jest zagrożona. Oni żądają od nas, przystosowania do ich „świętych” reguł. Nie mają zamiaru się podporządkować tym, które obowiązują w krajach do których dotarli. Zatem?

Może warto się posłużyć jedną z definicji, a właściwie jej częścią:

„Granicą mojej wolności jest punkt w którym zaczyna ona ograniczać cudzą wolność”

To chyba zrozumiałe i nie budzi sprzeciwu? Do prostego porównania odwołałem się rozmyślając o tym:

Wynajmuję pokój studentom. Nie mogą hałasować po 22ej bo ja chcę spać. Nie zgadzam się żeby sikali do zlewu i mam do tego prawo. Ograniczam ich wolność, ale są u mnie i albo podporządkują się moim zasadom, albo niech „emigrują” dalej. Oni zaś nie mogą żądać ode mnie żebym nie oglądał TVN, bo to stacja, która obraża ich ideały. Jeśli ktoś z czytających jest z innej opcji to TVN może skreślić i wpisać TV Trwam lub właściwie zbliżającą się do niej TVP.

Pisał kiedyś jeden brodaty prorok komunizmu:

„Wolność to świadomość konieczności”

Przyczynił się do rozszerzenia okropnej zarazy na cały świat, ale to zdanie jakąś wskazówką jest. Szukajmy tego co w naszym pojęciu jest najistotniejszym elementem wolności. Uczmy się jej. Przyjmijmy ograniczenia nadrzędne. Usuwajmy te które są szkodliwe czy niepotrzebne, a pogódźmy z tymi których nie możemy lub nie powinniśmy łamać. Obyśmy jedne od drugich rozróżnić umieli ...

Jak pisałem wcześniej, w czasach kiedy tworzyły się i dojrzewały państwa obywatelskie, Polski nie było. Nadrobienie tych lekcji na których mamy „nieobecny usprawiedliwiony” wymaga czasu. Możemy nie zdążyć, a może się udać. Czas pokaże. Nasze obecne spory i kłótnie, dotyczą rzeczy ważnych i błahych. A nasz zapał marnujemy często na te drugie. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo, mamy taką dojrzałość i świadomość jak Francuzi tydzień po zburzeniu Bastylii. To chyba ponad 200 lat spóźnienia.

W ostatniej scenie „Emigrantów” AA wypowiada taką kwestię:

„…bo wolność będzie prawem, a prawo wolnością. Wszyscy tego chcemy. Wszyscy do tego zmierzamy. Jeżeli więc mamy jeden cel, jeżeli wszyscy chcemy jednego. To co nam przeszkadza stworzyć taką dobrą i mądrą wspólnotę?”



Tak widzę nasze trudne dochodzenie do jakiegoś w miarę uniwersalnego, rozsądnego zagospodarowania wolności za którą tęskniliśmy. Dziś ją mamy i nadmiar (?) swobody zamienił nas w niezborny i często nierozumny tłum.

Ot i tyle. Głosowanie nie było zbyt gorące. Trzy eseje otrzymały po 2 głosy, kilka po jednym. Koziołkowe przemyślenie zbyt było koziołkowe, żeby stawać w szranki z profesjonalistami. Ale... warto rozmawiać. Tak bym powiedział, ale to tytuł kabaretowego programu prowadzonego przez pewnego trogloerudytę, więc wyjęzyczę się tak: Wymieniajmy myśli, wygłaszajmy swoje opinie. Pamiętajmy też żeby słuchać co mówią inni, przede wszystkim po to żeby rozumieć co chcą nam przekazać, a nie jedynie po to żeby celnie ripostować. Bo to zły nawyk naszych czasów.


18 maja 2016

12 maja czyli brydż z Mariolą

Dzień jak co dzień. Choć nie do końca. 
Od czterech lat już skręca mnie tęsknota za turniejami brydżowymi. Taka rozrywka wciąż jednak jest dla mnie niedostępna. Ale jak się nie ma kawy Jacobs... to się pije Dobrzynkę
Co czwartek w Rumi odbywa się spotkanie brydżowe, w jakiś sposób nawiązujące do gier turniejowych. Kameralnie, sympatycznie i jeśli któremuś z panów nie puszczą hamulce to całkiem fajna zabawa. 
Nie mam w Trójmieście stałej pary do gry, zatem kto nie ma z kim zagrać to mnie sobie wypożycza. Taki puszczalski gracz ze mnie.
Tym razem postanowiła poddać się męce ze mną Mariola wymieniona w tytule.

 

Zamach Majowy

W drodze słuchałem radia wrogiego Polsce i PRAWDZIWYM Polakom. 12 maja to rocznica. Rocznica Zamachu Majowego i jednocześnie śmierci Marszałka. Nie w tym samym roku! Wyjaśniam niektórym, ale ci którzy tak mogliby pomyśleć, raczej na taki blog jak mój nie zaglądają. Ciekawa rozmowa dość sensownej dziennikarki z historykiem i różne szczegóły dotyczące tego dramatycznego wydarzenia sprzed 70 lat.
Dowiedziałem się, że w naszym sejmie postulowano uczczenie ofiar zamachu z 1926 roku. Ale porozumienie w tej kwestii okazało się nieosiągalne. Jedni uważają, że był to przewrót który pogrzebał młodą demokrację II Rzeczpospolitej. Drudzy zaś są zdania, że Zamach Majowy uratował Polskę przed całkowitą destabilizacją. Jedni i drudzy mają swoje racje, niektórzy nawet argumenty co w dzisiejszych sporach jest już orężem niezwykle rzadko używanym. Tak czy owak pomyślałem, że spór zostanie z nami na wieki. Może i dobrze. Pod warunkiem, że umiemy go wykorzystać jako lekcję historii. A spór obecnego sejmu? Oni nawet głosując w kwestii ustalenia aktualnej pory roku głosowaliby niejednomyślnie.

Zagraliśmy. Jak zazwyczaj było sympatycznie. Trochę śmiechu, trochę emocji. Jakieś fajne wymiany spostrzeżeń w drodze powrotnej. Miałem znów na chwilę pogodny nastrój i to dla mnie najważniejsze z tego wieczoru.

20.30 ...

Było chyba parę minut po 21ej kiedy jadąc usłyszałem, że zmarła Maria Czubaszek. Smutno mi się zrobiło. Nie wiedziałem, że chorowała i wiadomość była dla mnie zaskoczeniem. Każdy kiedyś umrzeć musi. Życie tak jest szkodliwe, że wcześniej czy później śmierć powoduje. Zawsze jednak żal nam kiedy odchodzi ktoś nam bliski lub jak w tym wypadku choć obcy to pozytywnie postrzegany, mądry i błyskotliwy.
Zacząłem sobie dumać...
Wiele tekstów Marii Czubaszek bawiło nas od lat. Także w czasach całkiem nie do śmiechu. Sama o sobie mówiła, że nie jest autorem, twórcą czy literatem, a tekściarzem. Traktowała pisanie jak pracę i nie potrzebowała natchnienia tylko... kilku wiszących nad nią niezapłaconych rachunków. Pisała skecze, monologi, teksty piosenek, scenariusze i książki. Pamiętamy ją z czasów ITR, IMA czy "60 minut na godzinę". W ostatnich latach mogliśmy jej specyficzny styl żartu obserwować w TV. Była częstym gościem programu "Szkło kontaktowe".
Pomyślałem, że jak zwykle w takich okolicznościach, będzie wiele wspomnień i zastanowiłem się nad swoimi. Wybrałem dwa:

Parówki

Sam parówki lubię choć wiem z czego są robione. Maria Czubaszek otwarcie mówiła, że nie umie gotować, prać, sprzątać. Zatem miała osobliwe danie którym posilała się często. Były to parówki podgrzewane czy też pieczone nad palnikiem kuchenki. Były częstym jej śniadaniem, a jej męża kolacją. Funkcjonowali w przeciwfazach. On prowadził życie nocne, ona dzienne. Ale jakoś im się chyba dobrze ono układało. Tak opowiadała. O wszystkim. O sobie, o swoim życiu. O przemyśleniach. Otwarcie z humorem, ironicznie. Czy wszystko było prawdą? Nie wiem. I to także ma swój urok.

Maria Czubaszek na nartach

W jednej z rozmów z Arturem Andrusem opowiadała o swoim zamiłowaniu do obcasów. Była drobna, niewielkiego wzrostu. Zawsze chodziła w butach na obcasie. Mówiła, że nawet zamiast domowych papuci nosi pantofelki na obcasie. 
Jeździła z przyjaciółmi na zimowe wypady w góry. Bawiła się dobrze, ale jazdy na nartach nigdy nie próbowała. Ktoś ze znajomych stwierdził, że powodem jest to iż nie wynaleziono butów narciarskich... na obcasie. Fajne?
Ja zawsze lubiłem kobiety w butach na obcasie. Wtedy widać jak potrafią się z gracją poruszać. Dla mnie to jakiś symbol elegancji. Może fetysz? M.Czubaszek też miała wiele gracji. Sama o sobie mówiła, że urody jest "nienachalnej" i to prawda. Była jednak kobietą elegancką i z klasą. A być ładnym? To prezent od losu. Żadna zasługa.
Dojechałem do domu. Swojego nielubianego bordowego "mustanga" zamknąłem w garażu. Pochłaniając łapczywie kolację oglądałem Michała Szpaka, który awansował do finału. Ucieszyłem się, choć niezbyt muzyką popularną, poważną czy jakąkolwiek się pasjonuję. Nie znam się na tym zupełnie. Apetytów na wynik finału nie miałem, bo choć nie jestem wyznawcą teorii spiskowych to wiem czym jest Eurowizja. To przedsięwzięcie finansowe i pewne rzeczy są ustalane zgodnie z potrzebą tego biznesu. Może szkoda, bo byłoby fajnie gdyby były festiwale piosenki (byle nie discopolo), gdzie decyduje rzeczywiste głosowanie.

Zapomniany

Siadłem do komputera przejrzeć maile i aktualności i znów natrafiłem na wiadomość o śmierci...
29 kwietnia zmarł Wojciech Cacko-Zagórski. Może były wcześniejsze informacje a ja je przeoczyłem? Możliwe, choć wątpię. Nawet dość rzetelny portal "Filmpolski" nie umieścił do dziś osobnej informacji, a zwykle to robi. Tylko w biogramie jest informacja o dacie śmierci i miejscu pochowania. Cóż. Codziennie umiera mnóstwo ludzi. Każdy z nas czeka w tej kolejce. A przynajmniej kilka osób znanych, w większym czy mniejszym kręgu umiera każdego dnia. Kogoś można przeoczyć.
Wojciech Cacko-Zagórski w filmie był aktorem drugiego planu. Pamiętamy go z "Konopielki" jako Kuśtyka. Wciąż powielana i przywoływana scena kłótni w delikatesach z filmu "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?". Tam go widzimy. Zaś w filmie "Brunet wieczorową porą" opowiada koledze o operacji i wycięciu niewłaściwej nerki. 
Choć nigdy nie zobaczyliśmy go w żadnej głównej roli, to jeśli ktoś raz widział, nie zapomni. Niezwykła fizjonomia. Myślę, że nie obrazi się na mnie, ale przywołam tu określenie Marii Czubaszek : "nienachalna uroda". Też pamiętajmy o nim.

Następnego dnia w TVP1 w Teleexpressie podano oczywiście informację o śmierci Marii Czubaszek. Była to jedna z ostatnich wiadomości. Po informacjach kościelno-rządowych, po codziennym telehicie. Cóż... taki czas. Myślę, że Maria Czubaszek i to skomentować umiałaby z uśmiechem.