27 września 2015

Dwa wcielenia Arsene'a Lupin

Georges Descrieres (1930-2013)

 

Francuski aktor teatralny i filmowy. Rektor i wykładowca szkoły teatralnej. Członek zespołu francuskiego teatru narodowego Comedie-Francaise. W 1967 roku zagrał w filmie "Dwoje na drodze" u boku A.Hepburn o czym pewnie nie pamiętamy. Znamy go jako Atosa w jednej z licznych ekranizacji powieści Dumas'a.
Atos
Jak pogrzebiemy w pamięci to przypomnimy sobie kryminalno-komediowy serial "Sam i Sally". Tandetny, ale przyjemny i zabawny.
"Sam i Sally"
Jako hrabia de Beaufor, wystąpił także w jednym z odcinków serialu "Słynne ucieczki". Ten serial bardzo mi się podobał, ale... nic już z niego nie pamiętam. Chyba tylko jedno. Ucieczkę hrabiego umożliwiła pewna dama, przesyłając ogromny pasztet w którym ukryta była drabinka sznurowa. Pani ta była urody takiej, że żadną miarą nie określiłbym jej "pasztetem" jak czasem z dezaprobatą o pewnych typach urody mówimy (choć to nieładnie).
Tyle z pamięci niektórzy z nas o eleganckim i przystojnym G.Descrieres umiemy przywołać. Niektórzy, bo... 
K A Ż D Y 
pamięta go z serialu:

"Arsene Lupin" !

Oglądany i lubiany w TV w latach siedemdziesiątych. Czekałem niecierpliwie na cotygodniowy odcinek. Wszystko było znakomite... WTEDY. Kilka innych ekranizacji tej samej powieści M. Leblanca to dość marne produkcje. Wypożyczałem też wówczas z biblioteki przy ul.Bonifacego (istnieje do dziś), powieści będące kanwą serialu. Niezbyt zajmująca lektura. Zaskoczyło mnie coś kilka miesięcy temu. Obejrzałem cztery odcinki "Arsena Lupine" i choć przyjemnie wspomnieć, to jakoś powrót do dziecinnych emocji nie udał się...

Dlaczego? Co się zmieniło?

"Dziękuję Grognar, mój przyjacielu"
Zmienił się świat - to truizm. Ja się zmieniłem. Zestarzałem i choć nie dorosłem (punkt dla mnie!) to jakoś inaczej takie filmy odbieram. Gra aktorska jest inna dziś niż niemal pół wieku temu. I to myślę, że nieistotne. Bo choć dziś inna, to warsztatowo z pewnością nie zawsze lepsza. Z pewnością również nastolatek, obserwując akcję i podstępne rozgrywki bardziej wczuwa się w fabułę i emocjonuje. Z wiekiem już w połowie każdej historii ekranowej domyślamy się zwykle w jakim kierunku zmierza i raczej domyślamy się jej końca. Tak jest też z historiami i historyjkami w życiu. Wiemy, domyślamy się i celnie odgadujemy zakończenie, nawet konsekwencje, jeśli ... nie jest to nasze życie. Wiedzy pozwalającej przewidzieć własny los w małych i dużych bataliach własnego życia także nabywamy z wiekiem, ale zbyt wolno. Szybsze będzie wieko... wiecie czego. 
A wracając do serialu. W tych odcinkach, które ponownie oglądałem był lektor, a nie dubbing... Przypomnijcie sobie. Ujmujący G.Descrieres jako Arsene Lupin to połowa postaci. Druga niemniej istotna to podkładany w polskiej wersji głos. Głos Wojciecha Pokory. Tak świetna interpretacja to majstersztyk i dodatkowy blask tej sympatycznej postaci. Wielkie ukłony dla obu aktorów, którzy choć pewnie się nie znali wspólnie skonstruowali ten wizerunek dżentelmena włamywacza, konesera sztuki, szampana i pięknych kobiet ...

I ja padłem ofiarą A. Lupin !

Połowa lat 80-tych. DS nr 8 "Koga" pok. 913. Sobotni listopadowy wieczór. Co robią studenci? Uczą się? Czytają? Ech... Piją wódkę. Wbrew legendom, nie były to częste wieczory, bo alkohol jak na nasze kieszenie był dość drogi.
Z zakupionych dwóch butelek jedna była już w obróbce i prowadziliśmy jakieś "mądre" dysputy. Mądre czy nie, ale im płytsza robiła się flasza tym głębsze były nasze przemyślenia. W automatyce nazywa się to sprzężeniem zwrotnym ujemnym (semestr IV).
Druga butelka chłodziła się. Nie w lodówce, bo to urządzenie było raczej rzadko spotykane wówczas w akademiku. Zastępował ją druciany koszyk, przytwierdzony do parapetu za oknem. Koszyki takie zdobyte drogą kradzieży w najbliższym SAM-ie, służyły wiele lat kolejnym rocznikom.
Kiedy Kropa lub Adi sięgnął po drugą półlitrówkę, koszyk okazał się pusty. Leżała tylko kartka z koślawym podpisem - "ARSENE LUPIN".
Ogarnął nas smutek tak wielki, że wybraliśmy się natychmiast na ul. Leczkowa, gdzie Zosia miała melinę czynną non-stop. Nie mając gotówki zostawiłem w zastaw legitymację studencką, co było powszechnie stosowane. I poprawialiśmy sobie humor do świtu.
Okazało się, że butelkę z koszyka, metodą "na wędkę" gwizdnął nam lokator z góry. Później zdradzony przez wspólnika, tłumaczył pokrętnie, że to miał być żart i zanim otworzył cenną zdobycz czekał aż przyjdziemy długo.
Drastyczna różnica w dwóch kwestiach. Filmowy Lupin miał wiernych wspólników, którzy by go nigdy nie wsypali. Druga istotna różnica jest taka, że Arsene był dżentelmenem, a nasz hmm... kolega (?) Krzysztof P. ( pamiętam cię ! ) zdecydowanie za takowego nie uchodził.

 

Sławomir Piestrzeniewicz 

alias 

Arsene Lupin

 

To tytułowe drugie wcielenie. Sławomir Piestrzeniewicz jest iluzjonistą o renomie światowej, udokumentowanej licznymi nagrodami w prestiżowych międzynarodowych konkursach. Dwukrotne wicemistrzostwo świata na kongresach w Lozannie oraz wiele innych nagród i wyróżnień. Występy na scenach całego świata. Jego sceniczny pseudonim to

Arsene Lupin

Występy dobrych iluzjonistów widziałem wielokrotnie. Bardzo lubię taką rozrywkę. Cenię ogrom pracy jakiej wymaga opanowanie tej sztuki. Ale Piestrzeniewicz imponuje mi szczególnie. Kilka cech go wyróżnia...





Kiedy miał przystąpić do egzaminu dopuszczającego go do pracy estradowej (w PRL na wszystko był potrzebny glejt), kończył medycynę. Wybrał już swoją drogę. A jednak... Zdał egzamin końcowy na AM w Łodzi, mimo że zawodu lekarza nie miał zamiaru podjąć. Dla mnie to dowód klasy tego człowieka. 
Ma ogromną umiejętność dialogu z widzem i nie popada przy tym w tanie dowcipasy. Często objaśnia mechanizm wybranych tricków, powtarzając je powoli i wskazując czynności normalnie ukrywane. Stopniuje napięcie i mówiąc, że to wszystko proste, na koniec jednak wykonuje kolejny figiel i zostawia nas oniemiałych. Okazuje się, że odkrywając przed widzem "wszystkie" tajemnice pokazał nam znów przemyconą kolejną sztuczkę. Taka piętrowa magia.
Umie mówić w taki sposób, że momentami gotowi jesteśmy zrezygnować z pokazu, byleby opowiadał. Ładne chyba? 
Na scenie grzeczny i uprzejmy, po zejściu z niej jest taki sam. To przyznacie, nie jest powszechne wśród artystów różnych dziedzin. Dziś Sławomir Piestrzeniewicz występuje wraz z synem Filipem, któremu życzę żeby godnym był spadkobiercą i kontynuatorem sztuki ojca.

Cud w Spale

Skoro pisałem o cudzie nad Wisła, to teraz o cudzie nad Pilicą...
Ponad 10 lat temu koncern w którym pracowałem, sponsorował spotkanie ZMPD w Spale. Piękne miejsce, duży rozmach i przyznam, że nadspodziewanie miła jak na takie spędy atmosfera. Jedną z atrakcji były pokazy iluzji Piestrzeniewicza. Z racji moich obowiązków byłem tam uziemiony na całe trzy dni, choć oprócz funkcji reprezentacyjnych zbyt wiele obowiązków nie miałem. Mogłem sobie pozwolić na wycieczki po okolicy, dobre jedzenie i zabawę przy kieliszku.
Trzykrotnie obejrzałem naprawdę wspaniały pokaz sztuki S.Piestrzeniewicza. Skoro trzykrotnie, to już za drugim razem znając przebieg poszczególnych sztuczek byłem przygotowany i próbowałem dostrzec szczegóły. Zapewniam Was, że z odległości 2 - 3 metrów, również z pomocą kolegów nie udało nam się odkryć tajemnic tych "czarów".
Pośrednim efektem mojego zachwytu mistrzostwem pana Piestrzeniewicza, było zaproszenie go na występ przez jeden z dynamicznych wówczas ośrodków kultury nieopodal Warszawy. Czy ten występ był udany, może w komentarzu zechce mi świadek i reżyser tego pokazu odpowiedzieć? 
Wszystko kiedyś się kończy i spotkanie ZMPD także dobiegło końca. Pośród wystawionych w ekspozycji naszych pojazdów była izoterma na podwoziu Atego (10 t DMC). Jeśli ktoś z samochodami ciężarowymi miał do czynienia, to wie, że niezaładowany samochód z napędem na tylną oś w lekkim piasku szybko się zagrzebie i ruszyć nie może. Trzeba mu pomóc. Poproszony o pomoc pan Piestrzeniewicz podczepił hol do swojej terenówki i lekkim szarpnięciem wydobył nasz samochód z opresji. Skomentował to szef sprzedaży jednego z dealerów:
- Wszystko co tu pokazał podczas występów to drobiazg, w porównaniu z tym cudem prawdziwej magii !
W prywatnej i miłej rozmowie przy bigosie czy też kiełbasie z rusztu, S. Piestrzeniewicz wyjaśnił mi, że głównym orężem iluzjonisty jest pewna umiejętność. Zmusić widza żeby patrzył na to co chce kreator pokazu i odwrócenie uwagi od tego czego w danym momencie widzieć nie powinien...
Panie Sławku... (przepraszam za poufały zwrot), to wie każdy! Ale niewielu umie to spowodować. Pan robi to świetnie !!!
A tu link na stronę znakomitego S.Piestrzeniewicza:
Taka bezpłatna promocja od koziołka... 

13 września 2015

Przez noc i przypadek do bohaterstwa

Kałuszyn. Małe miasto na trasie Warszawa - Terespol. Od ćwierć wieku przejeżdżam tamtędy regularnie. Ostatnio trochę rzadziej, zatem dopiero wiosną tego roku zobaczyłem dość niezwykły w formie pomnik...
Choć okolice Kałuszyna to miejsce trzech bitew Powstania Listopadowego, to zawsze przejeżdżając tamtędy myślałem o innej bitwie. Przeszło 100 lat późniejszej...

"Żelazna Dywizja"

Tak podobno Niemcy nazywali naszą 1 DP Legionów. Wchodziła w skład GO Wyszków i sprawnie dowodzona przez gen. bryg. Wincentego Kowalskiego w licznych walkach na określenie to zasłużyła. W nocy z 11 na 12 września uderzyła na Kałuszyn unikając okrążenia. Epizodem tej bitwy jest szarża szwadronu 11 Pułku Ułanów Legionowych im. marsz. Rydza-Śmigłego. Epizodem ciekawym.

"Naprzód !" czy "Na przód" ?

Do zgrupowania mającego uderzyć na Kałuszyn dołączył 4 szwadron 11 Pułku Ułanów pod dowództwem rtm. F.Wrzoska. Dowódca wezwany na naradę do sztabu zdał komendę por. rez. Andrzejowi Żylińskiemu. Ten zgłosił się do dowódcy 6 PP płk. St.Engela. Szwadron liczący 85 ułanów i 2 działka ppanc wraz z resztą oddziałów czekał w gotowości na wynik rozpoznania przedmieść Kałuszyna.
Około godziny 2-giej w nocy płk. Engel chcąc mieć szwadron w swej dyspozycji,  wydał rozkaz: 
"Kawaleria na-przód!"
Porucznik Żyliński uznał to za komendę do szarży. W jego pojęciu było to absurdalne. W nocy, bez rozpoznania, wśród zabudowań. Wbrew wszelkim regulaminom. Wiedział jednak, że jeśli taki jest rozkaz, to nie ma tu miejsca na konsultacje czy rozważania, a o powodzeniu szarży decydować mogą sekundy. Ruszyli zatem w ciemną noc, nie sprawiając nawet szyku. Sforsowali mostek broniony przez nieliczną obsadę i pośród zabudowań ścigali oszalałych ze strachu Niemców. Może powinienem napisać "NAZISTÓW"?
Płk. Engel widząc efekt niezamierzonej szarży, pchnął do ataku piechotę. Przytomny por. Żyliński, wiedząc że zaskoczenie to efekt krótkotrwały, zebrał swój oddział i wycofał się na stanowiska wyjściowe. Obaj oficerowie swoimi decyzjami wykazali, że nie spali na szkoleniach.
Szarża była wynikiem złego zrozumienia rozkazu. Według gen. Kowalskiego, przedwcześnie zaalarmowała Niemców i pozwoliła im uniknąć większej klęski. Jak w swoich wspomnieniach pisze por. Żyliński otworzyła bój i ułatwiła zajęcie Kałuszyna. 
Kto ma rację?

Zatem była to rzeź czy fortunny sukces?

Nocna szarża w niesprzyjającym terenie. Efekt nieporozumienia. Znakomity to materiał dla niejakiego Wajdy budującego w latach PRL wizerunek "ułana-idioty".
Jakieś dwa lata temu zacząłem szukać odpowiedzi. Czy żołnierze 4 szwadronu zaścielili trupami pole bitwy pod Kałuszynem? Bitwy zwycięskiej, bo cokolwiek byśmy nie powiedzieli, to niemieckie pozycje zostały przełamane i zgrupowanie 1 DP Legionów wraz z towarzyszącymi jednostkami przebiło się przez Kałuszyn. 
W książkach z biblioteki moich Rodziców, o Kałuszynie czytałem. Niestety dawno, a zbiór cennych dla mnie książek przepadł. Zacząłem zatem szukać innych źródeł. 
W internetowych źródłach, których prawdziwość zależy od rzetelności powielających, można znaleźć sprzeczne informacje:
Zginęło 30 (z 85) ułanów lub ocalało 30. 
Jedynym dostępnym dla mnie i wiarygodnym źródłem pozostał Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego
Tu znalazłem relacje por. Żylińskiego oraz mjr. Wieczorkiewicza:
Wynika z nich, że po szarży oddział zebrał się w liczbie około 30 ułanów. Jednak pozostali to nie polegli! Kilku rannych zebrali sanitariusze piechoty, a reszta podążyła za głównymi siłami zgrupowania. Porucznik Żyliński przejeżdżając trasę szarży, odnalazł kilka zabitych koni i licznych zabitych żołnierzy niemieckich. Naszych poległych ułanów tam nie było.

Sarmacki duch ...

Syn porucznika Andrzeja Żylińskiego, Jan Żyliński, jest człowiekiem sukcesu. Mieszka w Wlk. Brytanii. Zdolności pozwoliły mu osiągnąć wiele w biznesie. Mieszka sobie w pałacu zbudowanym według własnego pomysłu. Rozgłos przyniosło mu wyzwanie na pojedynek N.Farage'a i barwne wypowiedzi. Według swojej logiki, przedstawia Brytyjczykom wkład Polaków w rozwój Europy. Taki trochę Zagłoba naszych czasów. Dopiero niedawno dowiedział się o udziale swojego ojca w wojnie. Ufundował pomnik Złotego Ułana w Kałuszynie. Postawił twarde warunki:
"Płacę za wszystko, ale pomnik ma być według mojej wizji!"
I powstał ten pomnik ... 
Figura z pozłacanego brązu, na imponującym cokole. Szkoda, że postać jeźdźca, ułana raczej nie przypomina. Wygląda trochę odpustowo, ale cóż. Ja wolę w tym wypadku takie upamiętnienie niż żadne.
Jan Żyliński tytułowany czasem arystokratą, a nawet księciem czemu nie przeczy (skromność?), ufundował pomnik który powoduje, że wciąż...

"...jeszcze słychać śpiew i rżenie koni"

I koziołek chciałby, żeby o naszych żołnierzach pamięć nie zginęła...
Dodane III.2023

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
A to krótki film z inscenizacji zorganizowanej przez grupy rekonstrukcyjne, z okazji odsłonięcia pomnika: 
 


 
 



06 września 2015

"Wizygoci" dziś...

Stopniowy upadek Cesarstwa Rzymskiego, to powstawanie nowych ośrodków władzy w Europie. Mniej lub bardziej trwałych. Półwysep Iberyjski po różnistych awanturach opanowali Wizygoci. Całkiem nieźle im się wiodło. Gospodarkę i relacje wewnętrzne poukładało około 20 rodzin. Dziś pewnie nazwalibyśmy ich oligarchami.

I pewnie nadal całkiem nieźle by im się wiodło, ale chyba przespali zmiany i fakt rosnącej potęgi. Odległej, ale zbliżającej się szybko. Obszar państwa Wizygotów z jednej strony chroniony przez Pireneje, a z pozostałych oblany morzem wydawał się niezagrożony. Armia Wizygotów była zmniejszana i składała się z prywatnych armii utrzymywanych przez wspomnianych możnowładców. Raczej dla tępienia zbójców i tłumienia buntów niż do obrony granic. Pod koniec VII w. miasta zaczęły nieco podupadać, głównie z powodu przeludnienia, a państwo słabło wskutek sporów i rywalizacji rodów panujących.
Tymczasem państwo arabskie rozwijało się i opanowywało coraz większy obszar. Od Egiptu posuwało się wzdłuż brzegów Afryki na zachód. Nawet nie niszczyli wszystkich struktur miejscowej władzy. Opanowywali kluczowe punkty, wyznaczali podporządkowanych sobie namiestników i ruszali dalej. Kiedy z początkiem VIII wieku dotarli do Ceuty, a wycieczka spodobała im się, postanowili przeprawić się do Europy. A to raptem kilkanaście kilometrów.
Zaledwie w kilka lat Arabowie podporządkowali sobie cały Półwysep Iberyjski. Górowali nad Wizygotami liczebnością armii, umiejętnościami, dyscypliną. Sprzyjał im też niezbyt wielki zapał do obrony, mieszkańców podbijanego terytorium. Zaprowadzili tu swój ład i organizację. W późniejszych latach przekroczyli Pireneje i zatrzymali się dopiero po pokonaniu ich w bitwie pod Poitiers, przez Karola Martela. Przyniosła mu ona sławę obrońcy chrześcijaństwa i przydomek Młot. Dziś mógłby być dwuznacznie rozumiany, ale "Martel" kojarzy się smacznie.
Karol Martel "Młot"
Odrzucając kwestie wiary, które zawsze są dobrym powodem do mordowania się, panowanie islamu na terenie obecnej Hiszpanii i Portugalii to rozwój i dobrobyt. Pod każdym chyba względem. 
Matematyka, inżynieria, architektura czy medycyna, na poziomie w ówczesnej Europie nieznanym. Miasta budowane nowocześnie. Z publicznymi łaźniami i ulicami oświetlonymi latarniami. Jeśli do tego dodamy powszechną edukację, biblioteki... To jak tu dopasować utrwalony w pamięci obraz krwawego i dzikiego Maura barbarzyńcy? Występuje tu zderzenie muzyki z prostytucją czyli : coś tu k... nie gra! 
910 r.
W XI wieku modne stały się w Europie wycieczki nazywane Wyprawami Krzyżowymi. Ich uczestnicy budzili zadziwienie świata arabskiego. Przybywali z dalekich krajów gdzie jest mało słońca i dużo deszczu. Nie umieli czytać. Odziani byli dość marnie i śmierdzieli.  To byli barbarzyńcy.
Zobaczyli zaś świat, który ich olśnił. Zamki, pałace i nowoczesne miasta robiły na nich mniej więcej takie wrażenie jak Nowy York na Kargulu i Pawlaku.
Państwo arabskie zwane Al Andalus przetrwało w zmieniającej się postaci ponad 700 lat. Za jego ostateczny koniec uznaje się upadek Grenady. To początek okresu zwanego Renesansem w Europie, odkrycia geograficzne. Chyba od tego momentu można mówić o znacznie szybszym rozwoju świata chrześcijańskiego niż islamskiego. 
Wiele pamiątek po kulturze Al Andalus, zostało zniszczonych w imię... jak zwykle "wiary". Część jednak się zachowała, jak choćby niektóre zabytki architektury.
Minęło od końca tego rozdziału historii ponad 500 lat. Jak twierdzą niektórzy, świat islamu i świat kultury europejskiej powinny żyć osobno i w drogę sobie nie wchodzić. Tylko, że to nierealne. 
Nie jesteśmy Wizygotami, ale chyba czeka nas trudny egzamin. Oni swój oblali i dlatego śladu dziś po nich nie ma. 
Jak zmierzyć się z tym kolejnym zupełnie nowym zderzeniem dwóch światów? Dziś znów dzieli nas cywilizacyjna przepaść, tyle że w drugą stronę.
Wniosków nie będzie. Nie mam pojęcia jakie są możliwe rozwiązania, a które z nich słuszne już zupełnie nie.

Rok 2097...

Autostrada Berlin - Hamburg. Dwóch niemieckich policjantów zatrzymuje do kontroli samochód. Po chwili jeden z policjantów woła kolegę i pokazuje mu prawo jazdy kierowcy:
- Ahmed, popatrz jakie dziwne nazwisko... "Schmidt"....






03 września 2015

Koziołkowe gusła wrześniowej nocy ...

Co roku z dużą powagą obchodzimy rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Wojny która odebrała nam niepodległość na 50 lat, pochłonęła życie 6 milionów polskich obywateli i przyniosła gigantyczne straty materialne. Kilka razy 1 września przed świtem byłem na Westerplatte. To miejsce samo w sobie budzi szacunek. Straceńcza załoga wykazała tam wielki hart ducha i kunszt żołnierski. Choć obrona nie miała żadnego militarnego znaczenia i walka, która rozpoczęła się tu o 4.48 nie była pierwszymi strzałami wojny, to słusznie Westerplatte uznajemy za symbol ataku Niemiec na Polskę w 1939 roku.

Go to hell Hel !

Stwierdziłem, że tym razem na Westerplatte nie pojadę. Są tam tłumy ludzi i gwar jak na festynie. Już dwa lata temu widziałem grupki  z flaszką w garści zachowujące się jak na koncercie rockowym. Nie chodzi tu o mój niesmak, ale postanowiłem tej szczególnej nocy odprawić swoje gusła w innym miejscu. W całkowitej ciszy i samotności. Zdecydowałem, że pojadę na cypel Półwyspu Helskiego, posiedzę i podumam w ciszy o tych którym współczuję losu i zazdroszczę męstwa. Należy im się to. Także ode mnie.
Wyruszyłem około godziny trzeciej. Puste ulice i nie wiedzieć po co, wszędzie działająca sygnalizacja świetlna. Także na małych skrzyżowaniach. Przejechałem Kolibki wyobrażając sobie jak o tej porze w 1939 roku, po obu stronach granicy szykowali się aktorzy pierwszych aktów dramatu. Na Grabówku minąłem orkiestrę WSM pakującą się do autokarów ze swoim "orężem". Jechali na uroczystości na Westerplatte. Od Władysławowa pusta szosa i jazda środkiem w obawie przed liskami czy sarenkami. Spotkałem ich sporo, ale na szczęście nie miały skłonności samobójczych i na drogę nie wybiegały. Dziwiły się tylko czemu "człowieki" się włóczą po nocy.
Do Helu dotarłem z dużym zapasem czasu i pokręciłem się trochę po niemal pustym porcie.

W końcu ruszyłem asfaltową alejką w stronę cypla. Jest oświetlona latarniami, na pierwszych 100 m. Dalej jest dość równą kamienistą drogą, a światło księżyca skutecznie zatrzymują gęste korony drzew. Nieodzowna w takiej sytuacji latarka była... w garażu. Jakim cudem nie wywracając się dotarłem do plaży nie wiem. Ale tu niespodzianka. Wzdłuż brzegu biegnie drewniany pomost i jeśli ktoś nie chce to nie musi iść po piachu. Dotarłem na mały taras na samym cyplu...

Będą wspaniałe zdjęcia !

Z każdą taką moją wycieczką wiąże się robienie zdjęć. Pomysł miałem "genialny". Z Helu zrobię zdjęcia oświetlonego pomnika na Westerplatte o 4.48 i godzinę później...
Czasem zaskakuje mnie głupota niektórych ludzi, ale moja własna zadziwia mnie i bawi bezustannie !
Pogoda była znakomita, powietrze przejrzyste jak kryształ i można było zobaczyć to :

4.48

Jak można sądzić, że z odległości 25 km da się zobaczyć oświetlony pomnik? Ginie w łunie świateł miasta, portu i rafinerii. Ktoś oprócz mnie mógł tego nie wiedzieć???
5.48
Nierozsądny pomysł na zdjęcia nie wypalił zatem. Myśląc o historii i smakując piękne widoki spędziłem godzinę rozgraniczającą noc i dzień 1.IX., 76 lat po. 

"Polska w ruinie"

Ostatni raz w tym rejonie Półwyspu Helskiego byłem trzy lub cztery lata temu. Pomost wzdłuż brzegu to dla mnie nowość. Nie jedyna. 
Kiedy się ledwie co rozwidniło pojawił się jakiś człowiek w schludnym uniformie, z foliowym workiem do którego zbierał śmieci. Nieliczne, a to też jakiś postęp. Przechodząc zagadał przyjaźnie. Zamieniliśmy parę słów, wypaliliśmy po jednym. Petów na ziemie nie rzuciliśmy! Pan powędrował dalej do swoich obowiązków, a ja dalej cieszyłem się widokami i niezwykle ciepłą nocą.
Około szóstej poszedłem wzdłuż brzegu od strony zatoki. Czysto, równo. Każda militarna pozostałość, a jest ich tu mnóstwo, opatrzona tabliczką z opisem w trzech czy czterech językach. Poprzednie moje przejście tą trasą to kamienie, błoto i chaszcze.

Helska Załoga

Idąc w stronę samochodu, chciałem zobaczyć co zostało ze 100 mm działa, które choć w opłakanym stanie, ale jako jedyne z 27 BAS się zachowało i w 2010 r. wyglądało tak:
Zanim dotarłem w poszukiwane miejsce usłyszałem muzykę. I nie była to twórczość w stylu "Majteczki w kropeczki", ani "Panno Walerciu...", a przedwojenne polskie piosenki wojskowe.
Doszedłem do celu i szczęka mi opadła. Stanowisko wspomnianej armaty wyremontowane, wygląda jak nowe. 
Wewnątrz sześcioosobowa "załoga". Trzy panie i trzech panów. Przekrój wiekowy szeroki. Dwóch panów w kompletnym umundurowaniu. 
Postanowili spotkać się i uczcić rocznicę właśnie tu. Siedzieli przy kawie i domowym cieście gawędząc. Wyremontowali zdewastowane stanowisko i dbają o nie. To zwyczajni-niezwyczajni ludzie, którzy oprócz codziennego życia mają prawdziwą pasję.
Przyjęli mnie jak oczekiwanego gościa. Częstując kawą, jedna z pań powiedziała przepraszająco:
"Wie pan, ale ta kawa to taka z termosu..."
Szanowna Pani, kawa była znakomita, a  spotkanie kogoś takiego jak Wy to zaszczyt dla mnie i radość. 
Po sympatycznej pogawędce, pamiątkowe zdjęcie i w drogę do Gdańska.
Jadąc już w świetle dnia do domu, miałem o czym myśleć. To zaskakujące spotkanie tak interesujących ludzi dało mi wiele optymistycznych refleksji. Choćby dla tego niespodziewanego spotkania, warto było zarwać noc. A nieudane zdjęcia? Nie ma nieudanych zdjęć. Zawsze coś pokazują. A że coś innego niż się spodziewałem? Też frajda ... Zdjęcie oświetlonego pomnika już przecież mam. Zrobiłem w poprzednią rocznicę.
2014









21 sierpnia 2015

Segregacja śmieci i ich utylizacja

Rzadko piszę o sprawach bieżących. Wolę pisać o historii, ciekawych ludziach. Czasem piszę też o śmiesznostkach z mojego własnego życia.
Dziś robię wyjątek. Bo sprawa śmieci, a zwłaszcza ich utylizacji jest ważna i każdego powinna obchodzić.

Przecisnął się przez ucho igielne

Może nie do Nieba, ale do dalszego życia. Właściwie chyba słowo życie nie jest adekwatne, używamy go w odniesieniu do ludzi, zwierząt. No może w porządku. Nawet w odniesieniu do kalarepy czy trawy też czasem używamy takiego określenia. Otóż pewien wytwór czy też igraszka przyrody, dla zaspokojenia swoich zboczonych pragnień, zamordował trzech chłopców. Dostałby karę w zawieszeniu 30 cm nad ziemią, ale obowiązywał wtedy stan przejściowy i "na linę" posłać go nie można było, a dożywocia jeszcze nie wprowadzono. Na skutek tych zawirowań, po odsiedzeniu 25 letniego wyroku musiał wyjść. Co z takim śmieciem zrobić wie nawet szeregowy pracownik spalarni śmieci, ale... nie można. I to rozumiem. Nasz czołowy wesołek sceny politycznej, z subtelną bródką i muszką wyraził ubolewanie, które szczerze i bez kpin podzielam. Wystarczyło według niego, żeby w łaźni czy na spacerniaku, strażnicy na chwil kilka stracili go z oczu, a współwięźniowie zadbali by o to, żeby ten stwór przestał zużywać jakże cenne powietrze i zajmować deficytową powierzchnię zakładów penitencjarnych.
I tu mamy wzorcowy przypadek śmiecia, z którego utylizacją jest kłopot. Stosując różne metody, zgodne z obowiązującym prawem, jakoś się udało zaradzić problemowi. Czy to prawo nagięto i "wspomagano", w tym wypadku NIE OBCHODZI MNIE. Mam nadzieję, że nikomu już Trynkiewicz krzywdy nie zrobi, a może zdarzy mu się jakiś wypadek.  
Napisałem o nim,
bynajmniej nie dlatego, że wart jest czyjejkolwiek uwagi, ale dlatego, że prowadzący tego dnia Wiadomości, zgrabnie wybrnął z ponurego obowiązku.

Terapia siekierą

Każdym chyba wstrząsnęła wiadomość o dziewczynce śmiertelnie zranionej przez kolejnego śmiecia. Podobno tak odreagował swoje frustracje. Autoterapia jak z taniego horroru. Mimo wysiłków lekarzy, dziecka uratować się nie udało. Sprawcę schwytali przechodnie, a przybyli na miejsce policjanci uratowali go przed linczem. 
W pierwszej chwili żałowałem, ale po zastanowieniu stanowczo twierdzę, że dobrze się stało. Gdyby mieszkańcy Kamiennej Góry zlikwidowali go na miejscu, jeden z nich lub kilku, odpowiadałoby tak jakby zabili CZŁOWIEKA. Policjanci zaś, którzy by temu nie zapobiegli, także ponieśliby odpowiedzialność karną. Niestety w świetle prawa, słusznie. Szkoda byłoby, gdyby kolejni ludzie ponieśli konsekwencje istnienia i pośrednio działania czegoś takiego jak Samuel N. Ich wściekłość i normalny w tak nienormalnych okolicznościach odruch, nie przywróciłby życia dziecku.
Tragifarsą jest natomiast to, że Samuel N. musi być sądzony zgodnie z kodeksem i procedurami takimi jak dla ludzi, ale rady chyba na to nie ma? 

Jestem przeciw karze śmierci ...?

Nie mam wystarczającego wykształcenia, doświadczenia i wiedzy, żeby rozstrzygać taki problem. Na tak postawione pytanie odpowiedziałbym kierując się raczej odczuciami i emocjami, a to krucha "argumentacja". 
Z. Marchwicki
Przeciwnicy KS, uzasadniają swoje stanowisko podając przykłady pomyłek sądowych. Zdarzają się. Wyrok w sprawie Zdzisława Marchwickiego, o którego procesie słyszał każdy, jest dobrym przykładem. Choć tu uważam, że nie była to pomyłka sądowa, a świadome działanie, zgodne z potrzebą. W tym wypadku pojęcie "potrzeba" definiowane było przez władzę PRL. Faktem jest, że niesłusznego z jakiegoś powodu zasądzonego i wykonanego wyroku nie da się cofnąć.
Innym argumentem przeciw, jest stwierdzenie, że to barbarzyństwo. Że człowiek nie ma prawa zabierać życia innemu człowiekowi. Ale to już raczej wywody pięknoduchów, a ci mojego uwielbienia nie mają.
Myślę, że znoszenie kary śmierci w wielu krajach bierze się stąd, że wielokrotnie na całym świecie zdarzały się okresy kiedy kary tej nadużywano czy też wręcz były to tzw. "mordy sądowe". Daleko szukać nie musimy ...

Ale utylizacja to co innego

Jeśli już sprawca absurdalnego mordu w Kamiennej Górze, musi podlegać takim procedurom jak ludzie, to niech będą proste w takich niepodlegających wątpliwościom przypadkach. Krótkie posiedzenie sądu, opinia biegłych i decyzja o LIKWIDACJI. Nie nazywałbym tego KARĄ ŚMIERCI, bo KARA ma mieć choć cień aspektu wychowawczego. U wisielca, trudno jest zbadać czy zastosowany środek go zresocjalizował. W wypadku tak potwornych zbrodni, pozbawionych jakiegokolwiek sensu czy usprawiedliwienia twierdzę, że zabicie czegoś co tylko anatomicznie przypomina człowieka jest jedynie utylizacją niezwykle szkodliwego i niebezpiecznego odpadu. Bez znęcania się i dodatkowych okrucieństw. Dlaczego mielibyśmy go zachować przy życiu? 
Bo go jakaś łaska boska uleczy, oświeci? 
Bo może będzie sobie studiował jak Breivik? 
Jeśli to coś będzie nadal żyć, to ktoś musi się nim zajmować, tracąc czas i narażając się na śmierć z jego ręki w chwili nieuwagi. 
Tak przecież czynimy z psem, który na skutek jakiejś choroby czy złego wychowania przez ludzi jest groźny i nic nie można zrobić. Trzeba uśpić, choć żal bo pies to stworzenie w niczym od nas nie gorsze. 
Nie podnoszę tu aspektów ekonomicznych utrzymywania dożywotnich więźniów, bo to populizm... A argument żaden.

A hieny z tego żyją ...

Media mają prawo informować o niemal wszelkich wydarzeniach, nawet tak okropnych jak zabicie 10-letniej Kamili. Później powinna się pojawić informacja o procesie i jego wyniku. Jest jednak inaczej. Mamy ciągnący się spektakl we wszystkich programach, prasie itd.
Wczoraj w TVP Info, widziałem kilkunastominutową relację. Reporter prowadził rozmowy ze zgromadzonym w Kamiennej Górze tłumem oburzonych mieszkańców. Niczego to nie wnosi, niczego nie wyjaśnia, a czyni tylko z tego tragicznego zdarzenia jakieś reality show !
Sądzę, że wszystkie stacje TV i radiowe posłały tam swoich gończych, żeby zbierali informacje. Pytam jakie i czy do czegokolwiek potrzebne? Potrzebne do zapełnienia czasu antenowego, paru kolumn gazety papierowej czy wirtualnej. 
Szczytem jednak obrzydliwości wykazała się jedna z najbardziej szmatławych gazet. Opublikowała zdjęcia poranionej ofiary. Oczywiście na pierwszej stronie i w dużym formacie. Nawet najgorszy cham, bydlak, produkujący korespondujące jakością z jego poziomem wydawnictwo, powinien się chyba pohamować?
A wiecie co by go powstrzymało? Gdyby po takiej publikacji, sprzedaż jego gazety spadła choć o kilka procent. Nie łudźmy się, nie spadnie, a wzrośnie...

To MY za to odpowiadamy


Może nieelegancko, ale po ludzku skomentował ten skandal redaktor radiowy Piotr Maślak. Dokonując codziennego przeglądu prasy, zwrócił się do autorów tej skandalicznej publikacji:
"... czy wam kompletnie odjebało ...!"
Owszem wulgarnie, ale są sytuacje kiedy nawet takie słowa i nawet na antenie wydają się zbyt łagodne. Mam nadzieję, że żadnemu nadgorliwcowi nie przyjdzie do głowy ukarać mojego imiennika za słowa, nad którymi nie mógł zapanować. Ja ze swej strony przyłączam się do tego informując wszystkich, że nigdy nie użyję tej gazety nawet do wytarcia dupy.

Z pewnością to co napisałem trafi do nielicznych. Nie czuję jednak w sobie posłannictwa (na szczęście) i koziołkową ambicją nie jest oświecanie powszechne. Piszę do tych, którzy tu zaglądają...
I Wam właśnie powiem: 
Jeszcze nigdy żadnego tekstu nie pisałem tak błyskawicznie i bez wątpliwości. Z pewnością styl na tym ucierpiał, ale już ktoś z Was zwrócił mi anonimowo uwagę, że styl mojej pisaniny jest koślawy. 
Z pewnością też, ten koziołkowy felietonik naładowany jest emocją jak żaden z dotychczasowych.
Literówki oczywiście poprawię... , jak mi cholera minie.
  

15 sierpnia 2015

Nie było żadnego cudu !

"Cud nad Wisłą" J.Kossak
Dokładnie taki obrazek, w postaci dość podniszczonej przedwojennej pocztówki, to mój pierwszy kontakt z wiedzą o bitwie o Warszawę w 1920 roku. Mogłem mieć 5-6 lat kiedy znalazłem ją wśród zdjęć i pamiątek rodzinnych. Tata objaśnił mi wydarzenie symbolicznie na pocztówce przedstawione w sposób taki jaki był możliwy do pojęcia dla umysłu dziecka i czasów w których o wojnie polsko-bolszewickiej mówić nie było zbyt bezpiecznie.  O Dziadku, też wiedziałem, że walczył w Legionach i był ranny. A że w walce z Bolszewikami, to wiedza o kilka lat późniejsza. Opis tego zdarzenia znajdziecie w zakładce "Wspomnienia Taty (1928-45)".

Upływ czasu sprzyja legendzie

W tym wypadku rozbudowie legendy sprzyjał także brak możliwości jawnej rozmowy o wydarzeniach z wojny polsko-bolszewickiej. Pół wieku "nasi" inżynierowie dusz starali się wymazać wydarzenia, które chwałę Polsce i podziw cywilizowanego świata przyniosły, obnażając przy tym prawdziwe intencje komunistycznego monstrum.
Tak więc walki w okolicach Radzymina, czyli dosłownie na progu stolicy, obrosły legendą której charakter wynikał też z rzeczywistości jaka towarzyszyła nam przez lata PRL. Dobrym przeciwstawieniem komunistycznej magmy w której wszyscy grzęźliśmy, była postać dzielnego i uczciwego księdza Ignacego Skorupki. I tak jak na obrazie, do dziś widzimy go z krzyżem w ręku, porywającego do boju młodzież pospiesznie przekształconą w żołnierzy. Brakło im wyszkolenia, nawet obycia z bronią, a i wyposażenie było niepełne. Nie brakło im jednak z pewnością determinacji oraz wiary w cel walki. Taki kapelan ochotnik, jakim był ks. Skorupka, ogromnie pomógł zapanować nad lękiem i zwątpieniem. Zapłacił za to życiem. Czy rzeczywiście biegł na czele prowadząc do ataku batalion Legii Akademickiej ?
Na obrazie mamy też Matkę Boską, która ukazała się na otuchę Polakom i ku przerażeniu Bolszewikom. Sądzę, że są do dziś tacy którzy kojarząc nazwę "Cud nad Wisłą" i alegorię Kossaka pod tymże tytułem, przyjmują przekaz dosłownie.
Co do tego drugiego elementu ... jestem gotów uwierzyć. Gdybym znalazł się w tej bitwie, to ze strachu z pewnością widziałbym Matkę Boską, ze trzy chorągwie jazdy anielskiej, H. Pottera, a nawet  Myszkę Miki. Najpewniej zaległbym gdzieś w bruzdach wrzeszcząc i napełniając spodnie ze strachu.

A ksiądz Skorupka?

Trudno sobie wyobrazić, żeby ksiądz biegł na czele ze wzniesionym krzyżem, de facto zastępując dowódcę nacierającej piechoty. Byłoby to nie tylko dziwne, ale i niemądre. Ksiądz Ignacy Skorupka, jak udowodnił swoim udziałem w ataku, był człowiekiem wielkiej odwagi, ale nie wariatem. 
Towarzyszył swoim podopiecznym od miejsca koncentracji pułku, służąc wsparciem kapłańskim i koleżeńskim. Ruszył razem z nimi do natarcia, choć nie było to obowiązkiem kapelana. Udzielał ostatniego namaszczenia bezpośrednio na polu walki, a jego odwaga i opanowanie mobilizowały innych. I w czasie tej kapłańskiej posługi dosięgnęła go kula. Nawet dokładnego miejsca gdzie poległ nie umiano ustalić tuż po bitwie. Czy zginął na miejscu, czy zmarł przeniesiony do pobliskiego gospodarstwa? Wersji jest kilka, jak to w takich sytuacjach bywa sprzecznych. I oczywiście każda ma... naocznych świadków.
Pogrzeb walecznego księdza i jego uroczysta oprawa, były podkreśleniem wielkiego czynu do którego tylko ludzie niezłomnego charakteru są zdolni. Ofiary życia i świadectwa miłości do ludzi i ojczyzny. Stał się zasłużenie jednym z symboli bitwy o Warszawę 1920. Swój zawód traktował poważnie, wypełniając swoje obowiązki z oddaniem ponad wszelkie oczekiwania. Tym zasługuje na najwyższy szacunek.
Jeśli poczytamy o krótkiej jego pracy wśród Polaków w Rosji, później w Łodzi to docenimy jego charakter, a śmierć będziemy widzieli jako "jedynie" ostatni silny akord i finał pracowitego i pożytecznego człowieka.
Figiel historii sprawił, że cokół szykowanego pomnika księdza Skorupki posłużył za element znanego Warszawiakom pomnika "Czterech śpiących". Figury pomnika najpierw wykonane były z pomalowanego gipsu, co doskonale koresponduje z jakością polsko-radzieckiego braterstwa broni, które ów monument miał symbolizować. Zastąpiono je wkrótce figurami z brązu, wykonanymi w odlewni... niemieckiej, w radzieckiej strefie okupacyjnej Niemiec. 
Czy Mrożek wymyśliłby lepiej?
Swoją drogą o historii choćby kilku znanych powszechnie pomników warto byłoby coś napisać.
"Pomnik braterstwa broni" czyli "Czterech śpiących"


Ale kto "stworzył" CUD ?

Kiedy rosyjska horda dotarła na przedmoście Warszawy, wielu było przekonanych, że porażka jest nieuchronna. Walki pomiędzy 12 a 16 sierpnia odwróciły wszystko i obroniły Polskę, a może i Europę przed strasznym losem na 20 lat. Krótko? Być może, ale 20 lat wiele znaczy. 
Określenie "Cud nad Wisłą" pojawiło się natychmiast po bitwie. Używane było nie z wiary w boską pomoc i ochronę, a z chęci pomniejszenia zasług marsz. J.Piłsudskiego i jego sztabu. Jak każda wybitna jednostka miał swoich zaciekłych oponentów. Niektórzy z nich to także ludzie godni szacunku. Ale byli tacy, którzy nie mogąc przełknąć faktów, głośno gardłowali o tym, że "nieudolny" Piłsudski przegrałby, gdyby nie przypadek, zatem... CUD !
Personalnie autorstwo określenia "cud nad Wisłą" przypisuje się Stanisławowi Strońskiemu. Nota bene, jego artykuł z 1922 roku - "Usunąć tę zawadę", dał początek kampanii oszczerstw i obelg wymierzonych w prezydenta Narutowicza. To, że skutków tej publikacji publicznie żałował, a kilkanaście lat później przyznał, że artykuł ten uważa za największy błąd w swoim życiu, niczego nie zmienia. Szkoda, że my nie wyciągamy wniosków z historii i w III Rzeczpospolitej znów ujadamy jak kundle na siebie nawzajem. 

Nie Piłsudski, a Rozwadowski !

Gen. Rozwadowski (1866-1928)
To nieco nowsza i nadal modna  interpretacja mająca podważyć zasługi zwycięzcy wojny z Bolszewikami. 
Piłsudski i Rozwadowski raczej sympatią się nie darzyli. Piłsudski nie miał wojskowego wykształcenia, a i praktykę skromną. Do sztabowych prac odnosił się często z lekceważeniem. Rozwadowski zaś był zawodowym wojskowym, z praktyką i zdolnościach sztabowca. Miał też pewne ambicje polityczne, do których z kolei brakowało mu zdolności. 
Ale w tym decydującym okresie wojny z sowiecką Rosją, o rozsądku ponad osobiste odczucia obu panów, świadczą fakty. Ten pierwszy w najtrudniejszej chwili wezwał Rozwadowskiego z Francji i mianował szefem sztabu. Ten drugi rozumiał swój obowiązek wobec Polski jak należy i wykonał swoje zadanie perfekcyjnie. Czy można więc gen. Rozwadowskiemu przypisać autorstwo zwycięstwa? Nie. Każdy plan o decydującym znaczeniu zatwierdza głównodowodzący. On też wybiera główną koncepcję działań. Żaden też głównodowodzący osobiście nie rozpisuje szczegółowo ról dla poszczególnych aktorów dramatu. Robi to szef sztabu i jego zespół. Odpowiedzialność za wynik działań jednakże spada na wodza naczelnego, a nie jego szefa sztabu. Cytując prof. G.Nowika: 
"Szef sztabu nie ma nazwiska"
Wyważony ten w swoich wypowiedziach historyk nie umniejsza zasług gen. Rozwadowskiego, ale przecież tegoż szefa sztabu "ktoś" wybrał... Wybrał trafnie.  Czy za błędy strategiczne 1939 roku obwiniamy gen. Stachiewicza? Niektórzy nawet nie wiedzą kto to.

Kto zatem się zasłużył ? Chyba wielu.

Generał Wł. Sikorski, mając przeciw swojej 5 Armii trzykrotnie silniejszego przeciwnika, nie tylko utrzymał front, ale z sukcesem prowadził działania zaczepne. Choć 20 lat później okazał się nieumiejętnym politykiem i człowiekiem małostkowym, to w tej próbie pokazał godne podziwu zdolności jako dowódca.
Generał Haller, dysponując najsłabszymi pod względem wyszkolenia jednostkami, utrzymał linię obrony na przedpolach stolicy, dając czas na koncentrację i uderzenie znad Wieprza.
Największa zasługa przypada zaś tym, nieznanym dziś z nazwiska oficerom i szeregowcom, walczącym w lokalnych potyczkach, których było kilkadziesiąt, w ciągu tych kilku dni. Walka pod Ossowem, w której zginął ksiądz Ignacy Skorupka była jedną z nich. Ani największą, ani najważniejszą. Może nawet nieistotną dla całości. Nie umniejsza to jego indywidualnego bohaterstwa.

Największa nasza przewaga

Armia bolszewicka górowała nad armią polską liczebnością. Ale na szczęście tylko tym. Była to gromada dzikusów o nikłej świadomości. Zorganizowana według jakże charakterystycznego schematu :
"Kamandir, komisar i biezpagonnaja swołocz"
Oni mieli zanieść "szczęście" nam i całej Europie
I choć odmówić talentu Tuchaczewskiemu byłoby wielką niesprawiedliwością, to cóż mógł uczynić dysponując tak nędznym materiałem ludzkim?

Wojsko Polskie było dobrze dowodzone. Po załamaniu się ofensywy i odwrocie, morale armii było mizerne, co jednak udało się zmienić. Determinacja większości żołnierzy była w decydującym momencie atutem niezmiernie istotnym. Duża tu zasługa hierarchów kościoła katolickiego. Księża mobilizowali całą ludność do wysiłku, a liczni kapelani wspierali żołnierzy. Skorupka jest oczywiście pomnikowym przykładem, najbardziej znanym, ale jednym z wielu. 
Od 13 sierpnia marsz. J. Piłsudski odwiedzał oddziały grupowane w okolicach Dęblina i swoją obecnością ogromnie podnosił morale żołnierzy, którzy mu ufali. 16 sierpnia ruszyła operacja, podczas której towarzyszył pierwszorzutowym oddziałom. To ważne i nawet ci z nas, którzy nie byli czy nie są wielbicielami Marszałka chyba to przyznać muszą?
ppłk. Jan Kowalewski
Mieliśmy znakomity wywiad i specjalistów, którzy złamali sowiecki szyfr "Rewolucja". 
Jak porucznik Jan Kowalewski, na nudnym nocnym dyżurze, rok przed Bitwą Warszawską dał początek metodom łamania szyfrów bolszewickich i co z tego wynikło, możemy czytać w książkach profesora Nowika. 
W dużym uproszczeniu można stwierdzić, że Piłsudski podjął ryzykowną grę o wielką stawkę... widząc karty przeciwnika jak na dłoni. Ryzyko było, ale nie ślepa odwaga i wiara w szczęście.

Zwycięstwo na przedpolach Warszawy zawdzięczamy sobie. Konsekwencje ewentualnej klęski spadłyby na całą Europę. Były jednak kraje/narody których pomoc nie powinna być zapomniana. O tym....Komu i czy jest za co dziękować ? KLIK.

02 sierpnia 2015

"Kolumbowie" w błyszczących dresach ?

Niedawno oglądałem dyskusję historyków o budowie systemu edukacji, po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Ciekawe. Złączenie i ujednolicenie szkolnictwa z trzech zaborów, a w wypadku zaboru rosyjskiego niemal budowa od podstaw. Uwzględnienie sporych grup mniejszości narodowych tak, aby pozwolić im na rozwój z poszanowaniem języka i odrębności kulturowych. Te i inne zadania wymagały ogromnej pracy, pomysłu na szybką i sprawną organizację, a przede wszystkim pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy... (i tak jeszcze z 10 linijek).
W przededniu II Wojny Światowej, roczną ilość absolwentów szkół każdego szczebla mieliśmy na poziomie Francji czy Niemiec. Oczywiście w sensie procentu populacji, a nie w liczbach bezwzględnych. Choć system nie był doskonały i nie w każdym regionie równo rozwinięty, to dyskutujący w programie specjaliści jednoznacznie ocenili budowę systemu oświatowego w II RP jako sukces.
W dyskusji pojawił się jeszcze jeden aspekt. Zorientowani w realiach międzynarodowych, konstruktorzy polskiej państwowości, zdawali sobie sprawę z bliskiego zagrożenia. Przewidywali, że jedno pokolenie dzieli Polskę od chwili, kiedy czeka nas bój o zachowanie niepodległości, z trudem po 150 latach odzyskanej. 
F. Foch zapoznawszy się z założeniami Traktatu Wersalskiego, ocenił, że nie jest to traktat pokojowy tylko rozejm na 20 lat. Niestety nie pomylił się ten mądry człowiek, marszałek trzech krajów i zdeklarowany przyjaciel Polski.
Zatem cały system kształcenia i wychowania młodzieży musiał oprócz przekazu wiedzy, budować poczucie więzi z własnym krajem, państwowością. Wpajać sposób myślenia i kształtować cechy, których zbiór umownie nazywamy patriotyzmem i miłością ojczyzny. Tak aby ci ludzie bez wahania i z pełną determinacją stanęli murem za naszą niepodległością.

Czy się udało ?

Dziś z historii lat czterdziestych ubiegłego wieku wiemy, że tak. Chęć walki w obronie kraju, była w 1939 roku powszechna, tak jak i wiara w ostateczne zwycięstwo. Bili się dzielnie weterani I Wojny Światowej i ludzie młodzi, którzy weszli w dorosłe życie po 1918 roku. Najwyższej próby patriotyzm i zaangażowanie, od klęski nas nie uchroniły. Bo tylko w bajkach możliwe, że garstka o mężnych sercach, odnosi ostateczne zwycięstwo nad wielokrotnie silniejszym, ale nikczemnym duchem przeciwnikiem.

"Bóg jest po stronie silniejszych batalionów" /Napoleon Bonaparte/

Ale bez tak spójnego i powszechnego sprzeciwu wobec najeźdźców nie byłoby zaciętej i walecznej obrony. Nie byłoby polskich żołnierzy walczących później na wszystkich frontach. We wszystkich rodzajach sił zbrojnych budzących podziw sojuszników i respekt u przeciwników. Nie powstałaby konspiracja i podziemne państwo z trzystutysięczną Armią Krajową, która gdyby okoliczności nam sprzyjały, mogła stanowić znaczną siłę w wyzwalaniu Polski. Nie byłoby także armii partyzanckiej, która choć bez szans powodzenia, stawiała opór najeźdźcy do lat pięćdziesiątych.
Mielibyśmy natomiast jakiegoś swojego Petain'a czy Quisling'a, a od roku 43 czy 44 liczne komunistyczne bandy upatrujące łupów i korzyści rozmaitych, w powiązaniu ze zbliżającą się następną okupacją. Trochę ich oczywiście było, ale to margines. Tak w sensie liczby jak i jakości. Pewnie do szkoły polskiej nie chodzili, albo... dużo wagarowali.

Zmarnowany kapitał ?

Sierpniowym popołudniem na ulice Warszawy wybiegli odważni ludzie, gotowi oddać życie za Polskę. Choć częścią z nich nie kierowała odwaga, a jedynie euforia i młodzieńczy optymizm.  Byli wśród nich najzdolniejsi, najlepiej wychowani, mogący odbudować kraj po zakończonej wojnie. Lwiej części z nich, przypadła w udziale śmierć. Czasem bohaterska, czasem przypadkowa, a bywało, że wręcz głupia. 
Spośród tych którzy przeżyli, wielu nigdy nie otrząsnęło się z potwornych doświadczeń, których tacy jak ja w żaden sposób nie mogą sobie wyobrazić. Liczni z tych którzy przetrwali piekło Powstania, zostali przez komunistów zakatowani, jak na przykład por. "Anoda" (Jan Rodowicz).
Moje opinie o Powstaniu i winie za jego rozpoczęcie, opisałem dwa lata temu. Są to oczywiście przemyślenia na miarę dostępną dla koziołkowego rozumku. :

Nie wszyscy uczestnicy Powstania Warszawskiego byli z pewnością wzorem cnót wszelakich, ale generalny taki ich obraz jest prawidłowy. Byli tacy, którzy dokonawszy czynów godnych najwyższego podziwu polegli, a mieli na przykład wrodzoną skłonność do przygód awanturniczych. Nikt nie wie czym zajęliby się i czy chwalebny byłby ich życiorys, gdyby nie kończył się w roku 1944. Już w trakcie Powstania, przyłączali się do walki ludzie bardzo różnego pochodzenia i jakości. Czynili to z bardzo różnych pobudek. Ale nic w tym nienormalnego.
Nie jest prawdą, że Powstanie Warszawskie pogrzebało całą młodą inteligencję. Czemuż miałaby się ona cała znaleźć w Warszawie? Spytać mógłby o to mieszkaniec Krakowa, Rzeszowa czy... Zgierza.
W jakiś sposób, przerażająca swoim rozmiarem i bezsensem ofiara z 200 tysięcy ludzi i pięknego miasta, dała pewien początek. Przez ponad 40 lat historia i mit tego niezwykłego zrywu inspirowały nas wszystkich. Dawały wiarę, że nikt nas ujarzmić nie może. Że nie możemy ustawać w dążeniu do wolności, którą kiedyś zdobędziemy. Udało się 45 lat po heroicznym wyczynie Tych, którzy walczyli i ginęli w gruzach stolicy. Chyba nie jestem odosobniony w przekonaniu, że także dzięki Nim mamy znów Polskę?

A tytułowi "powstańcy" w dresach? 

Nie udało się Niemcom mimo ich wielkich wysiłków zniszczyć oporu w Polsce. Zastąpili ich Sowieci. Znaleźli wśród nas jakieś poparcie i przez niemal pół wieku dokonali zniszczeń w naszej mentalności, które choć mniej widoczne od tych materialnych większy ciężar mają niż gruzy Warszawy i wszystkich polskich miast. Tacy jak ja, także nieco starsi i nieco młodsi, urodzili się pod sowiecką okupacją okraszoną groteskową symboliką polskiej państwowości. Wszystko to było niejednoznaczne, pomieszane. Nawet jeśli ktoś miał szczęście i wychował się pod opieką takich rodziców jak moi, którzy dobrze umieli wskazać czym PRL od Polski się różni, to jakimś skażeniom ulegał. Wiele rzeczy nam się podświadomie miesza. Kontestowanie każdej władzy wydaje się cnotą. Każda administracja wydaje się aparatem nacisku. Każdy protest  przyjmujemy a priori jako słuszny.
Patrzę na maszerujących 11 listopada krzykaczy w glanach, skandujących hasła, których nie rozumieją. Posługują się wizerunkami polityków takich jak R. Dmowski, którego znają tylko z nazwiska. Swoim zachowaniem obrażają jego pamięć i idee. Nazywają siebie : patriotami, narodowcami czy (co najbardziej "lubię") "prawdziwymi Polakami".
Te same lub podobne grupy nie uszanują nawet obchodów rocznicowych 1 sierpnia i licznie gromadzą się, żeby "obuczeć" bo... lubią to.
Mamy jeszcze bandytów zrzeszających się pod pozorem sympatii dla jakiegoś klubu piłkarskiego. Eufemistycznie nazywani są kibolami. Oni także sięgają do jakiejś chorej przeróbki i mieszanki różnych ideologii. Używają symboliki która miesza znak PW ze swastyką. Ale w tych pustych głowach nie ma wahania.
Wszystkie te stowarzyszenia niedouczonych śmieci są efektem i sukcesem dziesięcioleci pracy sowieckiego aparatu. Efektu tego nie da się tak łatwo usunąć...
I tak w ten dzień rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, sobie kozioł rozmyśla. O bohaterach, którym odwagi zazdrości. O straconych nadziejach i tych, którzy nie doczekali Polski. A my ją mamy i "buczymy".
Myślę też, że gdyby w jakichś, dziś na szczęście abstrakcyjnych okolicznościach miało dojść do powstania, to inny byłby skład powstańczej armii. Na ulice pierwsi wybiegli by kibole i wygoleni "narodowcy" w glanach z karkiem rozmiaru 48. Bić oczywiście się umieją. Czy tylko wiedzieliby po co?