20 lutego 2014

Ukraińska wiosna ?

... "Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy
To Europy bastiony,
A barbarzyńca aż po wieczne czasy
Do Azji ujdzie strwożony"...
 
To fragment przepowiedni, rzekomo wypowiedzianej 23.IX.1893 przez kobietę-medium, na seansie zorganizowanym przez Władysława hr. Wielogłowskiego. W jakiś sposób tożsama z proroctwami Wernyhory.

Tęgoborze

 

 

 

 

 

 

 

Dziś koziołkowego mędrkowania nie będzie, a tylko pytania i wątpliwości...
Dzieją się bardzo złe rzeczy na Ukrainie. Giną ludzie, bez potrzeby. Bo każda nienaturalna śmierć jest zła i zbędna.

Obserwujemy wydarzenia w kraju, który jest nam bliski geograficznie, a mentalnie?

Setki lat wspólnej historii, to wspólny rozkwit, ale i ciężkie krwawe starcia. Dziś najbardziej ważą na naszej pamięci, wydarzenia wieku XX. Walki o Lwów, rzeź na Wołyniu, oddziały UPA. I tu nie oszukujmy się, zadra jakaś jest. Choć żołnierzom UPA wdzięczność winniśmy, za przypadkową likwidację pewnego bandyty w mundurze generalskim LWP.
Z drugiej strony Ukraińcy, to cywilizacyjnie bliższa nam nacja niż Rosjanie. Wspólna choć niepozbawiona waśni egzystencja przez kilka wieków, wymieszała nasze obyczaje, kulturę. Prawdę powiedziawszy, po wizycie jakże licznej delegacji mongolskiej, w początkach XIII w., rozbite księstwa Rusi pod czyjeś wpływy oddać się musiały. Wybór padł na Litwę, a po 1385 roku automatycznie nam przypadła rola wiodąca. Ruś Czerwoną do Polski kilkadziesiąt lat wcześniej przyłączył Chrobry. Jego dwie wyprawy, nie były tak dzikie jak mongolskie, ale trudno je nazwać  misją Czerwonego Krzyża. Mimo buntów i powstań kozackich, które raczej miały podłoże ekonomiczne, Ukraina/Ruś do oderwania od Korony nie dążyła.
Rosja to większe nieporównanie osiągnięcia sztuki i nauki, ale kultura cały czas przesycona myślą o wielkim imperium dominującym na jak największym obszarem. Najchętniej całym globusem. Obojętnie czy mają za godło carskiego orła czy czerwoną gwiazdę. Błyskotliwy i sprytny oficer KGB, obecny jednowładca Rosji, podobno czuje się duchowym spadkobiercą Piotra Wielkiego (?). A mnie wydaje się, że raczej Czyngis-Chana...
Często postrzegamy te dwa odrębne narody jako całość. To absurdalne i wielce krzywdzące dla Ukrainy.  Bliższa mi jest Ukraina. A co do osiągnięć nauki, sztuki itd., to czymże jest T-34, Kałasznikow, a nawet rakiety Sojuz w porównaniu z boskimi wręcz pierogami ruskimi (NIE ROSYJSKIMI)

Czy to groźna wojna domowa?

Obecne rozruchy i starcia nie są jeszcze wojną domową, ale mogą do niej doprowadzić. Konflikt to tak nieodległy jak pożar w sypialni sąsiada za ścianą. A kto ma zadzwonić pod 998 i czy odbierze telefon bystry strażak dyżurny?

Chętnych do gaszenia pożaru jest kilku ...

Rosja, choć nie ma możliwości działania bezpośredniego, zrobi wszystko, aby Ukraina była w jej strefie wpływów. Dla UE to także gratka, bo może potwierdzić swoją siłę polityczną. Pomniejsi gracze, w postaci państw czy też pojedynczych polityków wiele chcą ugrać. Nie dla dobra Ukrainy, nie dla tzw. "praw człowieka" a dla siebie. I to NORMALNE. Tak jest i tylko pięknoduchy wyją z żalu nad niedoskonałością świata.  
Narody raczej moralności nie mają, a państwa z całą pewnością
Kto to powiedział pewnie wiecie. 
Przyłączenie Ukrainy do tej czy innej koalicji, to nie sprawa lepszego bytu dla Ukraińców, ale element rozgrywki w polityce światowej. A że każda ze stron odwołuje się do wartości "wyższych"? Głupi ten kto z takich instrumentów nie korzysta. W każdym sporze pomagają przyciągnąć zwolenników.

Powstanie narodowe czy rewolta tłumu?

I to najtrudniejsze dla mnie pytanie. Oczywiście odruchowo sympatyzujemy ze spontanicznym (?) buntem obywateli, przeciw władzy służalczej wobec Rosji o wiecznie imperialnych ambicjach.
Jednak Janukowycz & Co. to nie namiestnik wyznaczony przez Rosję, a prezydent wybrany w wyborach. I już wtedy wiadomo było w, że w stronę kremlowskiego "światełka nadziei" patrzy.
Zatem jeśli "wczoraj" wybraliśmy jakąś władzę, a dziś wychodzi tłum na ulicę, to kto łamie prawo?
Może w dziecinny sposób na to patrzę, ale to dla mnie fundamentalna wątpliwość. Oczywiście jeśli Ukraińców i Ukrainę postrzegamy jako przedmiot rozgrywek, to ze względu na nasze interesy, czy to polskie czy unijne, poparcie dla rewolty jest konieczne. Ale nie bądźmy obłudni. To tylko interes, a nie żadna wartość moralna. Zresztą czym jest moralność? Jedynie naszą postawą, którą przyjmujemy wobec zjawisk i ludzi których nie lubimy.

Głupie decyzje wyborców zatem? A czy to odosobniony przypadek? 

Żeby zbyt gorących, aktualnych i głupich naszych wyborów nie przytaczać jako przykład, wspomnę Tymińskiego. Nie kosmici, a my sami oddawaliśmy na niego głosy. W demokracji zwycięża większość. Zatem tylko w kraju gdzie większość stanowią ludzie mądrzy i wykształceni demokracja się sprawdza. Jest gdzieś taki kraj?!


Kto wygra?

I to jedyne o czym jestem przekonany. Decydujące będą postawy wschodniej Ukrainy, tam gdzie jest przemysłowy środek ciężkości kraju. Jeśli Donbas powie Janukowyczowi NIE to opozycja wygra. Jakkolwiek ta konfrontacja się skończy, to dalsze losy Ukrainy nie rysują się dobrze i łatwo. Bo co będzie dalej? Myślę, że jest się czego obawiać.
Chyba, że uwierzymy w dalszy ciąg przepowiedni przytoczonej na początku
... "Powstanie Polska od morza do morza.
Czekajcie na to pół wieku.
Chronić nas będzie zawsze Łaska Boża,
Więc cierp i módl się, człowieku".



15 lutego 2014

Walentynki w koziolka glowie

W starożytnym Rzymie wigilia Luperkaliów - świąt ku czci Fauna. Chrześcijaństwo, religia o wielkiej, choć dziś obśmiewanej mądrości, potraktowało to pogańskie święto jak wiele innych. Nie usuwając, a nadając mu inną oprawę i interpretację. I tak św. Walenty przejął "władzę" nad tym dniem. Kim był? Dokładnie dziś nie wiemy. Datę jego śmierci określa się na 14.II.269 roku. I tu zgadzają się wszystkie przekazy. W 496 roku ogłoszono go świętym, a w 1969 specjalna komisja usunęła go z chwalebnej listy, jak wielu innych świętych, o niemożliwym do ustalenia rzeczywistym życiorysie. 
Zatem czy ...


  • Był biskupem Terni posiadającym moc uzdrowiciela? 
  • Zwykłym księdzem udzielającym ślubów legionistom, gdy dekret Klaudiusza tego zakazywał?
  • Młodzieńcem pomagającym chrześcijanom, skazanym za to na śmierć? Czekając na okrutną karę, wysłał list swej ukochanej, podpisując: "Twój Walenty"... ?
I tak patrona Walentynek mamy niedookreślonego. A samo "święto"?

Sukces komercji

W średniowieczu, zwyczaj świętowania 14 lutego rozprzestrzenił się w całej Europie, ale eksplozja to kilka wieków później. Rok 1847. Wtedy Esther A.Howland, rozradowana otrzymaną kartką walentynkową, rozpoczęła ich produkcję, na skalę jak na owe czasy masową. Popyt przerósł możliwości wytwarzania. Pomysłowa dziewczyna zarobiła ogromną jak na owe czasy, kwotę 100.000 $. I tak ruszył cały przemysł, zarabiający na 14.II..

A u nas?

Po zakończeniu radzieckiej okupacji, ze zrozumiałych względów, rzuciliśmy się w kierunku obyczajów świata zachodniego. Szybko przyjęliśmy sympatyczne Walentynki jako rozrywkę. Nasi ledwie wschodzący biznesmeni, rozwijali się także dzięki tej zabawnej tradycji, produkując różne gadżety. Może czasem komuś z nas Walentynka umożliwia wyznanie, do którego brak odwagi w inny sposób? Może jest zwykłą zabawą, nic nikomu nie szkodzącą?
Może przypomni o tym, o czym zapominamy w codziennym pędzie? 
Przyznam, że cieplej myślę i to nie tylko ze względu na porę roku, o Sobótce czyli Nocy Świętojańskiej. Myśl podobna, tradycja starsza i nasza słowiańska...  A jak mało wiemy o słowiańskich tradycjach, zwróciła mi ostatnio uwagę moja bliska przyjaciółka.
Tak czy siak, jeśli już czerpiemy z obyczajów anglosaskich, to wolę Walentynki niż Halloween, choć może też fajne... Mają nas oswoić ze śmiercią, odebrać jej grozę. Boimy się jej, a jest coraz bliżej. Może już za progiem?

A co koziołki myślą?

Mnie Walentynki kojarzą się z niezbyt pozytywnym wydźwiękiem 8 marca ... Dajemy wtedy goździk, kawę marago i rajstopy mamom, żonom, siostrom, żeby im okazać szacunek... raz do roku. W ten właśnie dzień. A każde uczucie, jeśli jest prawdziwe towarzyszy nam wciąż ...
Gdy jesteśmy razem, gdy się smucimy, cieszymy. Gdy zasypiamy i gdy się budzimy. Wtedy nawet gdy nawał pracy, obowiązków czy kłopotów nie pozwala nam tego wystarczająco okazywać. Jeśli więź jest prawdziwa, to mimo swoich zmian natężenia, jest ciągła...
Tak sobie myślę. Ale to nie znaczy, że 14.II uważam za niepotrzebny. Mnie nie bawi, ale jeśli komuś daje choćby cień uśmiechu... Niech trwa !!!


I pamiętajcie:

Walentynki to zabawa dla każdego kto ją podejmie i kto ją lubi. Dla nastolatków... Dla tych którzy wchodzą w dorosłość. Dla tych "w połowie drogi". Także dla tych, którzy zmierzchem się cieszą.

12 lutego 2014

Mariusz Trynkiewicz "lepiej skacze" niż Kamil Stoch...

"Mariusz Trynkiewicz", Mariusz T.", a nawet "pan Mariusz" (jak dziś w radio usłyszałem), stał się tematem ostatnich dni. Właściwie czemu takie żywe ścierwo tak zajmuje media i nas?

Bo... :

  • Jest okazja żeby politycznie zaistnieć
Politycy bądź ich imitacje, prawo i lewoskrętne, mają okazję "wykazać" nieudolność naszego ustawodawstwa lub/i władzy wykonawczej
  • Media czymś żywić się muszą
Walka o czytelnika czy widza, ma już wymiar wyłącznie ilościowy. Trzeba przyciągnąć do swojej stacji jak najwięcej widzów i czytelników, choć to drugie określenie niepewne, bo nasza umiejętność czytania CORAS GOŻEJ WYGLONDA. Ponieważ zespoły redakcyjne składają się w zatrważająco dużej części, z ludzi o wiedzy dziennikarskiej na poziomie radiowęzła osiedlowego klubu "Miki", a wiedzy ogólnej absolwenta WUMLu, to łatwiej zająć się Trynkiewiczem niż czymś istotnym.
  • Pasjonujemy się złem w każdej postaci
Z jednej strony myśl o takim żywym organizmie nieznanego gatunku jak Trynkiewicz, umacnia nasze przekonanie jacy my jesteśmy idealni. Z drugiej strony, możemy sobie pomyśleć (pół biedy) jak my umielibyśmy zaradzić trudnej sytuacji, gdybyśmy byli ministrem lub "ministrą", a często na większym lub mniejszym forum wygłaszamy swoje mądrości. A to już nie pół i nie cała ....a bieda do kwadratu.
  • "Ale moje pieniądze !!!"...
(...krzyczał wyprowadzany siłą z gabinetu prezesa Kramera, J.Rożek)

Oczywiście. Na utrzymanie w więzieniu przez 25 lat "pana mariusza" (z małej litery chyba wolę) łożyła kasa państwowa. Teraz na jego ochronę i ochronę nas przed tym wybrykiem przyrody też. Ale tak to już jest. Państwo to pewna organizacja będąca wynikiem umowy społecznej. Wrzucamy pieniądze do wspólnego wora, a ta organizacja na różne cele wydaje te pieniądze, w mniej lub bardziej doskonały sposób. Najczęściej głośno o trwonieniu pieniędzy "z moich podatków" krzyczą ci, którzy zarabiają grosze oraz ci, którzy na podatkach oszukują. Co nie przeszkadza im mienić się patriotami.
  • Obrona praw człowieka 
Jest kwestią czasu, aby pojawiły się głosy, że biedny "pan mariusz" ( a co tam, nadal małe m) odsiedział swój wyrok, a teraz jest nieszczęśliwym i zagrożonym człowiekiem, którego trzeba otoczyć opieką. Przecież właściwie nic strasznego nie zrobił. Zamordował tylko kilku chłopców, ale nie dlatego, że jest zły, tylko dlatego, że zmusiła go do tego jego chora, ale jakże wrażliwa dusza. 

105,5 m

Tyle skoczył w pierwszej kolejce Kamil Stoch, a w drugiej o 2 m mniej. Zdobył złoty medal olimpijski i chyba wielu z nas wzruszył. Wielki to wyczyn. Ogromna radość dla kibiców i nagroda dla skoczka za jego ciężką wieloletnią pracę. 
Skąd więc staremu kozłowi, pomieszał się imponujący umiejętnościami i osobowością Kamil Stoch z... Obok nazwiska naszego skoczka nie mogę napisać nawet inicjałów tej kupy gnoju.
Otóż to dziwaczne zestawienie bierze się stąd, że poniedziałkowe Wiadomości Piotr Kraśko zaczął od relacji o naszym złotym olimpijczyku. Musiał potem przejść do wiadomości drugiej. Wiadomo jakiej. Ale pozwolił sobie na osobistą lub reżyserowaną refleksję, ale ładną. Zacytuję, myślę, że wiernie: "Dzięki zwycięstwu Kamila Stocha, nie musieliśmy zacząć wiadomości od... " itd.
Ukłon mój dla Wiadomości i ogromne podziękowanie dla Kamila Stocha za emocje, wzruszenie i radość. Wybaczyłby mi chyba, takie zestawienie z refleksjami o M.T., ale z pewnością nie przeczyta tego koziołkowego felietonu, zatem nie ma zmartwienia.
Taka mi dziś karkołomna parabola wyszła... Ale nie ja pierwszy. Redaktor Kozera w jednym zdaniu potrafił przejść od skupu buraka cukrowego do problemów Bliskiego Wschodu...



08 lutego 2014

"Jeździec Polski"

Rembrandt
To obraz Rembrandta van Rijn, przedstawiający współczesnego malarzowi, żołnierza lekkiej jazdy. Powstał w latach pięćdziesiątych XVII wieku. Jedni dopatrywali się tu wizerunku mitycznego założyciela Amsterdamu van Amstel'a, mnie kojarzącego się ze smakowitym piwem. Inni Jonasza Szlychtinga, arianina wygnanego z Polski w tym mniej więcej czasie gdy powstał obraz.
Kossak
Zafascynowany pięknym dziełem Juliusz Kossak namalował swoją wersję zatytułowaną Lisowczyk na białym koniu. Też piękne...
Dziś specjaliści są zgodni co do tego, że obraz Rembrandta przedstawia lekkokonnego, formacji zwanej Lisowczykami. Prawdopodobnie malowany z natury, bo jak zapewniają znawcy ówczesnej wojskowości, szczegóły ubioru i broni dokładnie odpowiadają rzeczywistości. 
Cóż niezwykłego było w Lisowczykach, że formacja ta licząca w swej krótkiej trzydziestoletniej historii od 2 do 15 tys. jeźdźców, na zawsze utrwaliła się w pamięci całej Europy ?

 

Aleksander Józef Lisowski herbu Jeż

Urodził się około 1575 roku. Jako zwykły żołnierz po komendą J.Potockiego uczestniczył w wyprawie przeciw hospodarowi wołoskiemu. Za przewodnictwo buntu żołnierzy, obłożony infamią, zaciągnął się na służbę u Dymitra Samozwańca. Zebrał oddział kilkuset konnych lekkozbrojnych żołnierzy, przy których towarzysze sienkiewiczowskiego Kmicica, wydają się członkami zastępu Czarne Stopy. Przemierzali bezkres Rosji błyskawicznie, uderzając na wrogie wojska oraz grabiąc i rabując wszystkich "sprawiedliwie". Dotarli aż do M.Białego co było niezwykłym wyczynem, a zadziwiającym dokonaniem jest, że... wrócili żywi. Samuel Twardowski w poemacie "Władysław IV" opisuje, że dotarli do krainy gdzie czczono "Złotą Babę", czyli przekładając na dzisiejsze wyobrażenia, wiele dalej niż tam gdzie wrony zawracają.
Lisowski w tym czasie wypracował szczególną taktykę działania oddziałów, które dziś nazwalibyśmy siłami szybkiego reagowania. Okrył się sławą doskonałego i charyzmatycznego dowódcy i to jak sądzę spowodowało, że sejm w 1611 roku zdjął z niego karę banicji. Powrót do kraju. Formowanie oddziałów, które wsławiły się skutecznością, umiejętnościami, a także bezwzględnością i grabieżami na terenach wroga, ale i własnych.

 

Śmierć na koniu... choć nie w bitwie

Tadeusz Paradowicz w roli Lisowskiego
W 1616 roku podczas przeglądu oddziałów pod Starodubem, nagle spadł martwy z konia. Dziś sekcja zwłok wskazałaby powód śmierci. Zawał, zator? Ani dla nas, ani dla samego Lisowskiego nie ma to znaczenia. Zmarł mając lat około 40. Nie zachował się (bo nikt go nie namalował) żaden portret Lisowskiego...  

 

Lisowczycy

Dla tych przeciw którym walczyli byli "jeźdźcami apokalipsy". Dla tych których wspierali byli wielkim atutem, ale także budzili trwogę. Każdy władca wzywał ich w pierwszej kolejności na pomoc, ale po zakończonej wojnie najszybciej jak to możliwe pozbywał się Lisowczyków.
Jak Lisowski, wielki talent i charyzmatyczna osobowość, a z drugiej strony warchoł i zabijaka bez krzty litości, taka była kawaleria stworzona przez niego, słusznie od jego nazwiska nazwę biorąca.

 

Nabór, bezwzględna dyscyplina i swoista demokracja

Rzeczpospolita przyzwoliła na formowanie tych oddziałów z myślą o wciąż pustym skarbie. W miejsce niepewnego żołdu Lisowczycy mieli przyzwolenie na grabież na nieprzyjacielskim terytorium. W szeregi Lisowczyków przyjmowano każdego, bez względu na stan społeczny czy narodowość. Warunkami zasadniczymi było bezwzględne posłuszeństwo i biegłość w wojennym rzemiośle. Lisowczycy mieli prawo wyboru swoich dowódców pododdziałów i ustalania własnych regulaminów. Regulaminy te jednakże przestrzegane były surowo. Za wszczęcie nieuzasadnionego alarmu, zaśnięcie podczas warty, grabież bez przyzwolenia dowódcy czy gwałt, karano gardłem. Nie poddawali się niczyim rozkazom oprócz rozkazów swojego dowódcy. 

 

Siła "słabych" jeźdźców

Lisowczycy nie używali hełmów ani elementów zbroi. Mieli pikowane żupany i czapki wypchane pakułami. Każdy miał szablę, rusznicę lub pistolety i łuk. Niekiedy także rohatynę. Nie używali wozów taborowych. Poruszali się komunikiem. Konie Lisowczyków ćwiczone były około 2 lat, podczas kiedy trening koni innych formacji trwał kilka miesięcy. Wyszkoleni byli do szarż w szyku zwartym i luźnym. Dosiad Lisowczyka to coś pośredniego między zachodnioeuropejskim pełnym dosiadem, a tatarskim półsiadem. Dzięki temu przy pełnym panowaniu nad koniem, lepiej wykorzystywali jego możliwości.
Lisowczycy potrafili w ciągu doby pokonywać dystans około 150 km, sprawnie zacierając ślady. Jak głosi ponura ich legenda, w tym celu zabijali także przypadkowych podróżnych, aby nie zostawiać świadków. Dobijali też lub porzucali ciężko rannych towarzyszy, aby nie opóźniać marszu.

 

Sława wojowników i rozbójników

Największe sukcesy Lisowczyków przyszły po śmierci ich twórcy. Pod dowództwem Kleczkowskiego, Rogawskiego, Rusinowskiego, Czaplińskiego i ostatniego Moczarskiego, wsławili się Lisowczycy niezwykłą skutecznością.
Największy przyczynek do utrwalenia Lisowczyków w historii, to Wojna Trzydziestoletnia. Wysłani w 1619 roku, przez Zygmunta III na pomoc cesarzowi, odnieśli znaczne zwycięstwa pod Humiennem i Zavadą, co przyczyniło się do ocalenia oblężonego Wiednia. Niejako "przy okazji" grabili i gwałcili na terenie całych Węgier. Nazywani byli tam elearami. Na nasze szczęście i dla dobra miłej nam wielowiekowej przyjaźni z Węgrami, do dziś okrutne, krwawe napady przypisują oni "cesarskim"... i niech tak zostanie.
Po kampanii zatrzymali się na Słowacji, dając się mocno we znaki mieszkańcom. Wiosną 1621 roku cesarz wypłaciwszy zaległy żołd, zwolnił uciążliwych podczas pokoju Lisowczyków ze służby. Część wróciła do kraju, część przeszła na służbę Bawarii, gdzie ponoć do czasów napoleońskich, matki niesforne dzieci straszyły "polskimi kozakami".
Chorągiew Lisowczyków dzielnie walczyła w 1621 r. pod Chocimem, gdzie padł ich dowódca Rusinowski.
W latach 1626-29 działali na terenie Prus Królewskich w wojnie ze Szwedami.
Jak "Czarny Piotruś", znów oddani przez Zygmunta III do dyspozycji Ferdynanda II, uczestniczyli w wojnie z Francją. Po powrocie do kraju splądrowali i spalili Radomsko. I tu miarka się przebrała. Około roku 1634 z rozkazu Władysława IV, formacja została rozwiązana z zakazem jakiegokolwiek organizowania się. Jej członkowie rzeczywiści i domniemani tępieni byli z nie mniejszą bezwzględnością niż bezwzględność samych Lisowczyków. Jednak oddziały ich w służbie różnych władców i książątek pojawiały się w całej Europie aż do lat 50-tych XVII w. I zapewne jednego z tych ostatnich Lisowczyków sportretował Rembrandt...
Kadr z filmu "Lisowczycy"


Polecam powieść Korkozowicza "Jeźdźcy Apokalipsy" i film "Lisowczycy" dostępny na Youtube

19 stycznia 2014

Pasy bezpieczeństwa i co o nich wie Zagryziakowa ...

To wynalazek Nilsa Bohlin'a, który po raz pierwszy seryjnie zastosowała firma Volvo w 1959 r. i chyba z tego faktu wynika, że jak Mercedes jest synonimem niezawodności, tak Volvo jest synonimem bezpieczeństwa. W 1969 Volvo wprowadziło pasy bezwładnościowe. Następne wynalazki poprawiające bezpieczeństwo bierne i czynne ruszyły lawinowo...

Czar Syreny i Fiata...

Pierwsze pasy bezpieczeństwa widziałem chyba w Fiacie 125p i była to właściwie parciana uprząż, zapinana zatrzaskowo, a jej odpięcie było możliwe po długotrwałych manipulacjach. Zdarzało się, jak mówiono wówczas, że w wypadkach, wielu kierowców ginęło w płomieniach nie mogąc się uwolnić, czy to z nerwów czy też z powodu zablokowania zapięcia. Czy były to częste wypadki, nie wiadomo. Plotki mnożyły te tragiczne historie, ale pewien ślad mitu pokutuje do dziś. Mimo, że pasy z lat 70-tych i dzisiejsze to nieporównywalne urządzenia. Podobno bywają do dziś tacy, którzy w schowku wożą ostry nóż, mający im pomóc w przecięciu pasów. Chyba taka sama prawda jak ta o motocyklistach jeżdżących na "ścigaczach", ze stalową linką założoną na szyję.
W czasach głębokiego PRLu, samochody dobrej klasy znaliśmy raczej ze zdjęć, a nieosiągalnym dla większości marzeniem była Syrena 104 "kurołapka", a Fiat... hoho...
W obu tych pojazdach deska rozdzielcza stanowiła przy czołowym uderzeniu pancerną zaporę dla ... uderzającego w nią pasażera. Kierowcy to nie groziło. Nabijał się na pal, którym była sztywna kolumna kierownicy. No i na wszystkich, sprawiedliwie spadał grad odłamków szyby przedniej.
Jeśli przypomnimy sobie układ pedałów (z przeproszeniem... ale jakiego innego słowa użyć???) w Syrenie, to dziś dziwimy się jak kierowca nie ulegał kontuzjom nóg podczas zwykłej jazdy. Cóż, wówczas słowo ergonomia wydawało się jakimś dziwnym... imieniem kobiety.

A dziś?

Nie ma już chyba samochodów bez ABS. Mamy bez liku systemów zabezpieczających i "przypominajek". A to o niedomkniętych drzwiach, a to o niezapiętym pasie. Szczytem natręctwa przemądrzałego samochodu jest sytuacja, która zdarzyła mi się kilka miesięcy temu: wracając nocą ze Śląska nagle zostałem upomniany przez samochód, że... zbyt długo jadę i powinienem zatrzymać się na kawę. Mądrala, a za kawę zapłacić ma on czy ja?
Pasy bezpieczeństwa są też okazją do ciekawej obserwacji naszych zachowań. Kiedy jazda w pasach stała się obowiązkiem, Janusz Korwin-Mikke podjął temat w aspekcie wolności decyzji. Człowiek to o niezwykłej inteligencji, umiejący pobudzić nas do myślenia różnymi metodami. Jedną z nich jest prowokacja i w tym wypadku tym sposobem, diaboliczny dżentelmen z muszką się posłużył.
Byli i są jednak tacy wśród nas, którzy "protest" J. Korwin-Mikkego przyjęli dosłownie.
Legenda o płonących, uwięzionych w pasach kierowcach jak wspominałem wcześniej żyje. Jej zwolennicy są liczni. Nie chcę ich przekonywać. Pomyślmy tylko o tym, że auto po zderzeniu zapala się bardzo często... w filmach. W rzeczywistości, na szczęście dość rzadko. Zablokowanie pasów, chyba też nie jest przypadkiem częstym. Te dwa jak sądzę nikłe prawdopodobieństwa się MNOŻY, a nie dodaje ...

Czy dzięki temu jeździmy lepiej?

Jeździmy świetnie!!! Tak myśli o sobie każdy mężczyzna. Prędzej przyzna się do tego, że jest słabym kochankiem niż średnim kierowcą. Pewnie psycholog potrafi jedną i drugą sferę logicznie powiązać. Ilość systemów zabezpieczających i wspomagających od ABS, ASR,... po XYZ często przekonuje nas, że jadąc śliską szosą, przy dobrym ESP możemy przebyć każdy zakręt z dowolną prędkością. Jest to prawda... do połowy zakrętu. Wiele lat temu słynny "ścigant", a dziś jeden z potentatów biznesu napisał: "W każdy zakręt można wejść z dowolną prędkością, musimy tylko zdecydować, czy chcemy mieć jeszcze szansę na pokonanie jakiegokolwiek następnego odcinka drogi".
Zwolenników prędkości i szarż kawaleryjskich mogę uspokoić... Możecie bez obawy jeździć bez pasów. Przy uderzeniu czołowym w nieodkształcalną przeszkodę, z prędkością ponad 100 km/h zabije samo przeciążenie, więc rozkawałkowany trup w pasach czy nie, to kwestia gustu. Ważniejsze wtedy żebyśmy byli ogoleni i mieli wypastowane buty, uregulowane rachunki itd.
Z tego właśnie powodu tzw. crash-testy, robi się przy prędkości w chwili uderzenia w okolicach 50-70 km/h. Powyżej... byłaby to tylko analiza stanu pojazdu w którym są tylko martwi.

A co do przeciążeń/przyspieszeń ...

Taka koziołkowa ciekawostka. Człowiek może znosić przyspieszenia różnej wartości, w zależności od ich czasu działania, kierunku i położenia ciała. Przyjmuje się, że absolutną granicą jest około 25 g. Powyżej zawsze zamienimy się w powidła.
Piloci samolotów wojskowych, zabezpieczeni fotelem pływającym i ciśnieniowym skafandrem, podczas akrobacji czy manewrów w walce powietrznej poddawani są przeciążeniom do 10g. Zatem ja przez kilka sekund "ważyłbym" 900 kG. Dość bolesnym doświadczeniem jest moment katapultowania (do 15g).
A wystarczy kaszel lub kichnięcie i jest to około 3g.
Ofiary twardych zderzeń samochodu z przeszkodą przy prędkości 100 i więcej km/h, zaliczają przyspieszenia trzycyfrowe, ale to ich ostatnie "zaliczenie" w życiu.


Fotelik wymyślony dla zarobku

Małe dzieci przewozi się w specjalnych fotelikach różnych frymuśnych konstrukcji. Przy niewielkich kolizjach dają maluchom zabezpieczenie, a przy poważniejszych... jakąś szansę.
"Prawdę" jednak o przyczynach wynalezienia fotelików, wyjawiła mi kilka lat temu Zagryziakowa:
"Foteliki wymyślono tylko po to żeby ich producenci wyciągali od nas forsę! Małe dziecko jeśli nie jest skrępowane niczym, podczas wypadku instynktownie przyjmuje pozycję bezpieczną, a w foteliku zginie"

Jak wiemy, choćby z koziołkowej myśli o Moście Północnym, Zagryziakowie wiedzą wszystko i jeśli ich uważnie wysłuchamy, zrozumiemy świat w każdym szczególe. 
Tyle, że po poznaniu "prawdy" powinniśmy udać na wyżej wspomniany most, ze słusznej wagi kamieniem u szyi i skoczyć efektownie do Wisły nie bacząc na jej stan czystości. Choć chyba jest znośny?

14 stycznia 2014

Dlaczego Czterej Pancerni "przegrywają" z Klossem?


Pułkowniku Ring !!!
Na pewno strzelę szybciej niż pan!
Przegrywają oczywiście u mnie. Jak to możliwe, że czołg przegrywa w konfrontacji z agentem w mundurze Abwehry, uzbrojonym w pistolet ?
Oczywiście jako dziecko oglądałem oba seriale równie chętnie z wypiekami na trądzikowej twarzy, a o ich odległości od realiów, mierzonej w latach świetlnych, dowiadywałem się stopniowo. Najpierw dzięki Tacie, a później z własnych przemyśleń, czytając dostępne źródła. 
Kiedy odzyskaliśmy niepodległość, śmiałem się z postulatów dotyczących zakazu emisji obu seriali, które rzekomo mogły wśród młodzieży utrwalić fałszywy obraz historii... To znaczy, że w domu nikt im nie umie powiedzieć jaka ona w rzeczywistości była !!??
Dziś Stawkę większą niż życie, mogę oglądać na okrągło, a Czterech pancernych i psa, jakoś mniej chętnie i momentami z rozdrażnieniem.

Teraz jeśli macie dość cierpliwości, prześledźcie ze mną "punktację" obu seriali:

 

 

Wiarygodność

Tu stanowczo uznaję remis. Hans Kloss wciąż wyprowadzający w pole cały aparat kontrwywiadu III Rzeszy, jest tak samo wiarygodny jak załoga czołgu 102, która jeśli uwierzymy w film, niemal samodzielnie wygrała wojnę na froncie wschodnim. Jak powiedział kiedyś mój złotousty przyjaciel, Wojtek N.: "Jakby Gustlik z Tomusiem, ze dwa razy jeszcze działo załadowali, to nie byłoby z czego (kogo) stworzyć NRD".
Ale jest OK. Zabawnie i z pomysłem wymyślone fabuły. Nawet jeśli infantylne to nic strasznego.

 

Realia historyczne

Kloss ma tu tę przewagę, że akcja serialu toczy się w szeregach niemieckiej armii w sferze walki wywiadów, a tu do dziś jest mnóstwo niesprawdzalnych i tajemniczych wydarzeń. Rzadko widzimy tu sowietów. Mimo to jakiś smród komunistycznej propagandy razi...
  • Stanisław Kolicki w przededniu wojny niemiecko-radzieckiej, zostaje przyjaźnie przyjęty przez sowietów i niemal rozpieszczany
  • Konspiracja komunistyczna i partyzantka wspierająca Klossa jest siłą wiodącą, co śmieszy. Ale co zabawniejsze... ma dobre i przyjazne kontakty z AK
  • Z komunistycznym podziemiem współpracuje oficer przedwojennego Oddz.II grany przez świetnego skądinąd Piotra Pawłowskiego (odc. Ostatnia szansa)
  • Kloss wyjeżdża do Francji i jak wynika z fabuły, Moskwa ma doskonałe kontakty z francuskim ruchem oporu. Tu nie można się oprzeć czarującej J.Mole granej przez piękną Lidię Korsakówną... Kloss też się nie oparł. (odc. Hasło)
  • W wielu innych odcinkach rysuje się obraz współpracy wywiadu sowieckiego z Brytyjczykami jako coś normalnego. Może w ostatnim odcinku i jego ostatnich scenach, zobaczyliśmy coś zbliżonego do realiów

A w "Pancernych"?

  • Janek żyje sobie gdzieś nad Ussuri i wygląda jakby było to jego wymarzone miejsce na Ziemi
  • Szuka ojca, który walczył na Westerplatte... Ciekawe, bo zgodnie z rozkazami, w obsadzie oficerskiej WST Westerplatte służyć mogli tylko bezdzietni i nieżonaci. Choć tu przyznam, że to nieistotna kwestia. A jeden wyjątek także by się znalazł. Ktoś dostał zgodę na ślub, bo miał zakończyć służbę na Westerplatte w połowie września. Kto to był? Napiszcie w komentarzach. Może wymyślę nagrodę. A zagadka jest łatwa...
  • Dowódca załogi, Olgierd Jarosz, który w rzeczywistym świecie byłby POP (Pełniący Obowiązki Polaka) tu jest niemal sienkiewiczowskim patriotą
  • Sielankowe sceny wzajemnej sympatii żołnierzy Polaków z tzw. LWP i czerwonoarmistów budzą u mnie mdłości. Kiedyś mój starszy kolega z podwórka powiedział: "Wierzysz, że polski żołnierz, nawet z armii Berlinga chciałby biesiadować z Sowietami???" Nie wiem... Na wojnie bywa różnie. Ale chyba każdy z tych którym nie udało się dołączyć do polskiego wojska i trafił do tzw. LWP wiedział, czym dla nas jest ZSRR.
  • Pojawiający się sowieccy oficerowie są wobec dowódcy 1 BPanc. uprzejmi i niemal ulegli

 

Aktorzy

W PRLu seriale kręcono długo i nie w ilościach przemysłowych, tak jak dziś. W obsadzie występowali w większości najlepsi. I tu wygraną o "trzy długości" czegokolwiek przyznaję Stawce większej niż życie.
Jeśli spojrzymy na załogę "Rudego" to wszyscy stali się, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, gwiazdami sceny oraz małego i dużego ekranu. Gajos i Gołas mają też swoje świetne kreacje na scenach kabaretów. 
A Szarik? W rzeczywistości tę rolę odgrywały trzy psy, a jeden z nich do dziś jest w szkole psów policyjnych w Sułkowicach, jako wypchana pamiątka. Chyba też sukces, choć może osobliwy.
Jednakże dwunożni czołgiści dojrzeli dopiero z czasem, a ich gra w Czterech Pancernych choć być może wzrusza, jest momentami nie do końca dobra. Określenie słaba, byłoby krzywdzące. Z innych grających większe czy mniejsze role, warto przyjrzeć się M.Niemirskiej, którą zawsze podziwiam, nie tylko za urodę ale i ciekawą osobowość. Jasiukiewicz, który zmarł przedwcześnie. Opania, Zaliwski, Kraftówna, Kęstowicz i oczywiście specyficzny w swoim wizerunku Fijewski...
Ale jeśli przypatrzymy się obsadzie Stawki większej niż życie, to widzimy tu nie mniejszego kalibru gwiazdy. W dużych bądź epizodycznych rolach. Ówcześni nestorzy ekranu jak Białoszczyński w odcinku Żelazny krzyż. W odcinku Zdrada niemal niewidoczna kreacja Zygmunta Hubnera. Scena sfilmowana z pomysłem wyprzedzającym czasy. Popatrzmy na Krzysztofa Chamca (sturmbannfuehrer Lothar), który chyba jest portretem naszego wyobrażenia o bandytach w mundurach SD. Witold Pyrkosz czy Gustaw Lutkiewicz idą z nim "łeb w łeb". A zimny i sadystyczny Geibel (Cz.Wołłejko)?. Stanisław Zaczyk w roli kostycznego majora Wehrmachtu, pokazuje to co myślimy, wyobrażając sobie oficerów pruskiego szlifu. Jeśli wymienię jeszcze 10 nazwisk to i tak pominę (krzywdząco), równorzędne kreacje. Chyba kreacje tym trudniejsze dla aktorów, że postacie serialu są całkowicie papierowe, komiksowe i nadanie im jakiegokolwiek charakteru to naprawdę sztuka... która wszystkim im się udała.

Jesteś jakiś inny Hans... Ty też...

Panie...

Anna Maria Elken, wzbudza nienawiść w swoim czarnym mundurze, ale chyba także inne uczucia? Benita von Henning, czyli Iga Cembrzyńska celowo ucharakteryzowana na brzydulę ... O kuzynce Edycie już nie wspomnę, bo chyba każdy ją ma przed oczami.





Co do najbardziej zapamiętanych hpt. Klossa i haupsturmfuehrera Brunnera:

Emil Karewicz grał w licznych dobrych, średnich i złych filmach, ale nie miał szczęścia chyba i do szczytów popularności nie dotarł. Jako Brunner, człowiek bez żadnych pozytywnych cech jest jednak świetny. Dowodem jest choćby to, że... lubimy tę postać.
No i główny bohater, Stanisław Mikulski. Można powiedzieć, że aktor, którego trudno do wybitnych zaliczyć (?). Ot dobry do roli Pana Samochodzika, choć J.Machulski był chyba lepszy. Mógł być przydatny jako milicjant w kilku filmach, czy żołnierz AL. Jeśli zobaczymy go w Powrocie na Ziemię, filmie słabym, zrealizowanym rok chyba przed "Stawką" ... to wieje grozą. Jest tam po prostu marny. A w "Stawce" błyszczy i nikogo innego w roli porucznika Klossa, nie widzę. Dlaczego? Bo budzi moją sympatię? Zapewne. Ale tu podeprę się spostrzeżeniem mojej przyjaciółki:
"Piotr... Popatrz jak on zbiega po schodach jednocześnie poprawiając rękawiczki! Można to zagrać lepiej???"
No cóż Anno... W samo sedno. Tak podobno sławę zawdzięcza A.Delon umiejętności stawiania kołnierza płaszcza i zapalania papierosa przed kamerą.

A dla sympatyków niewiarygodnych przygód J-23, adres strony, której jednego z Twórców znam i poczytuję sobie tę znajomość za fawor niemały: 

www.stawkologia.pl


12 stycznia 2014

Dwóch panów "Z"...czyli TVP HISTORIA - "Spór o historię"

Dwaj panowie "Z" to:
Maciej Zakrocki i Marek Zając. 
Dziennikarze prowadzący program Spór o historię, emitowany na TVP Historia. Cykl programów poruszający tematy istotne i zwykle ciekawe. Kanał TVP Historia, zasługuje na uwagę i cieszę się, że choć jeszcze niedawno z powodu małej oglądalności był skazany na likwidację, przetrwał. Może zaczęliśmy lubić historię? 
Dużo interesujących filmów, publicystyki. Spór o historię nie nauczy nas niczego. Bo to bardzo krótka dyskusja na określony temat, ale wskazuje nam wydarzenia z historii, które sami jeśli zechcemy, możemy zgłębiać, rozsądnie wybierając źródła. Ale ja nie o tym chcę Wam powiedzieć... 

Inny aspekt tego cyklu mnie zastanawia...

Czy program dotyczy Mieszka I czy E.Gierka, to dyskusja ma charakter merytoryczny. Zaproszeni goście wypowiadają swoje opinie, stawiają pytania, spierają się. Nie ma jednak jazgotu i kłótni. Każdy coś dorzuca do poruszanego tematu. Nie spierają się o fakty, jeśli te są niepodważalne, tylko o ich interpretację. Prowadzący stawiający się w pozycji dopytującego laika, sprawnie steruje dyskusją i równowagą czasu wypowiedzi, zwykle trzech swoich gości. Raz tylko było to niemożliwe, bo w programie brał udział L.Moczulski. A i tu dzięki staraniom prowadzącego i pobłażliwości dwóch pozostałych ekspertów pewien porządek został ocalony.

Jak to się dzieje?

Z chęcią oglądałbym takie dyskusje o ekonomii, polityce. Ale jakoś odrzucają mnie programy, gdzie po dwóch trzech zdaniach, dyskusja zamienia się w kłótnię, a przekrzykujących się uczestników prowadzący program nie jest w stanie okiełznać. 
Dlaczego "Spór o historię" jest wolny od tej choroby ?

Kilka odpowiedzi

  • Spór o historię jest wyreżyserowany, a nagranie starannie montowane
  • Historia nie budzi emocji
  • Uczestnicy są dobierani tak, żeby nie "iskrzyło"
Żadna z tych odpowiedzi nie wydaje mi się w istotnym stopniu wiarygodna...

Mam inne wyjaśnienie

Uczestnicy programów Spór o historię są fachowcami w swych dziedzinach i mają tego świadomość. Zatem nie muszą tego innym i sobie udowadniać. Nie czują też potrzeby okazywać nikomu swej ewentualnej wyższości. Dlaczego? Bo nie żądzą nimi kompleksy. I co najważniejsze, przychodzą do studia przygotowani i wiedzą co chcą powiedzieć. Zdarza się także, że zapytani o jakiś szczegół, stwierdzają, że ten wątek wydarzeń jest dla nich mało znany i jako lepszego specjalistę wskazują siedzącego obok kolegę. Nie sprawia im to dyskomfortu i nie jest żadną ujmą.
Prowadzący zaś mimo, że jest dziennikarzem, a nie historykiem, też do programu jest przygotowany. Co widać, słychać i czuć.
Gdyby tak w innych programach brali udział ludzie o wystarczającym poziomie wiedzy i kultury... Nie ma ich? A może to my wolimy oglądać arlekinów polityki i "mentorów" znanych z tego, że są... znani?