14 stycznia 2014

Dlaczego Czterej Pancerni "przegrywają" z Klossem?


Pułkowniku Ring !!!
Na pewno strzelę szybciej niż pan!
Przegrywają oczywiście u mnie. Jak to możliwe, że czołg przegrywa w konfrontacji z agentem w mundurze Abwehry, uzbrojonym w pistolet ?
Oczywiście jako dziecko oglądałem oba seriale równie chętnie z wypiekami na trądzikowej twarzy, a o ich odległości od realiów, mierzonej w latach świetlnych, dowiadywałem się stopniowo. Najpierw dzięki Tacie, a później z własnych przemyśleń, czytając dostępne źródła. 
Kiedy odzyskaliśmy niepodległość, śmiałem się z postulatów dotyczących zakazu emisji obu seriali, które rzekomo mogły wśród młodzieży utrwalić fałszywy obraz historii... To znaczy, że w domu nikt im nie umie powiedzieć jaka ona w rzeczywistości była !!??
Dziś Stawkę większą niż życie, mogę oglądać na okrągło, a Czterech pancernych i psa, jakoś mniej chętnie i momentami z rozdrażnieniem.

Teraz jeśli macie dość cierpliwości, prześledźcie ze mną "punktację" obu seriali:

 

 

Wiarygodność

Tu stanowczo uznaję remis. Hans Kloss wciąż wyprowadzający w pole cały aparat kontrwywiadu III Rzeszy, jest tak samo wiarygodny jak załoga czołgu 102, która jeśli uwierzymy w film, niemal samodzielnie wygrała wojnę na froncie wschodnim. Jak powiedział kiedyś mój złotousty przyjaciel, Wojtek N.: "Jakby Gustlik z Tomusiem, ze dwa razy jeszcze działo załadowali, to nie byłoby z czego (kogo) stworzyć NRD".
Ale jest OK. Zabawnie i z pomysłem wymyślone fabuły. Nawet jeśli infantylne to nic strasznego.

 

Realia historyczne

Kloss ma tu tę przewagę, że akcja serialu toczy się w szeregach niemieckiej armii w sferze walki wywiadów, a tu do dziś jest mnóstwo niesprawdzalnych i tajemniczych wydarzeń. Rzadko widzimy tu sowietów. Mimo to jakiś smród komunistycznej propagandy razi...
  • Stanisław Kolicki w przededniu wojny niemiecko-radzieckiej, zostaje przyjaźnie przyjęty przez sowietów i niemal rozpieszczany
  • Konspiracja komunistyczna i partyzantka wspierająca Klossa jest siłą wiodącą, co śmieszy. Ale co zabawniejsze... ma dobre i przyjazne kontakty z AK
  • Z komunistycznym podziemiem współpracuje oficer przedwojennego Oddz.II grany przez świetnego skądinąd Piotra Pawłowskiego (odc. Ostatnia szansa)
  • Kloss wyjeżdża do Francji i jak wynika z fabuły, Moskwa ma doskonałe kontakty z francuskim ruchem oporu. Tu nie można się oprzeć czarującej J.Mole granej przez piękną Lidię Korsakówną... Kloss też się nie oparł. (odc. Hasło)
  • W wielu innych odcinkach rysuje się obraz współpracy wywiadu sowieckiego z Brytyjczykami jako coś normalnego. Może w ostatnim odcinku i jego ostatnich scenach, zobaczyliśmy coś zbliżonego do realiów

A w "Pancernych"?

  • Janek żyje sobie gdzieś nad Ussuri i wygląda jakby było to jego wymarzone miejsce na Ziemi
  • Szuka ojca, który walczył na Westerplatte... Ciekawe, bo zgodnie z rozkazami, w obsadzie oficerskiej WST Westerplatte służyć mogli tylko bezdzietni i nieżonaci. Choć tu przyznam, że to nieistotna kwestia. A jeden wyjątek także by się znalazł. Ktoś dostał zgodę na ślub, bo miał zakończyć służbę na Westerplatte w połowie września. Kto to był? Napiszcie w komentarzach. Może wymyślę nagrodę. A zagadka jest łatwa...
  • Dowódca załogi, Olgierd Jarosz, który w rzeczywistym świecie byłby POP (Pełniący Obowiązki Polaka) tu jest niemal sienkiewiczowskim patriotą
  • Sielankowe sceny wzajemnej sympatii żołnierzy Polaków z tzw. LWP i czerwonoarmistów budzą u mnie mdłości. Kiedyś mój starszy kolega z podwórka powiedział: "Wierzysz, że polski żołnierz, nawet z armii Berlinga chciałby biesiadować z Sowietami???" Nie wiem... Na wojnie bywa różnie. Ale chyba każdy z tych którym nie udało się dołączyć do polskiego wojska i trafił do tzw. LWP wiedział, czym dla nas jest ZSRR.
  • Pojawiający się sowieccy oficerowie są wobec dowódcy 1 BPanc. uprzejmi i niemal ulegli

 

Aktorzy

W PRLu seriale kręcono długo i nie w ilościach przemysłowych, tak jak dziś. W obsadzie występowali w większości najlepsi. I tu wygraną o "trzy długości" czegokolwiek przyznaję Stawce większej niż życie.
Jeśli spojrzymy na załogę "Rudego" to wszyscy stali się, w prawdziwym tego słowa znaczeniu, gwiazdami sceny oraz małego i dużego ekranu. Gajos i Gołas mają też swoje świetne kreacje na scenach kabaretów. 
A Szarik? W rzeczywistości tę rolę odgrywały trzy psy, a jeden z nich do dziś jest w szkole psów policyjnych w Sułkowicach, jako wypchana pamiątka. Chyba też sukces, choć może osobliwy.
Jednakże dwunożni czołgiści dojrzeli dopiero z czasem, a ich gra w Czterech Pancernych choć być może wzrusza, jest momentami nie do końca dobra. Określenie słaba, byłoby krzywdzące. Z innych grających większe czy mniejsze role, warto przyjrzeć się M.Niemirskiej, którą zawsze podziwiam, nie tylko za urodę ale i ciekawą osobowość. Jasiukiewicz, który zmarł przedwcześnie. Opania, Zaliwski, Kraftówna, Kęstowicz i oczywiście specyficzny w swoim wizerunku Fijewski...
Ale jeśli przypatrzymy się obsadzie Stawki większej niż życie, to widzimy tu nie mniejszego kalibru gwiazdy. W dużych bądź epizodycznych rolach. Ówcześni nestorzy ekranu jak Białoszczyński w odcinku Żelazny krzyż. W odcinku Zdrada niemal niewidoczna kreacja Zygmunta Hubnera. Scena sfilmowana z pomysłem wyprzedzającym czasy. Popatrzmy na Krzysztofa Chamca (sturmbannfuehrer Lothar), który chyba jest portretem naszego wyobrażenia o bandytach w mundurach SD. Witold Pyrkosz czy Gustaw Lutkiewicz idą z nim "łeb w łeb". A zimny i sadystyczny Geibel (Cz.Wołłejko)?. Stanisław Zaczyk w roli kostycznego majora Wehrmachtu, pokazuje to co myślimy, wyobrażając sobie oficerów pruskiego szlifu. Jeśli wymienię jeszcze 10 nazwisk to i tak pominę (krzywdząco), równorzędne kreacje. Chyba kreacje tym trudniejsze dla aktorów, że postacie serialu są całkowicie papierowe, komiksowe i nadanie im jakiegokolwiek charakteru to naprawdę sztuka... która wszystkim im się udała.

Jesteś jakiś inny Hans... Ty też...

Panie...

Anna Maria Elken, wzbudza nienawiść w swoim czarnym mundurze, ale chyba także inne uczucia? Benita von Henning, czyli Iga Cembrzyńska celowo ucharakteryzowana na brzydulę ... O kuzynce Edycie już nie wspomnę, bo chyba każdy ją ma przed oczami.





Co do najbardziej zapamiętanych hpt. Klossa i haupsturmfuehrera Brunnera:

Emil Karewicz grał w licznych dobrych, średnich i złych filmach, ale nie miał szczęścia chyba i do szczytów popularności nie dotarł. Jako Brunner, człowiek bez żadnych pozytywnych cech jest jednak świetny. Dowodem jest choćby to, że... lubimy tę postać.
No i główny bohater, Stanisław Mikulski. Można powiedzieć, że aktor, którego trudno do wybitnych zaliczyć (?). Ot dobry do roli Pana Samochodzika, choć J.Machulski był chyba lepszy. Mógł być przydatny jako milicjant w kilku filmach, czy żołnierz AL. Jeśli zobaczymy go w Powrocie na Ziemię, filmie słabym, zrealizowanym rok chyba przed "Stawką" ... to wieje grozą. Jest tam po prostu marny. A w "Stawce" błyszczy i nikogo innego w roli porucznika Klossa, nie widzę. Dlaczego? Bo budzi moją sympatię? Zapewne. Ale tu podeprę się spostrzeżeniem mojej przyjaciółki:
"Piotr... Popatrz jak on zbiega po schodach jednocześnie poprawiając rękawiczki! Można to zagrać lepiej???"
No cóż Anno... W samo sedno. Tak podobno sławę zawdzięcza A.Delon umiejętności stawiania kołnierza płaszcza i zapalania papierosa przed kamerą.

A dla sympatyków niewiarygodnych przygód J-23, adres strony, której jednego z Twórców znam i poczytuję sobie tę znajomość za fawor niemały: 

www.stawkologia.pl


12 stycznia 2014

Dwóch panów "Z"...czyli TVP HISTORIA - "Spór o historię"

Dwaj panowie "Z" to:
Maciej Zakrocki i Marek Zając. 
Dziennikarze prowadzący program Spór o historię, emitowany na TVP Historia. Cykl programów poruszający tematy istotne i zwykle ciekawe. Kanał TVP Historia, zasługuje na uwagę i cieszę się, że choć jeszcze niedawno z powodu małej oglądalności był skazany na likwidację, przetrwał. Może zaczęliśmy lubić historię? 
Dużo interesujących filmów, publicystyki. Spór o historię nie nauczy nas niczego. Bo to bardzo krótka dyskusja na określony temat, ale wskazuje nam wydarzenia z historii, które sami jeśli zechcemy, możemy zgłębiać, rozsądnie wybierając źródła. Ale ja nie o tym chcę Wam powiedzieć... 

Inny aspekt tego cyklu mnie zastanawia...

Czy program dotyczy Mieszka I czy E.Gierka, to dyskusja ma charakter merytoryczny. Zaproszeni goście wypowiadają swoje opinie, stawiają pytania, spierają się. Nie ma jednak jazgotu i kłótni. Każdy coś dorzuca do poruszanego tematu. Nie spierają się o fakty, jeśli te są niepodważalne, tylko o ich interpretację. Prowadzący stawiający się w pozycji dopytującego laika, sprawnie steruje dyskusją i równowagą czasu wypowiedzi, zwykle trzech swoich gości. Raz tylko było to niemożliwe, bo w programie brał udział L.Moczulski. A i tu dzięki staraniom prowadzącego i pobłażliwości dwóch pozostałych ekspertów pewien porządek został ocalony.

Jak to się dzieje?

Z chęcią oglądałbym takie dyskusje o ekonomii, polityce. Ale jakoś odrzucają mnie programy, gdzie po dwóch trzech zdaniach, dyskusja zamienia się w kłótnię, a przekrzykujących się uczestników prowadzący program nie jest w stanie okiełznać. 
Dlaczego "Spór o historię" jest wolny od tej choroby ?

Kilka odpowiedzi

  • Spór o historię jest wyreżyserowany, a nagranie starannie montowane
  • Historia nie budzi emocji
  • Uczestnicy są dobierani tak, żeby nie "iskrzyło"
Żadna z tych odpowiedzi nie wydaje mi się w istotnym stopniu wiarygodna...

Mam inne wyjaśnienie

Uczestnicy programów Spór o historię są fachowcami w swych dziedzinach i mają tego świadomość. Zatem nie muszą tego innym i sobie udowadniać. Nie czują też potrzeby okazywać nikomu swej ewentualnej wyższości. Dlaczego? Bo nie żądzą nimi kompleksy. I co najważniejsze, przychodzą do studia przygotowani i wiedzą co chcą powiedzieć. Zdarza się także, że zapytani o jakiś szczegół, stwierdzają, że ten wątek wydarzeń jest dla nich mało znany i jako lepszego specjalistę wskazują siedzącego obok kolegę. Nie sprawia im to dyskomfortu i nie jest żadną ujmą.
Prowadzący zaś mimo, że jest dziennikarzem, a nie historykiem, też do programu jest przygotowany. Co widać, słychać i czuć.
Gdyby tak w innych programach brali udział ludzie o wystarczającym poziomie wiedzy i kultury... Nie ma ich? A może to my wolimy oglądać arlekinów polityki i "mentorów" znanych z tego, że są... znani?

07 grudnia 2013

"Fucha" czyli rzecz o Piotrze Wysockim

Każdy z nas, z hasłem "stan wojenny" oraz "13 grudnia" kojarzy rok 1981 i namiestnika ZSRR w Polsce, który nam ten ponury spektakl sprokurował. 
Mamy w tych dniach rocznicę Powstania Listopadowego, a 13 grudnia przypadnie 183 rocznica stanu wojennego...  Tak, jedną z pierwszych restrykcji po wybuchu Powstania Listopadowego, wprowadzoną przez cara Rosji i króla Polski (choć nie można powiedzieć POLSKIEGO) było wprowadzenie 13.XII.1830 stanu wojennego na terenie Królestwa Polskiego.
Powstanie Listopadowe będące dowodem naszego oporu przeciw zaborcom, dowiodło też naszego braku realizmu. Nie dało nawet lekcji następnym pokoleniom, które powtarzały błędy z coraz większą determinacją i ofiarami.
Jakkolwiek oceniać ten czy inny zryw niepodległościowy, to wielu aktorom tych dramatycznych spektakli historii winniśmy szacunek i pamięć za ich poświęcenie i odwagę.
O tym szacunku w sposób szczególny opowiada film...

... "Fucha"

Podporucznik Piotr Jacek Wysocki herbu Odrowąż, urodzony w Winiarach (Warka). Instruktor szkoły podchorążych od 1829 roku. Przywódca spiskowej grupy podchorążych, której bunt rozpoczął rewoltę 1830 roku. Jako żołnierz może być wzorem dla każdego. W walce wykazał się odwagą i umiejętnościami (Wawer, Grochów, Okuniew, Warszawa). Dosłużył się rangi pułkownika. Po powstaniu przeszedł potworne katusze. Dwukrotna kara śmierci i kara półtora tysiąca batów, za próbę ucieczki równa kolejnej karze śmierci. Ułaskawiony przez cara. Odbywał karę w kopalni miedzi, gdzie pracował przykuty do taczki. Zwolniony w 1857, powrócił do Polski. Zamieszkał w Warce, przy ulicy Wójtowskiej, w domu podarowanym przez rodaków. Żył samotnie, poświęcając się pracy historycznej i społecznej. Zmarł w styczniu 1875 roku. Pochowano go na cmentarzu w Warce. Był powszechnie szanowany przez lokalną społeczność. Dom w którym mieszkał spłonął w 1939 roku.
"Fucha" to film na podstawie opowiadania J.Himilsbacha, zrealizowany w latach 80-tych. Pułkownik Piotr Wysocki jest tu osią całej fabuły. Nie jest jednak głównym bohaterem. Można nawet powiedzieć, że pojawia się w dość ... szczególnej formie. Głównymi bohaterami są dwaj pijaczkowie utrzymujący się w stanie stabilnej nietrzeźwości, a zarabiający na "kieliszek chleba" wykonując remonty grobów.
W tych rolach M.Kociniak i J.Bończak. Role odegrane fenomenalnie. Pozostałym aktorom także możemy się przyglądać smakując dobre aktorstwo.
Treści filmu nie opowiem, bo po to cała dzisiejsza wydumka, żebyście zechcieli tą 60-minutową opowieść zobaczyć (!!!).
O ostatniej scenie tylko... Jak cały film, oszczędna w środkach, przynosi jednak zaskakującą pointę. Pokazuje też, że dwóch właściwie wykolejeńców też może mieć swój honor i szlachetne odruchy. Choć to tylko bajka, to budzi ciepłe refleksje.
Miłego oglądania... 

11 listopada 2013

Historia jednego wagonu i "magiczna 11"

Mamy dziś 11.XI, chyba najważniejsze święto państwowe. Wesołe mimo pory roku jesiennej. Przyjęło się umownie, że tego dnia w 1918 roku odrodziła się Polska po latach zaborów. Wybór daty celny, bo 11 listopada podpisano zawieszenie broni na froncie zachodnim, a właśnie wynik I Wojny Światowej dał nam szansę powrotu na mapę świata. Zatem data przyjęta zgodnie, nie rażąca w II Rzeczpospolitej nikogo. Dziś chyba też nie? Gorzej byłoby, gdybyśmy się odwoływali do daty powołania pierwszych struktur odradzającego się państwa, bo było ich sporo, każde ugrupowanie miałoby sentyment inny. 
Z piątkowej informacji radiowej wiem, że w samej Warszawie manifestacji zgłoszono 11... Gdybyśmy jeszcze "rozbili" święto na różne np. cztery daty, a każda "jedynie słuszna", to mielibyśmy pewnie pochodów 4 x 11 = 44 i ... Mickiewicz by się cieszył.

No a co z tym wagonem !?

1918
Otóż jak wszyscy wiemy, rozejm podpisano w lasku Compiegne 11. XI. 1918 roku przed świtem. Zgodnie z tym dokumentem, po ponad 4 latach zaprzestano walk "11 dnia, 11 miesiąca o godzinie 11". Parlamentariusze obu stron spotkali się i podpisali rozejm w przygotowanym do tego celu wagonie kolejowym. 
1940
Niestety losy Europy, potoczyły się za sprawą pewnego austriackiego pacykarza i gruzińskiego rzezimieszka tak, że 22 lata później ( 2 x 11) Francja kapitulowała przed Niemcami. Zgodnie z życzeniem Hitlera, wagon sprowadzono i w tym samym miejscu odbyła się osobliwa ceremonia. Miało to dodatkowo upokorzyć Francuzów i zmazać hańbę 1918 r.. Hitler jak wielu Niemców uważał, że przegrana Niemiec w I WŚ, była efektem zdrady i spisku. Armia niemiecka zaś, mogła walczyć dalej i wygrać wojnę.
Radość ...

Po kapitulacji Francji, wagon przetransportowano do Berlina. Zniszczony został podczas bombardowania miasta w roku 1945 lub jak twierdzą inne źródła, przez Niemców tuż przed końcem wojny. W 1992 przekazano Francji fragmenty zniszczonego wagonu. Natomiast jego wierną replikę i inne pamiątki możemy podziwiać w Muzeum Zawieszenia Broni w Rethondes. 
W historii świata, która głównie jest historią wojen, zabytkami symbolizującymi ważne wydarzenia są zamki, fortyfikacje, czołgi, samoloty, nawet niezwykłe działa, a tu... zwykły wagon kolejowy.
No jest jeszcze pióro wieczne generała D. MacArthura, ale to zupełnie inna historia... 


09 listopada 2013

Gerard Cieślik - ulubieniec poznańskich kibiców

3 listopada zmarł Gerard Cieślik. Znany wszystkim piłkarz chorzowskiego Ruchu, reprezentant Polski, olimpijczyk (Helsinki 1952), dwukrotny król strzelców I ligi. Świetny napastnik, podziwiany i znany nawet niezbyt "oblatanemu" w piłce kopanej Koziołkowi, który urodził się kilka lat po zakończeniu kariery Cieślika. Szanowany był nie tylko za swój kunszt i talent piłkarski, ale jak podkreśla wielu, za to, że był porządnym człowiekiem i dżentelmenem na boisku i w życiu. Każdy wie, że strzelił dwie bramki w zwycięskim meczu z ZSRR na Stadionie Śląskim. Miało to wówczas szczególne znaczenie. Sportowe, takie jak bramka Domarskiego w 1973 (również październik), ale moralne dużo większe. Przynajmniej na boisku pokonaliśmy okupanta.
20.X.1957 Polska - ZSRR 2 : 1

Ale opowiem Wam o czymś innym...

W pierwszej połowie lat 50-tych Ruch Chorzów rozgrywał ligowy mecz wyjazdowy z Lechem Poznań. Ruch był wtedy niemal niepokonany (trzykrotny mistrz Polski). Lech choć słabszy, nie był "kopciuszkiem". Spotkały się dwa tercety "ABC" : Anioła, Białas i Czapczyk - Lech oraz Alszer, Brajter i Cieślik - Ruch.  Wynik meczu 3 : 1 dla Ruchu Chorzów. Świetna gra Cieślika i jego trzy bramki. Po meczu, poznańscy kibice wtargnęli na murawę, dopadli Cieślika i (!!!) ... na ramionach zanieśli go do szatni.
Po meczu z ZSRR
Kto z nas to dziś zrozumie? Kibice "Kolejorza", choć zawiedzeni porażką swojego klubu podziękowali Cieślikowi za piękne widowisko. Dziś... chyba nierealne?
W tamtym również czasie, zwyczaj nakazywał, że:
na boisko wchodzili sędziowie, następnie drużyna gości i na koniec gospodarze (inaczej było na meczach międzypaństwowych). Kiedy wbiegali goście, widownia witała ich brawami, bo to byli jej GOŚCIE !
Jeszcze w końcu lat 70-tych mogłem pójść na stadion Legii i otwarcie kibicować krakowskiej Wiśle. Grali tam Kmiecik, Gonet, Musiał, Nawałka, których podziwiałem. Z pewnością, siedzący obok kibice warszawscy, w duchu życzyli mi kokluszu i pryszczy na języku, ale nie musiałem się obawiać, że mnie pobiją. 


Przez pół wieku sport w każdej chyba dziedzinie rozwinął się ogromnie, a my kibice? Coraz bliżej nam do powrotu na drzewo...


G.Cieślik wiernie kibicował swojemu Ruchowi


"Dwóch Wspaniałych" z dwóch pokoleń

06 listopada 2013

Wierzyłem, że będzie naszym prezydentem ...

Premier Tadeusz Mazowiecki poważany był nawet przez swoich przeciwników politycznych. Jeśli zarzucamy mu błędy, to nikt szanujący własne słowo nie ośmiesza się, przypisując mu złe intencje. O ile pamiętam, nawet Zagryziakowie go napiętnowali "dopiero" po latach, kiedy popadli w całkowitą aberrację. O znaczeniu określenia "gruba kreska" pisać nie warto, bo ci którzy znaczenia wypowiedzi w której owa figura słowna się pojawiła, nie rozumieli... nie zrozumieją nigdy. A ci którzy dla gawiedzi przeinaczyli słowa premiera, nie warci są uwagi i atramentu. Nawet wirtualnego i nawet koziołkowego. Dziś kiedy premier Mazowiecki odszedł tam dokąd wszyscy zmierzamy, każdy oddaje mu szacunek. Mógłbym dołączyć do tych słów, które z całą pewnością należą się pierwszemu po 50 latach premierowi polskiemu, który nie musiał sprawować urzędu na emigracji. Ważniejsi ode mnie i większej wiedzy ludzie napisali i napiszą o nim dużo dobrych słów. Ja napiszę o tym co bezpośrednio ze mną związane i ważne tylko dla mnie. Kto chce ten mi odpowie...

Prolog

Tadeusz Mazowiecki - bliżej nieokreślona (dla mnie) postać opozycji w latach 1970-80. Człowiek o którym wiedziałem chyba niewiele. Nawet po 31 sierpnia 1980 nie zaistniał w mojej świadomości. Wybaczcie.. miałem wtedy 16 lat i zakończone niedocenianym dziś sukcesem strajki, pamiętam w obrazkach: Lech Wałęsa - trybun ludowy, wielki długopis i Matka Boska w klapie podziwianego przywódcy robotników.

Epizod pierwszy

Jesień 1990 roku. Przedwyborcze spotkanie na Politechnice Gdańskiej. Tłumy ludzi. T. Mazowiecki w czarnym grubym płaszczu, wchodzący po schodach z uśmiechem, bo witany był owacyjnie. Dobra pogodna atmosfera. Spokojne raczej wypowiedzi, pytania. Wróciliśmy z Maćkiem, moim "współspaczem" do akademika i długo w nocy gadaliśmy. Utwierdziło nas to spotkanie w przekonaniu, że wszystko będzie w porządku. Mazowiecki vs. Wałęsa, wynik może być tylko jeden. Fenomen Wałęsy jako przywódcy robotników to zbyt mało w konfrontacji z doświadczeniem, wykształceniem i obyciem. O jakże naiwna była nasza pewność...
Tadeusz Mazowiecki nie tylko przegrał z popularnym proletariuszem, ale i z nieznanym nikomu Tymińskim. Zrozumiałem wtedy co znaczy siła ludu, strasznej i nieświadomej niczego masy. W drugiej turze z zażenowaniem stawialiśmy "krzyżyk" przy Wałęsie, bo choć w roli prezydenta wiele wstydu nam przyniósł, to jego rywal ... lepiej nie myśleć.

Epizod drugi...brydżowy

Moja serdeczna koleżanka przyjaźniła się przez wiele lat z Tadeuszem Mazowieckim i Bronisławem Geremkiem. Kiedyś zaproponowała, że mnie zaprosi na brydża do takiego szacownego składu. Wielce się do tego zapaliłem. Poznać takich ludzi i jeszcze zagrać z nimi w brydża. Bardzo to pochlebiłoby mej próżności, która jest ogromna. To wiecie? Jakoś się nie składało, a ja po przemyśleniu nie przypominałem o pomyśle. Pewnie by ze mną zagrali i byłoby miło, ale byłaby to sytuacja z cyklu "za pan brat świnia z pastuchem". Nawet gdybym umiał się zachować jak najsubtelniejsze różowe prosiątko i nie chrumkał, to chyba jednak... Powinienem znać swoje miejsce w szeregu. W kilkanaście miesięcy później profesor Geremek zginął tragicznie. Teraz z tego hipotetycznego stolika ubył premier Mazowiecki.
Ale z brydżem jest związana pewna pogodna historia. Otóż T. Mazowiecki w końcu lat 90-tych, zwołał u wspomnianej koleżanki brydża około północy, co nie było dla niego dziwną porą. Przyjechał prosto z jakiegoś dyplomatycznego rautu. Natychmiast podziękował kierowcy i odesłał go, mówiąc żeby sobie pojechał pospać i wypocząć. Wielokrotnie przekonałem się o tym, że ludzie których poziom kultury dorównuje poziomowi w hierarchii, traktują swoich podwładnych dowolnego szczebla ze starannym szacunkiem. To ładne. 
Gra toczyła się ciekawie i zakończyła o świcie. Mazowiecki ze zdumieniem stwierdził, że jego płaszcz... pojechał w samochodzie. Nie było zimno, a do głowy by mu nie przyszło budzić kierowcę o piątej rano, żeby mu płaszcz przywiózł.
- To jak ja wyjdę do taksówki? W smokingu i z muszką? Jak ktoś mnie zobaczy to pomyśli, że kto ja jestem?!
- Nie martw się Tadeusz, pomyśli, że kelner z pracy wraca - odpowiedziała rozbawiona Hania.

W swoim roztargnieniu i braku zapatrzenia w siebie, T. Mazowiecki często sądził, że jeśli idzie ulicą to nikt go nie rozpoznaje. Wyszedł uśmiechnięty i spokojnie dotarł do hotelu.







02 listopada 2013

"Wesołych Świąt"....

Tak żegnał się kolega, wychodząc wczoraj z biura. Ot, taki czarny humor. W okolicy 1 listopada, przy zwykle jesiennej aurze i zawsze krótkim dniu, rozmyślamy o tych zmarłych, którzy byli nam bliscy w takim czy innym tego słowa znaczeniu. Rodzina, przyjaciele, znajomi oraz ci których znaliśmy tylko z gazet czy ekranu, ale lubiliśmy ich wizerunek. I tak zaczynamy retrospekcję, rozmyślamy o przemijaniu i wyprawie za granicę śmierci która czeka każdego. Nawet jeśli jest jeszcze odległa, czego wiedzieć nie możemy, to jest blisko, coraz bliżej, z każdym dniem bliżej.
Koziołkowe, listopadowe przemyślenia nie różnią się od Waszych. Ale wczoraj Wojtek wychodzący z biura i to jego "Wesołych Świąt !" pchnęło mój łepek na inne tory zaduszkowych rozmyślań ...

Wszystkich Świętych w dzieciństwie...

Najwcześniejsze wspomnienia to te, kiedy miałem kilka lat i jakiś metr wzrostu. Wieczorem przyjeżdżał wujek Kazik z ciocią Stasią, ekskluzywnym pojazdem Syrena. Przywoził z trudem zdobyte chryzantemy, bo wszystko wtedy się "zdobywało". Przywoził też dobre jabłka albo miód. Najbardziej cieszyłem się jak przyjechał z nimi Marek, kuzyn który był dla mnie zawsze wzorem. W niektórych kwestiach jest nim do dziś. Następnego dnia cmentarz bródnowski i Legionowo.
Odwiedzaliśmy groby Zosi, cioci Danki i babci Andzi. Nie miało to dla mnie, kilkuletniego dzieciaka, wymiaru żałobnego. Żadnej z tych bliskich pokrewieństwem osób nie znałem. Zmarły długo przed moim przyjściem na świat. Jedna miała lat 60, druga 30, a trzecia... 2 dni. W mojej świadomości były tylko tymi uświęconymi miejscami 2 x 1 m, o których pamiętać należy. Zapalanie świeczek mnie jako najmłodszemu było przydane. Wielka to frajda. Lepienie kulek ze stearyny, co groziło nieusuwalnymi plamami na kurtce i porteczkach. W ten dzień Tata przymykał oko na takie rzeczy. Niech się Piotruś bawi ...


Nieodłączny aspekt historyczny

Historia jest jak wiecie moją pasją, choć nie zdążę już jej ogromu przestudiować tak jakbym chciał. Na Bródnie idąc do grobu mojej siostry Zosi, droga wiodła wzdłuż muru. Pod murem cmentarnym jest zwykle pusto. Tam chowani są samobójcy i odrzuceni. Jeden tylko był tam grób. Pochowano tam siostry Snopkówny, łączniczki AK, skazane na śmierć za zdradę. Kopczyk ziemi, prosty metalowy krzyż i niemal nieczytelna tabliczka. Tata pokazał mi ten grób. Po latach powszechnie (?) znanym stał się fakt, że te dwie młode dziewczyny zginęły wskutek pomyłki sądu podziemnego. Pomyłki którą spowodowało fałszywe oskarżenie prawdziwego zdrajcy - Motora. O tym poczytajcie w książkach C.Chlebowskiego. Od początku lat 70-tych Snopkówny nie leżą samotnie. Podczas epidemii grypy, miejsca pod murem także zostały "zasiedlone".


A później ?

W 1997 r. zmarł wujek Kazik. Na groby jeździłem wożąc rodziców... coraz starszych. Zacząłem zauważać, że tych odwiedzających nasze rodzinne groby jest coraz mniej, a grobów coraz więcej. Tata zmarł 13 lat temu i rytuał 1 listopada się zmienił. Przyjeżdżałem do Warszawy i jechałem z Mamą na grób Taty. Nie ma też już od pięciu lat cioci Stasi, którą tak wszyscy lubiliśmy. Lista tych których brak wydłuża się. Od roku nie ma też Mamy. W ostatnich miesiącach życia bezradna, gasła z nadzieją na spotkanie oczekiwane przez 12 lat.


A teraz?

Teraz w ten wietrzny, co nad morzem zwyczajne, jesienny wieczór, o tych wszystkich co odeszli myślę. Nie myślę smutno, bo byli i są dla mnie dobrym wspomnieniem. Brak mi ich, co zrozumiałe. I Taty, który nauczył mnie wiele, a już w dorosłym moim życiu był dla mnie najlepszym doradcą. Mamy bezmiernie wyrozumiałej, którą w ostatnich miesiącach życia dopadła podłość okrutna i niezasłużona. Myślę o wujku Zbyszku, który życie miał bardzo trudne, a nie stracił pogody ducha nigdy i wielu ludziom tą pogodą pomógł.
Wspominam też bliższych i dalszych znajomych, którzy wiele, choćby przez moment, wnieśli do koziołkowego świata. Krzysztof - Bibelot, Sarna, Witek ...