26 maja 2013

Tomek, Olomek i zespół "Kombi"

Słuchając sobie "telepysków" wczoraj wieczór, natrafiłem na ten:

I przypomniało mi się jak ... 

Kiedyś jechałem z Warszawy do Ustki słuchając tej wówczas nowej piosenki, niemal na okrągło. W świąteczny wieczór kilka lat temu dostałem miłego sms-a, inteligentnie nawiązującego do tekstu Pokolenia. Wyjaśnię, że wyrobienia muzycznego nie mam. Mam II stopień słuchu (wiem kiedy grają, a kiedy śpiewają), ale muzyki słuchać lubię i nawet mi w tańcu nie przeszkadza.

Ale coś jeszcze, mi to nagranie przypomniało ...

Przez osiem lat pracowałem w koncernie, mając za współpracowników, kilkudziesięciu handlowców. Ze wszystkimi chyba umiałem nawiązać dobry lub choćby poprawny kontakt, a z wieloma te dobre relacje służbowe przenosiły się na grunt prywatny. O dwóch moich kolegach opowiem... 
Obsługiwali region średnio atrakcyjny, w sposób bardzo poukładany. Olomek mimo pracy, pisał doktorat z historii. Tomek był absolwentem romanistyki. Praca mimo, że intensywna, nie odebrała im chęci do rozwijania różnych zainteresowań. Prowadzili też wspólnie całkiem porządny zespól muzyczny. Świetne były też spotkania po pracy, kiedy bawiliśmy się wzajemnymi figlami słownymi. To bardzo inteligentni i błyskotliwi panowie. Większość żartów do zacytowania się nie nadaje, ale wierzcie mi, że mimo "grubych" słów i tematów, miały pewien poziom. 

Przytoczę dwa łagodne....

Umówiliśmy się na śniadanie i po nim mieliśmy jechać do klienta. Po śniadaniu wychodzimy z hotelu i idziemy do mojego samochodu. Zamyślony i zagadany siadam za kierownicę, słyszę trzask drzwi i zdziwiony stwierdzam, że żaden nie usiadł koło mnie, obaj siedli z tyłu. Na moje pytające spojrzenie odpowiadają: "Bo my dziś mamy służbowego szofera"
Na dorocznym spotkaniu w Wąsowie, po kolacji, w kilkuosobowym gronie gawędziliśmy przy kominku. Opowiadając o jakimś filmie, bez szczególnej intencji, wspomniałem, że może nie wszyscy go pamiętają. Na co Olomek w ułamku sekundy wypalił: "Do mnie pijesz ty STARUCHU?!"
Dwie rzeczy potrafili i za to ich podziwiam. Błysnąć dowcipem i wiedzieli kiedy jest czas na żart, a kiedy nie. To rzadka umiejętność i wyczucie.

Teraz wracamy do zespołu Kombi.

W tymże Wąsowie, Olomek z Tomkiem wystąpili ze swoim zespołem dla naszych kolegów. Było to zaaranżowaną niespodzianką i zebrali nie mniejsze owacje niż występujący po nich kabaret Mumio. Wówczas jeszcze nie tak popularny jak dziś. Mojej próżności też to dogadzało, bo wszyscy wiedzieli, że to ja z nimi współpracuję. A próżny jestem niezwykle. 

Zaintrygowany pewnym spostrzeżeniem, przy następnym spotkaniu w B. spytałem Olomka, który w zespole grał na basie: 
- Olo, czy Ty swój wizerunek wzorujesz na Tkaczyku z Kombi?
Spojrzał na mnie z życzliwym politowaniem, jak może spojrzeć przedszkolanka na zapóźnionego umysłowo przedszkolaka i odparł:
- Żartujesz.... To on wzoruje się na MNIE !
Nawet jeśli praca jest ciężka i bywa nieznośna, spotkanie takich ludzi to duża frajda. 

A chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć występ Tomka i Olomka z ich zespołem. Tomek Titanica śpiewa nie gorzej niż J.Panasewicz....


25 maja 2013

Bismarck ofiarą paparazzi

"Słodkie życie" to jeden ze znanych i cenionych filmów F. Felliniego, które tworzą historię kina. Przyznam, że ja oglądając ten film, metafizycznych dreszczy nie doznaję. Nie wiedział z pewnością Fellini w latach sześćdziesiątych, że jeden z bohaterów jego dzieła, swoim imieniem da nazwę, natrętnym i nie znającym/uznającym granic przyzwoitości napastliwym fotopstrykom, żyjącym z fotografowania ludzi sławnych lub popularnych w najróżniejszych często krępujących sytuacjach. Paparazzi są powodem wielu sensacji i nieszczęść, a czasem jak w przypadku księżnej Diany, tragedii...

Otto Eduard Leopold von Bismarck-Schönhausen

Premier Prus, kanclerz II Rzeszy, nie wiedział, że stanie się pierwszą chyba ofiarą tychże paparazzi. Jego życiorys polityczny, to materiał dla wielu książek i opracowań naukowych. Życie prywatne to materiał na powieść awanturniczo-obyczajową. Urodzony na początku wieku XIX, zachwycony był nowopowstałą sztuką fotografii. Miał w sobie cechy megalomana i to pchało go do sukcesu, ale i utrwalania swojego wizerunku jako mocnego człowieka. Lubił prezentować się na fotografiach w dobranej scenerii i stroju według własnej reżyserii. Takich portretów "spiżowych" powstało wiele i takim go mamy w pamięci.

  Znamy też inny... 

Kiedy w lipcu 1898 r. zapadł na zapalenie płuc, można było łatwo przewidzieć, że ostatnia to walka kanclerza. Dwóch dziennikarzy zamieszkało w oberży blisko posiadłości Bismarcka i opłacili jego służbę, aby zyskać informacje.
Tak więc kiedy skonał przed północą 30 lipca, przekupiona za 300 marek służba powiadomiła ich i rankiem dostali się dwaj łowcy sensacji do pałacu w Friedrichsruh. Dbając o szczegóły, cofnięto zegar przy łóżku nieboszczyka i wykonano zdjęcie.
Ci pierwsi chyba paparazzi, zaoferowali gazetom berlińskim zdjęcie za 30 tys. marek...
Tak nowa technika, którą Bismarck się zachwycał, posłużyła upublicznieniu jego wizerunku w chwili śmierci. Chyba tego sobie nie życzył?
Dziś w czasach drapieżnych, gdzie łamie się właściwie każde zasady, zbierając oklaski i często pieniądze, mówimy: "O tempora, o mores! Dawniej nie do pomyślenia". A jednak...
Otóż ten incydent pokazuje, że brak przyzwoitości i poszanowania to nie choroba ostatnich dziesięcioleci.

Jedna jest tylko różnica, ale bardzo istotna !!!

Owi dwaj łowcy sensacji, zostali za swój występek błyskawicznie osądzeni i skazani 
na wieloletnie więzienie. I nie sądzę, żeby ktoś chciał ich bronić petycjami czy demonstracjami. A jak ich przedsięwzięcie zakończyłoby się dziś !?

22 maja 2013

Dlaczego żal mi pułkownika Dowgirda...

23 grudnia1973 roku pojawił się pierwszy i chyba najlepszy jak dotychczas polski serial "płaszcza i szpady". Co tydzień, popołudniową porą, pułkownik Krzysztof Dowgird i jego wierny przyjaciel, wachmistrz Kacper Pilch staczali potyczki z losem, rajtarami i oddziałem renegatów, spod znaku radziwiłłowskich dragonów.
Ryszard Pietruski i Leonard Pietraszak
Niestety czasy były takie (mam na myśli czas kręcenia filmu), że dzielni przyjaciele nie okazali się parą słodkich pedziów, tylko zakochali się... w kobietach. Nota bene bardzo uroczych. Sam bym się zakochał.
Anna Seniuk i Elżbieta Starostecka
Oczywiście na podwórku odtwarzaliśmy różne sceny z Czarnych chmur. Chętnych do roli Dowgirda było mnóstwo, "Kacprów" też nie mało, a reszta z zadowoleniem odgrywała rajtarów, bo mieli piękne czarne płaszcze i kapelusze. Zatem nawet jeśli w połowie zabawy trza było nałożyć gardłem, to i tak było warto. Dziś podwórkowy "Dowgird" jest elektronikiem, "Kacper" geodetą, a "Eryk von Holstein"... inżynierem okrętowcem. "Sitasz" podobno lekarzem został (?).
Sam serial, po emocjonujących zwrotach akcji, zakończył się pełnym zwycięstwem dobra nad złem. Wszyscy źli zostali zabici w należyty i gustowny sposób, a w najgorszym razie spotkała ich sromota i drwiny. Jeden zły się zrehabilitował, a z dobrych, tylko staremu Odrowążowi... się nie powiodło.

No to skoro tak dobrze się skończyło i nagrodą dla Dowgirda była ręka starościanki, to czemu mi go żal ???

Otóż zwróćcie uwagę, że kiedy kowal, podły donosiciel, rzucił w pułkownika łańcuchem i odcinek się skończył, to nieszczęśnik musiał tak stać do.... następnego odcinka, czyli tydzień. Jak Zaremba rzucił mu na łepetynę płaszcz (bardzo to niegodne zachowanie), to biedak znów przez tydzień z płaszczem na głowie stać musiał... Zresztą każdy niemal odcinek kończył się w dramatycznym i niewygodnym momencie. Dziś jest jeszcze gorzej !!! W południe poczciwy mazurski chłop wyciąga Dowgirdowi rajtarską kulę w TVP 1. Wieczorem w TVP Seriale, za dwa dni w TVP Kultura itd.. Męka bez końca... Inna sprawa, że rajtar też popierdółka, bo strzela tyle razy i za każdym razem tylko rani pułkownika w ramię.

Z serialem Czarne chmury wiąże się pewna zagadka ...

Kto napisał scenariusz? Według oficjalnych dokumentów, Ryszard Pietruski czyli serialowy Kacper Pilch i Antoni Guziński. Panowie pokłócili się i pisali oddzielnie (?) lub pisał jeden z nich. Każdy z nich przypisywał po fakcie autorstwo sobie, ale formalnie scenariusz podpisany jest przez obu. To tylko pierwszy stopień zagadki. Jest jeszcze trzecia osoba.... Ludwik Kalkstein.
Otóż pierwowzorem postaci płk. Krzysztofa Dowgirda, jest Christian Ludwig von Kalckstein. Jego losy są równie barwne jak serialowego Dowgirda. Zasadnicza różnica jest taka, że von Kalckstein porwany z Warszawy, ścięty zostaje na mocy elektorskiego wyroku w Kłajpedzie, jesienią 1672. Wdowa zgodnie z życzeniem męża, wraz z sześcioma synami przenosi się do Polski. Z czasem z nazwiska zniknęła litera "c". Ród spolonizował się. Jego członkowie walczyli w powstaniach.
L.Kalkstein vel E.Ciesielski w 1986 r.
L.Kalkstein urodzony w 1920 roku, według prawdopodobnych, ale chyba już niemożliwych do zweryfikowania informacji, jest rzeczywistym autorem scenariusza Czarnych chmur. Niemożliwe było jednak ujawnienie jego nazwiska, bo nawet w PRL, choć bezkarny, uznany był za zbrodniarza. Od początku wojny należał do ZWZ i kierując stworzoną przez siebie grupą Hanka osiągał niemałe sukcesy, za co zresztą był awansowany i odznaczony. W 1942 r. po aresztowaniu, został zmuszony do pracy dla Gestapo torturami i szantażem. I tu ... "odnalazł się". Był niezwykle aktywny. Wraz z żoną, Blanką Kaczorowską i szwagrem Eugeniuszem Świerczewskim wydaje w ręce Niemców kilkaset osób. Najbardziej znanym faktem jest oczywiście ich pomoc w aresztowaniu gen. S. Roweckiego - Grota. W 1944, po dekonspiracji przez kontrwywiad AK, unika śmierci kryjąc się w dzielnicy niemieckiej. Wstępuje do SS. Po wojnie pod kolejnym nazwiskiem, a używał ich kilkunastu (!) pojawia się w Szczecinie. UB aresztuje go w 1953 roku. Skazany na karę śmierci... wychodzi z więzienia w 1965 r.. Komuniści byli dla niego łagodni, a on im się starannie odwdzięczał. Historia tego łajdaka jest ohydna , ale wielce interesująca i polecam jej prześledzenie (byle nie w Wikipedii). Kobieciarz, mitoman, niewątpliwie inteligentny, ale piramidalnie podły. Wyjechał z Polski w 1981 i zdechł w Monachium prawdopodobnie w 1994 r.
Tak to w przedziwny sposób wiąże się pogodny w sumie serial z wyjątkowym upiorem z historii najnowszej. Nie byłby Christian L. von Kalckstein dumny z takiego potomka, nawet jeśli to on rzeczywiście napisał świetny scenariusz Czarnych chmur. Na szczęście rodzina Kalksteinów może się poszczycić wieloma porządnymi ludźmi.

08 maja 2013

8 czy 9 maja ? A może 7 ?

Przez ponad 40 lat PRL świętowało rocznicę kapitulacji Niemiec 9 maja, nazywając ten dzień "Dniem Zwycięstwa". 
W rzeczywistości pierwszym dokumentem kapitulacyjnym był akt podpisany w Reims 7 maja 1945.
Reims 07.V.1945
Stronę radziecką reprezentował tam generał artylerii, niejaki Susłoparow. Na kategoryczne żądanie Stalina, powtórzono ceremonię następnego dnia w kwaterze Żukowa, w Berlinie. Ponieważ podpisy złożono tuż po godzinie 23, w Moskwie był już 9 maja.
Dowcipniś Keitel
Stąd mamy 3 daty. Dla każdego do wyboru... Chyba według zapatrywań ideologiczno-politycznych.
Jest pewien incydent tragikomiczny związany z tą historią. W Reims Francję jako gospodarza, reprezentował jeden z generałów zaproszony w ostatniej chwili. Nie był stroną, a jedynie świadkiem. Nie składał podpisu i nie wywieszono flagi francuskiej.
Na ceremonię w Berlinie, de Gaulle wysłał gen. de Tassigny'ego, który zagroził samobójstwem, jeśli flaga Francji nie zostanie wywieszona, a jemu nie dane będzie prawo do podpisu. Pozostali alianci zgodzili się i Tassigny wysłany przez swojego bufonowatego zwierzchnika, nie musiał palnąć sobie w łeb. Na iście "nieniemiecki" lotny żart pozwolił sobie feldmarszałek W.Keitel. Stwierdził, że Tassigny powinien podpisać się po... obu stronach. Zaiste słusznie zawisł w Norymberdze, ale tu rację przyznać mu należy. Ten drobny incydent miał jednak kolosalne znaczenie. Nagle Francja stała się czwartym mocarstwem i otrzymała prawo do swojej strefy okupacyjnej. A ktoś kiedyś powiedział, że "papier jest słabszy od damasceńskiej stali" ... W zasadzie miał rację, ale tu się nie sprawdziło.

03 maja 2013

Sympatyczna emerytka "Bea"

Trzecia z kolei królowa Holandii, zakończyła panowanie w ten sam sposób. W momencie uznanym przez siebie za słuszny, abdykowała na rzecz następcy. Miło było patrzeć jak Holendrzy tłumnie dziękują królowej i witają Wilhelma, który obejmuje tron po matce. Władza królewska w Holandii jest praktycznie żadna, ale ma ogromne znaczenie dla prestiżu i tradycji. Cała otoczka towarzysząca dworowi królewskiemu, jest też jedną z atrakcji przyciągającą uwagę przybyszy.
A cóż teraz będzie robić Beatrix? Mniej obowiązków, więcej odpoczynku i wreszcie może (jeśli ma na to ochotę), zmienić uczesanie. Otóż okazuje się, że od początku panowania, Jej Wysokości nie wolno było tego zrobić... Monety, medale, znaczki z jej profilem przeczesać się nie dadzą, stąd taka nienaruszalna zasada.
Takie mam wrażenie, że Holendrów lubimy. W historii wzajemnie sobie w drogę nie wchodziliśmy. No chyba, że weźmiemy pod uwagę literaturę. Z pierwszych stron "Krzyżaków", znamy opowieść Maćka z Bogdańca o pojedynku jego i Zbyszka z dwoma Fryzami, którzy sromotnie obici zostali, a Zbyszko paradował potem w pięknej zbroi. No cóż, według słów zwycięzcy, nieszczęśnicy podobno sami się napraszali.
Zatem oprócz tego "incydentu", mamy dobre skojarzenia z krajem i nacją. Inżynierowie hydrotechnicy, żeglarze. Szlifiernie diamentów i oczywiście coffeshop'y, gdzie raczej nie na kawę się chadza.
Holandia to też piękne krajobrazy, specyficzna architektura.
Ja podziwiam polityczne wyczucie Holendrów, kiedy kończyła się epoka imperiów kolonialnych. Jako jedyne mocarstwo kolonialne, zdążyli w większości swoje posiadłości spieniężyć, nie zostając z "Czarnym Piotrusiem" w garści.

A nasze związki...

Przed wojną w stoczni Royal Schelde zbudowano nasze dwa najlepsze okręty podwodne.
ORP Orzeł podczas budowy we Vlissingen
W 1994 r. gen. St.Maczek został pochowany w Bredzie, mieście wyzwolonym przez 1 Dywizję Pancerną. Na cmentarzu  wśród swoich podkomendnych. Takie było jego życzenie. Holendrzy wyprawili mu pogrzeb z najwyższymi honorami, przynależnymi tej randze uroczystości. Szanują i pamiętają naszych żołnierzy. 
1 Samodzielna Brygada Spadochronowa ratowała ryzykowną w założeniach i beznadziejną w wykonaniu operację Market - Garden. Tracąc niemal 40% stanu osobowego, nasi żołnierze umożliwili ewakuację znacznej części brytyjskich spadochroniarzy z Oosterbeek, którym nie udało się opanować mostu. I o nich Holendrzy pamiętają. Przez ponad pół wieku Cora Baltussen  wraz z grupą zapaleńców (fundacja Driel - Polen), podejmowała inicjatywy upamiętnienia i uhonorowania naszych spadochroniarzy z 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej.
C. Baltussen i żołnierze 1 SBS w 2004 r.
Dekoracja sztandaru  6 Brygady




















Na mocy uchwały rządu holenderskiego, w 2005 roku, królowa Beatrix odznaczyła gen. St.Sosabowskiego i 6 Bryg. Desantowo Szturmową, która kontynuuje tradycje 1 SBS. Uroczystość w której królowa osobiście uczestniczyła, swoją wspaniałą oprawą nie wyrównuje  krzywd wyrządzonych przez brytyjskie oszczerstwa wobec Generała, ale ma znaczenie symboliczne. 

W kilka miesięcy później w Driel pamiątkową tablicę, odsłonili sir B.Urquhart (w filmie "O jeden most za daleko" - mjr. Fuller) oraz T.Hibbert. Obaj byli oficerami brytyjskiej 1 DPow-Des. Występując w imieniu brytyjskich weteranów uczcili pamięć generała i jego żołnierzy. Piękny gest byłych spadochroniarzy i hołd królowej holenderskiej wobec bohaterów, jakoś nie skłoniły rządu brytyjskiego do przeprosin, za haniebne oszczerstwo gen. Browninga. 

A ja Jej Królewskiej Wysokości dziękuję, a sympatycznych Holendrów pozdrawiam ...

30 kwietnia 2013

Czy Seneka była żoną cezara?

Otóż w świetle zdarzeń, których byłem świadkiem, trudno jest na to pytanie odpowiedzieć. 
Lata 80-te. U kolegi, oglądamy kolejny odcinek, jakiegoś serialu o czasach rzymskiego imperium. Senatorowie, dyskutują o jakiejś koncepcji i postanawiają:
"Poczekajmy jak to oceni Seneka". Wchodzi do pokoju mój kolega i pyta: "Seneka to żona Nerona?". 
Śmieszy Was to? Wówczas rozbawiło nas to wszystkich do łez, mimo, że byliśmy tylko inżynierami in spe. Dziś tych rozbawionych... myślę byłoby mniej.

Ale nie o niedouczonych w wiedzy ogólnej, studentach Danziger Fachhochschule chcę wspomnieć. Zaciekawili mnie, w ostatnich tygodniach, nasi reprezentanci parlamentarni. Sami ich wybraliśmy. Deklarowałem, że polityki nie będę trącał, bo nie widzę w niej nic interesującego. Ale to nie o polityce, tylko o naszym (moim i Waszym) poziomie ....
Afery i aferki w świecie polskiej polityki są codziennością. W ostatnim czasie, różnego pochodzenia posłowie nawołują do uczciwości. I wielu z nich (z każdej partii) wzywa do oczyszczenia. Używają hasła... "musimy/powinniśmy być jak żona Cezara", co ma w ich mniemaniu oznaczać nieskazitelność. Nie chodzili do szkoły? Ci sami złotouści mówcy przestrzegali wielokrotnie, przed otwarciem puszki Z PANDORĄ... Może Pandora to pasta do butów?
I tu przypomniały mi się wypowiedzi lepsze od każdego kabaretu....
Zawiedziony poseł koalicyjnej partii (nieważne jakiej i koalicja również nieistotna), po niepomyślnym głosowaniu mówi:
Nasi partnerzy wykazali się graczostwem i chytrostwem politycznym
Przaśna ludowa posłanka pewnej partii, wydaje opinię o swoim koledze, stając w jego obronie:
Jest miły, uprzejmy, a czasem rubaszny jak Rubens. /Potem podstawą jego obrony w sprawie o ekscesy seksualne, jest ekspertyza lekarska o schorzeniach kręgosłupa/
Skąd to się bierze? (w i nternecie powszechne: " Z KĄD" ) .
I przychodzi do mnie mój handlowiec mówiąc: 
Panie Piotrze klient podpisze umowę, ale najpierw musi z panem porozmawiać "en face". 
Jak u Gogola. Z czego się śmiejecie?... Z samych siebie, bo wybraliśmy "najlepszych" z własnego grona.

26 kwietnia 2013

Pożyteczna (?) katastrofa ...

Dziś minęło 27 lat od eksplozji w elektrowni czarnobylskiej. Jej konsekwencje, różnej rangi i różnego rodzaju odczuwalne będą jeszcze przez kilkaset lat. Zginęło, bądź zmarło w ciągu miesięcy, kilkadziesiąt osób. Według szacunków w ciągu 70 lat na choroby nowotworowe zapadło i zapadnie kilkanaście tysięcy... 
Z okolic ewakuowano w pośpiechu ponad 350 tys. osób, które musiały zostawić wszystko co miały...
Ukraina do 2000 roku zamknęła wszystkie funkcjonujące bloki elektrowni, oceniając, że dalsza eksploatacja wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem.
Dziś na podstawie dostępnych źródeł wiadomo, że wybuch był splotem wielu czynników wywołanych przez ludzi. Zaniedbania przy budowie, niewystarczająca wiedza obsługi i radziecka koncepcja eksperymentu : "sprawdźmy czy się uda". Czytałem kiedyś o pewnym człowieku, który chciał sprawdzić, czy można przepiłować pocisk moździerzowy znaleziony w lesie. Sprawdził ...
Wiele ofiar bezpośrednich, to strażacy wezwani do gaszenia pożaru. Nie mieli żadnej ochrony i nawet nie byli uprzedzeni o promieniowaniu. To już zbrodnia. Metody gaszenia w pierwszych godzinach, nie tylko nie były skuteczne, a wzmagały emisję pyłów i oparów radioaktywnych.
Jakkolwiek by szacować i oceniać, bilans katastrofy jest straszny.
Ale gdzie tytułowy "pożytek" ? Może taki, że zdarzenie to czegoś nas nauczy? Raczej nie... bo historia uczy tylko tego, że jeszcze nigdy i nikogo niczego nie nauczyła. Na szczęście nie całkiem to prawda...

Inny pozytywny aspekt dostrzegłem. 

Mówi się "Nie było nas, był las. Nie będzie nas..."
Zamknięta i niezamieszkała strefa wokół elektrowni nie stała się pustynią, ani skupiskiem mutacji przyrodniczych. Tuż po katastrofie, pozostawiona żywność, spowodowała wzrost populacji różnych gryzoni i owadów. Natura mądrze sobie niektóre rzeczy jednak reguluje, więc skoro owadów i gryzoni przybyło, pojawili się ich amatorzy. To konsumenci biegający, latający i pełzający. Obecność ludzi w tym rejonie jest minimalna, a ingerencja w osobliwe środowisko żadna. Na zwierzęta nikt też nie poluje. I tak stworzył się przez nieszczęście, szczęśliwy zakątek. Rozkwit przeżywa wiele gatunków zwierząt, wróciły tu nawet niedźwiedzie nieobecne od prawie 100 lat. Las szybko "odzyskuje" terytorium zajęte ludzkimi budowlami.
Prawdziwy raj jeśli kiedykolwiek istniał, to z pewnością wtedy kiedy nas tam nie było. No, ewentualnie, dopóki człowiek był dwunożnym zwierzęciem porozumiewającym się z pomocą pochrząkiwania, popierdywania i stepowania.
O strefie czarnobylskiej, właśnie od strony zwierząt jest film do którego link załączam:
Czarnobyl - życie w strefie śmierci




W filmie znajdziecie odpowiedź na wiele pytań.... A ja myślę, że powinniśmy wiedzieć, że jak bardzo napsocimy, to sami się wybijemy, a zostanie.... las.