01 lutego 2016

Ostatni występ geniusza, czyli ...

... jak Napoleon uratował Kongres Wiedeński.

Kim był "Mały Kapral"?

Przede wszystkim nie był niski ! Miał około 1,70 m wzrostu. Co dziś nie jest wzrostem oszałamiającym, ale w XIX w. to dla mężczyzny wzrost z pewnością co najmniej średni.
Był wszystkim po kolei. 
Świetnym strategiem, który pchnął sztukę wojenną na inne tory. Z drugiej strony nie oszczędzał żołnierzy. Ale ci kochali go i ginęli dla niego bez wahania. 
Doskonałym dowódcą, co niektórzy starają się umniejszyć tłumacząc, że miał nieudolnych przeciwników. 
Bezwzględnym tyranem, a z drugiej strony autorem nowoczesnych rozwiązań prawnych. 
Takie przeciwności można mnożyć i w zależności od naszych przekonań i sympatii podkreślać jedne cechy, a inne poddawać w wątpliwość. Bezdyskusyjnie był osobowością niezwykłą, człowiekiem o ogromnym intelekcie i co nie mniej ważne, instynkcie. Według koziołkowych przemyśleń miał jeszcze jedną istotną umiejętność. Coś co nazywam marketingiem osobistym. Umiał dobrze sprzedać swoje sukcesy, przypisywać sobie główną rolę w wydarzeniach jeśli było to korzystne i marginalizować niepowodzenia. Choćby po nieudanej wyprawie do Egiptu, powrócił jako... zwycięzca. Nawet Waterloo zapamiętamy jako bitwę, która o mało co mogła być wygraną Napoleona. Nieprawda? Nieprawda..., ale tak większość z nas tę bitwę widzi.  Wspomnienia i rozważania spisywane na Św. Helenie stały się bazą dla analiz historyków. I tak nawet po śmierci, Bonaparte uwodzi ich swoją charyzmą i umiejętnie podsuwa własną interpretację sukcesów i porażek. Chyba niewielu tak zdolnych zna historia. 
Nawet geniusz sztuk wszelakich, jeśli nie umie się "sprzedać", nie zapisze się ani w wielkiej ani małej historii. Dziś to wiemy i dlatego każdy polityk ma cały sztab zajmujący się wizerunkiem. Może studiowanie i doskonalenie tych mechanizmów także w jakiś sposób zainspirował Bonaparte?

Kongres Wiedeński

Odwrót po nieudanej kampanii 1812 roku i klęska w Bitwie Narodów pod Lipskiem to koniec marzeń Napoleona o panowaniu nad Europą. Zawarty w 1814 Pierwszy Pokój Paryski regulował granice Francji i przywracał na tron Burbonów. Na tronie zasiadł Ludwik XVIII, ponieważ jego poprzednik, usunięty przez rewolucję, można powiedzieć... nie miał do tego głowy. Ustalono także, że wkrótce odbędzie się spotkanie wszystkich mocarstw, które ustalą nowy ład w Europie. 

"Tańczący kongres"

Kongres w Wiedniu rozpoczął się we wrześniu 1814 i jawi się nieustającym karnawałem. Wydawano jeden bal za balem. Kolejne rauty i towarzyskie zabawy spowodowały, że zaczęto kpiąco mówić o "tańczącym kongresie". Nawiasem mówiąc, tam po raz pierwszy zaprezentowano Walca wiedeńskiego, który został z nami do dziś. Przyjęty był dość chłodno. Publiczne obejmowanie się w tańcu uznano za gorszące (a to takie przyjemne!!!). Niektóre damy manifestując swoje zgorszenie, opuszczały ostentacyjnie salę. Żeby zniechęcić do tak wyuzdanych figli na parkiecie, rozpowszechniano pogląd, że taniec ten może być szkodliwy dla zdrowia. Ciągłe wirowanie tańczących miało prowadzić do poważnych, a nawet śmiertelnych zaburzeń.
Nie było wówczas konferencji prasowych i innych dziś powszechnych środków służących dyplomatycznym zabiegom. Bale, herbatki, salony towarzyskie, buduary i sypialnie były jedynym sposobem na grę polityczną i dyskusje w różnych konstelacjach. Dziś są tylko dodatkiem, który niektórych oburza jako trwonienie pieniędzy. 
Patrząc na nasze podwórko, to kilkanaście lat wcześniej w Warszawie odbył się sejm, którego efektem była Konstytucja 3 Maja. Jest naszą dumą i dlatego sejm ten przeszedł do historii jako Sejm Wielki. A w swoich początkach nazywany był... "sejmem tańcującym".

Zaproszeni i intruzi

Dorota de Talleyrand-Perigord
Księżna Żagańska
Oczywistymi uczestnikami wiedeńskiego spotkania, byli reprezentanci Rosji, Anglii, Prus i pełniącej rolę gospodarza Austrii. Początkowo marginalizowanym uczestnikiem, głównie przez Aleksandra I, była Francja. Talent i spryt Talleyranda zmienił to. Ugrał tam dla Francji wiele. Cherchez la femme... Wielką pomocą w intrygach i rozgrywkach była mu żona jego bratanka, Dorota de Talleyrand-Périgord. Księżna Żagańska była bystra i pojętna. Towarzyszyła swojemu "stryjecznemu teściowi", będąc cennym partnerem w dyplomatyczno-towarzyskich intrygach. Była z nim związana do jego śmierci. Wolała dużo starszego, ale inteligentnego człowieka od swojego męża, który był tanim dziwkarzem. Chyba dobry wybór ...


Ponieważ bałagan po wojnach napoleońskich był nielichy, zadaniem kongresu było nie tylko przywrócenie porządku w Europie. Istotne było ustalenie nowych, generalnych zasad zapewniających trwałość porządku i równowagi. Pojawiali się zatem przedstawiciele różnych grup dążący do wpisania swoich oczekiwań w pewien powstający "kodeks" Europy.
Zjechali do Wiednia przedstawiciele największych wydawnictw prasowych licząc na usankcjonowanie wolności prasy. Nie zabrakło też licznej grupy reprezentującej społeczności żydowskie, dążące do uzyskania pełnych praw obywatelskich. Mniejszych i większych niespodziewanych delegacji było sporo. A całości dopełniał tłum chętnych do zaistnienia w świecie towarzyskim lub robienia interesów. Liczba osób, które jesienią 1814 przybyła do Wiednia to podobno nawet 100.000.

Powozy, sanie i widmo bankructwa

Tak wielki i długotrwały zjazd byłby i dziś poważnym zadaniem organizacyjnym. A wówczas...
Zamówiono 100 luksusowych powozów na potrzeby najważniejszych gości. To tak jak dziś 100 Mercedesów klasy S. Wprowadzono nawet system rezerwacji tych pojazdów. Takie radio-taxi, z gońcami zamiast telefonów. Sprawdziło się częściowo. Bo cóż, że stangret miał wyznaczone miejsce i czas gdzie miał się stawić, jeśli nierzadko był przejmowany na ulicy przez jakiegoś sobiepana, który uważał się za ważniejszego od innych.
Samo zakwaterowanie gości o standardzie stosownym do ich pozycji było zadaniem trudnym i nie obyło się bez niefortunnych zdarzeń i awantur.
Na czas zimy przygotowano bogate kuligi z licznymi atrakcjami. Do tego celu także zamówiono luksusowe 30 par sań.
Kongres trwał, intensywność imprez towarzyskich nie malała. Niejeden z uczestników wydawał pieniądze na zasadzie "zastaw się, a postaw się". Największe jednak koszty ponosił oczywiście skarb Franciszka I. Sam cesarz po kilku miesiącach miał stwierdzić, że jeśli zjazd się wkrótce nie skończy, to nie podoła dalszym wydatkom. A obrady choć intensywne, trwały i trwały. Mimo licznych ustaleń pojawiały się nowe kwestie i dość fundamentalne spory.

Napoleon wybawcą Kongresu Wiedeńskiego ?

Opisanie wszystkich politycznych zapętleń, które jakoś rozwiązać musiał Kongres Wiedeński. Zarysowanie ich tła i wszelkich powiązań, konsekwencji, to fascynujące... Myślę jednak, że nawet dla fachowców to wielkie wyzwanie. Parę ciekawych opracowań przeczytałem i nie będę się silił na coś co przerasta moje możliwości intelektualne. Świat koziołków to refleksje, spostrzeżenia i mędrkowanie nie przekraczające granic zabawy słowem. Zgoda?

Awantura ...

W różnych sprawach, konflikt interesów stał się na tyle silny, że koalicja zwycięskich państw zaczęła się zamieniać w dwie przeciwne frakcje: Austria z Francją i Anglią oraz Rosja z Prusami. Trudno powiedzieć czy mogła z tego wyniknąć wojna, a jeśli tak, to jak prędko. Niewątpliwie jednak zamiast równowagi, powstałyby w Europie dwa przeciwne obozy i napięcia. A jak wiadomo, jest napięcie, będzie wyładowanie. Zwykle z hukiem. 

Przybywa odsiecz

Napoleon choć izolowany na Elbie, miał dość dokładne informacje o tym co w Wiedniu się dzieje. Postanowił zagrać va banque. Liczył na rozłam koalicji, na swój talent i szczęście. Przesłał Aleksandrowi I kopię traktatu planowanego przez Anglię i Austrię, licząc na ostateczny krach obrad wiedeńskich. Po swojemu rozumiem to też jako wiarę we własny geniusz. Przez lata wspaniale budował swój wizerunek nadczłowieka ... i w końcu sam w niego uwierzył.   

"Czuj duch!... Idzie kres balladki,

A przy końcu będzie sztych!..."
/"Cyrano de Bergerac" akt I/

I zakończył Kongres...

Nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg. Po powrocie Napoleona i jego triumfalnym marszu na Paryż, sprawy zmieniły swój bieg. Nagle okazało się, że "nierozwiązywalne" spory da się załatwić w obliczu zagrożenia niemal błyskawicznie. Na nowe wojny nikt nie miał już ani chęci, ani sił. Trzeba było kończyć. Zatem będzie sztych. 
Czy rozsyłane przez Napoleona listy, deklarujące, że jego powrót ma jedynie przywrócić porządek we Francji, a żadna ekspansja nie jest jego celem były szczere? Nie wiem. Ale nikt wówczas nie dał temu wiary. Ja dziś także...
Ewentualne wątpliwości rozwiał król Neapolu. Otóż Joachim Murat, bez jakiejkolwiek zachęty ze strony Napoleona, wyruszył ze swoją armią mając na celu zjednoczenie Włoch, pod swoim berłem i protektoratem Francji. Głupio wymyślił i marnie skończył...
Szanse Napoleona, na powodzenie zuchwałego przedsięwzięcia były iluzoryczne i dziś chyba nie budzi takie stwierdzenie emocji. Kongres Wiedeński zakończył się w czerwcu 1815 jeszcze przed ostatecznym pokonaniem, a właściwie likwidacją Napoleona. Podjęto decyzje powołujące międzynarodowy korpus, który ostatecznie miał usunąć "problem". Nikt nie miał wątpliwości co do wyniku.


Anglia znana jest z tego, że walczyła zawsze do ostatniej kropli krwi... swoich sojuszników. Podczas wojen napoleońskich nie było inaczej. Brytyjczycy nie szczędzili środków finansowych wspierając swoich aliantów i działając na polu dyplomacji. Ich udział militarny to walki na Półwyspie Iberyjskim i kontrola obszarów morskich. Zanim kpiąco się uśmiechniemy, pomyślmy... To mądre działanie.
W ostatnim starciu roku 1815, żołnierze brytyjscy odegrali rolę kluczową i walczyli dzielnie.
W trzech bitwach, które w naszej pamięci zamykają się w jednej, tej na polach Waterloo, armie koalicyjne unicestwiły wojska Napoleona i ostatecznie zepchnęły go w niebyt. 
Dziś nie żyją już nawet wnukowie uczestników tamtych zdarzeń. Miliony ofiar tych wojen obróciły się w proch. Nawet ich groby w większości już nie istnieją. Wygasły emocje. Rozważamy tamte wydarzenia i może czegoś się uczymy?

04 stycznia 2016

Może zamiast dziś histeryzować, wczoraj trzeba było mysleć ?

Moje sympatie czy skłonność ku jakimkolwiek partiom nie mają tu znaczenia. A nie jestem nawet całkiem pewien czy jakiekolwiek jednoznaczne sympatie jeszcze mam. Zastanawiam się nad mechanizmami, które nami powodują i nie posiadam się ze zdziwienia.Wstydzę się jak większość (?), ale obca jest mi histeria którą widzę od dnia ostatnich wyborów parlamentarnych.

Setki, a może tysiące lat cofając się, widzimy społeczności czy grupy skupione wokół jakiegoś przywódcy. Może niepiśmiennego. Może odzianego w skóry i dłubiącego w nosie, ale wyróżniającego się zdolnościami trybuna. Jakimikolwiek cechami powodującymi, że jakaś grupa, stanowiąca siłę i większość podąża za nim i tworzą w ten sposób jakiś system władzy.
Czy to jest OK?
Tak.

Oczywiście pojawiają się rywale. Może być to równy elokwencją czy stanem posiadania sąsiad lub brat, o ambicjach zagrażających władcy. Sprawa jest dość prosta. Jeden drugiemu obcina łeb. Pomocna bywała też trucizna. Subtelniej trochę. W późniejszym okresie osobliwie pojmowana pobożność zabrania zabijać. Piąte chyba... Dobrze pamiętam? Zatem stosowane są inne metody. Bratu będącemu potencjalnym czy rzeczywistym rywalem do tronu można na przykład wypalić oczy. Tak czyniło wielu bogobojnych władców. W naszej historii też tak bywało. Taki figiel znakomity, uczynił Zbigniewowi jego przyrodni brat Bolesław. Podobno zabieg się powiódł ale pacjent umarł.
Czy to jest OK? 
Nie, według naszych obecnych zasad. Ale wówczas metody takie były powszechne. Więcej było okrucieństwa, ale za to może mniej hipokryzji.

Wokół każdego władcy czy lokalnego kacyka zbierali się ludzie władzę jego wspierający lub ją zwalczający. 
Co nimi powodowało? Chęć wzmocnienia danej grupy. Ambicje osobiste, potrzeba forsowania własnych idei. Chyba pełne spectrum ludzkich potrzeb, ambicji i pragnień pozytywnych i negatywnych było i jest także dziś powodem. Z czasem ci orbitujący wokół ośrodka władzy, tworzyli swoje stronnictwa, koterie, wspierające władzę panującą lub przeciwne jej.
Czy to jest OK? 
Myślę, że tak. Opozycja mobilizuje władzę do sprawniejszego działania. Hamuje przed skrajną deprawacją. Wszak pamiętamy często używaną sentencję: 

"Każda władza deprawuje,
a władza absolutna deprawuje w sposób absolutny"
Spory różnych stronnictw mogą być nie tylko hamulcem przed powyższym, ale i przyczynkiem do pozytywnych zmian i korekt kursu.

Różne zawirowania i kataklizmy burzyły porządek w państwach i imperiach. Zamęt nie do opanowania przyniosła Rewolucja Francuska. Jak twierdził Paweł Jasienica, dała także pośrednio początek wszelakim teoriom spiskowym. Dlaczego? Dlatego, że polityka w każdym jej aspekcie stała się tak skomplikowana, że trudno było ją pojąć. Zatem najłatwiej było tłumaczyć wszystko jakimiś tajemnymi powiązaniami, spiskami czy nawet siłami z zaświatów. Dziś kiedy stajemy się coraz głupsi, a świat coraz bardziej skomplikowany i szybciej biegnący widzimy to aż nadto jaskrawo.
Mam osobliwe podejście do Francji i Francuzów. Zuchwała dewiza: "Bóg działa przez Franków", ma moją specyficzną interpretację...
Nie odbierając Francji wkładu w rozwój Europy w wielu aspektach, Rewolucję Francuską widzę jako początek zarazy, której wirus podlegając różnym mutacjom, rozlazł się po całym świecie i do dziś nie zgasł. 
Władza Burbonów po swojej świetności stoczyła się w dół i była całkowicie niezdolna do działania. Ale raz obalony porządek nigdy i nigdzie nie został sensownie zastąpiony żadnym innym trwałym i bliskim zadowalającemu. W samej Francji także. W kraju dzikim jak Rosja, chwytliwe i zwodnicze idee pomogły w powstaniu monstrum, rządzonego przez przestępców przez 70 lat. Na dodatek potwór choć zgniły całkowicie, nie zdechł a się przeobraził i dziś nadal zagraża światu.
Obarczanie Francji winą za wszystko jest oczywiście moją fanaberią i nic nikomu do tego. Ale niepohamowany zachwyt Francuzów ZSRR czy Rosją, to moim zdaniem już coś w rodzaju zboczenia, które nazwałbym "francuską chorobą" gdyby nazwa ta nie była już zajęta. A można tu wymienić parę przykładów. Y.Montand z zachwytem piał po powrocie z Moskwy o wspaniałym "kraju sprawiedliwości". G. Depardieu manifestuje swoją miłość do Rosji, choć tu raczej jest to miłość z podatkiem w tle, a tło to przymglone jest nadmiarem alkoholu. 
Laval zachwycony Hitlerem i jego państwem to także mutacja tej samej choroby.
Tak czy siak Francji nie lubię...
Czy to jest OK?
Pewnie nie, ale jakoś się tym nie martwię. Wszak jako koziołek mogę sobie na taką niechęć pozwolić.

Tak czy inaczej, różne stronnictwa przy różnej jakości i wielkości królach przekształciły się z czasem w partie. Ukształtowały się struktury, sposoby działania. Każda partia wybierała swoje władze lub jej założyciel wybierał sobie członków. Partia miała jakiś swój cel i program. Przeciwne sobie partie starały się... Ech, przejdźmy na czas teraźniejszy!
Starają się pozyskać zwolenników, dyskredytując partie przeciwne. Bardzo szybko zaczęto sięgać po środki wątpliwej uczciwości. Obrzucanie się błotem i oszczerstwa już dawno są narzędziem walki politycznej. Pozyskiwanie finansów ze źródeł mocno podejrzanych to także codzienność i nowość żadna. Angażowanie w intrygi mające skompromitować przeciwnika ma historię dłuższą niż dąb Bartek i choć może mierzić, to tak już jest. 
Czy to jest OK?
Ani tak ani nie. Polityka nie jest czystą grą i jeśli ktoś się nią brzydzi niech się w nią nie angażuje. Jeśli ktoś wierzy, że można stworzyć partię o szlachetnych celach, grupującą ludzi wyłącznie na wskroś uczciwych, posługującą się wyłącznie prawdą i uczciwością, to jest jak student V roku medycyny, który wierzy w niepokalane poczęcie.

Usprawnianie narzędzi służących do zdobycia przewagi nad przeciwnikiem trwa cały czas. Ale jeśli spojrzymy na przykład na starożytną Grecję, nie wiem czy prawdziwą, ale taką jaką ją zapisała historia, to i tam wszelkimi metodami starano się zjednać sobie stronników i pogrążyć przeciwników. Ważne było, aby przeforsować własną wizję państwa i jego organizacji. Wszak cel uświęca środki.
I tu zaczyna się moje zdziwienie. Celem było dawniej zdobycie władzy, dziś także. Zdobycie jak największej rzeszy wyborców, nadal aktualne. Jakim sposobem? Przekonać do własnego programu, co wydaje się oczywiste. A ja coraz bardziej jestem przekonany, że CEL i ŚRODEK zamieniły się miejscami albo pomieszały.
Czytając deklaracje wyborcze KAŻDEJ partii widzę jasno jaki jest cel: pozyskanie większości elektoratu i zdobycie władzy. Normalne i sensowne.
Czy to jest OK?
Jeszcze tak, ale tylko przez chwilę...

Programy, obietnice, deklaracje nie są już tym co dana partia chce zrealizować. Służą wyłącznie pozyskaniu wyborców. Zdobycie władzy jest celem samym w sobie. Coś co jest imitacją programu partii ma nas przekonać do postawienia "krzyżyka". Taki "program" wymyślamy, żeby wyborcy na nas zagłosowali. To jest środek i cel. Nie ma nic poza tym !!! Nie zdobywamy władzy dla realizacji własnej wizji państwa tylko żeby tę władzę mieć... 
To nie politycy się degenerują, tylko MY - WYBORCY. Można kupić nasz głos coraz taniej i coraz mniej wiarygodnymi obietnicami.
Gdybyśmy byli ludźmi o podstawowej świadomości, elementarnej wiedzy, głosowalibyśmy na partię zebraną ad hoc przez Palikota, Kukiza czy Petru???
Nie odmawiając inteligencji temu pierwszemu, zdobywał głosy w poprzednich wyborach, bo wystawił faceta w spódnicy i był atrakcyjnym kuglarzem, co wielce spodobało się gawiedzi. 
Kukiz, sympatyczny szansonista rockowy, porwał chyba elektorat swoimi dokonaniami scenicznymi. To wystarczy, żeby uwierzyć w niego jako dojrzałego polityka?!
Ryszard Petru jest dla mnie autorytetem dyskutującym w programach radia TOK-FM o ekonomii i bankowości i dość! Dziś przedstawia się jako LIDER opozycji... i wygłasza orędzie. Taki dowcip? Nie! Taka autokreacja jest śmieszna, ale nie u nas. My to także przyjmiemy za dobrą monetę....
Czy to jest OK?
Nie jest i to BARDZO ...

Zacznijmy od prostej matematyki:
Weźmy za przykład kamienicę w której mieszka 100 osób uprawnionych do głosowania.
1 z "naszej setki" oddał głos nieważny
12 zagłosowało na PO
19 zagłosowało na PiS
21 oddało swoje głosy na partie które zdobyły niewielkie ilości mandatów lub nie osiągnęły progu wyborczego.
Zatem decyzję o tym kto i w konsekwencji jak będzie rządził naszym państwem podjęło
19 ze 100... 
To dość proste wyliczenie, którego nie da się chyba podważyć. Ci którzy dziś w jakichś bardziej czy mniej poukładanych protestach uczestniczą, mają oczywiście do nich prawo. Choć większość z nich nie za bardzo wie przeciw czemu protestują. Zachowują się jak rozżalone dzieci i głośno wołają o zagrożonej czy może już usuniętej demokracji.
Oburzamy się, bo mniejszość (19/100) przejęła całość władzy i zrobi z niej użytek według własnych potrzeb.
Nie zapomnijmy jednak o jednym, tych 
49 osób ze 100
nie miało chęci głosować !
Jest im obojętne kto będzie nimi rządził? Zatem... zgadzają się na KAŻDĄ władzę.
To jest właśnie demokracja. Potencjalny wyborca może głosować na kogo chce, ale może także uznać, że mu się nic nie chce. I tego wstydzę się najbardziej. Chyba bardziej niż większości tych, którzy w naszym imieniu mogą teraz robić różne rzeczy. Także te które nas kompromitują. 
A z drugiej strony, jeśli widzę T.Lisa biorącego udział w manifestacji, wykrzykującego idiotyczne hasła to się zastanawiam. Gdzie są normalni ludzie? A gdzieś chyba jeszcze jacyś zostali ...


02 listopada 2015

Pocieszałka dla Camelmana

Kim jest Camelman? Wie ten kto go zna. Skąd dziwoląg słowny "pocieszałka" to tylko jedna osoba wie.
Od dni kilku rozmawiam z wieloma ludźmi o tym samym. Wszystkie rozmowy krążyły wokół jednego tematu: WYNIK WYBORÓW.
Nic w tym dziwnego. Choć wydaje mi się, że taki wynik nie powinien być dla nas zaskoczeniem. 
To było widać, słychać i czuć.
Poruszyła mnie wypowiedź Hani na FB, której nikt myślący, nie może posądzać o zaślepienie i jednostronność. Odpowiedziałem jak umiałem, choć to co dla mnie jest intelektualną wspinaczką wysokogórską, dla Hani jest rutyną. Także Camelman podzielił się ze mną swoim żalem i vice versa...
"Vice versa politechniki stoi kiosk" 
/wypowiedź pewnego pułkownika Studium Wojskowego PG/

Odpowiem Ci Piotrze i każdemu kto brnie przez moją pisaninę jak ja to widzę. Będę "pocieszał" tych którzy tu zajrzą, a przede wszystkim siebie samego.

Tak stać się musiało !

Wszyscy dzisiejsi wyborcy urodzili się w czasach PRL lub są dziećmi tych którzy swoje życie w realiach PRL, w większej części spędzili. Stąd wynika wiele naszych ułomności i zaszczepionych bodźców, które nami powodują. Okupacja radziecka po 1944 roku niosła mniej spektakularne okrucieństwa niż niemiecka z lat 1939-45, ale skrzywiła nas mentalnie. Jest i będzie w nas jeszcze długo przeświadczenie, że trzeba się sprzeciwiać władzy, każdej władzy. Najwłaściwszym sposobem postępowania wydaje się nam walka, bo tak się nauczyliśmy od końca XVIII wieku. Praca organiczna zwana też pracą u podstaw? Szanujemy, ale jakoś nas nie przekonuje. Sięgnijcie pamięcią do liceum. Romantyzm nam się podobał. Modernizm (Młoda Polska) zachwycał, a "jakaś tam" codzienna, pożyteczna nawet praca, opisywana w lekturach? Nudziła!
Nie umiemy żyć pracą, codziennymi sprawami, cieszyć się normalnością. Musi się coś dziać. I dlatego wybieramy tych, którzy naszym zdaniem przyniosą nam codzienne sensacje. No to wybraliśmy. I codziennych sensacji, na miarę naszego dzisiejszego poziomu nam nie zabraknie.
Historia tak zrządziła, że kiedy w XIX wieku kształtowały się mechanizmy organizujące społeczności w nowoczesne państwa, Polski nie było. Kiedy większość narodów europejskich uczyła się jak korzystać z powszechnych praw obywatelskich i jaka z tego wynika odpowiedzialność, my uczyliśmy się konspiracji i zorganizowanego oporu. Bo taka była konieczność, wynikająca z warunków w których się znaleźliśmy. Czy z własnej winy, czy z racji działań mocarstw ościennych, to osobna sprawa i dyskusja. "InteligJenci" piszą DYSKURS, bo sądzą, że to ich nobilituje. 
Ale to, że czas ten, który inni na naukę, dziś pożyteczną mogli  poświęcić, my zmuszeni byliśmy strawić na innych działaniach, spowodował opóźnienie brzemienne w skutkach. Dwadzieścia lat chwilowej niepodległości, na naukę i praktykę to zbyt mało. Uważam jednak, że nie zmarnowaliśmy tego czasu. Kolejne 50 lat nieobecności Polski jako państwa, to znów zatrzymanie rozwoju. Mało tego. To czas kiedy znów doskonaliliśmy się w działaniu opozycyjnym, konspiracyjnym itp. A że jesteśmy nacją bystrą, to czego się uczymy, uczymy się dobrze i szybko. Naturalne jest też to, że najlepiej opanowane umiejętności chcemy wykorzystywać.
Zatem wciąż mamy chęć walczyć z kimkolwiek, bo to umiemy świetnie. Buntować się przeciw czemukolwiek, bo w takich sytuacjach organizujemy się błyskawicznie i doskonale. Co gorsza, jeśli wrogów/przeciwników nie możemy znaleźć to ich sobie tworzymy. Nawet między sobą, co już jest bardzo złym objawem i prowadzi nas w obłęd.
Tego czego inni uczyli się wcześniej uczymy się dopiero od 1989 roku. Szybko? Wolno? Nie umiem ocenić. Wierzę, że jednak się uczymy.
Będą jeszcze niejedne, takie czy inne wybory, kiedy będziemy sobie z własnej woli "jeża w majtki wkładać" (to z bułgarskiego przysłowia). Będą się z nas śmiać inni? Bzdura! Nie patrzy na nas cały świat z wielką uwagą, jak nam się wydaje. Czytają nagłówki newsów i przechodzą do swoich spraw.
Choć będzie to kosztowne, to musimy przejść drogę która nauczy nas jak korzystać z narzędzi demokracji. Tak żeby nam te narzędzia paluchów nie obcięły. Albo czegoś ważniejszego.

Elity ?

Pamiętam rozmowy z Tatą, tuż po wprowadzeniu stanu wojennego. Byłem rozgoryczony. Ojciec starał się wytłumaczyć mi realne warunki i szanse. Przekonywał, że ZSRR się chwieje i kiedy padnie, możemy wykorzystać okazję i odzyskać niepodległość. Taty wiedza i mądrość to jedno, ale upadek ZSRR - NIEREALNE. Tak wtedy myślałem. Pamiętam słowa Taty: 
"Ja tego dożyję !" 
Miałeś Tato rację...
Jedna z wielu Twoich racji także się niestety sprawdza. Opowiadałeś o okropnych skutkach wojny, która zabrała życie milionom i zniszczyła nas gospodarczo. Jak tłumaczyłeś mi, te straty choć niełatwo, da się odrobić. Najtrudniej będzie odzyskać właściwy porządek międzyludzki. Lata PRL nawet wśród ludzi myślących zasiały zamęt. Autorytetami stali się ludzie nędznego pochodzenia. Literatów zastąpili "putramenci". Polskich generałów "jaruzelscy". 
To trudno do dziś zatrzymać. A czy da się odwrócić i przywrócić ład, to już bardzo trudno powiedzieć. 
Dziś o powyborcze refleksje pytamy takich jak Kupa Wojewódzki, a mentorem świata polityki jest dla nas niejaki Kwaśniewski. Inny zaś człowiek, fenomenalny nawiasem mówiąc  jako trybun ludowy, zastępuje nam dziś autorytet ponad podziałami. To są ludzie których opinie uznajemy.  To chyba potwierdzenie obaw Taty?

To gdzie ta tytułowa "pocieszałka" ?

Otóż jeśli nie jest błędnym, moje twierdzenie, że tak się stać musiało, to:
  • Dobrze, że teraz. Bo im szybciej coś nieuniknionego przychodzi, tym szybciej przeminie
  • Dobrze, że Prawo i Sprawiedliwość ma samodzielną większość bo to ogromna odpowiedzialność, która powinna studzić absurdalne zapędy. Nie będzie się kim osłonić
  • Jeśli przez ćwierć wieku niepodległości wypracowane zostały solidne, a choćby tylko dostateczne mechanizmy działania państwa, to nie da się ich zepsuć szybko i łatwo
  • Jeśli marzeniem niektórych gorących głów było wyłącznie dojście do władzy, to zajmie ich polowanie na przeciwników politycznych, popisy medialne i być może nie znajdą czasu na majstrowanie przy ekonomii i gospodarce
  • Retoryka partii politycznych (wszystkich bez wyjątku) zrównała się na najniższym poziomie. Może jej zestawienie z rzeczywistością też nas czegoś nauczy
  • Ci wszyscy dla których wynik wyborów jest tym czego oczekiwali może poczują się lepiej, zniknie choć częściowo frustracja. A to korzyść dla wszystkich
  • W państwie niepodległym i demokratycznym nawet najbardziej zacietrzewiony "wódz", krzywdy nam nie może zrobić ...
A co moim zdaniem najważniejsze. Każdy z nas może przy tej okazji zmiany władzy coś fundamentalnego zrozumie:

Na jakość indywidualnego bytu nie ma decydującego wpływu rząd, tylko nasza własna zaradność... lub jej brak.

I drobna nieistotna, ale dla mnie ogromna przyjemność, to zawiedziona mina towarzysza Millera i jemu podobnych. Bezcenne...





"Gdyby wyniki wyborów o czymś decydowały,
 nie dano by nam praw wyborczych"
/M.Twain/ 
 

  

24 października 2015

Głosy nieważne (?)

Przez 50 lat nie mogliśmy głosować, choć większość z nas do urn karteczki wrzucała. Komuniści szli z postępem. Najpierw podmieniali głosy, a później dokonali usprawnienia i mieli gotowe urny, pełne kart z "prawidłowymi" głosami i z frekwencją na poziomie dla siebie zadowalającym . Okropne to, ale cieszę się, że dziś możemy o tym wspominać z pogardliwym uśmiechem.
26 lat temu odbyły się wybory, których wynik wszystkich..., no prawie wszystkich ucieszył. W najbliższą niedzielę powinniśmy głosować moim zdaniem. Ważne oczywiście na kogo, ale najważniejsze żeby wziąć udział w wyborach, a nie "olać wybory" i siedzieć przed TV przez następne 4 lata i grymasić na kiepski (?) rząd. 

WYJAŚNIENIE: 

"wziąć" - oznacza to samo co  
"wziąść" dla niektórych elektoratów. 
Może jeszcze "wzionć",
ale nie wiem czy ta partia jeszcze istnieje.

Nie spełniły się moje marzenia z roku 1989... Wtedy sądziłem, że koniec PRL i odzyskanie niepodległości jest równoznaczne z tym, że będziemy wybierać najlepszych spośród dobrych. W sensie fachowości oczywiście, a nie moralności. To ostatnie pojęcie choć właściwe i niezbędne w indywidualnym kodeksie postępowania każdego z nas, w sensie zbiorowym czy wręcz masowym jest idiotyzmem. Nie stało się tak jak mi się wtedy marzyło, ale wybaczcie, byłem wtedy dzieciakiem dwudziestokilkuletnim. Miałem jeszcze prawo wierzyć, marzyć ...
Marzenia prysły szybko. Już wkrótce stanąłem nad urną z głosami (i prochami moich ideałów), oddając głos nie "ZA" (bo nie było za kim w drugiej turze), a "PRZECIW", po to żeby trefniś Tymiński nie został prezydentem. Trudno, tak bywa.

Wśród różnych przedwyborczych prognoz, opinii i dyrdymałów, pojawiają się stwierdzenia, że karty do głosowania na posłów do sejmu są skomplikowane i nieczytelne. Może to spowodować, że wiele głosów w sposób niezamierzony przez wyborców, będzie nieważnych. Już dziś mogę prorokować, że taka konstrukcja karty do głosowania, a de facto książeczki będzie podstawą do wytłumaczenia się dla tych partii, które nie osiągną zadowalającego dla siebie wyniku.
Nie doceniamy i nie zauważamy, że dużo zmieniło się w kwestii możliwości głosowania osób niepełnosprawnych. Mamy już dobre sposoby na pomoc wyborcom niewidomym, czy tym którzy z racji choroby nie mogą swobodnie się poruszać. To ważne i dowodzi tego, że szanujemy się nawzajem (choćby w wąskim zakresie). Dbałość o ludzi dotkniętych chorobą czy jakąś utrudniającą życie ułomnością to rzecz ważna. 
Natomiast argument oparty na rzekomo zbyt skomplikowanej konstrukcji kart do głosowania, jest dla mnie niezrozumiały. Jeśli jestem wyborcą  (dumniej brzmi elektorem), to mój głos musi być przemyślany i oparty na jako takim rozeznaniu swoich preferencji politycznych, ocenie przydatności partii/kandydata. To wymaga pewnej, choć niewielkiej umiejętności myślenia, logiki i analizy. Choć ona niewielka, to bez porównania większa niż ta, która jest niezbędna do poprawnego (w sensie technicznym) oddania głosu.
Każdy, nawet ten kto pewien jest, że wie jak głosować, powinien przeczytać:

Dlatego koziołkowa myśl przedwyborczego wieczoru brzmi:

Jeśli ja lub ktoś z Was, odda niechcący głos nieważny, z powodu niezrozumienia samej techniki głosowania to nie widzę problemu. Znaczyłoby to, że nasz aparat umysłowy wystarcza ledwie do obsługi czynności podstawowych, z których jednoczesna obsługa noża i widelca to maksimum. Zatem jeśli taki ktoś nawet postawi "X" jak należy, ale przez przypadek... to ten głos choć formalnie ważny jest NIEWAŻNY... Może ściślej - nieistotny.
W koziołkowym pojęciu głos ważny to ten, który oddaję zgodnie z zasadami technicznymi, ale także poparty przemyśleniem. 
A głos oddany ŚWIADOMIE jako nieważny?! No.... to temat na odrębną dyskusję.

A w niedzielę, moja sąsiadka mimo, że niewidoma, pójdzie głosować. Nie widzi, ale myśli! I pomożemy jej wspólnie z sąsiadem choć... głosujemy chyba na inne stronnictwa. 


17 października 2015

"Zapomnieć" o tej rocznicy !

Ponad dwa lata temu pisałem o różnicy pomiędzy piłką kopaną, a innymi dyscyplinami sportu. W aspekcie jej ponadnaturalnej popularności. Koziołkowym zdaniem, nie do końca zasłużonej.

Zdania nie zmieniłem, ale zmienia się lub zmienić może, polska piłka nożna (oby !). To kolejna szansa, a było już kilka, niestety straconych.

17 października

Tego dnia, w 1973 roku zagrali nasi piłkarze z ówczesną potęgą futbolową, na Wembley, otwierając sobie drzwi do światowej rywalizacji. Cenne !
W okresie II RP we wszystkich dziedzinach nadrabialiśmy stracony czas. W sporcie także. Mieliśmy sukcesy w różnych dyscyplinach. Nasz udział w mistrzostwach świata w piłce nożnej (1938) został zapamiętany dzięki zaciętemu spotkaniu z reprezentacją Brazylii (1:3, 4:4, 5:6). II Wojna Światowa odebrała nam możliwości normalnego rozwoju na 50 lat.
Podczas okupacji radzieckiej, manifestacją tożsamości narodowej i jakąś enklawą wolności był sport. Na bieżniach, boiskach czy lodowiskach świata występowali POLSCY zawodnicy i tam mogliśmy pokonać taką czy inną drużynę, w tym także ZSRR. A udawało się to wiele razy.
I tak w dniu zwycięskiego remisu na Wembley, każdy, nawet ja jako gówniarz, widział sukces POLSKI jako kraju, choć własnego państwa nie mieliśmy.
Skład naszej drużyny umie do dziś wyrecytować chyba każdy:




Grzegorz Lato - Jan Domarski - Robert Gadocha

Każde nazwisko zawodnika to link. Można kliknąć i poczytać 

Dlaczego "zapomnieć" ?!

Tak napisałem w tytule. Fantastyczny występ reprezentacji pod wodzą Kazimierza Górskiego w eliminacjach do MŚ 74, był wydarzeniem sportowym i wielką radością dla nas. Znakomity występ w RFN wyniósł naszą piłkę na szczyty. Szkoda, że uwarunkowania polityczne nie pozwoliły najlepszym z naszych zawodników na grę w klubach europejskich. Choć były wyjątki. Późniejsze sukcesy, to srebro na olimpiadzie w Montrealu, uznane za porażkę (apetyt rośnie w miarę jedzenia). Całkiem dobry, choć może bez łutu szczęścia występ na MŚ 78. Medal w Hiszpanii to bez wątpienia zasługa Antoniego Piechniczka, który zmobilizował weteranów i dobrał najlepszych spośród młodych utalentowanych. I tu wyczerpał się kapitał zbudowany w wielkim trudzie przez Kazimierza Górskiego i jego zespół.
Od tego czasu gra naszej reprezentacji to raczej mizeria. Pomeczowe dyskusje, o tym że gdyby się udało, a niewiele zabrakło... Pocieszające nie były. Wyliczanie trafień w słupek i podań które "prawie doszły" to raczej smutne. Dobrym podsumowaniem jest stwierdzenie K.Górskiego, który nie tylko wyśmienitym był trenerem, ale i autorem licznych bon motów:

"Mnie się wydaje, że strzał w słupek jest zasadniczo strzałem niecelnym..."

I tak przez wiele lat patrząc na niemrawe poczynania, pocieszaliśmy się sukcesami z przeszłości. Mecz na Wembley obrósł legendami i anegdotami. Z racji niepowodzeń, nawet kabarety budowały na nim skecze.
Nie zapominajmy o Wembley - 1:1 i o bohaterach tego październikowego wieczoru. Ale oby nieco przyćmiły ten blask bieżące osiągnięcia naszej reprezentacji. Jest szansa ? 
Tego Wam i sobie życzę !

A na koniec ...

Każdy pamięta słowa Jana Ciszewskiego:
"Lato... w środku mamy dwóch zawodników... Grzegorz Lato, sam McFarland... Ucieka teraz Gadocha ... Domarski ! Gol !!! itd.
To popatrzcie na kilka fragmentów komentowanych przez spikera angielskiego i zwróćcie uwagę na ostateczne podsumowanie:

"All is over..."
Dla nas był to sukces, a dla Anglików to tak jakby powtórzyli Waterloo i je sknocili.