27 sierpnia 2019

1920 - komu i czy jest za co dziękować

O wojnie polsko-bolszewickiej 1919-20 wiemy zadziwiająco mało pomimo dostępnej literatury. 
Potrafimy wszyscy skojarzyć z nią Bitwę Warszawską. Niektórzy znają także jej datę. Mniej liczna grupa przywoła z pamięci ofensywę nazywaną czasem Misją Kijowską. Ten i ów dorzuci jeszcze wyprawę gen. Żeligowskiego na Wilno, z całym przekonaniem, że do tej wojny należy ją zaliczyć. Czy bitwa pod Komarowem, obrona Zamościa, walki w rejonie Grodna są Wam znane?
Bez względu na stopień znajomości tych wszystkich wydarzeń jesteśmy zgodni co do jednego. Była to wojna która w wypadku przegranej, pogrzebałaby naszą ledwie co odzyskaną niepodległość.
To ostatnia w historii wojna w której zwyciężyliśmy. Choć dopominanie się o uznanie świata i jego wdzięczność uważam za dziecinne, to duma z tego zwycięstwa jest zasadna. 
Wygraliśmy pomimo ilościowo skrajnie niekorzystnej proporcji. Wygraliśmy bo cywilizacyjnie górowaliśmy nad sowiecką Rosją. To przekładało się na taktykę, umiejętność wykorzystania techniki wojskowej, morale armii oraz całego niemal społeczeństwa.
Historycy nie są zgodni co do tego czy obroniliśmy swoje terytorium czy uchroniliśmy także całą Europę, która mogła być zalana przez rosyjską dzicz aż po Pireneje.

Czy ktoś nam pomagał? Czy komuś winniśmy wdzięczność? Kto nam przeszkadzał? A zainteresowanych wynikiem starcia było wielu.

Wrogowie

Sowiecka Rosja

Z tym potworem który nie należy do Europy ani do Azji toczył się bój o nasze przeżycie. I kultura europejska i azjatycka brzydzą się takim kompanem.

Litwa

Litwa pomimo wielu wieków związku z Polską, stawiając na samodzielność wybrała wrogość wobec Polski. Klęska Polski zabezpieczałaby panowanie Litwy nad Wileńszczyzną. Apetyty naszego sąsiada-krewniaka sięgały nawet dalej. W efekcie od początku wojny, aż do ostatnich walk w rejonie Grodna armia litewska walczyła ramię w ramię z armią bolszewicką. Nie umiem ocenić czy Litwini popełnili błąd, ale chyba na wybranej opcji nie zyskali.

Kto życzył nam źle ?

Chora idea komunizmu rozprzestrzeniała się po całym świecie jak zaraza. Sowiecka propaganda przedstawiała Polskę jako ostatnie ognisko niepokoju w Europie po zakończonej I Wojnie Światowej. Jako agresora w wojnie polsko-bolszewickiej.
Hasło III Międzynarodówki

Ręce precz od Kraju Rad !

znajdowało niestety pozytywny odbiór w wielu krajach Europy wśród klas niższych oraz pięknoduchów. A przede wszystkim różnych zdegenerowanych grup społecznych. Wzniecane strajki blokowały dostawy do Polski przez teren Niemiec, Czechosłowacji, Austrii a także do pewnego momentu przez Wolne Miasto Gdańsk. W tym ostatnim wypadku w miejsce zbuntowanych dokerów decyzją brytyjskiego gen. R.Hakinga do wyładunku statków skierowano żołnierzy brytyjskich. 
Nie jest to miłe, ale i w Polsce były środowiska przeciwne walce z nowym "państwem sprawiedliwości".  Na szczęście zbyt słabe aby sowieci mogli je wykorzystać do istotnej dywersji i poważnych niepokojów na zapleczu frontu.

Niemcy

Pokonani w Wielkiej Wojnie, targani wewnętrznymi walkami tracili swoje imperium. W relacjach z nami wymykała im się z rąk Wielkopolska, Śląsk... Korzystne byłoby gdyby Polska była słaba i pobita przez bolszewików lub gdyby zniknęła z mapy Europy. Chyba ta druga opcja mniej była im jednak na rękę w tym momencie, bo na wszelkie propozycje jawnego sojuszu z sowiecką Rosją nie reagowali.

Czechosłowacja

Zyskała kontrolę nad Śląskiem Cieszyńskim. To teren sporny w pewnym sensie do dziś. Choć całe szczęście złych emocji i napięć chyba już nie ma. W 1920 roku Czesi mieli powód aby obawiać się. Zwycięska armia polska, mogła zagrozić zajętym przez Czechów terenom. Więc lepiej aby przez Rosję została pobita lub bardzo osłabiona.

Wielka Brytania

Powojenny ład na kontynencie Brytyjczycy chcieli oprzeć na równowadze między Niemcami a Francją i Polska jako taka nie miała w ich planach znaczenia. A Rosja? D.Lloyd George dążył do ułożenia stosunków z bolszewickim "państwem", jasno dając do zrozumienia, że każde rozwiązanie kosztem Polski jest skłonny zaakceptować. Liczył na to, że Rosję można okiełznać a z czasem zneutralizować i podporządkować handlem i ekonomią. Mylił się. Udało się to dopiero kilkadziesiąt lat później pewnemu amerykańskiemu aktorowi.

Sojusznicy

Tu lista jest dość krótka, ale ma znaczenie. Nie tylko militarne.

Ukraina (URL)

Na froncie walczyły trzy dywizje ukraińskie. Ich stan osobowy był bardzo niski. Łącznie stanowiły siłę niewiele przekraczającą potencjał jednej pełnoetatowej dywizji. Jednak ta skromna armia odegrała istotną rolę.
Jednostki ukraińskie utrzymywały południowy skraj frontu co pozwalało na komunikację z terytorium Rumunii. Dlaczego było to istotne, o tym za chwil kilka.
Dobrze zapisał się dowódca Dywizji Strzelców Siczowych płk. Marko Bezruczko w obronie Zamościa. Sprawnie dowodził obroną miasta wiążąc konarmię Budionnego. Awansowany do stopnia generała-chorążego jesienią 1920. Internowany po pokoju w Rydze. Pozostał w Polsce. Był dobrym żołnierzem i uczciwym człowiekiem. Zmarł w Warszawie w 1944 roku.












Neutralni a życzliwi

To dość długa lista i trudno mi ułożyć ją w kolejności. Bo jak? Według sympatii? Wartości pomocy mierzonej w pieniądzach? Zatem kolejność wygeneruje koziołkowa maszyna losująca...

Francja

Dla Francji istotny był sojusznik w ewentualnych konfliktach z Niemcami. Dotąd była nim Rosja, póki istniała. Zatem Francuzi przystali na koncepcję D. Lloyda George'a. Nadzieją Francji było także wciąż możliwe zwycięstwo Wrangla. Gdy szanse na powodzenie negocjacji brytyjskich wygasły, Francja zdecydowanie opowiedziała się po naszej stronie.
Istotna była pomoc w postaci broni i wyposażenia oraz kredyty umożliwiające zakupy. W ten sposób nasza armia uzyskała:
  • 2 tys. dział
  • 3 tys. karabinów maszynowych
  • 560 tys. karabinów
  • 300 samolotów
Ale istotniejsza była misja kilkuset doświadczonych oficerów, którzy szkolili nasze tworzone oddziały. Tak w zakresie taktyki wojennej, organizacji sztabów jak i obsługi nowoczesnego uzbrojenia. Wśród dowodzonej przez gen. M.Weyganda grupy znalazł się młody oficer wyróżniający się wzrostem. Zauroczony Polską był jej przyjacielem do końca swoich dni. To Charles de Gaulle.

Węgry

Węgrzy w krytycznym momencie wojny przekazali nam całe zapasy amunicji tj. kilkadziesiąt milionów pocisków karabinowych, amunicję artyleryjską, 30 tys. karabinów Mauser, kilkaset kuchni i pieców polowych. W pewnym sensie rozbroili się. Czy wynikało to z wielowiekowej z nami przyjaźni? Może trochę tak. Przede wszystkim z rozsądku. Węgrzy przez kilka miesięcy istnienia Węgierskiej Republiki Ludowej doświadczyli komunizmu bardzo boleśnie. Wiedzieli, że bolszewickie zwycięstwo w wojnie z Polską oznaczać mogło przejście dzikich krasnoarmiejców przez Karpaty i zagładę dla Węgier. Nie obronili by się. Zatem wsparcie Polski wszelkimi siłami było jedyną realną obroną.
Przez Węgry przechodziły między innymi transporty amunicji ze składów francuskich w Grecji. Opatrzone przez Węgrów listami przewozowymi jako... żywność. Tak uczynili i chwała im za to. Polska symbolicznie zrewanżowała się Węgrom nie ratyfikując traktatu z Trianon.
Premierem Węgier był wówczas Pal Teleki. Kiedy 20 lat później znów był premierem, na propozycję udziału w agresji na Polskę odpowiedział:
Prędzej wysadzę nasze linie kolejowe, niż wezmę udział w inwazji na Polskę. Ze strony Węgier jest sprawą honoru narodowego nie brać udziału w jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciw Polsce
Pal Teleki hrabia Szek (1879-1941)

Wiedział, że wejście Węgier do II Wojny Światowej musi nastąpić jak najpóźniej. Taka była linia jego polityki. A odwołanie się do przyjaźni polsko-węgierskiej było ważnym gestem.
Kiedy wiosną 1941 niemieckie oddziały uderzyły na Jugosławię wkraczając niejako po drodze na Węgry, uznał, że jego koncepcja zawiodła. Popełnił samobójstwo. Polityk a człowiek honoru. Zadziwiające?

Rumunia

Bardzo dobre stosunki dyplomatyczne z Francją pozwalały Rumunom na istotny wpływ na przebieg wydarzeń. Konieczna i efektywna obrona przed zagrożeniem bolszewickim wymagała wspólnej granicy z Polską. Dyplomaci rumuńscy naciskali zatem na przyznanie Polsce terenów Galicji.
Przez Rumunię drogą kolejową docierały do Polski transporty sprzętu i uzbrojenia. Pozostałe na terenie Rumunii po rosyjskiej armii składy broni i amunicji zasilały armię ukraińską. Pod kontrolą rumuńską była linia kolejowa wiodąca przez Słowację do Polski. Zadbali o to aby ta rachityczna jednotorowa linia zapewniła nam niezbędne dostawy. Przez Rumunię przechodziły także transporty z pomocą węgierską, ze względu na niechętną wobec nas postawę Czechosłowacji.

Stany Zjednoczone

Barwnym epizodem jest tu Eskadra Kościuszkowska. Wiąże się z nią wiele wzruszających i ciekawych opowieści. Znajdziecie w nich powiązania z historią wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych w osobie gen. K.Pułaskiego i jego przyjaciela J.Coopera, a także ... z filmem "King-Kong" z lat 30tych.
Merian C.Cooper i Cedric Fauntleroy









Udział amerykańskich lotników w wojnie 1920 roku jedni uznają za istotny inni symboliczny. Nie mam zdania z braku wystarczającej wiedzy. Szukam rzetelnej literatury i może kiedyś ...
Amerykanie przekazali nam uzbrojenie. To jakże potrzebne czołgi, samoloty i karabiny maszynowe.
Ale najistotniejsza to pomoc Misji Hoovera w postaci żywności. 
Przekazana wówczas nieodpłatnie żywność, konie i materiał siewny o wartości 50 mln $ uratowała nas w 1919 i 20 roku przed niewyobrażalną klęską głodu 

Włochy

Choć oficjalne stanowisko rządu było delikatnie mówiąc powściągliwe to znaczna część Włochów była Polsce przychylna. Istotną pomocą było umożliwienie polskiej misji wojskowej już z końcem 1918 roku werbowanie ochotników do armii gen. Hallera spośród jeńców armii austro-węgierskiej. To przede wszystkim przychylność dowódców włoskiej armii.

Łotwa

Na początku 1920 roku korpus gen. Rydza-Śmigłego pomógł zgodnie z podpisanym porozumieniem wojskowym wyprzeć bolszewików z Łotewskiego Dyneburga i całej Mangalii.
Po porażkach naszej armii z Rosją nad Autą na terenie Łotwy znalazły się rozbite polskie oddziały. Dzięki łotewskiej pomocy, szybko drogą morską powróciły do Polski. 

Finlandia

Kraj odległy, ale także dla nas istotny w tej batalii. Finowie udostępnili nam materiały pozyskane przez wywiad. Ważne było też wsparcie dyplomatyczne niewielkiej Finlandii. Mannerheim był postacią na arenie politycznej liczącą się. Jego głos po stronie Polski w jakimś stopniu był przeciwwagą dla szczekających sowietów przedstawiających nas jako agresora i awanturnika.

Watykan

To osobliwy gracz w każdej wojnie i niezwykle istotny także w wojnie polsko-bolszewickiej. W przededniu Bitwy Warszawskiej kiedy tak żołnierzy jak i cywili ogarniało zwątpienie, ogromną rolę odegrał kościół katolicki. Do oddziałów skierowano kapelanów, których duchowe wsparcie miało ogromne znaczenie. Jedenastu kapelanów odznaczono Orderem Virtuti Militari. A nie było to wówczas odznaczenie rozdawane jak okolicznościowa błyskotka. Nie mniej ważne było mobilizowanie całego społeczeństwa przez odezwy odczytywane w kościołach.
A.Ratti (1857 - 1939)
Symboliczne ale ważne znaczenie miało zachowanie nuncjusza papieskiego, który pozostał w Warszawie kiedy w sierpniu 1920 placówki dyplomatyczne ewakuowano z Warszawy. Tym nuncjuszem był Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. Lubił Polskę i Polaków z wzajemnością zresztą.
Znalazłem także informacje o innych przedstawicielstwach dyplomatycznych, które pozostały w krytycznym momencie w Warszawie. To przedstawicielstwo Wielkiej Brytanii i Turcji. Też ładnie! Tylko, że angielski personel z początkiem sierpnia ewakuowano do Poznania a Turcja z którą II Rzeczpospolita nawiązała stosunki dyplomatyczne w 1920 roku pierwszego swojego dyplomatę przysłała do Warszawy w roku ... 1924. Takich bajek wplecionych w historię jest wiele. Niektóre silniejsze są od prawdy.

Możemy mieć żal do wielu państw za to, że nie rzuciły się nam z pomocą militarną. Ale czy słusznie? Przecież w chwilę po zakończonej wojnie światowej mapa Europy była pełna znaków zapytania. Każdy przede wszystkim musiał zabezpieczać swoje interesy. Główni gracze Europy tj. Anglia, Francja i Niemcy patrzyli na wojnę polsko-bolszewicką jako jeden z elementów gry o układ sił w powojennej Europie. Z pewnością istotny ale nie jedyny. Dla nas była to gra o wszystko. Wygraliśmy ją. Bądźmy z tego dumni!

19 lutego 2019

Wreszcie Polacy zjednoczeni !

Wiadomość ta dla wielu z Was może być zaskoczeniem. Większość mi nie uwierzy, ale doczytajcie do końca. Postaram się wykazać w sposób jasny i moim koziołkowym zdaniem niepodważalny, że jest coś co nas łączy ponad podziałami.
Linie podziału istnieją między nami od wieków i jeśli ktoś choć trochę nie brzydzi się wiedzą historyczną, wie o tym doskonale. Podziały rysują się w sprawach błahych. Jeden woli wypoczynek nad jeziorem drugi wędrówki po górach. Ktoś relaksuje się słuchając Chopina, inny Szpaka. Jeden szczytuje prowadząc sportowe auto, inny jeżdżąc na rowerze górskim. Te różnice, dają się pogodzić i tylko w niektórych przypadkach są przeciwnościami wykluczającymi zgodę. Można kochając góry, pojechać nad jezioro Serwy i odnaleźć tam relaks i piękno natury. Inne niż w górach. Kochając każdą nutkę Chopina, można zachwycić się fenomenem Szpaka. Po męczącym i satysfakcjonującym wyczynie na górskiej trasie rowerowej można wsiąść w Ferrari i pomknąć autostradą do domu. Prawda, że błahe te różnice i nie ma się o co kłócić? Ale warto pamiętać, że "błahe" te wybory decydują o tym jak czerpiemy przyjemność życia. Na ile krótki czas jego, umiemy wykorzystać. Róbmy to co sprawia nam radość i satysfakcję, a radością dzielmy się. Bacząc by dzielenie to nie było zadręczaniem innych.
Zatem takie przykłady błahych(?) podziałów ogarniamy? Radzimy sobie z nimi? Nie psując życia innym? Różnie. Ale chyba dajemy radę.
Są jednak linie podziału w sprawach dla wielu zasadniczych. W imię tych spraw niemal każdy gotów jest na spór zaciekły. Uważamy też, że nie ma tu miejsca na kompromis. Może i byśmy to miejsce znaleźli gdybyśmy chcieli dyskutować i w dyskusji tej szukać wiedzy. Ale tego nie lubimy. Bo męczące i wymaga myślenia. Wolimy występować ze swoim zdaniem i torpedować poglądy innych. Bo nie są naszymi partnerami w dyskusji. Są dla nas przeciwnikami, a chyba już najczęściej wrogami. Z wrogiem zaś się nie dyskutuje, tylko się go niszczy.

 

Pomysły polityczno-ekonomiczne

Różne bywały. Czas, wzrost potencjału ludzkiego, wiedza, technologia, weryfikowały ich przydatność. Wymyślano różne drogi i bardziej czy mniej udane systemy trwały, póki nie przeforsowano nowszego, innego. Różnymi sposobami do tych systemów przekonywano, a czasem przymuszano. Aż pojawili się... komuniści. Ich cechą wyróżniającą nie była jak mi się wydaje głupota, choć widać ją wyraźnie. Oni pierwsi przekonywali, że nie wynaleźli a ODKRYLI mechanizm. Mechanizm doskonały. I tu już miejsca na dyskusję nie było. 
Na szczęście byli tacy, którzy umieli liczyć i zdawali sobie sprawę, że system, który żyje ze zjadania dorobku poprzedników nie może osiągnąć równowagi.
Zatem jeszcze kilkadziesiąt lat temu mieliśmy partie lewicowe, prawicowe, centrowe i różniste inne. Forsowały swój pomysł na gospodarkę i politykę. 
Dnia pewnego przy śniadaniu ktoś wpadł na pomysł wyśmienity. Ten pomysł, nie wiem czy fachowo, nazywam populizmem. Żeby zdobyć władzę trzeba mówić to co przyciągnie większość. Nieistotne czy ma to sens. Nieistotne czy ma to coś wspólnego z rzeczywistością. Mówmy to co da nam głosy wyborców.
I według tego schematu dobiera sobie partia X czy Y program. Nie musi prowadzić on do jakiegoś celu nadrzędnego. Celem jest zwycięstwo w wyborach. Konserwatyści, liberałowie, socjaliści itd. to tylko "koszulki" które dana drużyna ubiera.
I tu nie ma już miejsca na porozumienie, wypracowanie kompromisu. Wygrać. Przeciwników wyeliminować. A ewentualne porozumienia partii są tylko elementem gry o władzę.
Pocieszynka: Tak jest nie tylko w Polsce.

Światopogląd

Chyba nie ma kraju, narodu, plemienia bez wiary w jakiś byt nadrzędny. Koziołki nie mogą tego ogarnąć i znając swoje ograniczenie nie próbują wyjaśnić skąd to się bierze. Wiedzą przynajmniej, że nie "Z KĄD". Zatem to co teraz napiszę jest tylko obserwacją. Bez jednoznacznych wniosków. Ograniczę się też do naszego polskiego podwórka i chrześcijaństwa w wersji katolickiej i "katolickiej". 
Przede wszystkim wiara, religia, kościół to w powszechnej dyskusji synonimy. Tu mam wątpliwości. Niektórzy nie mają ich i każdego kto śmie krytykować największy koncern na świecie, który szczerze za system organizacyjny podziwiam, określają jako wroga wiary. Diabła pierdzącego siarką i sikającego napalmem. 
Z drugiej strony, każdego kto chodzi do kościoła i wypełnia powinności wynikające z reguł watykańskiego koncernu, chętnie określamy pogardliwie i zarzucamy mu bezmyślność. 
A nie przychodzi nam do głowy, że ktoś uczestnicząc w bardziej czy mniej podniosłych misteriach znajduje sposób na równowagę w życiu? 
Może przez lata ćpający człowiek, wydobył się z upadku chodząc w Himalaje. I to był jego sukces, jego droga. Poszedł i za którymś razem zginął. Wydano teraz o nim książkę. Nie oceniajmy go.  Wspinaczka była jego ... religią.
Inny, pijący przez lata, wydobył się z nałogu i stał się opętanym piewcą wiary w Boga. Ze wszystkimi śmiesznostkami wyobrażeń tegoż Boga jako brodacza siedzącego na chmurce. Nie śmiejmy się z niego! Jemu się udało. Znalazł swoją ścieżkę. Może jest trochę śmieszny, a może mu zazdrościmy?
Może zazdroszczą mu najbardziej, wojujący ateiści? Wojują z organizacją, wytykając jej najróżniejsze dewiacje. Przeróżne łajdactwa obyczajowe księży. Grę pozorów hierarchów kościelnych nastawionych na zysk, zabawę i splendor. 
Ci wojujący ateiści szukają jak każdy z nas swojej drogi, miejsca w świecie. Ich prawo. Nie wierzą? Otóż oni także są WIERZĄCY. Wierzą w to, że Boga nie ma! Szukają tylko potwierdzenia swojej wiary. Mają do tego prawo. Moim zdaniem w swoim zapale popełniają jeden błąd. Wieszczą rychły upadek organizacji kościoła katolickiego. A to potęga licząca sobie niemal dwa tysiące lat. O tak ogromnych zasobach finansowych i wciąż dostępnym potencjale, że poradzi sobie w każdej sytuacji.
I tu porozumienie czy kompromis, nie są moim zdaniem możliwe. Możliwy byłby rozejm, ale do tego mamy zbyt rozpalone emocje.
Gdzieś w cieniu są ci wierzący w nadprzyrodzoną siłę, byt doskonały, którego doświadczymy po śmierci. Nie jazgoczą, nie oburzają się. Zastanawiają się nad postacią tej siły wyższej. Może czasem znajdują partnerów do dyskusji i rozważań. I są tacy, którzy koniec życia na tym świecie uważają za koniec absolutny. Ale ani jedni ani drudzy, głosu w awanturze tej nie mają. Bo nie są krzykliwi. A Bóg? Jeśli istnieje, zastanawia się co źle zaprojektował.

Preferencje seksualne i tolerancja

Jedni uważają, że mamy ludzi żyjących w relacjach kobieta-mężczyzna oraz ... różne odchylenia. Inni dostrzegają w najróżniejszych innych konfiguracjach różnorodność i barwność osobowości ludzkich. Określają się wzajemnie jako : homofoby lub zboczeńcy.
Tych dwóch stanowisk nic zbliżyć nie może. Nie ma kompromisu. 
Rozsądnym moim zdaniem byłoby przyjęcie neutralności. Mogę w swojej sypialni robić co i jak zechcę, jeśli (!) krzywdy nikt przy tym nie ponosi.
Ale zrobiliśmy już kilka kroków dalej i nie ma odwrotu. Mamy brutalne ataki na ludzi odmiennych od nas i natrętne manifestacje inności. Tu nie mam stanowiska. Nie interesuje mnie to. Ale drażni mnie ostentacja i obłuda. Nie zgadzam się także na zrównanie pojęć tolerancja i akceptacja.  Z dumą obnosi się ze swoją tolerancją tzw. "klasa paplająca" promując być może nieświadomie tolerancję represywną.
Widzę wciąż narastający i sztucznie rozdmuchiwany konflikt. Po co? 

Takie trzy wyraziste linie podziału przywołałem, a jest ich wiele. Moim zdaniem nie powstały dziś, ani wczoraj. ale właśnie w ostatnich latach stały się nie tylko podziałem a frontem walki.
Z tej walki na wielu frontach wyłania się coś wspólnego. coś co nas paradoksalnie jednoczy. Bo to nasza wspólna cecha. Cecha, która zdominowała sposób postrzegania jednych przez drugich. Sposób argumentowania, wyrażania poglądów i sympatii. Ona jest też coraz częściej fundamentem naszych stanowisk w tej nomen omen okopowej wojnie.

Tą cechą jest głupota. ONA NAS JEDNOCZY!

Jest cechą łączącą nas ponad wszelkimi podziałami. Głupota rozszerza się szybciej niż AIDS. Zapomniane nota bene, bo przestało być medialnie atrakcyjne. Szybciej niż ASF, choroba wściekłych krów i inne. 
Przywołałem zaledwie trzy pola na których dzielimy się drastycznie. a każdy z Was może podać inne równie jaskrawe przykłady. Nosicielami tej zarazy są ci, którzy po zakończeniu formalnej edukacji, z dyplomem w ręku, wierzą że posiedli kres wiedzy. Nie muszą zatem myśleć, uczyć się, bo wszystko już wiedzą. Wzmacniaczami są zaś... pozostali. Po obu stronach dowolnej linii podziału słychać wspólną melodię. Melodię głupoty. Ona nas nad tymi podziałami łączy. 
    Ten wysyp koziołkowych żalów wywołała kolejna awantura. Awantura o wycinkę drzew związaną z budową przekopu przez Mierzeję Wiślaną. Drobna to w sumie rzecz, ale dyskusja o niej pokazuje nasz świat awantur. Nikt nie sięga do argumentów ekonomicznych czy jakichkolwiek. Warto czy nie? Jedynym powodem protestów jest przypisanie tej inwestycji PiSowi. Jak dla mnie trochę mało.

    04 lutego 2019

    Wyrównaliśmy poziom

    Magdalena Ogórek pojawiła się w przestrzeni publicznej za sprawą towarzysza Millera, który wysunął ją na odstrzał w kampanii prezydenckiej. Słowa: publicznej i wysunął, mogą budzić jakieś skojarzenia wszeteczne. Apage! 
    Czy L.Miller zrobił to dla żartu czy z głupoty? Nie wiem. Może z bezsilności i rozpaczy, wobec wymierania elektoratu PZPR. Dlaczego pani Ogórek zgodziła się? Także nie wiem. Jej potencjał intelektualny nie wyklucza, że nie zupełnie wiedziała w czym
    uczestniczy i jakie są jej szanse. Być może wystarczającą pokusą była przejażdżka na motocyklu.
    Nie udało się. Zatem chętnie zatrudniła się w zespole propagandowym żoliborskiego Mahdiego. Dobrze się tam sprawdza bo ma wszelkie do tego niezbędne zalety i ułomności. Warto zwrócić uwagę, że przy przyjętej konstrukcji propagandy TVP jej ułomności są zaletą!

    Po co komu Ogórek?

    Jeden z czołowych reprezentantów PiS w w swojej wypowiedzi, kilka miesięcy temu, lekko zażenowany przyznał, że sposób przetwarzania i przekazywania informacji przez media podporządkowane jego partii jest siermiężny i prostacki. Uzasadnił to jednak potrzebą dotarcia do szerokich mas. I miał rację. Propaganda PiS jest w swej skuteczności znakomita dzięki dobraniu właściwych środków i mechanizmów. Właściwe - wcale nie musi oznaczać wyrafinowane i skomplikowane. Jesteśmy społeczeństwem, którego większość odbiera tylko proste bodźce. Jeśli kogoś to obraża, to przepraszam. Choć niezbyt szczere to przeprosiny.
    W tej koncepcji mediów M.Ogórek jest niemal idealna. Własnego wizerunku nie ma. Jest plastyczna i posłuszna. Dla przykładu, Andrzej Kopiczyński wiarygodnie w serialu Ewy i Czesława Petelskich odtwarzał dywagacje Kopernika o astronomii, a przecież nie musiał wiedzieć nawet czy Ziemia jest okrągła. Zadaniem szanowanego przeze mnie i chyba wielu, Andrzeja Kopiczyńskiego było aktorstwo. Magdalena Ogórek ma to samo zadanie. A przy zadaniu które wykonuje, poziom umiejętności aktorskich jest niemal bez znaczenia.
    Dla statystycznego obywatela naszego kraju, znikającego z mapy politycznej świata, ma cechy pozwalające ucharakteryzować ją na intelektualistkę. Intelektualistkę akceptowaną przez masy, które z zasady intelektualistów nie akceptują.
    Gdyby jakieś zawirowania spowodowały, że straci pracę w TVP, to bez kłopotu pójdzie gdziekolwiek i dowolną ideę będzie promować. Ewentualnie tabletki na cokolwiek. Pójdzie tam gdzie ją przyjmą. Bo nie ma charakteru? Myślę, że nie ma świadomości. Możecie współczuć... Ja nie współczuję.

    Hurrrra! Pokazaliśmy "IM" !!!

    Wczoraj na pl. Powstańców Warszawy wychodzącą z pracy M.Ogórek otoczyła grupa manifestujących swoją dezaprobatę dla propagandy rządu. Niezwykle nas to ucieszyło(?). Ta spontaniczna (???) manifestacja w naszym pojęciu uderzyła w podstawy systemu, który ustanowił  PiS. Podstawą tą jest propaganda w wydaniu, które scharakteryzowałem powyżej.

    Naprawdę coś pokazaliśmy? Co pokazaliśmy? Komu wymierzyliśmy "cios"? 

    Pani M.Ogórek? Raczej nie. Pewnie była wystraszona, ale jak sądzę incydent ten, moim zdaniem zdecydowanie paskudny, da dobry materiał do wielu programów z jej udziałem. Łatwo będzie budować na tym kolejne narracje wzmacniające grupę PRAWDZIWYCH Polaków. Swoją drogą M.Ogórek miała darmową reklamę. Z pewnością nie było to przyjemne, ale cena czasu antenowego z jej udziałem wzrosła.
    Pokazaliśmy przede wszystkim to, że jesteśmy już u kresu. Niezborne protestujące grupy tylko się miotają. Wymierzyliśmy cios w nasze gasnące marzenia o normalności. Takie burdy pokazują też, że prostactwo i  agresja nie są przypisane jakiejś opcji politycznej. My WSZYSCY tacy jesteśmy. Dla swego wewnętrznego komfortu przyjęliśmy, że zwolennicy oraz wyznawcy PiS to ludzie ułomni intelektualnie. Zatem my jesteśmy powyżej tych nieszczęśników. Tak nie jest! Uczestnicy tego niby protestu, przez kogokolwiek sprowokowanego, reżyserowanego lub nie, są żywym dowodem na powszechność i ponadpartyjność głupoty.
    To, że władzę przejął PiS jest winą nas wszystkich. Gdybyśmy umieli dbać o swój kraj, swoje codzienne potrzeby, tak aby pogodzić swoje indywidualne ambicje ze wspólnymi regułami, tacy jak Kaczyński i jego dworacy nie zaistnieliby nawet na chwilę. 
    PiS to nie przyczyna naszej klęski. To skutek naszej głupoty. Bo z niej powstał i nią się żywi.

    A kto wczoraj naprawdę stracił? 

    Najprościej... My wszyscy. Znów pokazaliśmy, że jednoczymy się tylko PRZECIW. Umiemy i lubimy. Na dodatek ten akt sprzeciwu wymierzony był przeciw komuś kto sam jest nikim, a odtwarza tylko bardziej czy mniej udatnie zleconą rolę.
    Cichym przegranym jest...  
    Bayerische Motoren Werke. Bo teraz każdy wie, że M.Ogórek jeździ BMW. 




    24 grudnia 2018

    Oglądajcie "Koronę królów"

    Sekretarz Gminy Duda jest marszałkiem dworu Kazimierza Wielkiego. Zapity i głupkowaty Myćko jest królewskim dostojnikiem i imponuje wiedzą oraz obyciem. Wargacz alias "prawdziwy Kiler" współtworzy politykę państwa polskiego. Jakby tego było mało, bystrze obserwując reklamy TV zauważyłem, że dumny Bolko Świdnicki po kryjomu dorabia pracując w Żabce.
    Chciałoby się spytać:
    CO TU SIĘ DZIEJE, WĄSKI ?!
    Otóż nic złego. To świat filmowy. Świat iluzji i rozrywki. Złej czy dobrej? Do wypowiedzi na ten temat właśnie Was zapraszam.

    Dlaczego i skąd (niektórzy "z kąd") od razu "wiemy"?

    Już przed emisją pierwszego odcinka rozpoczęły się dyskusje o wartości tej produkcji. Nie bardzo wiem na jakiej opierały się podstawie. Niestety jest to dyskusja obarczona naszym wciąż rosnącym obłędem MY-ONI. To bijatyka polityczna, przy czym określenie "polityczna" jest na wyrost.
    Jedni, nawet nie oglądając "Korony królów" oklaskują, bo wreszcie (!!!) TVP, która znalazła się w rękach PRAWDZIWYCH Polaków pokazuje PRAWDZIWĄ historię z której dumni jesteśmy. Drudzy, nim obejrzeli, wykpili, bo cóż może wyprodukować TVP zarządzana przez Jacka Kurskiego. Ani jednym ani drugim się nie kłaniam.

    Serial historyczny ?

    Otóż moim zdaniem do tej kategorii "Korona królów" się nie zalicza i jej producenci takich aspiracji nie mieli. A jeśli mieli... to niech się Bóg nad nimi ulituje.
    Według mojej absolutnie subiektywnej oceny, do seriali historycznych zaliczyłbym na przykład produkcję BBC "Elżbieta królowa Anglii" z wyśmienitą Glendą Jackson. A żeby nie szukać po świecie, to polskie przykłady. I tu mamy się czym pochwalić. "Kanclerz", "Królowa Bona", "Kazimierz Wielki" czy sięgający do mniej odległej historii serial "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy".
    To są całkiem udane próby pokazania widzom ciekawych i istotnych etapów historii. Czy prawdziwie? Tak prawdziwie jak wiarygodność i dostępność przekazów historycznych oraz staranność twórców na to pozwala. Nawet zawodowi historycy przyznają, że nasze wyobrażenia zdarzeń i postaci historycznych są dyskusyjne. Ukształtowane są przez opisy, często nieliczne i niepełne, kronikarzy i dziejopisów, którzy mieli swoje poglądy oraz interpretowali zdarzenia i opisywali osoby według własnej opinii. Zatem dzisiejsze wyobrażenie o jakimś zdarzeniu sprzed wieków jest efektem interpretacji interpretacji. Albo i bardziej piętrowo. Wszak jak ktoś mądrze zauważył, historia to nie to co się zdarzyło, a to: co i jak o tym zdarzeniu dziś myślimy.
    Tak więc seriale jak i filmy określane jako historyczne są jakąś wizją, pochodną zdarzeń prawdziwych, których już nie zobaczymy. I nie spytamy naocznych świadków czy Władysław III przed bitwą jadł śniadanie czy nie.  
    Seriale, które wymieniłem oddają jakiś obraz epoki, pokazują zdarzenia i budują nasze wyobrażenia o czasach w których ich akcja się dzieje. Stroje, przedmioty codziennego użytku, obyczaje są pokazane zgodnie z dzisiejszą wiedzą. Na ile z prawdą? Któż to wie?
    Mają kilka cech za które wdzięczny jestem ludziom, którzy je stworzyli. Są starannie reżyserowane. Nie żałowano czasu na duble jeśli było to potrzebne. Scenariusze i dialogi są przemyślane i składne. W obsadzie aktorzy z pierwszej ligi. Niektóre kreacje fantastyczne.
    Dodaj napis
    Gdyby Bona Sforza wstała z grobu i wystąpiła przed kamerami w jakimś wywiadzie, większość z nas skwitowałaby to:
    "Eee... Aleksandra Śląska była bardziej prawdziwa" 
    Tak. Jestem o tym przekonany!  

     

     

     

     

     

    To może jeszcze ... "Czarne chmury" albo "Przygody pana Michała"?

    Otóż nie. To seriale osadzone w odległych czasach, ale historycznymi nie są. Ten pierwszy, który bardzo lubię, oparty jest na wydarzeniach z epoki i wykorzystuje kilka historycznych postaci, jest serialem przygodowym. Bardzo dobrze zrobionym. Ale próżno szukać w kronikach wachmistrza Kacpra Pilcha, a Kalckstein inny miał życiorys i nie powiodło mu się tak dobrze jak serialowemu pułkownikowi Dowgirdowi. Kilka słów o serialu "Czarne Chmury" i jego powstaniu napisałem kiedyś:


    Takich polskich seriali jest więcej. "Rycerze i rabusie", "Gniewko syn Rybaka"/"Znak orła", albo "Przyłbice i kaptury". Z mniej odległej historii mamy "Białą wizytówkę", "Tajemnicę twierdzy szyfrów", "Czas honoru". Jakość reżyserii, aktorstwa, scenariusza? Różna.
    Niosą moim zdaniem pewną wartość. Oprócz doraźnej, jaką jest rozrywka, zachęcają do zapoznania się z historią. Może wielu z nas po ich obejrzeniu sięgnęło do książek?
    A "Przygody pana Michała" to inna grupa. To serial będący ekranizacją beletrystyki historycznej. Czyli... pochodna pochodnej. Jakiś bardziej czy mniej udany obraz czasów o których opowiada. Do tej grupy dołączam też "Kolumbów" i kilka innych ekranizacji.
    Można też stworzyć grupę seriali obyczajowych nawiązujących do naszej historii. Tylko w taki sposób, że losy bohaterów serialu determinowane są kluczowymi prawdziwymi zdarzeniami. Może "Dom", "Miasto 39", "Blisko, coraz bliżej"... Napiszcie jakie inne Wam się nasuwają.
    Zatem czym jest "Korona królów" ?

    Jest TELENOWELĄ !!!

    Osadzoną w epoce Kazimierza Wielkiego telenowelą. Mamy tu postacie historyczne. Odwołania do wydarzeń prawdziwych. A reszta jest jak w "Klanie" czy "M jak miłość". I nie wymagajmy niczego więcej. 
    Uważam, że śledzę tę produkcję dość dokładnie. Akurat w porze emisji zwykle jem obiadokolację i jak Adaś Miałczyński czynię to w towarzystwie telewizora.
    W pierwszych odcinkach widać było pewną zabawną sytuację. Pisanie scenariusza przez jakichś chyba wolontariuszy z kółka dramatycznego i oczekiwanie na werbunek kogoś kto sprawą się zajmie. W związku z tym znaczną część czasu zagospodarowano mszami i modlitwami. Łokietek nie miał napisanej roli więc... umierał przez trzy czy cztery odcinki. Bo nic innego dla niego nie wymyślono.
    Później jakoś fabułę sklecono i wymyślono wątki zapełniające czas lepiej niż niekończące się modły.
    Nie udało się jednak zatrudnić dobrego specjalisty od dialogów, bo są wciąż marne. Poszczególne wątki i intrygi są adekwatne do gatunku jakim jest telenowela. Głębia... jak w Zatoce Puckiej.
    To nie są zarzuty! Telenowela nie wymaga niczego więcej niż widzimy w "Koronie królów".
    Co do aktorów lub ich  namiastek to mamy obraz przystający do telenowel. Jakość zatrudnionych jest dla producenta bez znaczenia. A jeśli nawet znajdzie się ktoś taki jak Halina Łabonarska, to i tak polegnie pod ciężarem lichego scenariusza i braku reżyserii.
    Możemy też śmiać się z języka, który jest nam współczesny, a tylko wtrącane są słowa odbierane jako staropolskie. Ale gdyby było inaczej, rozumielibyśmy dialogi?
    Dopóki nie padnie pytanie króla:
    - Ogarniasz sytuację w Wielkopolsce?
    na które Spytko odpowie:
    - Spoko!
    Ja wytrzymam.
    Nawiasem mówiąc, Henryk Sienkiewicz pisząc "Krzyżaków" użył języka chłopstwa XIX wieku. Nie znał polszczyzny wieku XV. Nikt dziś nie ma mu tego za złe, że Maćko z Bogdańca mówi słowami chłopa z Rzekunia.
    Stroje są zbyt kolorowe i nie pasują do XIV wieku? Może i tak, ale to taki teatrzyk i nie wymagajmy w tym zakresie staranności. Jest zbędna w takiej produkcji.
    Na stole pojawiają się ziemniaki? Nie ma to dla mnie znaczenia. Przegięciem byłby paprykarz szczeciński w puszce. /pozdrawiam Camelmana/.

    To wszystko umowne. Jeśli nie macie innego zajęcia to "Koronę królów" możecie oglądać. Nie zaszkodzi nam to bardziej niż "Dynastia", "W labiryncie" czy "Niewolnica Isaura". 
    Jeśli zaś "Korona królów" choć część z nas zachęci do poznawania historii, to bezwartościowa ta telenowela... przyniesie pewną wartość!  


      

    05 listopada 2018

    Czy dziś o 21.00 sie ucieszyłem ?

    Zadając sobie samemu to pytanie, nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie.
    Więc stawiam sobie pytanie pomocnicze:
    Co bym myślał i jak bym się czuł, gdyby w Gdańsku wygrał K.Płażyński, w Krakowie M.Wassermann itd. ?
    Otóż czułbym się źle, byłoby mi przykro i wstyd.
    Zatem metodą dowodową znaną z logiki matematycznej pod nazwą "nie wprost" znajduję odpowiedź :

    CIESZĘ SIĘ!

    A jakoś nie do końca ... Bo mam wrażenie, że:

    • nie cieszymy się ze zwycięstwa, utożsamiając się z kandydatem który wygrał, tylko cieszymy się z przegranej tego którego nie lubimy lub/i uważamy za nieodpowiedniego
    • zmobilizowaliśmy się do tych wyborów tak mocno jak tylko się dało. Czyli w I turze ledwie połowa z nas zamieniła kapciuszki na tangolaczki i wyszła z domu żeby oddać głos. Ten % aktywnych nie jest chyba powodem do dumy? Staraliśmy się jak nigdy, a wyszło? Jak zawsze.
    • samorządowe wybory, a zwłaszcza moim zdaniem, ich II tura pokazały, że maksymalnym wysiłkiem umiemy zmontować pospolite ruszenie jedynie pod hasłem: "Każdy byle nie PiS!". A gdyby czarodziejską różdżką ich usunąć z rzeczywistości, to umielibyśmy powiedzieć kogo wybieramy jako reprezentanta naszych przekonań?
    • świętujemy przegraną kandydatów związanych rzeczywiście czy koniunkturalnie z żoliborskim Mahdim. Czy nie budzi naszego zaniepokojenia, że ci "mahdyści" mają poparcie 1/3 z nas?. Określenie tej licznej grupy jako niewyedukowanych, zaślepionych frustratów załatwia problem? Nie. Nie załatwia. Świadczy o naszej jedynie wyimaginowanej wyższości.
    • wybory samorządowe mają większy wpływ na nasze codzienne życie niż wybory parlamentarne, prezydenckie. Wykorzystanie ich jako kolejnego pola bitwy politycznej dowodzi naszej niedojrzałości.

    Dość! 

    Jak niektórzy z Was wiedzą, dywagacje mogę rozwijać w nieskończoność (na każdy temat).  Zatem dość.
    Dzisiejsza, druga tura wyborów nie pokazała, że PiS przegrał. Pokazała, że NIE WYGRAŁ. To żaden powód do świętowania.
    Nadal nie widzę żadnej siły, żadnej koncepcji na wspólne życie, w kraju, który jest naszą wspólnotą, umową społeczną. Bez górnolotnych haseł. Takim do życia.
    Oskarżanie PiS o to, że jest przyczyną naszej destabilizacji, ruchu wstecz i wszelkich kłopotów z epidemią odry i gradobiciem w Wąchocku na czele, świadczy o nas źle.
    PiS, a właściwie te 30% nie jest przyczyną a skutkiem. Skutkiem tego, że nie umiemy rozmawiać. Jesteśmy skorzy do kłótni i negacji wszystkiego. Spowodowaliśmy bałagan, w którym rzesza zagubionych i pokrzywdzonych została zebrana przez kilku spryciarzy i stanowi siłę. A że teraz ci spryciarze dzierżą ster do którego instrukcji nie przeczytali, to podnosimy larum. Bo w tym samolocie także siedzimy. Trzeba było myśleć o tym wcześniej! 

    02 listopada 2018

    Dywizjon 303 w "walce" z dywizjonem... 303

    Czy nie jest przepiękny ?
    Przypadek, lub celowa gra marketingowa sprawiły, że niemal jednocześnie zrealizowano dwie produkcje na ten sam temat.
    Obejrzałem "Dywizjon 303. Historia prawdziwa" i "303.Bitwa o Anglię". Oba filmy warte są uwagi. Oba coś nam pokazują. To samo, ale w inny sposób.
    Umownie(!!!) nazwę film "303.Bitwa o Anglię" filmem angielskim, a "Dywizjon 303. Historia prawdziwa" filmem polskim.

    Zatem... film "ANGIELSKI"

    W skrótowy, ale spójny sposób pokazuje drogę polskich lotników w zawierusze wojennej. Bardzo skromnymi środkami pokazane są walki powietrzne. Mogłyby sceny te być "ciągnikiem" ekranowego widowiska, ale nie są. Bo jak sądzę nie ma to być widowisko. I słusznie! Nie było chyba to celem twórców.
    Film pokazuje zasadnicze momenty współdziałania naszych pilotów z Anglikami. I wypunktowane są te często drastyczne i kontrowersyjne momenty naszych relacji. Jest tu lekceważenie naszych pilotów, którzy zdaniem Anglików przegrali w kilka dni wojnę 1939 roku. Zimna kalkulacja brytyjskiego dowództwa. Trudne dopasowanie bezdyskusyjnego kunsztu polskich pilotów do kanonów lotnictwa brytyjskiego.



    Aż w niektórych momentach zdziwiony byłem tym samobiczowaniem Brytyjczyków. Ale... należy im się ta "pokuta" po latach. ;)
    Widzimy tu triumf polskiej taktyki walki powietrznej i chwałę. Podziw brytyjskiego dowództwa. Ale także to, że po zakończonej wojnie liczy się pragmatyzm i ... NIC innego.
    Koziołek chwali ten film, bo pokazuje wielki wyczyn polskich pilotów w sposób czytelny dla każdego. Bo nie zagłębia się jego fabuła w meandry naszej specyfiki. Naszych imponderabiliów. I nie miejmy o to pretensji. Właśnie film w tej formie może być zrozumiały dla wszystkich. Norwegów, Japończyków, Wenezuelczyków. I to moim zdaniem jest najcenniejsza cecha przekazu tego filmu.

    A "POLSKI"?

    Tu jest większy rozmach. Dobre widowisko. Mamy trochę sienkiewiczowskiego patosu, ale nie wygląda to tak jak w amerykańskim filmie "Pearl Harbor" gdzie patos zamienia się w błazeństwo.
    "Dywizjon 303. Historia prawdziwa", moim zdaniem, jest hołdem dla naszych dzielnych pilotów. Dobrym. 
    Choć nie ma tu gry aktorskiej na miarę Oscara, to jest poprawna. Wiele scen wzrusza. Mam nadzieję, że nie tylko mnie.
    I całe naprawdę dobre wrażenie psuje napis na zakończenie filmu...
    Jeszcze nigdy w historii wojen tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym. 
    /Winston Churchill/
    Fałszem podkreślamy prawdziwy wyczyn polskich lotników ???.
    Obojętnie czy umieszczenie tego cytatu jest celowe czy wynika z niewiedzy autorów filmu, to jest to paskudny "kleks na kliszy".
    Wróciłbym do filmu "Bitwa o Anglię" z 1969 roku. Tam zaznaczono udział naszych pilotów w tej ważnej batalii w sposób jednoznaczny. Chcemy czegoś więcej? Czy naszej słusznej dumie, z dokonań naszych Lotników potrzeba mitu : 
    "TO POLSCY PILOCI WYGRALI BITWĘ O ANGLIĘ !!!"
    Moim zdaniem nie potrzeba ! Uważam, że nie tylko nie potrzeba, a jest to obrazą dla tych Bohaterów.

    Co te filmy zmienią ?

    Moim zdaniem przybliżą choćby podstawową wiedzę o naszych pilotach walczących w Bitwie o Anglię. Tym zaś, którzy czerpią wiedzę o historii ze źródeł, a nie z filmów fabularnych i memów, sprawią one przyjemność i będą stanowić fabularną ilustrację.
    Chciałbym wierzyć, że wzbudzą zainteresowanie historią wśród ludzi młodych. Zachęcą do jej zgłębiania. Tego jednak nie jestem pewien ...

    Czego NIE zmienią ?

    • Czytając recenzje obu filmów, a nawet różne dyskusje jeszcze przed (!) premierami, doszedłem do wniosku, że nie zmienią naszej skłonności do krytykowania. A bo... aktorzy źle dobrani. A animacja marna. A to, że wersja samolotu jest z okresu późniejszego niż 1940 rok. Być może to prawda, ale nie pokazano zamiast Hurricane'a czy Sptfire'a... MIGa21 😃. A krytykujący szczegóły tego typu, jak sądzę chcą się popisać jedynie swoją znajomością wersji i modeli tych przepięknych nota bene myśliwców. Wśród tych krytyk miejsce pierwsze zajął w mojej klasyfikacji Tomasz Raczek. W jednej z audycji radiowych zwrócił uwagę, że podczas walk powietrznych, manewrom samolotu towarzyszą dźwięki naprężeń konstrukcji. Jego zdaniem nienaturalne. Gratuluję! Widocznie nie tylko jest krytykiem filmowym, ale ma za sobą także karierę pilota.
    • Jesteśmy głęboko przekonani, że Anglicy niewiele wiedzą o udziale Polaków w Bitwie o Anglię. Z pewnością wielu nawet sama bitwa nie interesuje i faktycznie niewiele o niej wiedzą. Ale jeśli ktoś z Was odwiedzi, choćby wirtualnie Biggin Hill, zobaczy. Także Newark, Northolt... A może pośród nas zróbmy kwerendę? Jaka jest wiedza statystycznego Polaka o tych wydarzeniach roku 1940? Większa niż "angoli" ?
    • Jako symbol brytyjskiej niewdzięczności przywoływana jest co krok umowa z rządem RP na uchodźstwie, o finansowaniu polskiego wojska. Tak. Była taka umowa. Bez niej nasi żołnierze wszelkich formacji mogli być tylko najemnikami. Według powszechnych w internecie informacji, za sprzęt, amunicję i zaopatrzenie zapłaciliśmy Wielkiej Brytanii złotem. Naprawdę? W 1947 roku zarząd PRL podpisał z Wielką Brytanią porozumienie rozliczające zobowiązania wynikające z umowy. Anglicy odstąpili od kwot wynikających z wyposażenia i utrzymania polskiej armii. Do spłaty pozostały koszty administracji, szkolnictwa itp. Ale i tak wciąż słyszymy, czytamy o 68 milionach w złocie. I nie wierzę, żeby to się zmieniło. 
    • Bardzo nas oburza wszelka dyskusja na temat liczby zestrzelonych samolotów niemieckich przez polskich pilotów. Przyjmujemy to jako działanie mające na celu umniejszenie zasług i kunsztu naszych Bohaterów. Tak nie jest! To impulsywne reakcje na wszelkie próby analiz jest właśnie szkodliwe. W tamtym czasie jednoznaczne mogło być tylko wyliczenie strat własnych. Zestrzelone czy uszkodzone maszyny przeciwnika były przyznawane poszczególnym pilotom na podstawie sprawozdań pilotów, świadectw kolegów czy czasem zdjęć z foto-KMów. Same zeznania zgłaszającego zwycięstwo nie były do końca wiarygodne... 
    Pilot w serii akrobacji wchodzi na ogon przeciwnika, dokłada poprawkę, spogląda na zdjęcie ukochanej, umieszczone w kokpicie. Przypomina sobie sceny z bombardowanych polskich miast, swoje dzieciństwo, pierwszy lot szkolnym samolotem w Dęblinie. Przez myśl przelatują mu wyimaginowane dzieci wrogiego pilota (Uwe i Uta) i... wtedy posyła śmiertelną serię z ośmiu karabinów maszynowych.  
    Tak? Oczywiście!!! Ale... w filmie. 
    W rzeczywistości starcia trwały sekundy. Piloci jednocześnie wykonywali wiele czynności i ich automatyzm i precyzja decydowały o tym, który z nich zwyciężył. Dookoła leciały serie wystrzelone przez innych przeciwników, a czasem kolegów którym przypadkowo pilot wszedł na linię strzału. Dodajmy jeszcze mocno ograniczone pole widzenia pilota. Ogromne emocje. Bez złej woli, jego relacja z walki była tylko jego wrażeniem, nieobiektywnym. Po wojnie weryfikacja w oparciu o niemieckie dokumenty dotyczące strat własnych wykazała, że liczba zestrzelonych niemieckich samolotów była zawyżona. Dotyczy to zgłoszonych zestrzeleń WSZYSTKICH dywizjonów walczących po stronie aliantów. Po stronie niemieckiej było zresztą tak samo.
    Bezdyskusyjnie, w każdej (!) statystyce, Dywizjon 303 jest jednak w czołówce najskuteczniejszych. 
    Ważnym jest także, że Polscy piloci walczący w dywizjonach 303 Warszawskim i 302 Poznańskim oraz w dywizjonach brytyjskich, stanowią pośród sojuszników grupę najliczniejszą. Wyprzedzają Kanadyjczyków, Czechów i Nowozelandczyków. 

    Zmieńmy choć jedno ...

    Wciąż powszechną i w moim pojęciu niezwykle wstydliwą dla nas fałszywą interpretację tych prawdziwych słów:

    Kiedy zobaczyłem ten cytat na ekranie, po filmie, który naprawdę obejrzałem z przyjemnością... Zrobiło mi się wstyd i strasznie przykro.
    Te słowa są prawdziwe, ale jeśli spytamy kogoś z nas o nie, to chyba nieliczni będą w stanie wskazać autora tych słów. Pośród tych nielicznych większość stwierdzi, że odnosiły się do polskich lotników.
    Winston Churchill wypowiedział te słowa w parlamencie po wizycie w jednej z baz lotniczych.
    Był to sierpień 1940 roku.  
    303 Dywizjon Myśliwski Warszawski im. T.Kościuszki wszedł do walki 31 sierpnia 1940
    Nie "potwierdzajmy" zasług naszych lotników swoją niewiedzą, bo to obraża pamięć o Nich.
    Miałem to wydanie książki z autografem autora. Przepadła, jak wiele cennych dla mnie pamiątek.

    Kto zna mój stosunek do zwierząt, zrozumie.


    05 maja 2018

    ONR to żaden wstyd !!!

    Obóz Narodowo Radykalny wywodził się ze środowiska szeroko pojętej narodowej prawicy. Inicjatorzy tego ruchu zarzucali eNDecji zbyt małą aktywność polityczną i jak sama nazwa wskazuje dążył do radykalizacji. Fundamentem ideologicznym miały być hasła wielkiej silnej Polski, w której prawa publiczne mieli mieć tylko POLACY. Tak dziś jak i wtedy nikomu nie udało się ustalić jakie kryterium decyduje o tym kto jest Polakiem, a kto nie. ONR kreował się także na ugrupowanie obrońców wiary katolickiej. Dumne to i wielkie hasła. Tak wielkie i pojemne, że aż puste. 
    Legalna działalność ONR to raptem kilka miesięcy roku 1934. Delegalizacja tego liczącego kilka tysięcy ludzi ugrupowania, argumentowana była zaburzaniem porządku, rozsiewaniem nieprawdziwych informacji powodujących zamęt itp. W rachitycznej formie, podzieleni na BePowców i Rossmanowców, OeNeRowcy funkcjonowali gdzieś na marginesie aż do wybuchu II Wojny Światowej. Wojny w której piekło rzucili ludzkość ci którzy byli wzorem dla ONR ...

    Dlaczego zatem nie ma się czego wstydzić ?!

    Przecież jeśli choć pobieżnie prześledzimy epizod historii którym był ONR w II Rzeczpospolitej, to zrozumiemy, że to tylko właśnie EPIZOD. Każdemu przecież, nawet dbającemu o higienę, może zdarzyć się niespodziewany bolesny i paskudny czyrak na dupie. Rzecz w tym żeby taki przykry przypadek zlikwidować ogólnodostępnymi środkami leczniczymi. Maść lub skalpel i po kłopocie.
    Fala podobnych ruchów ogarnęła całą Europę lat 20tych XX wieku. W większości o znaczeniu marginalnym, ale niestety nie wszędzie na tym się skończyło. W 1919 roku w bawarskiej prasie ukazała się notatka gdzieś na odległych stronach drobnym drukiem. O małej partii założonej przez ślusarza Antona Drexlera. Szybka reakcja i może nie doszłoby do tragedii? Sanacyjny rząd II RP równie daleki od doskonałości jak i cała ówczesna Rzeczpospolita potrafił jednak zareagować i zneutralizować ruchy prowadzące do zamętu już w ich embrionalnym stadium. Taka uzasadniona skrobanka. Niemcy nie zareagowali tak jak my. Kto ma się wstydzić?

    A dzisiejszy quasi ONR ?

    To trochę inna sytuacja. Minęło ponad 80 lat. Miliony ofiar obrazują do czego doprowadziła ideologia nacjonalizmu i jedności opartej na nienawiści wobec wszystkiego co "nie nasze". 
    Rasizm i antysemityzm w II RP był pewną walką o wpływy. Rywalizacją. Uzasadnioną czy nie, można dyskutować. Nie było wówczas jednak w Polsce nikogo chyba, kto nawoływałby do fizycznej eksterminacji. To czego dokonali Niemcy w latach II Wojny Światowej, ten ogrom zbrodni powoduje, że każdy przejaw antysemityzmu kojarzony jest z ludobójstwem. Słusznie czy nie, ale tak jest. 
    Wszelakie "idee" do których odwołuje się ONR dziś, skompromitowały się w XX wieku krwawo. Hasła o wielkiej Polsce, obronie "świętości" różnorakich itp. to tylko pustosłowie. A wrzeszczący awanturnicy maszerujący w glanach to głupcy. Sfrustrowani głupcy. Ich sympatycy także.

    Ale kilka powodów do wstydu jest... i moim zdaniem poważnych.

    "Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika (...) nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście."
    /"Dżuma" A.Camus/
    Tego typu ruchy pojawiają się na całym świecie i pojawiać będą. Niezależnie od ustroju i miejsca na mapie. To jak wobec tego zjawiska się zachowujemy, decyduje o tym czy mamy się czego wstydzić. Nie można poważnie traktować ich programów, ale poważnie należy traktować zagrożenie jakie stanowią.
    Wstydem jest, że nie umiemy zapobiec powstawaniu miejsc w naszej rzeczywistości, gdzie takie grupy się lęgną. To ludzie wykluczeni ze środowiska lub tacy, którzy sami się z niego wykluczyli. Żadnemu politykowi czy grupie nie udało się jak dotąd znaleźć sposobu na te wykluczenia. Wstyd zatem? Umiarkowany. Wstydzić się możemy tylko tego, że nie wymyśliliśmy żadnego systemu doskonałego, który układałby bez wad współżycie w ramach społeczeństw. Dlaczego? Bo człowiek nie jest doskonały i nie będzie.
    Bardzo dbamy o poprawność, a moim zdaniem jeszcze bardziej o jej pozory. Tą poprawnością jest także prawo do wszelkiej wolności. Słowa, zrzeszania, wyrażania poglądów. Kierunek słuszny, ale w praktyce mamy kłopot. Skoro każdemu wolność to i troglodytom spod znaku ONR zabronić jej nie możemy. Więc jeśli ich rozpędzi policja to dobrze czy nie? I tu sobie nie radzimy.

    Wyśmiać zatem! 

    Może tak? Święty ONR ośmieszając znak...

    Może się zawstydzą i uznają wyższość intelektu nad tępym i brutalnym niszczeniem? Kto w to wierzy temu polecam Moliera. Filozof kształcący pana Jourdain, wskazuje jasno wielkie wartości swojej wiedzy w zestawieniu z umiejętnościami szermierza, nauczyciela muzyki i tancerza, które lekceważy. Oni nie rozumiejąc ani słowa z jego starannych i uczonych wywodów w "odpowiedzi", stłukli go na kwaśne jabłko. Nie zraża to nieszczęsnego przedstawiciela elity intelektualnej. Ma zamiar napisać piorunującą satyrę, która swą logiką i siłą argumentów zmiażdży przeciwników. Wskaże prostactwo "dławidudy, rębajły i linoskoczka". Znakomite, tyle że morda już obita.

    To mamy na co dzień.
    To takie tam moje niezbyt odkrywcze rozmyślania o powodach do wstydu.

    I jest powód jeden ogromny

    Coraz częściej widzę polityków czy też ich imitacje, którzy używają tępych, wrzaskliwych OeNeRowców do swoich rozgrywek. To bardzo proste i efektowne, a zatem kuszące. Nie przejmują się tym, że swoimi zabawami mogą doprowadzić do nieszczęścia. Karmią twór, który dziś jest jedynie ohydnym i hałaśliwym skupiskiem. Łatwo przegapić moment kiedy stanie się on monstrum nad którym zapanować się nie da. Mamy takie przykłady w literaturze oraz filmie, ale niestety i w historii. I tego zachowania polityków-manipulatorów naprawdę się wstydzę. 
    A może już nie czas na wstyd,
    a na strach?