06 października 2015

Kocie doktoraty a przypadek kota Sylwestra

Są tysiące blogów, portali, poświęconych kotom, ich figlom i naszemu bzikowi na ich punkcie. Nie będę konkurował z nimi choć pochwalam, bo bzik na punkcie zwierząt to objaw pozytywny. Jest miarą naszego człowieczeństwa, o którym im głośniej trąbimy tym coraz marniejsze. 
Pokusiłem się o tą refleksję ... zapłodniony przez moją koleżankę (twórczo!!!). Powodem jest dramatyczne, sensacyjne i mrożące krew w żylakach, zaginięcie kota znanego pod pseudonimem Sylwester.

Nawet przypadkowe i wyrywkowe obserwacje kotów uświadamiają nas, że:
  • Oszukują każdego jak i kiedy chcą
  • Jeśli jest jakaś rzecz, sytuacja, przedmiot, który posłużyć może do psoty, bądźmy pewni, będzie wykorzystany
  • Dostają smaczne i obfite jedzenie bez pracy, dom bez kredytu i miłość bez konieczności jej nam odwzajemniania /to cytat/
  • Wypoczynek i sen nigdy im się nie nudzi, a my gotowi jesteśmy na własnej kanapie zwijać się w kącie, żeby PANA kota nie obudzić i nie obrazić
Podobno autentyczne
Dłuższe obserwacje powodują niepostrzeżenie, że to my stajemy się obserwowani, a kot z chłodną ironią patrzy na nasze poczynania. Jeśli mu odpowiadają, to z wyższością ale przychylnie. Jeśli nie, szybko przywołuje nas do porządku. W krótkim czasie kot nas wychowa i już wiemy czego robić nam nie wolno, a ewentualny błąd wywołuje w nas automatycznie poczucie winy. W razie niewystarczającej skruchy, do porządku i dyscypliny przywołuje nas karcące i przenikliwe spojrzenie kocich oczu. 
Pięknych ...
Tadeusz

Gdzie się kształcą?

Manipulowanie tłumem ludzi, jak wiemy z przykładów dalszej i bliższej historii jest dość łatwe i opiera się na zaledwie sześciu głównych zasadach. Manipulowanie pojedynczym człowiekiem jest nieporównywalnie bardziej skomplikowane i w pojedynku człowiek vs. człowiek mało kto potrafi to robić, a bezbłędnie prawie nikt. Bo potencjały są zbliżone. W wypadku pojedynku kot - człowiek, nie silmy się na ocenę szans. Nasze są ŻADNE ! 
Pomyślałem zatem, że koty od najmłodszych lat spotykają się na tajnych szkoleniach na poziomie uniwersyteckim i uczą się jak szybko i co ważne, małym wysiłkiem wytresować CZŁOWIEKÓW. Trochę zwątpiłem, bo stopień zaawansowania i utajnienia tych kocich wszechnic musiałby być taki, że masońskie loże i mityczni Mędrcy Syjonu to przy nich WUML lub co najwyżej przyszkolne kółko naukowe. 
Poza tym mój kot Tadeusz, który wychowywał mnie przez 10 lat, nigdy z domu nie wychodził, a z pewnością nie z tornistrem i kredkami świecowymi. Tygrys, u którego jestem obecnie sublokatorem, także z domu nie wychodzi. Z internetu nie korzysta, więc nie kształci się zdalnie. Czasem tylko obserwuje moje poczynania w internetowym brydżu. Strasznie mnie tremuje. 
"Puść do waleta" - Tygrys
Wyjaśnienie pochodzenia ogromnej wiedzy psychologicznej kotów musi być zatem inne. Pewnie tak jak my, mają swojego boga, swoją księgę świętą itp. Każdy kot  w momencie narodzin lub poczęcia otrzymuje gigantyczny transfer danych... i już wie wszystko. Tu miejsce na spór teologiczny, o tym w którym dokładnie momencie zaczyna się życie. To czy kocicom powinno przysługiwać ustawowe in vitro to już temat na wielką dysputę. Może ktoś podchwyci i wykorzysta w kampanii wyborczej?
Fundamentem wiedzy każdego domowego kota jest to, że w hierarchii ewolucji stoi wyżej niż CZŁOWIEKI. A Darwin? Cóż, każdy może się mylić.
Nie martwmy się tą naszą "klęską". Wszak sprawia nam ona radość, a każdy dobry uczynek wobec psa, kota, chomika czy innego stworzonka o które dbamy, to coś pięknego.
Pamiętam moją koleżankę z pracy, która nie bacząc na pieniądze starała się uratować swojego szczura Bobka, który ciężko zachorował. Żył szczęśliwie w Anglii, przyjechał z Agnieszką do Polski. Zachorował i niestety, mimo starań nie przeżył. Kilka miesięcy temu wraz z mężem towarzyszyła Borysowi (miłej fretce) w trudnych zabiegach ratujących życie. Czy się udało? Niestety nadal nie mam wiadomości.

A co z Sylwestrem ?

Sylwester jest postacią mroczną. Sądzę, że kocia policja kryminalna to i owo o nim wie. Pojawiał się na tarasie sopockiego mieszkania z niemym ale jasnym żądaniem:

- Chcę coś smacznego i proszę mnie pomiziać !

CZŁOWIEKI posłusznie wykonywały swoje obowiązki. Sylwester przyjmował to co mu się należy i po wypoczynku wychodził, aby grasować w pobliskich lasach lub podwórkach.
Nie był anonimowy. Miał obrożę z zapisanym adresem i numerem telefonu. 
Przy okazji apel do posiadaczy kotów i psów, które swobodnie biegają po okolicy. Taka obroża z informacją to ważna rzecz. Niewiele zachodu a naszemu pupilowi pomóc może
Chyba ze dwa miesiące temu przestał przychodzić. Zaginął? Przyznam, że się zmartwiłem, choć Sylwestra nigdy nie poznałem. Znam go tylko z opowiadań. Wyjaśnienie, że zmienił swoje ścieżki z powodu wykonywanych przez CZŁOWIEKÓW prac budowlanych w okolicy nie było zbyt wiarygodne. Szkoda Sylwestra ... Pojawiły się jednak informacje, że widziano go w dobrym zdrowiu gdzieś w okolicy. Niepewne, niesprawdzalne ...

Ale koniec koziołkowej bajki będzie dobry!

Sylwester kilka dni temu pojawił się znów na sopockim tarasie. Dostał swoje smakołyki, pozwolił się pogłaskać i ... poszedł dalej cieszyć się światem.
Nie czuł się zobowiązany do tłumaczenia z długiej nieobecności. Przecież CZŁOWIEKI są po to żeby mu dogadzać i mają czekać w gotowości. Lubię go, choć nie znam i życzę żeby jak najdłużej cieszył się swoim światem, w którym tylko dobrych CZŁOWIEKÓW niech spotyka.

Wszystko co tu koziołek naplótł to oczywiście żarty, choć historia prawdziwa. Nie muszą wnosić niczego. 
Ale może?
Dbajmy o zwierzęta które są naszymi domownikami. Pamiętajmy też o tych kotach i psach, które domu nie mają. Urodziły się bezdomne lub straciły dom przez naszą ludzką podłość. Uważamy,że jesteśmy ludźmi, udowodnijmy to ! Bądźmy dla nich CZŁOWIEKAMI.
przyjaznymi i pomocnymi 
CZŁOWIEKAMI !

02 października 2015

30 września... i co dalej?

30 września mija dokładnie 76 lat od wkroczenia wojsk niemieckich do Warszawy. Kiedy pierwsze oddziały Wehrmachtu maszerowały ulicami miasta, Polskie Radio Warszawa nadało ostatni komunikat. Odczytał go Józef Małgorzewski. Wersję angielską Jeremi Przybora, a francuską  Maria Stpiczyńska:
Halo, halo. Czy nas słyszycie? To nasz ostatni komunikat. Dziś oddziały niemieckie wkroczyły do Warszawy. Braterskie pozdrowienia przesyłamy żołnierzom walczącym na Helu i wszystkim walczącym, gdziekolwiek się jeszcze znajdują. Jeszcze Polska nie zginęła! Niech żyje Polska! 

Chyba nikt z pracowników radia i słuchaczy nie przypuszczał, że następna audycja Polskiego Radia Warszawa wyemitowana będzie po 50 latach.
Po upadku Warszawy, dalsze walki choć na szacunek i pamięć zasługują, nie miały już znaczenia. Nastał czas walki poza granicami Polski i walki konspiracyjnej w kraju. W początku tej drugiej brało udział dwóch "aktorów" - człowiek i samolot. 
A aktualna na dziś i zawsze(?) refleksja będzie na końcu. Uprzedzam, że będzie koziołkowa, więc niektórych zęby rozboleć mogą.

PZL-46 "Sum"

Lekki bombowiec, czy też według nomenklatury francuskiej - bombowiec liniowy. Miał zastąpić samoloty PZL 23 "Karaś". Oblatany w 1938 roku. Oceniony przez Bolesława Orlińskiego jako bardzo dobry. Drugi oblatywacz, Jerzy Widawski ocenił, że Sum nie nadaje się do niczego. Która ze sprzecznych opinii była trafna, nie wiem. Z dwóch wyprodukowanych prototypów, jeden odegrał ważną rolę. 5 września samolot odleciał z Warszawy do Lwowa, a 18-ego do Bukaresztu. Internowany, pod pretekstem przebazowania do fabryki IAR w Brasow, wystartował 26.IX ze specjalnym pasażerem i skierował się do Warszawy. Samolot pilotował inż. St.Riess, pilot doświadczalny PZL.
Fatalna pogoda męcząca dla pilota i załogi, sponiewierała pasażera. Rzygał całą drogę. Lądowanie w Warszawie odbyło się w okolicznościach dramatycznych. Na podejściu do lotniska Okęcie, samolot został ostrzelany przez Niemców. Pilot nie wiedział, że lotnisko zostało już przez nich opanowane. Skierował się zatem na Pola Mokotowskie i tam wylądował, pomiędzy pozycjami polskimi i niemieckimi, uszkadzając podwozie. 
Ważne, że cenny pasażer dotarł cało do Warszawy. Sum po prowizorycznej naprawie, przed świtem następnego dnia wystartował i z pięcioma osobami na pokładzie odleciał do Kowna. Przechwycony przez litewskie Devoitine D.501 wylądował szczęśliwie. Relacja litewskiego pilota Jonasa Dovydaitisa z tego wydarzenia jest publikowana w różnych źródłach. Po zagarnięciu Litwy przez Sowietów samolot został wcielony do lotnictwa Armii Czerwonej. Nie był używany, bo jak sądzę, dla sowieckiej swołoczy zbyt to skomplikowana była technika. Niemcy w 1941 roku, po ataku na ZSRR, uznali przejęty samolot za nieprzydatny i zezłomowali go.

Major Galinat i jego misja

Ryzykowny i trudny lot Bukareszt - Warszawa miał cel specjalny. Z ważną i tajną misją do stolicy dotarł w ten sposób mjr Edmund Galinat. Przywiózł do Warszawy instrukcje od marsz. E. Rydza-Śmigłego, dotyczące organizowania konspiracyjnych struktur na terenach okupowanych. Na wzór POW. W samą porę, bo właśnie tego dnia podjęto decyzję o rozmowach kapitulacyjnych. Miał też podpisaną przez Wodza Naczelnego WP nominację dla dowódcy organizowanych struktur. Nominacja była in blanco ...
Rydz-Śmigły nakazał mu przekazać ją najwyższemu rangą oficerowi, ale legionowemu (!). A gdyby pojawił się następnie wyższy rangą oficer, ale także piłsudczyk, ten miał przejąć komendę. Dziwne? Nieregulaminowe... Nieistotne moim zdaniem, ale symptomatyczne. Nawet w obliczu całkowitej klęski, najistotniejsze  dla Rydza-Śmigłego było, żeby zwierzchnikiem konspiracyjnej armii był człowiek z "właściwej" opcji politycznej.
Wybór padł na gen. Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego. Wybór trafny, a może szczęśliwy. Tokarzewski był nie tylko dobrym dowódcą, ale sprawnym organizatorem i dobrym mediatorem. Szybko stworzył zręby siatki na całym okupowanym terytorium, pozyskując wartościowych ludzi z różnych stronnictw politycznych. Zdawał sobie sprawę, że nie czas na wewnętrzne podziały i drugorzędne spory. Tak powstała Służba Zwycięstwu Polski, przekształcona wkrótce w Związek Walki Zbrojnej, a finalnie w Armię Krajową.

Przynależność przeznaczeniem  ?

Czasy nie były zabawne i każdy zaangażowany w walkę ryzykował. Konsekwencje tego nie wynikały jednak wyłącznie z bezwzględnych i nieludzkich działań Niemców i Rosjan. Ech... znów zamiast "Niemców" chyba trzeba było napisać "nazistów". Popatrzmy na los tych kilku osób rozpoczynających walkę w warunkach okupacji:

Marsz. E. Rydz-Śmigły

Internowany w Rumunii, obwiniany o zbyt szybką klęskę naszej armii i chyba wszelkie nieszczęścia, które na nas wówczas spadły. Rząd emigracyjny oparty na przeciwnej sanacji opcji politycznej, nie próbował nawet wydobyć go z Rumunii. Dużo o tym człowieku czytam, niewątpliwie dzielnym, ale nie pozbawionym słabości. Nie umiem nadal wyrobić sobie zdania. Ucieczka z Polski nie jest dla mnie jednoznacznie obciążająca. Tak oceniał tę "ucieczkę" prof. P.Wieczorkiewicz, który jest dla mnie autorytetem:
 
"Trzeba być człowiekiem zupełnie nieznającym historii Polski, aby widzieć w niej coś złego. (...) Gdy walka militarna nie ma szans, trzeba opuścić kraj i próbować kontynuować ją gdzie indziej. Warto zwrócić uwagę, że w PRL kłamliwie nie łączono wyjścia naczelnego wodza z atakiem sowieckim. Przedstawiano to jako ucieczkę, a nie tak, jak było w rzeczywistości, reakcję na 17 września. Stalin marzył o złapaniu Mościckiego, Rydza czy Becka i należało zrobić wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Mam tylko jedno zastrzeżenie do naczelnego wodza, który się wahał, co ma robić. Wracać do okupowanej Warszawy i walczyć do końca czy też, na co namawiali go wszyscy, wyjechać. Chociaż opuścił kraj później niż Mościcki i rząd, to powinien był to zrobić jeszcze później. Proponowano mu, i to było genialne, żeby przekroczył granicę z karabinem w ręku, ostrzeliwując się symbolicznie nadciągającym oddziałom sowieckim. Byłby to piękny czyn i myślę, że wtedy nikt nie mógłby mieć do niego nawet cienia pretensji"

Marszałek Śmigły-Rydz powrócił do Polski w 1941 roku i wkrótce zmarł. Z jego powrotem wiąże się wiele legend, a i śmierć, jej powód i okoliczności obrosły wieloma teoriami. Ich analiza przerasta moje możliwości.

Major Edmund Galinat

Po wypełnieniu misji zleconej przez Naczelnego Wodza, przez krótki czas był zastępcą gen. M.Karaszewicza-Tokarzewskiego. W końcu 1939 roku wysłany został do Francji. Jako człowiek związany z nieakceptowaną opcją polityczną, został odsunięty. Koniec końców znalazł się w odosobnieniu na wyspie Bute zwanej "Wyspą Węży". Był to ośrodek odosobnienia dla oficerów uznanych przez premiera Władysława Sikorskiego za przeciwników/wrogów politycznych.


 

Generał Michał Karaszewicz-Tokarzewski

Po utworzeniu rządu na emigracji, stał się niewygodnym partnerem. Przekształcenie SZP w ZWZ przyniosło zmianę. Dowódcą ZWZ został gen. Stefan Rowecki-Grot, a gen. M.Karaszewicz-Tokarzewski objął dowództwo Okręgu Lwowskiego. To właściwie tak jakby otrzymał jedwabny sznur od sułtana. Był we Lwowie znany i wysłanie go tam było równoznaczne z wydaniem go w ręce NKWD. Tak się też stało. Schwytany trafił do łagru, a zdekonspirowany przez złamanego w śledztwie gen. L.Okulickiego znalazł się na Łubiance. Szczęśliwie przetrwał i w 1941 roku objął funkcję dowódcy 6 DP w Armii Polskiej na Wschodzie. W 1943 roku był zastępcą gen. Wł. Andersa. Premier i Naczelny Wódz gen. Wł. Sikorski rozważał jego dymisję z racji... niezgodności politycznych.

Po co to piszę?

W kwestiach historycznych nic odkrywczego. Zdarzenia te pewnie wszyscy znamy. Sensacji tu także żadnej nie ma. Ot, dramaturgia czasu wojny. Popatrzcie jednak na koleje losu tych trzech powyżej wymienionych oficerów. Nie oceniam ich. Nie krytykuję i nie wyróżniam. Ale o ich losie zdecydowano nie na podstawie umiejętności i przydatności, tylko według klucza "nasz czy nie nasz" w ocenie stronnictwa politycznego. Nawet w sytuacji kiedy gra szła o byt naszego państwa.
W każdej sytuacji, różnica zdań powoduje u nas gigantyczne zacietrzewienie i nienawiść. Tą drugą stronę postrzegamy jako wrogów. 
Może trochę zastanowienia? Jest jedna racja? Święta racja? Moja racja i "najmojsza" racja?
Jeśli na przykład na FB, w tempie karabinu maszynowego umieszczamy "dowody" na to, że napływająca do Europy fala z Bliskiego Wschodu i Afryki to dzicy mordercy to jest to dla mnie wyłącznie świadectwo naszej małości, strachu, a przede wszystkim bezradności wobec tej fali zagrożenia. Inni pisząc i spazmując o obowiązku ratowania poszkodowanych wojną ludzi, sięgają do innych urywków TYCH SAMYCH fotoreportaży. Przykład węgierskiej reporterki, która kopnęła według jednych trenera piłkarskiego, według innych terrorystę, a później okazało się, że... nikogo nawet nie dotknęła. 
Odwołują się ci "obrońcy" praw człowieka do solidarności z pokrzywdzonymi i różnych pięknie brzmiących komunałów. 
Jesteśmy TU i TERAZ. 
Myślmy jak utrzymać nasz świat... Niedoskonały, dobry czy zły, ale spójny... jeszcze. Napływ ludzi różnego autoramentu ze świata arabskiego to fakt dokonany. Teraz od naszego wyważenia zależy czy poradzimy sobie z nimi, czy.... ONI z nami.
Ledwie 25 lat państwowości przekonało nas, że nic złego nas nie spotka w poukładanej Europie. Jeśli wewnątrz Polski będziemy się gryźć w imię iluzorycznych pryncypiów, będziemy tylko błaznami Europy, przywołującymi nasze dawne zasługi. Wiele warte, to fakt, ale są one już historią. Między innymi, a może głównie dlatego, że nasza duma nadęta do entej potęgi zastąpiła nam zdrowy rozsądek.
W 1939 roku mieliśmy dwóch śmiertelnych wrogów, dziś tylko jednego. 

Na pewno? 

Do kwietnia 1939 nasze relacje z Niemcami były poprawne, a może bardzo dobre. Jeśli nie wierzycie poczytajcie niemiecką prasę z lat 30-tych. Nasze decyzje, które krytycznie zbyt łatwo z perspektywy dnia dzisiejszego oceniamy, spowodowały, że Niemcy uznali wspólną drogę z nami za niemożliwą. Porozumieli się ponad naszymi głowami z Sowietami.
No ale w dzisiejszym cywilizowanym świecie to niemożliwe!

Na pewno?!

Niemcy wiodą prym w Europie. Dobierają sobie rozgrywających i partnerów nawet tak śmiesznych jak Francja, ale przewidywalnych. Jeśli będziemy nieprzewidywalni i będziemy śnić o wskrzeszeniu naszej mocarstwowości (nie wiem na jakim fundamencie), to główni gracze chętnie nas oddadzą jako "Czarnego Piotrusia" Rosji, bądź komukolwiek. A Rosja w każdej postaci to kraj zaborczy i dziki. Zapóźnienia swoje cywilizacyjne nadrabiał dynamicznie w latach 1905-1914. Krótko... 
Późniejsze 70 lat komunizmu to rozwój potwora, który choć oparty na chorych zasadach i kaleki, to niezmiernie groźny. I taki będzie zawsze, bez względu na fasadę.
A jeśli komuś z nas przychodzi do głowy, że za nasz wkład w walkę o wolność Europy, wszystkie cywilizowane narody staną za nami murem to niech spojrzy wstecz... albo przypomni sobie, że:

"Narody sumienia nie mają"

/Aleksander hr. Fredro/

A na koniec wrócę do lat II WŚ i naszych dziwnych pryncypiów, od których uwolnić się nie możemy:
 
Polscy naukowcy, pod przewodnictwem Rejewskiego, Różyckiego i Zygalskiego złamali algorytm Enigmy. Ich dokonania pozwoliły Brytyjczykom na zbudowanie maszyny deszyfrującej Colossus i pracę zespołu Turinga. Miała /nomen omen/ kolosalne znaczenie dla wyniku zmagań wojennych. Słusznie domagamy się pamięci o dokonaniach naszych kryptologów, choć czasem używamy argumentów obnażających naszą niewiedzę. To też powinno nas zastanawiać i niestety zawstydzać. Po klęsce w 1939 roku znakomity zespół, ewakuowany z Polski zszedł na boczny tor. Pracowali we Francji, później w Algierze, odsunięci. Mogli być przecież istotną, a może główną siłą w Bletchlay Park... 
Nie odsunęli ich Anglicy. Odsunął ich premier gen. Wł.Sikorski. Uznani zostali za zespół stworzony przez minioną niewłaściwą grupę rządzącą... A że mogli wiele dokonać na rzecz walki z wrogiem? Toż to przecież "drobiazg". Takie rachunki często decydowały i decydują. Wiem, że nie tylko u nas, ale za inne kraje nie mam potrzeby się wstydzić... 

27 września 2015

Dwa wcielenia Arsene'a Lupin

Georges Descrieres (1930-2013)

 

Francuski aktor teatralny i filmowy. Rektor i wykładowca szkoły teatralnej. Członek zespołu francuskiego teatru narodowego Comedie-Francaise. W 1967 roku zagrał w filmie "Dwoje na drodze" u boku A.Hepburn o czym pewnie nie pamiętamy. Znamy go jako Atosa w jednej z licznych ekranizacji powieści Dumas'a.
Atos
Jak pogrzebiemy w pamięci to przypomnimy sobie kryminalno-komediowy serial "Sam i Sally". Tandetny, ale przyjemny i zabawny.
"Sam i Sally"
Jako hrabia de Beaufor, wystąpił także w jednym z odcinków serialu "Słynne ucieczki". Ten serial bardzo mi się podobał, ale... nic już z niego nie pamiętam. Chyba tylko jedno. Ucieczkę hrabiego umożliwiła pewna dama, przesyłając ogromny pasztet w którym ukryta była drabinka sznurowa. Pani ta była urody takiej, że żadną miarą nie określiłbym jej "pasztetem" jak czasem z dezaprobatą o pewnych typach urody mówimy (choć to nieładnie).
Tyle z pamięci niektórzy z nas o eleganckim i przystojnym G.Descrieres umiemy przywołać. Niektórzy, bo... 
K A Ż D Y 
pamięta go z serialu:

"Arsene Lupin" !

Oglądany i lubiany w TV w latach siedemdziesiątych. Czekałem niecierpliwie na cotygodniowy odcinek. Wszystko było znakomite... WTEDY. Kilka innych ekranizacji tej samej powieści M. Leblanca to dość marne produkcje. Wypożyczałem też wówczas z biblioteki przy ul.Bonifacego (istnieje do dziś), powieści będące kanwą serialu. Niezbyt zajmująca lektura. Zaskoczyło mnie coś kilka miesięcy temu. Obejrzałem cztery odcinki "Arsena Lupine" i choć przyjemnie wspomnieć, to jakoś powrót do dziecinnych emocji nie udał się...

Dlaczego? Co się zmieniło?

"Dziękuję Grognar, mój przyjacielu"
Zmienił się świat - to truizm. Ja się zmieniłem. Zestarzałem i choć nie dorosłem (punkt dla mnie!) to jakoś inaczej takie filmy odbieram. Gra aktorska jest inna dziś niż niemal pół wieku temu. I to myślę, że nieistotne. Bo choć dziś inna, to warsztatowo z pewnością nie zawsze lepsza. Z pewnością również nastolatek, obserwując akcję i podstępne rozgrywki bardziej wczuwa się w fabułę i emocjonuje. Z wiekiem już w połowie każdej historii ekranowej domyślamy się zwykle w jakim kierunku zmierza i raczej domyślamy się jej końca. Tak jest też z historiami i historyjkami w życiu. Wiemy, domyślamy się i celnie odgadujemy zakończenie, nawet konsekwencje, jeśli ... nie jest to nasze życie. Wiedzy pozwalającej przewidzieć własny los w małych i dużych bataliach własnego życia także nabywamy z wiekiem, ale zbyt wolno. Szybsze będzie wieko... wiecie czego. 
A wracając do serialu. W tych odcinkach, które ponownie oglądałem był lektor, a nie dubbing... Przypomnijcie sobie. Ujmujący G.Descrieres jako Arsene Lupin to połowa postaci. Druga niemniej istotna to podkładany w polskiej wersji głos. Głos Wojciecha Pokory. Tak świetna interpretacja to majstersztyk i dodatkowy blask tej sympatycznej postaci. Wielkie ukłony dla obu aktorów, którzy choć pewnie się nie znali wspólnie skonstruowali ten wizerunek dżentelmena włamywacza, konesera sztuki, szampana i pięknych kobiet ...

I ja padłem ofiarą A. Lupin !

Połowa lat 80-tych. DS nr 8 "Koga" pok. 913. Sobotni listopadowy wieczór. Co robią studenci? Uczą się? Czytają? Ech... Piją wódkę. Wbrew legendom, nie były to częste wieczory, bo alkohol jak na nasze kieszenie był dość drogi.
Z zakupionych dwóch butelek jedna była już w obróbce i prowadziliśmy jakieś "mądre" dysputy. Mądre czy nie, ale im płytsza robiła się flasza tym głębsze były nasze przemyślenia. W automatyce nazywa się to sprzężeniem zwrotnym ujemnym (semestr IV).
Druga butelka chłodziła się. Nie w lodówce, bo to urządzenie było raczej rzadko spotykane wówczas w akademiku. Zastępował ją druciany koszyk, przytwierdzony do parapetu za oknem. Koszyki takie zdobyte drogą kradzieży w najbliższym SAM-ie, służyły wiele lat kolejnym rocznikom.
Kiedy Kropa lub Adi sięgnął po drugą półlitrówkę, koszyk okazał się pusty. Leżała tylko kartka z koślawym podpisem - "ARSENE LUPIN".
Ogarnął nas smutek tak wielki, że wybraliśmy się natychmiast na ul. Leczkowa, gdzie Zosia miała melinę czynną non-stop. Nie mając gotówki zostawiłem w zastaw legitymację studencką, co było powszechnie stosowane. I poprawialiśmy sobie humor do świtu.
Okazało się, że butelkę z koszyka, metodą "na wędkę" gwizdnął nam lokator z góry. Później zdradzony przez wspólnika, tłumaczył pokrętnie, że to miał być żart i zanim otworzył cenną zdobycz czekał aż przyjdziemy długo.
Drastyczna różnica w dwóch kwestiach. Filmowy Lupin miał wiernych wspólników, którzy by go nigdy nie wsypali. Druga istotna różnica jest taka, że Arsene był dżentelmenem, a nasz hmm... kolega (?) Krzysztof P. ( pamiętam cię ! ) zdecydowanie za takowego nie uchodził.

 

Sławomir Piestrzeniewicz 

alias 

Arsene Lupin

 

To tytułowe drugie wcielenie. Sławomir Piestrzeniewicz jest iluzjonistą o renomie światowej, udokumentowanej licznymi nagrodami w prestiżowych międzynarodowych konkursach. Dwukrotne wicemistrzostwo świata na kongresach w Lozannie oraz wiele innych nagród i wyróżnień. Występy na scenach całego świata. Jego sceniczny pseudonim to

Arsene Lupin

Występy dobrych iluzjonistów widziałem wielokrotnie. Bardzo lubię taką rozrywkę. Cenię ogrom pracy jakiej wymaga opanowanie tej sztuki. Ale Piestrzeniewicz imponuje mi szczególnie. Kilka cech go wyróżnia...





Kiedy miał przystąpić do egzaminu dopuszczającego go do pracy estradowej (w PRL na wszystko był potrzebny glejt), kończył medycynę. Wybrał już swoją drogę. A jednak... Zdał egzamin końcowy na AM w Łodzi, mimo że zawodu lekarza nie miał zamiaru podjąć. Dla mnie to dowód klasy tego człowieka. 
Ma ogromną umiejętność dialogu z widzem i nie popada przy tym w tanie dowcipasy. Często objaśnia mechanizm wybranych tricków, powtarzając je powoli i wskazując czynności normalnie ukrywane. Stopniuje napięcie i mówiąc, że to wszystko proste, na koniec jednak wykonuje kolejny figiel i zostawia nas oniemiałych. Okazuje się, że odkrywając przed widzem "wszystkie" tajemnice pokazał nam znów przemyconą kolejną sztuczkę. Taka piętrowa magia.
Umie mówić w taki sposób, że momentami gotowi jesteśmy zrezygnować z pokazu, byleby opowiadał. Ładne chyba? 
Na scenie grzeczny i uprzejmy, po zejściu z niej jest taki sam. To przyznacie, nie jest powszechne wśród artystów różnych dziedzin. Dziś Sławomir Piestrzeniewicz występuje wraz z synem Filipem, któremu życzę żeby godnym był spadkobiercą i kontynuatorem sztuki ojca.

Cud w Spale

Skoro pisałem o cudzie nad Wisła, to teraz o cudzie nad Pilicą...
Ponad 10 lat temu koncern w którym pracowałem, sponsorował spotkanie ZMPD w Spale. Piękne miejsce, duży rozmach i przyznam, że nadspodziewanie miła jak na takie spędy atmosfera. Jedną z atrakcji były pokazy iluzji Piestrzeniewicza. Z racji moich obowiązków byłem tam uziemiony na całe trzy dni, choć oprócz funkcji reprezentacyjnych zbyt wiele obowiązków nie miałem. Mogłem sobie pozwolić na wycieczki po okolicy, dobre jedzenie i zabawę przy kieliszku.
Trzykrotnie obejrzałem naprawdę wspaniały pokaz sztuki S.Piestrzeniewicza. Skoro trzykrotnie, to już za drugim razem znając przebieg poszczególnych sztuczek byłem przygotowany i próbowałem dostrzec szczegóły. Zapewniam Was, że z odległości 2 - 3 metrów, również z pomocą kolegów nie udało nam się odkryć tajemnic tych "czarów".
Pośrednim efektem mojego zachwytu mistrzostwem pana Piestrzeniewicza, było zaproszenie go na występ przez jeden z dynamicznych wówczas ośrodków kultury nieopodal Warszawy. Czy ten występ był udany, może w komentarzu zechce mi świadek i reżyser tego pokazu odpowiedzieć? 
Wszystko kiedyś się kończy i spotkanie ZMPD także dobiegło końca. Pośród wystawionych w ekspozycji naszych pojazdów była izoterma na podwoziu Atego (10 t DMC). Jeśli ktoś z samochodami ciężarowymi miał do czynienia, to wie, że niezaładowany samochód z napędem na tylną oś w lekkim piasku szybko się zagrzebie i ruszyć nie może. Trzeba mu pomóc. Poproszony o pomoc pan Piestrzeniewicz podczepił hol do swojej terenówki i lekkim szarpnięciem wydobył nasz samochód z opresji. Skomentował to szef sprzedaży jednego z dealerów:
- Wszystko co tu pokazał podczas występów to drobiazg, w porównaniu z tym cudem prawdziwej magii !
W prywatnej i miłej rozmowie przy bigosie czy też kiełbasie z rusztu, S. Piestrzeniewicz wyjaśnił mi, że głównym orężem iluzjonisty jest pewna umiejętność. Zmusić widza żeby patrzył na to co chce kreator pokazu i odwrócenie uwagi od tego czego w danym momencie widzieć nie powinien...
Panie Sławku... (przepraszam za poufały zwrot), to wie każdy! Ale niewielu umie to spowodować. Pan robi to świetnie !!!
A tu link na stronę znakomitego S.Piestrzeniewicza:
Taka bezpłatna promocja od koziołka... 

13 września 2015

Przez noc i przypadek do bohaterstwa

Kałuszyn. Małe miasto na trasie Warszawa - Terespol. Od ćwierć wieku przejeżdżam tamtędy regularnie. Ostatnio trochę rzadziej, zatem dopiero wiosną tego roku zobaczyłem dość niezwykły w formie pomnik...
Choć okolice Kałuszyna to miejsce trzech bitew Powstania Listopadowego, to zawsze przejeżdżając tamtędy myślałem o innej bitwie. Przeszło 100 lat późniejszej...

"Żelazna Dywizja"

Tak podobno Niemcy nazywali naszą 1 DP Legionów. Wchodziła w skład GO Wyszków i sprawnie dowodzona przez gen. bryg. Wincentego Kowalskiego w licznych walkach na określenie to zasłużyła. W nocy z 11 na 12 września uderzyła na Kałuszyn unikając okrążenia. Epizodem tej bitwy jest szarża szwadronu 11 Pułku Ułanów Legionowych im. marsz. Rydza-Śmigłego. Epizodem ciekawym.

"Naprzód !" czy "Na przód" ?

Do zgrupowania mającego uderzyć na Kałuszyn dołączył 4 szwadron 11 Pułku Ułanów pod dowództwem rtm. F.Wrzoska. Dowódca wezwany na naradę do sztabu zdał komendę por. rez. Andrzejowi Żylińskiemu. Ten zgłosił się do dowódcy 6 PP płk. St.Engela. Szwadron liczący 85 ułanów i 2 działka ppanc wraz z resztą oddziałów czekał w gotowości na wynik rozpoznania przedmieść Kałuszyna.
Około godziny 2-giej w nocy płk. Engel chcąc mieć szwadron w swej dyspozycji,  wydał rozkaz: 
"Kawaleria na-przód!"
Porucznik Żyliński uznał to za komendę do szarży. W jego pojęciu było to absurdalne. W nocy, bez rozpoznania, wśród zabudowań. Wbrew wszelkim regulaminom. Wiedział jednak, że jeśli taki jest rozkaz, to nie ma tu miejsca na konsultacje czy rozważania, a o powodzeniu szarży decydować mogą sekundy. Ruszyli zatem w ciemną noc, nie sprawiając nawet szyku. Sforsowali mostek broniony przez nieliczną obsadę i pośród zabudowań ścigali oszalałych ze strachu Niemców. Może powinienem napisać "NAZISTÓW"?
Płk. Engel widząc efekt niezamierzonej szarży, pchnął do ataku piechotę. Przytomny por. Żyliński, wiedząc że zaskoczenie to efekt krótkotrwały, zebrał swój oddział i wycofał się na stanowiska wyjściowe. Obaj oficerowie swoimi decyzjami wykazali, że nie spali na szkoleniach.
Szarża była wynikiem złego zrozumienia rozkazu. Według gen. Kowalskiego, przedwcześnie zaalarmowała Niemców i pozwoliła im uniknąć większej klęski. Jak w swoich wspomnieniach pisze por. Żyliński otworzyła bój i ułatwiła zajęcie Kałuszyna. 
Kto ma rację?

Zatem była to rzeź czy fortunny sukces?

Nocna szarża w niesprzyjającym terenie. Efekt nieporozumienia. Znakomity to materiał dla niejakiego Wajdy budującego w latach PRL wizerunek "ułana-idioty".
Jakieś dwa lata temu zacząłem szukać odpowiedzi. Czy żołnierze 4 szwadronu zaścielili trupami pole bitwy pod Kałuszynem? Bitwy zwycięskiej, bo cokolwiek byśmy nie powiedzieli, to niemieckie pozycje zostały przełamane i zgrupowanie 1 DP Legionów wraz z towarzyszącymi jednostkami przebiło się przez Kałuszyn. 
W książkach z biblioteki moich Rodziców, o Kałuszynie czytałem. Niestety dawno, a zbiór cennych dla mnie książek przepadł. Zacząłem zatem szukać innych źródeł. 
W internetowych źródłach, których prawdziwość zależy od rzetelności powielających, można znaleźć sprzeczne informacje:
Zginęło 30 (z 85) ułanów lub ocalało 30. 
Jedynym dostępnym dla mnie i wiarygodnym źródłem pozostał Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego
Tu znalazłem relacje por. Żylińskiego oraz mjr. Wieczorkiewicza:
Wynika z nich, że po szarży oddział zebrał się w liczbie około 30 ułanów. Jednak pozostali to nie polegli! Kilku rannych zebrali sanitariusze piechoty, a reszta podążyła za głównymi siłami zgrupowania. Porucznik Żyliński przejeżdżając trasę szarży, odnalazł kilka zabitych koni i licznych zabitych żołnierzy niemieckich. Naszych poległych ułanów tam nie było.

Sarmacki duch ...

Syn porucznika Andrzeja Żylińskiego, Jan Żyliński, jest człowiekiem sukcesu. Mieszka w Wlk. Brytanii. Zdolności pozwoliły mu osiągnąć wiele w biznesie. Mieszka sobie w pałacu zbudowanym według własnego pomysłu. Rozgłos przyniosło mu wyzwanie na pojedynek N.Farage'a i barwne wypowiedzi. Według swojej logiki, przedstawia Brytyjczykom wkład Polaków w rozwój Europy. Taki trochę Zagłoba naszych czasów. Dopiero niedawno dowiedział się o udziale swojego ojca w wojnie. Ufundował pomnik Złotego Ułana w Kałuszynie. Postawił twarde warunki:
"Płacę za wszystko, ale pomnik ma być według mojej wizji!"
I powstał ten pomnik ... 
Figura z pozłacanego brązu, na imponującym cokole. Szkoda, że postać jeźdźca, ułana raczej nie przypomina. Wygląda trochę odpustowo, ale cóż. Ja wolę w tym wypadku takie upamiętnienie niż żadne.
Jan Żyliński tytułowany czasem arystokratą, a nawet księciem czemu nie przeczy (skromność?), ufundował pomnik który powoduje, że wciąż...

"...jeszcze słychać śpiew i rżenie koni"

I koziołek chciałby, żeby o naszych żołnierzach pamięć nie zginęła...
Dodane III.2023

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
A to krótki film z inscenizacji zorganizowanej przez grupy rekonstrukcyjne, z okazji odsłonięcia pomnika: 
 


 
 



06 września 2015

"Wizygoci" dziś...

Stopniowy upadek Cesarstwa Rzymskiego, to powstawanie nowych ośrodków władzy w Europie. Mniej lub bardziej trwałych. Półwysep Iberyjski po różnistych awanturach opanowali Wizygoci. Całkiem nieźle im się wiodło. Gospodarkę i relacje wewnętrzne poukładało około 20 rodzin. Dziś pewnie nazwalibyśmy ich oligarchami.

I pewnie nadal całkiem nieźle by im się wiodło, ale chyba przespali zmiany i fakt rosnącej potęgi. Odległej, ale zbliżającej się szybko. Obszar państwa Wizygotów z jednej strony chroniony przez Pireneje, a z pozostałych oblany morzem wydawał się niezagrożony. Armia Wizygotów była zmniejszana i składała się z prywatnych armii utrzymywanych przez wspomnianych możnowładców. Raczej dla tępienia zbójców i tłumienia buntów niż do obrony granic. Pod koniec VII w. miasta zaczęły nieco podupadać, głównie z powodu przeludnienia, a państwo słabło wskutek sporów i rywalizacji rodów panujących.
Tymczasem państwo arabskie rozwijało się i opanowywało coraz większy obszar. Od Egiptu posuwało się wzdłuż brzegów Afryki na zachód. Nawet nie niszczyli wszystkich struktur miejscowej władzy. Opanowywali kluczowe punkty, wyznaczali podporządkowanych sobie namiestników i ruszali dalej. Kiedy z początkiem VIII wieku dotarli do Ceuty, a wycieczka spodobała im się, postanowili przeprawić się do Europy. A to raptem kilkanaście kilometrów.
Zaledwie w kilka lat Arabowie podporządkowali sobie cały Półwysep Iberyjski. Górowali nad Wizygotami liczebnością armii, umiejętnościami, dyscypliną. Sprzyjał im też niezbyt wielki zapał do obrony, mieszkańców podbijanego terytorium. Zaprowadzili tu swój ład i organizację. W późniejszych latach przekroczyli Pireneje i zatrzymali się dopiero po pokonaniu ich w bitwie pod Poitiers, przez Karola Martela. Przyniosła mu ona sławę obrońcy chrześcijaństwa i przydomek Młot. Dziś mógłby być dwuznacznie rozumiany, ale "Martel" kojarzy się smacznie.
Karol Martel "Młot"
Odrzucając kwestie wiary, które zawsze są dobrym powodem do mordowania się, panowanie islamu na terenie obecnej Hiszpanii i Portugalii to rozwój i dobrobyt. Pod każdym chyba względem. 
Matematyka, inżynieria, architektura czy medycyna, na poziomie w ówczesnej Europie nieznanym. Miasta budowane nowocześnie. Z publicznymi łaźniami i ulicami oświetlonymi latarniami. Jeśli do tego dodamy powszechną edukację, biblioteki... To jak tu dopasować utrwalony w pamięci obraz krwawego i dzikiego Maura barbarzyńcy? Występuje tu zderzenie muzyki z prostytucją czyli : coś tu k... nie gra! 
910 r.
W XI wieku modne stały się w Europie wycieczki nazywane Wyprawami Krzyżowymi. Ich uczestnicy budzili zadziwienie świata arabskiego. Przybywali z dalekich krajów gdzie jest mało słońca i dużo deszczu. Nie umieli czytać. Odziani byli dość marnie i śmierdzieli.  To byli barbarzyńcy.
Zobaczyli zaś świat, który ich olśnił. Zamki, pałace i nowoczesne miasta robiły na nich mniej więcej takie wrażenie jak Nowy York na Kargulu i Pawlaku.
Państwo arabskie zwane Al Andalus przetrwało w zmieniającej się postaci ponad 700 lat. Za jego ostateczny koniec uznaje się upadek Grenady. To początek okresu zwanego Renesansem w Europie, odkrycia geograficzne. Chyba od tego momentu można mówić o znacznie szybszym rozwoju świata chrześcijańskiego niż islamskiego. 
Wiele pamiątek po kulturze Al Andalus, zostało zniszczonych w imię... jak zwykle "wiary". Część jednak się zachowała, jak choćby niektóre zabytki architektury.
Minęło od końca tego rozdziału historii ponad 500 lat. Jak twierdzą niektórzy, świat islamu i świat kultury europejskiej powinny żyć osobno i w drogę sobie nie wchodzić. Tylko, że to nierealne. 
Nie jesteśmy Wizygotami, ale chyba czeka nas trudny egzamin. Oni swój oblali i dlatego śladu dziś po nich nie ma. 
Jak zmierzyć się z tym kolejnym zupełnie nowym zderzeniem dwóch światów? Dziś znów dzieli nas cywilizacyjna przepaść, tyle że w drugą stronę.
Wniosków nie będzie. Nie mam pojęcia jakie są możliwe rozwiązania, a które z nich słuszne już zupełnie nie.

Rok 2097...

Autostrada Berlin - Hamburg. Dwóch niemieckich policjantów zatrzymuje do kontroli samochód. Po chwili jeden z policjantów woła kolegę i pokazuje mu prawo jazdy kierowcy:
- Ahmed, popatrz jakie dziwne nazwisko... "Schmidt"....






03 września 2015

Koziołkowe gusła wrześniowej nocy ...

Co roku z dużą powagą obchodzimy rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Wojny która odebrała nam niepodległość na 50 lat, pochłonęła życie 6 milionów polskich obywateli i przyniosła gigantyczne straty materialne. Kilka razy 1 września przed świtem byłem na Westerplatte. To miejsce samo w sobie budzi szacunek. Straceńcza załoga wykazała tam wielki hart ducha i kunszt żołnierski. Choć obrona nie miała żadnego militarnego znaczenia i walka, która rozpoczęła się tu o 4.48 nie była pierwszymi strzałami wojny, to słusznie Westerplatte uznajemy za symbol ataku Niemiec na Polskę w 1939 roku.

Go to hell Hel !

Stwierdziłem, że tym razem na Westerplatte nie pojadę. Są tam tłumy ludzi i gwar jak na festynie. Już dwa lata temu widziałem grupki  z flaszką w garści zachowujące się jak na koncercie rockowym. Nie chodzi tu o mój niesmak, ale postanowiłem tej szczególnej nocy odprawić swoje gusła w innym miejscu. W całkowitej ciszy i samotności. Zdecydowałem, że pojadę na cypel Półwyspu Helskiego, posiedzę i podumam w ciszy o tych którym współczuję losu i zazdroszczę męstwa. Należy im się to. Także ode mnie.
Wyruszyłem około godziny trzeciej. Puste ulice i nie wiedzieć po co, wszędzie działająca sygnalizacja świetlna. Także na małych skrzyżowaniach. Przejechałem Kolibki wyobrażając sobie jak o tej porze w 1939 roku, po obu stronach granicy szykowali się aktorzy pierwszych aktów dramatu. Na Grabówku minąłem orkiestrę WSM pakującą się do autokarów ze swoim "orężem". Jechali na uroczystości na Westerplatte. Od Władysławowa pusta szosa i jazda środkiem w obawie przed liskami czy sarenkami. Spotkałem ich sporo, ale na szczęście nie miały skłonności samobójczych i na drogę nie wybiegały. Dziwiły się tylko czemu "człowieki" się włóczą po nocy.
Do Helu dotarłem z dużym zapasem czasu i pokręciłem się trochę po niemal pustym porcie.

W końcu ruszyłem asfaltową alejką w stronę cypla. Jest oświetlona latarniami, na pierwszych 100 m. Dalej jest dość równą kamienistą drogą, a światło księżyca skutecznie zatrzymują gęste korony drzew. Nieodzowna w takiej sytuacji latarka była... w garażu. Jakim cudem nie wywracając się dotarłem do plaży nie wiem. Ale tu niespodzianka. Wzdłuż brzegu biegnie drewniany pomost i jeśli ktoś nie chce to nie musi iść po piachu. Dotarłem na mały taras na samym cyplu...

Będą wspaniałe zdjęcia !

Z każdą taką moją wycieczką wiąże się robienie zdjęć. Pomysł miałem "genialny". Z Helu zrobię zdjęcia oświetlonego pomnika na Westerplatte o 4.48 i godzinę później...
Czasem zaskakuje mnie głupota niektórych ludzi, ale moja własna zadziwia mnie i bawi bezustannie !
Pogoda była znakomita, powietrze przejrzyste jak kryształ i można było zobaczyć to :

4.48

Jak można sądzić, że z odległości 25 km da się zobaczyć oświetlony pomnik? Ginie w łunie świateł miasta, portu i rafinerii. Ktoś oprócz mnie mógł tego nie wiedzieć???
5.48
Nierozsądny pomysł na zdjęcia nie wypalił zatem. Myśląc o historii i smakując piękne widoki spędziłem godzinę rozgraniczającą noc i dzień 1.IX., 76 lat po. 

"Polska w ruinie"

Ostatni raz w tym rejonie Półwyspu Helskiego byłem trzy lub cztery lata temu. Pomost wzdłuż brzegu to dla mnie nowość. Nie jedyna. 
Kiedy się ledwie co rozwidniło pojawił się jakiś człowiek w schludnym uniformie, z foliowym workiem do którego zbierał śmieci. Nieliczne, a to też jakiś postęp. Przechodząc zagadał przyjaźnie. Zamieniliśmy parę słów, wypaliliśmy po jednym. Petów na ziemie nie rzuciliśmy! Pan powędrował dalej do swoich obowiązków, a ja dalej cieszyłem się widokami i niezwykle ciepłą nocą.
Około szóstej poszedłem wzdłuż brzegu od strony zatoki. Czysto, równo. Każda militarna pozostałość, a jest ich tu mnóstwo, opatrzona tabliczką z opisem w trzech czy czterech językach. Poprzednie moje przejście tą trasą to kamienie, błoto i chaszcze.

Helska Załoga

Idąc w stronę samochodu, chciałem zobaczyć co zostało ze 100 mm działa, które choć w opłakanym stanie, ale jako jedyne z 27 BAS się zachowało i w 2010 r. wyglądało tak:
Zanim dotarłem w poszukiwane miejsce usłyszałem muzykę. I nie była to twórczość w stylu "Majteczki w kropeczki", ani "Panno Walerciu...", a przedwojenne polskie piosenki wojskowe.
Doszedłem do celu i szczęka mi opadła. Stanowisko wspomnianej armaty wyremontowane, wygląda jak nowe. 
Wewnątrz sześcioosobowa "załoga". Trzy panie i trzech panów. Przekrój wiekowy szeroki. Dwóch panów w kompletnym umundurowaniu. 
Postanowili spotkać się i uczcić rocznicę właśnie tu. Siedzieli przy kawie i domowym cieście gawędząc. Wyremontowali zdewastowane stanowisko i dbają o nie. To zwyczajni-niezwyczajni ludzie, którzy oprócz codziennego życia mają prawdziwą pasję.
Przyjęli mnie jak oczekiwanego gościa. Częstując kawą, jedna z pań powiedziała przepraszająco:
"Wie pan, ale ta kawa to taka z termosu..."
Szanowna Pani, kawa była znakomita, a  spotkanie kogoś takiego jak Wy to zaszczyt dla mnie i radość. 
Po sympatycznej pogawędce, pamiątkowe zdjęcie i w drogę do Gdańska.
Jadąc już w świetle dnia do domu, miałem o czym myśleć. To zaskakujące spotkanie tak interesujących ludzi dało mi wiele optymistycznych refleksji. Choćby dla tego niespodziewanego spotkania, warto było zarwać noc. A nieudane zdjęcia? Nie ma nieudanych zdjęć. Zawsze coś pokazują. A że coś innego niż się spodziewałem? Też frajda ... Zdjęcie oświetlonego pomnika już przecież mam. Zrobiłem w poprzednią rocznicę.
2014









21 sierpnia 2015

Segregacja śmieci i ich utylizacja

Rzadko piszę o sprawach bieżących. Wolę pisać o historii, ciekawych ludziach. Czasem piszę też o śmiesznostkach z mojego własnego życia.
Dziś robię wyjątek. Bo sprawa śmieci, a zwłaszcza ich utylizacji jest ważna i każdego powinna obchodzić.

Przecisnął się przez ucho igielne

Może nie do Nieba, ale do dalszego życia. Właściwie chyba słowo życie nie jest adekwatne, używamy go w odniesieniu do ludzi, zwierząt. No może w porządku. Nawet w odniesieniu do kalarepy czy trawy też czasem używamy takiego określenia. Otóż pewien wytwór czy też igraszka przyrody, dla zaspokojenia swoich zboczonych pragnień, zamordował trzech chłopców. Dostałby karę w zawieszeniu 30 cm nad ziemią, ale obowiązywał wtedy stan przejściowy i "na linę" posłać go nie można było, a dożywocia jeszcze nie wprowadzono. Na skutek tych zawirowań, po odsiedzeniu 25 letniego wyroku musiał wyjść. Co z takim śmieciem zrobić wie nawet szeregowy pracownik spalarni śmieci, ale... nie można. I to rozumiem. Nasz czołowy wesołek sceny politycznej, z subtelną bródką i muszką wyraził ubolewanie, które szczerze i bez kpin podzielam. Wystarczyło według niego, żeby w łaźni czy na spacerniaku, strażnicy na chwil kilka stracili go z oczu, a współwięźniowie zadbali by o to, żeby ten stwór przestał zużywać jakże cenne powietrze i zajmować deficytową powierzchnię zakładów penitencjarnych.
I tu mamy wzorcowy przypadek śmiecia, z którego utylizacją jest kłopot. Stosując różne metody, zgodne z obowiązującym prawem, jakoś się udało zaradzić problemowi. Czy to prawo nagięto i "wspomagano", w tym wypadku NIE OBCHODZI MNIE. Mam nadzieję, że nikomu już Trynkiewicz krzywdy nie zrobi, a może zdarzy mu się jakiś wypadek.  
Napisałem o nim,
bynajmniej nie dlatego, że wart jest czyjejkolwiek uwagi, ale dlatego, że prowadzący tego dnia Wiadomości, zgrabnie wybrnął z ponurego obowiązku.

Terapia siekierą

Każdym chyba wstrząsnęła wiadomość o dziewczynce śmiertelnie zranionej przez kolejnego śmiecia. Podobno tak odreagował swoje frustracje. Autoterapia jak z taniego horroru. Mimo wysiłków lekarzy, dziecka uratować się nie udało. Sprawcę schwytali przechodnie, a przybyli na miejsce policjanci uratowali go przed linczem. 
W pierwszej chwili żałowałem, ale po zastanowieniu stanowczo twierdzę, że dobrze się stało. Gdyby mieszkańcy Kamiennej Góry zlikwidowali go na miejscu, jeden z nich lub kilku, odpowiadałoby tak jakby zabili CZŁOWIEKA. Policjanci zaś, którzy by temu nie zapobiegli, także ponieśliby odpowiedzialność karną. Niestety w świetle prawa, słusznie. Szkoda byłoby, gdyby kolejni ludzie ponieśli konsekwencje istnienia i pośrednio działania czegoś takiego jak Samuel N. Ich wściekłość i normalny w tak nienormalnych okolicznościach odruch, nie przywróciłby życia dziecku.
Tragifarsą jest natomiast to, że Samuel N. musi być sądzony zgodnie z kodeksem i procedurami takimi jak dla ludzi, ale rady chyba na to nie ma? 

Jestem przeciw karze śmierci ...?

Nie mam wystarczającego wykształcenia, doświadczenia i wiedzy, żeby rozstrzygać taki problem. Na tak postawione pytanie odpowiedziałbym kierując się raczej odczuciami i emocjami, a to krucha "argumentacja". 
Z. Marchwicki
Przeciwnicy KS, uzasadniają swoje stanowisko podając przykłady pomyłek sądowych. Zdarzają się. Wyrok w sprawie Zdzisława Marchwickiego, o którego procesie słyszał każdy, jest dobrym przykładem. Choć tu uważam, że nie była to pomyłka sądowa, a świadome działanie, zgodne z potrzebą. W tym wypadku pojęcie "potrzeba" definiowane było przez władzę PRL. Faktem jest, że niesłusznego z jakiegoś powodu zasądzonego i wykonanego wyroku nie da się cofnąć.
Innym argumentem przeciw, jest stwierdzenie, że to barbarzyństwo. Że człowiek nie ma prawa zabierać życia innemu człowiekowi. Ale to już raczej wywody pięknoduchów, a ci mojego uwielbienia nie mają.
Myślę, że znoszenie kary śmierci w wielu krajach bierze się stąd, że wielokrotnie na całym świecie zdarzały się okresy kiedy kary tej nadużywano czy też wręcz były to tzw. "mordy sądowe". Daleko szukać nie musimy ...

Ale utylizacja to co innego

Jeśli już sprawca absurdalnego mordu w Kamiennej Górze, musi podlegać takim procedurom jak ludzie, to niech będą proste w takich niepodlegających wątpliwościom przypadkach. Krótkie posiedzenie sądu, opinia biegłych i decyzja o LIKWIDACJI. Nie nazywałbym tego KARĄ ŚMIERCI, bo KARA ma mieć choć cień aspektu wychowawczego. U wisielca, trudno jest zbadać czy zastosowany środek go zresocjalizował. W wypadku tak potwornych zbrodni, pozbawionych jakiegokolwiek sensu czy usprawiedliwienia twierdzę, że zabicie czegoś co tylko anatomicznie przypomina człowieka jest jedynie utylizacją niezwykle szkodliwego i niebezpiecznego odpadu. Bez znęcania się i dodatkowych okrucieństw. Dlaczego mielibyśmy go zachować przy życiu? 
Bo go jakaś łaska boska uleczy, oświeci? 
Bo może będzie sobie studiował jak Breivik? 
Jeśli to coś będzie nadal żyć, to ktoś musi się nim zajmować, tracąc czas i narażając się na śmierć z jego ręki w chwili nieuwagi. 
Tak przecież czynimy z psem, który na skutek jakiejś choroby czy złego wychowania przez ludzi jest groźny i nic nie można zrobić. Trzeba uśpić, choć żal bo pies to stworzenie w niczym od nas nie gorsze. 
Nie podnoszę tu aspektów ekonomicznych utrzymywania dożywotnich więźniów, bo to populizm... A argument żaden.

A hieny z tego żyją ...

Media mają prawo informować o niemal wszelkich wydarzeniach, nawet tak okropnych jak zabicie 10-letniej Kamili. Później powinna się pojawić informacja o procesie i jego wyniku. Jest jednak inaczej. Mamy ciągnący się spektakl we wszystkich programach, prasie itd.
Wczoraj w TVP Info, widziałem kilkunastominutową relację. Reporter prowadził rozmowy ze zgromadzonym w Kamiennej Górze tłumem oburzonych mieszkańców. Niczego to nie wnosi, niczego nie wyjaśnia, a czyni tylko z tego tragicznego zdarzenia jakieś reality show !
Sądzę, że wszystkie stacje TV i radiowe posłały tam swoich gończych, żeby zbierali informacje. Pytam jakie i czy do czegokolwiek potrzebne? Potrzebne do zapełnienia czasu antenowego, paru kolumn gazety papierowej czy wirtualnej. 
Szczytem jednak obrzydliwości wykazała się jedna z najbardziej szmatławych gazet. Opublikowała zdjęcia poranionej ofiary. Oczywiście na pierwszej stronie i w dużym formacie. Nawet najgorszy cham, bydlak, produkujący korespondujące jakością z jego poziomem wydawnictwo, powinien się chyba pohamować?
A wiecie co by go powstrzymało? Gdyby po takiej publikacji, sprzedaż jego gazety spadła choć o kilka procent. Nie łudźmy się, nie spadnie, a wzrośnie...

To MY za to odpowiadamy


Może nieelegancko, ale po ludzku skomentował ten skandal redaktor radiowy Piotr Maślak. Dokonując codziennego przeglądu prasy, zwrócił się do autorów tej skandalicznej publikacji:
"... czy wam kompletnie odjebało ...!"
Owszem wulgarnie, ale są sytuacje kiedy nawet takie słowa i nawet na antenie wydają się zbyt łagodne. Mam nadzieję, że żadnemu nadgorliwcowi nie przyjdzie do głowy ukarać mojego imiennika za słowa, nad którymi nie mógł zapanować. Ja ze swej strony przyłączam się do tego informując wszystkich, że nigdy nie użyję tej gazety nawet do wytarcia dupy.

Z pewnością to co napisałem trafi do nielicznych. Nie czuję jednak w sobie posłannictwa (na szczęście) i koziołkową ambicją nie jest oświecanie powszechne. Piszę do tych, którzy tu zaglądają...
I Wam właśnie powiem: 
Jeszcze nigdy żadnego tekstu nie pisałem tak błyskawicznie i bez wątpliwości. Z pewnością styl na tym ucierpiał, ale już ktoś z Was zwrócił mi anonimowo uwagę, że styl mojej pisaniny jest koślawy. 
Z pewnością też, ten koziołkowy felietonik naładowany jest emocją jak żaden z dotychczasowych.
Literówki oczywiście poprawię... , jak mi cholera minie.