16 lipca 2015

Referendum którego się wstydzę

Wszyscy z uwagą, ciekawością, a przede wszystkim z obawą śledzimy losy Grecji. Naród to i kraj cieszący się raczej powszechną sympatią. Balansują teraz na krawędzi bankructwa lub też już poza nią, utrzymywani jeszcze w przestrzeni jakimiś manewrami własnymi i ich wierzycieli. Bankructwo państwa to coś katastrofalnego? Gorszego niż drobnego przedsiębiorcy, któremu się nie powiodła produkcja lub sprzedaż ? Myślę, że w optyce przedsiębiorcy i kraju to taka sama katastrofa. Tylko skala inna. Konsekwencje podobne, tyle że w jednym wypadku dla kilku osób i ich rodzin, a w drugim dla milionów. Przyczyn takiego stanu w jakim Grecy się znaleźli można szukać w błędach ich ekonomii, może w błędach polityki ekonomicznej Europy, a może gdzieś indziej? I chyba od tego trzeba zacząć. Jakie są przyczyny krachu greckiego, wie lub może wiarygodnie wnioskować tylko specjalista
Ja? No...może jednak bez żartów :). 

Referendum greckie

W krytycznym momencie, a właściwie już po nim, zadano Grekom w referendum pytanie, czy godzą się na wyrzeczenia i obniżenie standardu, żeby spłacić zobowiązania. Jaka mogła być odpowiedź? Oczywiście - NIE! Kto z nas pytany o gotowość do dalszych wyrzeczeń, podczas kiedy jego sytuacja już jest zła odpowie - TAK?
Grecja w powszechnej wiedzy to kolebka demokracji. Systemu obarczonego niezliczonymi ułomnościami, ale podobno najlepszego. Zatem... vox populi - vox Dei ? Jeśli wola Boga miałaby objawiać się w głosie mas, to Bóg ten musiałby być upośledzonym chomikiem pod wpływem LSD. Tak uważam. Nie wiem czy warunki i wymagania UE vs. Grecja są słuszne. Nie wiem co należy zrobić, ale wiem, że o tych posunięciach nie powinien decydować głos mas, a analiza kilku, kilkunastu, czy może kilkudziesięciu specjalistów !

Polskie referendum

Przez wiele lat z tym określeniem kojarzyłem jedynie referendum z 1946 roku, mające swoim wynikiem w jakiś sposób legitymizować władzę namiestników sowieckich. Frekwencja i głosowanie nie miało znaczenia. Wynik i tak był ustalony. 
Jeśli miałbym coś dodać do tej ponurej farsy to to, że proste i chwytliwe hasło komunistów: 
"3 x TAK",
jednym ruchem pędzla można było przemalować na:
 "3 x AK".
Takie zwycięstwo "na schodach". Gorzkie wszystkie te wspomnienia z tamtych lat, kiedy nawet największy patriotyzm i inteligencja nic nie mogły przeciw okupacji sowieckiej.  
W niepodległej Polsce co jakiś czas pada pomysł ogłoszenia referendum w jakiejś sprawie. Mam wrażenie, że waga sprawy nie jest tu dla wnioskodawców istotna. Liczy się wzrost poparcia ludu.
Zgodnie z obowiązującym prawem, referendum ogólnokrajowe ogłasza się, gdy decyzja poddana temu mechanizmowi demokracji bezpośredniej:
  • zmienia Konstytucję RP
  • daje zgodę na ratyfikację jakiejś umowy, oddającej pewne kompetencje władzy państwowej organizacji międzynarodowej (np. zgoda na przystąpienie do UE) 
  • dotyczy spraw o szczególnym znaczeniu dla państwa
I ten trzeci przypadek daje pole do popisu, a przy okazji deprecjonuje wagę referendum. Przecież określenie "szczególne znaczenie dla państwa" jest bardzo pojemne, dla każdego może być to co innego. Przy dobrej kampanii medialnej może to być wszystko... Krzyże w każdym urzędzie, ruch lewostronny, in vitro, zakaz handlu w niedzielę czy choćby sankcje karne za ... COKOLWIEK. Na szczęście konstytucyjnie niedopuszczalne jest poddawanie pod referendum kwestii dotyczących: amnestii, obronności państwa i podatków. Dobre i to.
Bo już wyobrażam sobie referendum w którym tacy jak ja czy Wy decydujemy o wyborze helikoptera dla wojska czy zniesieniu podatków.
Ostatnio referendum stało się kiełbasą wyborczą. Kampania prezydencka, która zaczęła  się nijako i zmierzała do oczywistej reelekcji, nagle zmieniła swój obraz jak dobry film sensacyjny. Jednym z chwytów było obiecywanie referendum. Po co? To chyba proste. Każdy z nas, niedojrzałych w większości wyborców, lubi usłyszeć, że to ON podejmie decyzję. Troszku smieszno, troszku straszno ...
Żadnej decyzji wymagającej wiedzy fachowej nie powinien podejmować ogół, a mówiąc wprost - tłum.

Z innej strony patrząc...

W powszechnej opinii, także własnej, jesteśmy narodem szczególnie i przesadnie ceniącym sobie swobodę i wolność. Można to przeczulenie wytłumaczyć tym, że wolność tą przez ponad 200 lat kilka razy nam odbierano czy ograniczano. 
A jednak co jakiś czas, prawie każdy z nas wypowiada myśl :
Powinien przyjść KTOŚ kto weźmie wszystkich za mordę i zrobi porządek !
Sprzeczność? Pozorna. Wtedy gdy tak się wypowiadamy lub tylko myśl taka nam towarzyszy, ten porządek (?) wyobrażamy sobie wyłącznie jako zgodny z naszym indywidualnym obrazem porządku.

Referendum 1987 i mój wstyd

Dziś zapomniane, wówczas absolutnie nieistotne. Zadano nam dwa pytania, których nawet nie przytoczę, bo można je streścić w jednym:
Czy zgadzasz się żeby było trochę gorzej, żeby później było coraz lepiej?
Jeśli horyzont czasowy tego "później" to nie wieki a kilka lat, odpowiedź zawsze będzie: TAK. 
I tu warto się zastanowić. Dobrze konstruując pytanie referendalne, zawsze otrzymamy odpowiedź taką jaką chcemy. Nawet komuniści rozumieli ten mechanizm.
Na wybory w PRL nie chodziłem, stosunek do świata sowieckiego miałem jednoznaczny, choć nigdy czynnie nie włączyłem się do jakiejś opozycji czy konspiracji. Z tą sensowną nie miałem kontaktu, a ta głupia, choćby ze słusznymi celami, nie interesowała mnie. 
Na wspomniane referendum, jak większość moich znajomych się nie wybierałem, ale... Odwiedził mnie kolega z roku, z którym rozważaliśmy sposoby na start w dorosłe życie. Praktycznie były dwie możliwości. Wyjazd na Zachód i ułożenie sobie tam życia bez szansy na powrót lub wyjazd na czas dozwolony, zarobienie pieniędzy na mieszkanie i jakiś początek. Może nieco lepszej niż średnia, egzystencji w PRL. Do obu tych wariantów niezbędny był paszport. 
Dziś nawet nie pamiętamy jak trudnodostępny był to dokument. Może mieć go każdy, a wydanie go jest tylko kwestią procedury administracyjnej. I na dodatek leży sobie w szufladzie naszej, a nie szufladzie agendy SB jaką było wtedy Biuro Paszportowe.
Tak sobie gadaliśmy i Krzysztof przestrzegł mnie, że jeśli nie pójdę na referendum to mogą mi paszportu nie wydać.
I co? Ugiąłem się. Poszedłem. To, że oddałem głos nieważny to bardzo wątły listek figowy. Nie mieliśmy pojęcia, że za dwa lata komuniści przegrają, ale i to nas nie tłumaczy.
Oczywiście wstyd ten nie dręczy mnie codziennie i nie nęka jako koszmar senny (mam inne), ale czasem mi się ta uległość sprzed lat przypomina i przychodzi gorsze rozważanie:
A gdyby sowiecka okupacja trwała i kiedy poszedłem do pracy w 1991 r. istniałby PZPR? Amulet w postaci czerwonej książeczki był dla wielu kuszącym środkiem do łatwej kariery. 
Co zrobiłbym ja ???


 

26 czerwca 2015

Celebryta II Rzeczpospolitej

W dwudziestoleciu międzywojennym określenie takie chyba nie istniało. Nawet niespełna 10 lat temu, gdy usłyszałem je w radio, nie rozumiałem go. Jestem niedouczony? Spytałem przyjaciółkę, osobę wykształconą i zdecydowanie szerzej patrzącą na świat niż ja... Też nie wiedziała. Pamiętam, że jechaliśmy wtedy w zimowej scenerii do Krakowa i bardziej zajmował nas krajobraz niż radiowe sensacyjki.
Dziś określenie CELEBRYTA/CELEBRYTKA znają wszyscy, bo ich wielki tłum zajął miejsce autorytetów, autentycznych mentorów, ekspertów. O tempora, o mores, o k...

Tadeusz Dołęga - Mostowicz (1898-1939)

Pisarz, felietonista, przeciwny wynaturzeniom obozu sanacyjnego. Pobity brutalnie, w zemście za krytykę systemu politycznego. Porzucił pracę dziennikarską i zajął się wyłącznie powieściopisarstwem. Wydał kilkanaście poczytnych powieści, których ekranizacje, także stały się sukcesem. Imponującą karierę przerwała wojna. Przerwała bezpowrotnie. Zginął 18 ? 20? lub 21.IX w nie do końca jasnych okolicznościach.
I tyle. W krótkim akapicie można zamknąć życiorys. Mało?
A czy po kimś z nas zostanie więcej?
Chyba i w tej kwestii nie liczy się długość... tylko jakość. Istotniejsza od liczby, jest zawartość tych kilku linijek.

Self made man

Sam Mostowicz opowiadał żartem, że jego nieszczęściem jest szybkie spełnianie marzeń. Jako dziecko śnił o tym aby być stangretem i już jako ośmiolatek całkiem sprawnie powoził parą koni, a nawet tzw. tandemem. Pragnienie prowadzenia samochodu zrealizował kiedy jeszcze z trudem sięgał nogami do pedałów. Czytając Trylogię Sienkiewicza, widział siebie na koniu w bohaterskich szarżach. I to się ziściło! W wojnie polsko-bolszewickiej, służył w kawalerii. Zatem same spełnienia...
Kiedy w 1922 roku Tadeusz Mostowicz powrócił do życia cywilnego, szukał swej szansy w Warszawie. Imał się różnych zajęć fizycznych, a często nie mógł znaleźć żadnej pracy.
Mieszkał w obskurnej kamienicy na Pradze. Koniec końców znalazł pracę jako zecer, w drukarni dziennika Rzeczpospolita. Później był korektorem, aż szczęśliwym zrządzeniem losu (dla niego, ale myślę i dla nas - jego czytelników) zaczął pisać krótkie notki, a później felietony i opowiadania w Rzeczpospolitej podpisując się :
C.hr.Zan. = CHRZAN
Pierwsze opublikowane w Rzeczpospolitej opowiadanie - humoreska to "Sen pani Tuńci" (1925)

Dać się pobić, ale wygrać !

Po Zamachu Majowym, w swoich felietonach sprzeciwiał się przypadkom niegodnego postępowania niektórych oficerów polskiej armii. Miał moim zdaniem swoje racje. Felieton "W obronie honoru armii" jest pełen żalu do tej części kadry oficerskiej, która łamała drastycznie zasady, których powinna być wzorem. Zręczne i ostre pióro, ściągnęło na niego zemstę zapalczywej grupy piłsudczyków.  We wrześniu 1927 r. został porwany na ul. Grójeckiej, dotkliwie pobity i wrzucony do glinianki w okolicy Janek. Zakończyłby tam życie, gdyby nie wyratował go przypadkowo przechodzący wieśniak mieszkający w okolicy. Trzy miesiące spędził w szpitalu.
Brutalny napad i pobicie wywołało bardzo ostrą reakcję całej prasy, bez względu na orientacje polityczne. Prowadzone śledztwo z oczywistych względów gmatwało się i o ile się nie mylę nie wskazało ani sprawców ani ich mocodawców. Samo zdarzenie jednak dało pewien przyczynek do rosnącej popularności Tadeusza Mostowicza, który wówczas już swoje artykuły podpisywał nazwiskiem, używając przydomka Dołęga (rodowy herb matki pisarza). Dołęga-Mostowicz brzmi nieźle, a Rzeczpospolita była zorientowana na czytelników z kręgów ziemiańskich i utożsamiających się z arystokracją czy też do tej sfery próbujących się dopasować. 
Pierwsza powieść (1930/32)
Powieści T.Dołęgi - Mostowicza drukowane były w odcinkach, a niewiele później jako książki. Wyjątkiem są "Kiwony" (1932). Powieść wydał w formie książkowej dopiero J.Rurawski w 1986. 

"Kariera Nikodema Dyzmy"

Powieść, którą chyba czytał każdy. Wyjątkowo ostra satyra wymierzona w ówczesną władzę i kręgi jej kolesiów. Jest pomysłową i choć gorzką, to zabawną karykaturą panujących wówczas układów politycznych, obyczajowych. Skandali było oczywiście wiele. Zawstydzających i prymitywnych awantur wśród polityków także. Pojawiali się nieraz na eksponowanych stanowiskach ludzie niekompetentni, przypadkowi. Jednak w rzeczywistości lat trzydziestych ubiegłego wieku, dokładnie taka kariera jak powieściowego Nikodema Dyzmy nie mogłaby się zdarzyć. Człowiek znikąd (przepraszam Hrubieszów i jego mieszkańców), nieposiadający żadnego wykształcenia, nie mógłby osiągnąć tego co bohater powieści. Po roku 1989 zrobiliśmy chyba krok naprzód?
"Kariera Nikodema Dyzmy" w odcinkach, ukazała się gazecie ABC. Jej popularność znów podsycona została przez ... przeciwników Tadeusza Dołęgi - Mostowicza. Fragmenty książki skonfiskowano. Co ciekawe, nie były to fragmenty ośmieszające ministrów czy cały aparat państwowy. Chodziło o fragment opisujący pobicie prostytutki Mańki na komisariacie policji. Tak czy inaczej ta trzecia powieść Mostowicza przyniosła mu ogromną popularność.
Przestał pisać opowiadania i felietony, zajął się wyłącznie powieściopisarstwem. Niemal każda z kilkunastu napisanych powieści była sukcesem. Niechętna autorowi część krytyków podkreślała prostotę języka, która przystawała do percepcji niewyrobionej części czytelników. Tym tłumaczono poczytność jego powieści. Sam Mostowicz ignorował to i choć można go określić pisarzem obiegu popularnego to lepiej być chyba dobrym rzemieślnikiem niż niedorobionym "artystą"? Pisał powieści obyczajowe, mocno osadzone w realiach czasów mu współczesnych. Wiele prawdziwych zdarzeń stanowiło elementy tych historii. Doszukiwano się także podobieństw postaci do prawdziwych osób świata polityki, kultury czy bywalców salonów warszawskich. To zwiększało zainteresowanie czytelników ciekawych sensacji z życia śmietanki towarzyskiej. Jakość tejże śmietanki w każdych czasach, jak wiemy bywa różna, ale kierunek naszej ciekawości nadal jest podobny.
Nie będę się silił na  własne oceny warsztatu literackiego Dołęgi - Mostowicza, bo byłoby to śmieszne. Polecam biografię "Tadeusz Dołęga Mostowicz" prof. Józefa Rurawskiego (1987), w której fachowiec bardzo przystępnie opisał swoją analizę tak twórczości pisarza jak i jego osoby.

Magia ekranu

"Prokurator Alicja Horn" 1933
Mostowicz widząc jak szybko rozwija się sztuka filmowa, potrafił dostrzec zasady jakimi należy się kierować tworząc scenariusz filmowy. Zachowały się jego analizy tych zagadnień. Podobno dla specjalistów ciekawe i pożyteczne.
"Znachor" został napisany od razu w formie scenariusza. Trzy wytwórnie filmowe odrzuciły go stwierdzając, że historia na film się nie nadaje. Mostowicz rad nie rad, przerobił scenariusz na powieść i wydał w 1937 roku. Efekt?
Te same wytwórnie natychmiast zaproponowały autorowi jej sfilmowanie. Film z Junoszą Stępowskim w roli tytułowej powstał w tym samym roku i był sukcesem. Dwa scenariusze Dołęgi - Mostowicza, zakupiła amerykańska wytwórnia filmowa w 1939 roku. Honorarium autor odebrać nie zdążył...

Popularność, pieniądze i wygodne życie

Wydawane dwie powieści rocznie, tantiemy z ich ekranizacji przynosiły Mostowiczowi ogromne dochody. Mogło to być nawet kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Dla porównania, ówczesna pensja wojewody to około tysiąca złotych.
Lata 30-te
Po latach ciężkiego życia, nieraz na skraju nędzy, pławił się teraz w luksusie. Zamieszkał w pałacyku u zbiegu ul.Pięknej i Al.Ujazdowskich.
Dziś
Miał służbę. Ubierał się u najlepszych warszawskich krawców. Zawsze bez względu na pogodę chadzał z parasolem, wzorem ówczesnych dandysów. Bywał w najmodniejszych lokalach i był wielce pożądanym gościem na wszelkich towarzyskich spotkaniach.  Lubił takie życie. Pomagało mu to także w pomnażaniu popularności, która przekładała się na sprzedaż książek, zatem na pieniądze. Korzystał z tych pieniędzy, jakby przewidując, że jego czas, który dał mu los, albo jak kto woli Bóg, jest krótki. Kupił sobie wspaniałego białego Buicka, komentując to w swoim stylu: "Zamiast pomnika wolę Buick'a". 

Lubił i z powodzeniem grywał w golfa. Druga modna wówczas rozrywka jaką był tenis nie była jego domeną. Na korcie radził sobie marnie i śmiejąc się z siebie twierdził:
"Siatka przedzielająca kort jest dla mnie za wysoka, a siatka go otaczająca... za niska". 
Zadowalał się zatem miejscem na widowni, przy okazji prestiżowych turniejów tenisowych.
Uwielbiany przez kobiety, popularny, mogąc zyskać wszystko co jest dostępne za pieniądze nie zatracił się w zabawie i samozadowoleniu. Był niezwykle zdyscyplinowany i pracowity. Bez względu na to gdzie był, kilka godzin dziennie pisał. Jasne chyba, że dwie powieści rocznie i scenariusze filmowe nie powstawały same. Bardzo wysoko umiejętność konstruowania powieści oceniał współczesny mu Gombrowicz, zaznaczając także swój podziw dla samodyscypliny i praktycznego podejścia Mostowicza do życia.
Ciesząc się swoim bogactwem, umiał się też nim dzielić. Chętnie obdarowywał przyjaciół, wspierał potrzebujących, był fundatorem stypendiów. Szanował też swoich czytelników, rozumiejąc, że dzięki nim odnosi sukcesy. Na ogromne ilości listów, które otrzymywał, zawsze odpisywał. W swoim domu przyjmował przyjaciół, znajomych, ale i obcych ludzi, nie odmawiając im chwili rozmowy, a gdy uznał to za zasadne, także pomocy.

Śmierć wśród bochenków chleba

41-letni bogaty i ustosunkowany Tadeusz Dołęga - Mostowicz, z łatwością mógł uniknąć mobilizacji. Z obozem rządzącym jak wiadomo dzieliła go co najmniej niechęć, obustronna zresztą. Miał chore serce. Chore, ale jednak szlachetne. Można nie lubić lub nawet nienawidzić władzy, ale dla normalnego człowieka to nie powód, żeby wypiąć się na swój kraj. Zaciągnął się jako ochotnik i wyruszył na wojnę jako kapral podchorąży.
O jego losach na początku wojny nie wiadomo mi nic. Nie wiem czy brał udział w jakichś walkach. Pojawił się w połowie września w Kutach n/Czeremoszem. Niegdyś piękne miasteczko na granicy polsko-rumuńskiej. Oaza tradycji i kultury Ormian, którzy stanowili znaczną część jego mieszkańców. 
Tam zginął Tadeusz Mostowicz. Wersji jego śmierci jest kilka, a licząc powstałe z nich kompilacje, naliczyłem ich kilkanaście. Niektóre absurdalne, niektóre wzajemnie wykluczające się.
Jedną z tych najbardziej idiotycznych warto przytoczyć i pomyśleć o ludzkiej nienawiści, zazdrości i głupocie:
Uciekającego ku granicy swoim luksusowym kabrioletem Mostowicza, dosięgnąć miała 17.IX kula nieokreślonego patrolu. Tak pisał St.Brucz. Niedoważony poeta, rówieśnik Dołęgi, zazdrosny o jego sławę i bogactwo. Nawet zatem po jego śmierci nie omieszkał go opluć. 
Inna relacja mówi o zastrzeleniu podczas rozbrajania przez zajmujące Kuty czołówki armii sowieckiej. Rosjanie weszli do Kut 21.IX. I ta historia, choć bardziej realna nie jest raczej prawdziwa.
Najwięcej świadectw mówi o pojawieniu się T. Dołęgi - Mostowicza w Kutach 17 lub 18.IX. Czy to samorzutnie czy też z czyjegoś rozkazu, miał z innymi żołnierzami tworzyć oddziały, mające za zadanie chronić w zaistniałym chaosie mieszkańców i uciekinierów. Pojawia się też informacja o przyłączeniu kpr.-podchr. T.Mostowicza do batalionu mjr-a Henryka Piątkowskiego.
W dniu 20.IX, ciężarówką wraz z kierowcą (por. Wojda?) transportował chleb z miejscowej piekarni dla koczujących po drugiej stronie granicy żołnierzy i uchodźców.
I tu znów dwie sprzeczne możliwości. Według pierwszej, pojawiają się 3 sowieckie czołgi poprzedzające zbliżające się oddziały radzieckie. Seria z karabinu maszynowego w kierunku uciekającej ciężarówki trafia pisarza, ciężarówka wywraca się, a jego ciało leży wśród rozsypanego pieczywa. Takie ustalenia po latach poczynił St. Nicieja i opisał je.
Druga możliwość przyjęta przez biografa Mostowicza, prof. J.Rurawskiego różni się tym, że to żołnierz polskiego patrolu posłał śmiertelną serię, omyłkowo uznając jadącą ciężarówkę za nieprzyjacielski pojazd. Po stwierdzeniu fatalnej pomyłki, żołnierz miał być wg. Rurawskiego rozstrzelany na rozkaz swojego dowódcy.
Wszystkie relacje mają swoich "naocznych" świadków wymienianych z imienia i nazwiska. Niektóre opisują takie szczegóły jak odnalezienie przy zabitym zdjęcia żony z małym synkiem (!) czy dziennik, którego zapiski urywały się na dniu wyjazdu z Warszawy. Nawet byłoby to całkiem wiarygodne, tylko... Mostowicz nie miał żony i jak zaręcza jego najbliższa rodzina, nigdy nie prowadził dziennika ...

"Non omnis moriar"

Ostatnią znaną nam powieścią Tadeusza Dołęgi - Mostowicza jest "Pamiętnik pani Hanki". To satyra opisująca elity władzy schyłku II Rzeczpospolitej, z perspektywy niezwykle głupiej żony dyplomaty, która jest tu komicznym narratorem. Gorzka to powieść tak jak "Kariera Nikodema Dyzmy". Znawcy literatury twierdzą, że "Pamiętnik pani Hanki" to najlepsza powieść Mostowicza. Ja tego nie umiem ocenić, ale jest warta przeczytania. Jej ekranizacja z lat 60-tych, mimo znakomitej obsady jest już raczej średniej jakości.
Lucyna Winnicka jako tytułowa "Pani Hanka"

Podobno na ukończeniu, w 1939 roku była historyczna powieść, już z kategorii literatury wyższej. Zaginęła.
W PRL, po 1950 roku wycofano z bibliotek i zniszczono wszystkie książki Mostowicza. Wspomniany już St. Brucz i jemu podobne gnomy, Mostowicza i cały jego dorobek literacki poniżały chwytając się każdego oręża. W różnych okresach przypisywano mu najróżniejsze nieprawdziwe skłonności polityczne, co jest o tyle głupie, że choć czynnie przeciwstawiał się niedoskonałościom czy zasadniczym błędom sanacji, to nie był ani endekiem ani jednoznacznym zwolennikiem jakiegokolwiek nurtu politycznego. Ale cóż to w PRL znaczyło. Nawet gen. Anders był w razie potrzeby przyrównywany do faszystów.
W 1956 roku powrócił z niebytu Dołęga - Mostowicz. Film "Nikodem Dyzma", jest pierwszą powojenną adaptacją jego powieści. Publiczność zachwycona była tą ekranizacją. Ja przyznam, że za filmem tym nie przepadam. Może dlatego, że nigdy nie lubiłem A.Dymszy. Nie jestem zatem w stanie być obiektywnym widzem.
Z czasem w telewizji przypominano niektóre przedwojenne filmy oparte na powieściach Mostowicza.  Można je oglądać z sentymentem, nie bacząc, że gra aktorska jest teatralna, ale taki wtedy był styl.
W 1981 r. powtórna realizacja "Znachora" z Jerzym Bińczyckim w roli tytułowej, nakręcona przez J.Hoffmana. Wiem, że jest to zdaniem wielu, film/powieść dla kucharek. Dlatego mimo, że prócz wody nic ugotować nie umiem,
jestem KUCHARKĄ ! 
Lubię ten film, dobrą grę aktorską, a kiedy (trzeźwy tym razem) Stockinger pędzi bryczką pełną róż do młyna... to się wzruszam.
Niewątpliwie, nakręcony w 1980 serial "Kariera Nikodema Dyzmy", najbardziej utrwalił na nowo pamięć o Mostowiczu. Zasługa tu oczywiście:
  • fenomenalnej kreacji Romana Wilhelmiego
  • świetnej gry Barszczewskiej, Bończaka, Pawlika czy wielu innych
  • dobrze ułożony jest też scenariusz i dialogi, z których fragmenty przeszły do codziennego naszego języka. 
Ale nie powstałby ten serial bez dobrego tworzywa jakim jest powieść "Kariera Nikodema Dyzmy".
Chyba wszystkie powieści doczekały się już wznowień, w większym czy mniejszym nakładzie. Z tych, które przeczytałem, żadna nie sprawiła mi zawodu.
Zatem twórczość tego który wolał Buick'a od pomnika trwa. Może dla większości tylko dzięki postaci Dyzmy. Krętacza i kombinatora, który robi karierę, korzystając z przypadku i ułomności systemu. Bez względu na czas, system i obowiązujące trendy, jakiegoś "Dyzmy" zawsze doszukać się możemy.  Czasem na siłę, czasem żenujące są to porównania.
Myślę, że ten symbol to jednak nie jedyna spuścizna po Tadeuszu Dołędze - Mostowiczu. Jeśli umieszczamy go w kategorii pisarzy obiegu popularnego - klasy B, to chyba wśród tych drugorzędnych był pierwszorzędnym. Bo do dziś trwa. Gdzie są współcześni mu: Marczyński, Urke Nachalnik, Zarzycki, Nasielski? Tylko w krótkich biogramach.

O trwałości różnych "wiecznych" rzeczy powiedział kiedyś sam Tadeusz Dołęga - Mostowicz:
"Są trzy rzeczy wieczne: wieczna miłość, wieczne pióro i wieczna ondulacja. Z tych trzech rzeczy najtrwalsze jest wieczne pióro".





 
  


30 maja 2015

Orłowo - Kolibki

Przez lata, głównie z powodu pracy, podróżowałem dużo po całej Polsce. Korzystając z okazji, wyszukiwałem ciekawe miejsca związane z historią. Robiłem zdjęcia i szukałem w różnych źródłach jakiejś głębszej wiedzy na ich temat. Samo dotknięcie kawałka historii jest przyjemne, a zbieranie wiedzy na jego temat bywa fascynujące. Bardzo mi tych przygód teraz brak, choć wierzę, że zdążę jeszcze je wznowić. 
Ale mieszkam w Gdańsku, gdzie takich historycznych śladów, a czasem zagadek, jest mnóstwo. Na każdym kroku. Też można tu takie przygody przeżyć. Tyle, że żyjąc tuż obok i potykając się o te ślady niemal codziennie, przestajemy je zauważać. W żadnym z koziołkowych pisałków nie opowiadam o historii wielkiej, bo nie jestem zawodowcem. Moje małe odkrycia mi wystarczą. A kto z Was nie zaśnie lub nie przełączy się na fascynujące newsy o nowym adoratorze Dody czy "niepowtarzalnej i kultowej" apaszce Jacykowa, dowie się o ciekawostkach dotyczących małego obszaru Kolibki-Orłowo...

Zdjęcie które zna cały (?) świat

Niemiecki Wehrmacht łamie szlaban na granicy polsko-niemieckiej w dniu 1 września 1939 o świcie... Ani Wehrmacht, ani na polsko-niemieckiej, ani o świcie.

Zatem o tych trzech "aniach":

  • Na zdjęciu są żołnierze jakichś formacji granicznych czy też może tzw. Rezerwy Policji ? Z pewnością nie jest to Wehrmacht. Mamy też funkcjonariuszy policji.
  • Skoro propaganda niemiecka powielała to zdjęcie jako ilustrację zwycięskiego i łatwego przejścia granicy polsko-niemieckiej, to warto pamiętać że Kolibki-Orłowo to granica między Polską a Wolnym Miastem Gdańsk.
  • Gdyby utrwalone tu łamanie szlabanu odbywało się 1.IX o świcie, to rozradowani Niemcy mieliby dziury w plecach.
Dlaczego w plecach? Bo łamiący szlaban stoją po polskiej stronie, plecami w kierunku Gdyni. W tle jest nasyp kolejowy, który kierunki na fotografii określa bez wątpliwości.
Zdjęcie wykonano jak sądzę gdzieś w godzinach południowych 1 września, kiedy nasi żołnierze wycofali się czasowo, o czym w następnym akapicie.
Autorstwo zdjęć przypisuje się Hansowi Sonnke, który miał swój zakład przy ulicy Długiej (Langgasse) w Gdańsku. Na odbitkach są stemple laboratorium Foto - Sonnke. Może zdjęcia robił osobiście, może jego pracownik? A może jedynie otrzymał zlecenie wywołania dostarczonej kliszy ? Nieistotne chyba. Nikt nam już nie opowie jak to było...
Często spotykam informacje, że to symboliczne i powszechnie znane zdjęcie wykonano w połowie września po odejściu 2 MPS na Kępę Oksywską. Jednak pojawiło się ono w niemieckiej prasie 2 lub 3 września. Zatem wszystko jasne. Prawie...
Ujęć utrwalono kilka. Różnią się szczegółami, dlatego umieściłem oprócz widoku ogólnego zbliżenie. Sami popatrzcie.
Może i jedna data i druga są częścią prawdy? Może scenę sfotografowaną spontanicznie 1 września, powtórzono dwa tygodnie później i zrobiono jeszcze serię innych zdjęć, jak np. to:

A więc wojna ...

Ppłk. Ignacy Szpunar
Rejon Kolibek należał do odcinka, którego bronili żołnierze 2 Morskiego Pułku Strzelców pod dowództwem ppłk. Ignacego Szpunara. Około 5.00 rozpoczął się ostrzał artyleryjski, a 30 min. później ruszył atak oddziałów gen. Eberhardta na polskie pozycje. Saperzy pod dowództwem plut. Gierałtowicza zdążyli przed nadchodzącymi Niemcami wysadzić most kolejowy na trasie Sopot - Gdynia. Główne natarcie zgodnie z przewidywaniem ruszyło wzdłuż szosy gdańskiej i toru kolejowego Sopot - Gdynia.
Niewielkie wzniesienie 400-500 m na północ od granicy przy szosie gdańskiej. Na nim mały cmentarz i kościół św. Józefa. Tu przygotowani, czekali żołnierze II batalionu. Już podczas ostrzału artyleryjskiego ponieśli poważną stratę. Niemiecki pocisk zniszczył stanowisko karabinu maszynowego, zabijając 3 żołnierzy obsługi. Placówka wytrzymała jednak natarcie, ale około godziny 10 została wycofana ze względu na możliwość oskrzydlenia. Po całodziennych walkach na obszarze Kacka i Orłowa Niemcy wycofali się na pozycje wyjściowe, pozostawiając jednak liczne ubezpieczenia po polskiej stronie granicy. Ponieśli straty większe niż przewidywali. Nocą z 1 na 2 września kontratak dwóch kompanii zlikwidował niemieckie placówki, odzyskał pozycje wokół kościoła św. Józefa i wszystkie inne stanowiska z wyjątkiem wzgórza 84,3. Nasi żołnierze wdarli się na teren Sopotu osiągając rejon ulic Taubenwasserweg (Malczewskiego) i Grosse Katzer Strasse (23 marca). Po wycofaniu, zajęli pozycje na pierwotnej linii obrony. 
Walki w tym rejonie trwały do 12.IX i polegały na wzajemnych wypadach. Polscy żołnierze mimo ostrzału artylerii lądowej i okrętowej utrzymali główną linię obrony. Wycofanie wymuszone było niepomyślnym rozwojem walk na innych odcinkach. Żołnierze II MPS do końca walczyli w obronie Gdyni i Oksywia. 
Około 150 z nich spoczywa dziś na redłowskim cmentarzu. Zgodnie ze swoją wolą, jest z nimi już na zawsze ich dowódca ppłk. Ignacy Szpunar (zm. 1947).

Co zobaczymy dziś ?

Zaczęło się od rozmowy o zdjęciu o którym piszę na początku. Na dalsze pytania odpowiadałem już niepewnie. Moi rozmówcy, z racji swego wieku uważają, że jestem niewiele młodszy od miasta w którym mieszkam. Zacząłem zbierać informacje i wybrałem się też na niedaleką przecież wycieczkę...

Placówki graniczne

Tuż przy jezdni (kierunek Gdynia - Sopot) pozostał blok betonu, który był elementem zapory przy posterunku gdańskiej kontroli celnej.

Na zdjęciu z sierpnia 1939 widzimy ten sam betonowy klocek i Niemca patrzącego w stronę Gdyni. 
Gdyby stanął tu dziś, zobaczyłby...

... i w chwilę później przejechałby go samochód.
Jeszcze jeden świadek historii, to drzewo widoczne na zdjęciu z 1939 r., które przetrwało i choć urosło to można je po rozwidleniu głównych konarów rozpoznać:
Mówimy czasem: "Nie było nas, był las..." itd. To dobra ilustracja tej ludowej mądrości. 
Idąc dalej w stronę Gdyni, przekraczamy ówczesną granicę na Swelinie. To jeden z potoków w tej okolicy, a prawdę powiedziawszy strumyk. Dziś także wyznacza granicę, ale jedynie administracyjną, między dwoma polskimi miastami.
Niewiele kroków na północ od Sweliny przejść trzeba, żeby odnaleźć jedyny (?) ślad po polskiej placówce granicznej. To kanał rewizyjny dla samochodów na polskim posterunku celnym, oddany do użytku w końcu 1938 r.

 

Cmentarz w Kolibkach

Jadąc al.Niepodlełości w kierunku Gdyni, po prawej stronie mijamy mały parking przy skwerku z obeliskiem upamiętniającym walczących tu żołnierzy polskich. 
Na tej samej wysokości, pas zieleni rozdzielający obie jezdnie al.Niepodległości rozszerza się i przechodzi w niewielkie wzniesienie. U jego południowego skraju była przez wiele lat stacja CPN. Kilka lat temu została zamknięta. I dobrze, bo wyjazd z niej, przy obecnym natężeniu ruchu był powodem wielu kolizji i wypadków. Budynki i instalacje rozebrano, teren uporządkowano. Wówczas także zniknęły ostatnie ślady okopów 2 MPS, będące pozostałością po wspomnianej wcześniej, pierwszej pozycji obrony w Kolibkach.
Przejeżdżając często obok tej zadrzewionej gęsto "wyspy", nawet nie wiemy (?), że jest tam cmentarz. Dziwne usytuowanie, bo właściwie dostęp do niego jest odcięty przez nieprzerwany sznur pojazdów jadących w obu kierunkach. Nie zawsze tak jednak było. Dawna Szosa Gdańska to nitka al.Niepodległości z Gdyni do Sopotu. Jezdnia biegnąca w stronę przeciwną, powstała na początku lat 50-tych XX w. Dziś mamy dość szerokie dwie asfaltowe jezdnie, ale jeszcze w końcu lat 60-tych zachowana była w dobrym stanie przedwojenna nawierzchnia szosy gdańskiej z eleganckiej ciemnej bazaltowej kostki. Niejeden motocyklista zapoznał się z nią blisko i boleśnie jeśli umknęło jego uwadze, że właśnie spadł deszcz czy też przyszedł lekki przymrozek.
Sam cmentarz, przez lata zaniedbany i zapomniany, dziś dzięki staraniom i pracy wolontariuszy jest uporządkowany, a groby zabezpieczone przed dalszym zniszczeniem przez czas i głupich ludzi. Od 2007 r. cmentarz jest ogrodzony solidnym stalowym płotem i regularnie sprzątany.
Cmentarz powstał w 1902 r. dla zmarłych mieszkańców Kolibek i Orłowa. Wcześniej katolicy chowani byli na cmentarzu wielkokackim, a luteranie w Małym Kacku. Obok cmentarza znajdowały się dwie kapliczki, domek organisty, szkółka katolicka i szpital dla ubogich. Po tych budynkach nie ma już śladu.  Zachowały się tylko schodki betonowe prowadzące do bramy cmentarnej, bezpośrednio z szosy gdańskiej. Można je zauważyć jadąc od Gdyni do Sopotu (po lewej). Sam cmentarz przestał pełnić swoją funkcję w 1946 r. 
Nawiasem mówiąc, groby mają być miejscem wiecznego odpoczynku i spokoju. Tu ma się to inaczej. Po obu stronach szum samochodów, a tuż za ulicą ruchliwa linia kolejowa. Sądzę, że niejeden z szacownych nieboszczyków, gdyby mógł, zabrałby trumnę na plecy i powędrował gdzieś w spokojniejsze miejsce.


Kościół św. Mikołaja ufundowany przez ?


Widok od strony Gdyni
Na tym samym wzniesieniu, niespełna 200 m dalej w stronę Gdyni stał niewielki kościół św.Józefa. W wielu źródłach znalazłem wzmiankę o tym, że jego fundatorką była królowa Marysieńka. Ponieważ zbudowany został w latach 1763/64, to fundatorka musiałaby swoją wolę wyrazić z zaświatów (zmarła w 1716 r.). W rzeczywistości budowniczym kościoła był właściciel dworu i majątku w Kolibkach, hr. Józef Przebendowski. Był wnukiem Piotra Jerzego Przebendowskiego, który majątek nabył od Jakuba Sobieskiego, syna pary królewskiej. W kościele wśród cennych obrazów był obraz namalowany dla królowej Marii Kazimiery. Taki to rzeczywisty, ale pośredni związek Marysieńki z kościołem w Kolibkach.
Kościół służył okolicznym mieszkańcom do wybuchu II Wojny Światowej. 
Ciekawy i ładnie ilustrowany opis cmentarza i kościoła znajdziecie w artykule Dariusza Sobeckiego:

Odnalezione i oznaczone fundamenty kościoła
Podczas wrześniowych walk budynek nie był poważnie uszkodzony. Rozebrany został całkowicie przez Niemców do wiosny 1940 r. Prace wykonywali zapędzeni do niej okoliczni mieszkańcy. Usunięto nawet niemal całkowicie fundamenty. Cenne obrazy z kościoła św.Józefa przeniesiono do kościoła na Witominie, gdzie spłonęły w 1945 r. W 1999 r. z inicjatywy Towarzystwa Przyjaciół Orłowa odsłonięto i zabezpieczono obrys fundamentów kolibkowskiej świątyni. Maleńkiej, dziś obecnej już tylko na fotografiach i oby w naszej pamięci.

Taka to moja podróż po śladach historii, licznie zgromadzonych na bardzo małym obszarze. W tekście uparcie używam określenia Niemcy, a nie jak nakazuje dzisiejsza moda: naziści, hitlerowcy, faszyści. Oni nie byli bezpaństwowcami czy przybyszami z zaświatów, choć swoim postępowaniem okrutnym i głupim, demony z czeluści piekieł przypominali. W żadnym wypadku jednak nie zachęcam do pielęgnowania nienawiści i przenoszenia jej na dzisiejszych Niemców, których kochać nie musimy, ale dobrze jeśli umiemy się wzajemnie szanować, a może czasem przyjaźnić.
III Rzeszy i jej sowieckiemu sojusznikowi "zawdzięczamy" to, że 50 lat nie mieliśmy swojego państwa. Początek tego ponurego dramatu miał miejsce między innymi w Kolibkach. Oby były miejscem pamiętanym z szacunkiem i refleksją, pobudzającą do mądrych wniosków. A kto może, niech czasem zapali świeczkę na zagubionym w okolicznym wielkomiejskim ruchu małym cmentarzyku. 
Nieistotne? Być może...

22 maja 2015

Oby "Kiepskich" i "M jak miłość" kręcono jeszcze wiele lat !

Sam tytuł sugeruje, że uderzyłem głową w skrzynkę na listy lub jestem pod wpływem środków zaburzających świadomość w stopniu znacznym. 
A jednak Wasze przypuszczenia są błędne ... Zdaję sobie sprawę, że oba seriale są tragedią w kilkuset aktach i to nie w pojęciu tragedii greckiej niestety.
Zdarzyło mi się napisać o Czterech pancernych w zestawieniu ze Stawką większą niż życie. Przy okazji zaś ponurej historii wyjątkowej gnidy, jaką był Ludwik Kalkstein zebrało mi się też na wspominki o Czarnych chmurach.
Te trzy seriale są arcydziełami w zestawieniu z M jak miłość czy Światem według Kiepskich, o których teraz w kilku słowach...

Definicja serialu wg SEK

(SEK - Samozwańcza Encyklopedia Koziołkowa):

  • Serial opowiada jakąś historię prawdziwą.
  • Fabuła umieszczona jest na tle prawdziwej historii, ale żyje sobie własnym życiem. Osadzona w prawdziwym świecie, prawdziwe zdarzenia wykorzystuje instrumentalnie, tworząc własne w sposób bliski lub daleki od nich. 
  • Przypadek trzeci to fabuła całkowicie zmyślona i nawet miejsce akcji może być abstrakcyjne. 
Każdy z tych trzech szablonów może być podstawą do produkcji serialu będącego dobrą rozrywką. A jeśli stanowi jakieś źródło rozważań i daje nam jakąś wiedzę to znakomicie! 
Serial tworzy zamkniętą całość lub jest cyklem pojedynczych opowieści - odcinków, które łączy ze sobą jedynie główna postać (postacie). To częsty przypadek w serialach kryminalnych. W każdym jednak przypadku, jeśli serial liczy kilkadziesiąt odcinków staje się nudny, niestrawny, a z czasem upiorny.

"Świat według Kiepskich"

Zanim zacząłem układać swoje pokrętne myśli na temat seriali i "seriali", obejrzałem co najmniej 5 odcinków tej produkcji. Zatem jakieś wyobrażenie o całości mam. Niekłamany i bez krzty ironii podziw mam dla pomysłu i realizatorów w zakresie komercyjnym. To produkcja trafiająca do ogromnej rzeszy obsesyjnych zjadaczy telewizora zapewniająca dobry efekt finansowy. I właściwie na tym koniec. Ale...
Według badań statystycznych "Kiepscy" mają ogromną widownię, co przekłada się na cel finansowy producenta, a ja nie znam naprawdę NIKOGO kto tę produkcję ogląda (?!).
Dlaczego :
A/ Nie mam znajomych ?
B/ Nigdy nie spotkałem ludzi z nizin intelektualnych ?
C/ Widzowie plebejskiej rozrywki wstydzą się swoich gustów?
                                 (zaznacz "C")
Tacy w swej masie jesteśmy. Aspirujemy do grup intelektualnie wyższych, nawet jeśli nie mamy do tego podstaw. Swojej mierności się wstydzimy, nie mając jednocześnie chęci do nadrabiania zaległości w edukacji czy choćby obyciu.
Nawiasem mówiąc, aspirowanie do grup wyższych, bez względu na poziom startowy jest zjawiskiem wielce pozytywnym! Pod warunkiem że mobilizuje nas to do ... czegokolwiek.

"M jak miłość"

To serial inny, niż bazujący na dowcipie niższym niż Gang Olsena, Kiepscy , ale czy lepszy? Być może miał jako swój "target" ludzi normalnych, szukających w okienku telewizyjnym spokojnej opowieści o życiu rodziny i perypetiach ten spokój burzących. Tak jak przed laty radiowi Matysiakowie. Jakieś codzienności i jakieś niespodziewane zdarzenia. Mniej czy bardziej prawdopodobne, ale odnoszące się do rzeczywistości bliskiej naszemu otoczeniu. I tu pochwalę się, że znam osoby które pierwsze kilkadziesiąt odcinków oglądały.
Pomysł niezły, skupiający uwagę. Zatem sukces? Oczywiście, tyle że porażka idzie o krok za sukcesem. Widownia była tak liczna, że powstał wokół serialu cały komplet przedsięwzięć. Objazdy po kraju, spotkania z widzami i wszystko co tylko dało się zrobić dla pomnożenia popularności, a zatem dochodu. Nie udało się oczywiście nauczyć aktorstwa "cichomroczków", ale można ich było wylansować i wciąż straszą swoim wizerunkiem w reklamach i programach typu "Taniec z gwiazdami" itp. Programy są zresztą tej jakości co i gwiazdy. Ciągle też przelatują dokuczliwe... muchy.
M jak miłość to już chyba 10 lat i ponad 1000 odcinków. Nawet przy największym zaangażowaniu i talencie scenarzystów serial musiał stać się gniotem z najstraszniejszych snów. Wyczerpały się już możliwości wszelkich układów damsko-męskich w dowolnych konfiguracjach. Odkryto już wszelkiego rodzaju tajemnice z młodości czy dzieciństwa bohaterów. Dobrzy schodzili na drogę występku, źli skruszeni wrócili na drogę cerowanej cnoty. Ale ile jeszcze można ?

Zmierzch Rancza

Ten serial oglądam i choć nie widziałem pierwszych dwóch serii, to oglądając trzecią z rosnącym zainteresowaniem, nadrobiłem zaległości. Teraz czasem z braku innych rozrywek oglądam dawne odcinki śmiejąc się i bawiąc znakomicie. "Ranczo" broni się dobrym dowcipem, pogodnym nastrojem małej społeczności Wilkowyj i dobrą, a w niektórych wypadkach świetną grą aktorów. Seria w której finale Lucy Wilska zostaje wójtem, kończy się symboliczną sceną:
Na cmentarzu przy grobie Japycza (L.Niemczyk) spotykają się koledzy z przedsklepowej ławeczki i wypowiadają kilka zdań bezpośrednio do widza. O tym, że trzeba wiedzieć kiedy skończyć. I nie jest to nawiązanie do słów tow. Milera, który nawiasem mówiąc skończyć wciąż nie może. Odnosiło się to do seriali które ciągną się bez końca. Bez sensu zresztą także. Ranczo miało być tym serialem, którego produkcja kończy się zanim jego popularność spadnie.
Jednak sukces skusił producentów i scenarzystów... Powstały kolejne serie. Dziś wyświetlane są kolejne odcinki z numerem >100. Cóż, jakoś serial nadal się broni bo są pomysły na nowe wątki, ale nawet ja patrząc z bezkrytyczną życzliwością widzę, że proces zjadania własnego ogona już się zaczął. I w tym wypadku zatem słowa piosenki Młynarskiego:
"... trzeba wyczuć kiedy w szatni, płaszcz pozostał przedostatni..."
nie znalazły zrozumienia.

Skąd zatem moje idiotyczne marzenie wypowiedziane na wstępie?!

Otóż spersonalizuję ten powód na dwóch przykładach. 
Pierwsza to

Andrzej Grabowski

Ceniony aktor teatralny. Znany z ról dramatycznych i komediowych. W filmach wcielał się także w różne role z powodzeniem. Co jakiś czas widujemy go w dobrych i zgrabnie przedstawianych monologach satyrycznych.
Kiedy pojawił się jako Ferdynand Kiepski spotkał się ze strony niektórych kolegów po fachu z pewną niechęcią czy nawet ostracyzmem. Mówił o tym w wywiadach, ale z umiarkowanym żalem. Praca w teatrze rozwija i daje mu satysfakcję zawodową, natomiast raz w roku w kilkutygodniowym maratonie morderczej pracy produkuje postać Kiepskiego. Duży to wysiłek, ale jak mówi otwarcie, zarobek wielokrotnie przekraczający  jego roczną gażę teatralną.
Czy niechętna reakcja kolegów to pogarda dla chałtury niegodnej prawdziwego artysty, a może zwykła niska zazdrość?


Druga osoba to

Teresa Lipowska

W teatrze nigdy nie miałem okazji jej oglądać. W filmach grywała sporo, ale raczej role dalszych planów. Chyba z talentem i dobrze. Ja w każdym razie polubiłem ją. Jak sama powiedziała: w ostatnim etapie życia zawodowego dostała pracę, która pozwala jej zarobić na więcej niż bułkę z masłem.

I wypowiedzi tych dwóch osób są dla mnie argumentem wystarczającym. 


Cieszyć się możemy, że im los dał szansę zarabiania atrakcyjnych pieniędzy. Że w produkcji dla ludu? Chwała pewnie żadna, ale i żaden wstyd. Od samego początku telewizja była rozrywką dla szerokich mas. A te szerokie masy trudno posądzać o wyrafinowany gust i pożądanie inteligentnej rozrywki. Telewizja serwuje nam rozrywkę coraz bardziej miałką, masy stają się coraz głupsze. Takie sprzężenie zwrotne dodatnie.
Niech więc zatem pani Teresa i pan Andrzej zarabiają pieniądze jeszcze wiele lat i cieszą się nimi jak tylko potrafią!

A my? Zawsze możemy przełączyć kanał, a i mamy czarodziejski guziczek ze znaczkiem ON/OFF na każdym pilocie. Konstytucja gwarantuje mi prawo do NIEoglądania tego czego nie lubię. Zapewniam, że i Wam to prawo nie zostało odebrane. Może kiedyś.... 


  

15 marca 2015

"U Pana Boga za piecem" ?

Gdzieś jest. Może właśnie tam, a może nie. Każdy sobie to jakoś wyobraża. Boję się ludzi którzy "wiedzą na pewno". Z nich rekrutują się ci którzy niszczą wszystko...

10-III-2015 zmarła Agnieszka Kotlarska. Wiadomość pojawiła się gdzieś na marginesach prasy i e-prasy. Niektórzy oburzyli się, że brak jakiegoś większego nagłośnienia. Dlaczego? Po co i komu to potrzebne? Jej? Chyba tylko pamięć tych naprawdę bliskich jest ważna. A szum i gwar medialny, potrzebny tylko dziennikarzom, a jeszcze bardziej dziennikarzynom, którym codziennie rano szef każe wynaleźć newsa. No i ... koziołki sobie przy tej okazji porozmyślają i Wam głowę pozawracają.

Agnieszka Kotlarska ukończyła PWST w 1996 r. Występowała w latach 1994-2002 w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Mogliśmy ją oglądać na ekranie, w kilku różnej jakości serialach. Filmach niewielu. Ostatni to "Chce się żyć" (2013). Tytuł w dzisiejszej sytuacji wydaje się, że ma metafizyczne znaczenie. Nie dorabiajmy czegoś czego nie ma. 
Informacje o zawodowej drodze aktorki musiałem zaczerpnąć z portalu Filmpolski, bo właściwie nie utkwiła mi w pamięci z jakiejkolwiek roli z wyjątkiem jednej...

"U Pana Boga za miedzą"

Trzeci  i ostatni film z tryptyku Jacka Bromskiego. Policjantka Marina Chmiel jest tam istotną postacią. Bardzo kobiecą, delikatną, ale z racji zawodu i zamiłowań, groźną jak Rambo i Terminator do kwadratu. Ale kto by nie chciał być hołubiony i pieszczony przez nią tak jak Staś Niemotko?

O wszystkich trzech częściach można powiedzieć, że są naiwne, nierealne, może nawet głupie? Oczywiście. 

Czy każdy film musi mieć głębokie przesłanie?

To co Bromski pokazuje to coś fajnego. Enklawa wyizolowana ze świata z którym mamy do czynienia na co dzień. Gdzieś w podlaskim regionie, o którym mało wiemy, ale mamy swoje wyobrażenia. Fabuła tym wyobrażeniom nie przeczy, a oswaja nas z nimi i kusi. Bo jest tam fajnie. Proboszcz wywodzący się z miejscowego ludu, inteligentny i wykształcony, ale rozumiejący proste schematy rządzące życiem ludzkim. Burmistrz piszący beznadziejne wierszyki, dobry mimo że chwilami infantylny. Komendant policji będący ilustracją dowcipów o nierozgarniętych policjantach, ale uczciwy i w trudnych momentach umiejący się znaleźć. 
Wszyscy trzej żyją i działają w pewnej symbiozie pomagając sobie wzajemnie, a przede wszystkim tej osobliwej, może nierealnej społeczności Królowego Mostu.

Przyznajcie się ! 

Gdziekolwiek mieszkacie, chcielibyście przeprowadzić się w miejsce gdzie ksiądz jest ludzki, komendant policji uczciwy, a burmistrz, choć prochu nie wymyśli, to porządnie się zachowuje.
I dodatek do tego wyimaginowanego świata  - ex-gangster Bocian. Od początku budzi sympatię. Kiedy rozprawia się z gangiem Gruzina dorównuje Clarkowi Gable i J.Wayne'owi. Emilian Kamiński jest tu świetny. Stanowi pewien dodatek sensacyjny do sielskiego świata Królowego Mostu. 
Nie będzie dalszych części, bo odeszli już:
- kościelny Józuś
- burmistrz 
a teraz i st. inspektor Marina Chmiel... 

- Marina? Skąd takie imię? - pyta w gospodzie Bocian
- Mój tata lubił piosenkę "Marina, Marina, Marina" i stąd ten wybór.
- Ale to chyba dawno było...

"Dawno i nieprawda" - mawiał czasem mój Tata. Ale jakaś wdzięczność pozostanie za obrazek, choćby nierealny, przyjemnego świata. I element tego obrazka, to rola odegrana porządnie przez Agnieszkę Kotlarską.