17 kwietnia 2016

"Ptyś... Pogrzeb !"

To pierwsze zdanie z niezbyt wyszukanego dowcipu, popularnego wśród dzieci starszych, które jako dzieci młodsze oglądały dobranockę "Gąska Balbinka". Drugie zdanie wypowiedziane przez Ptysia, zamyka całość. Sądzę, że je znacie ...
Choć o pogrzebie będzie mowa, to nie bez przyczyny zacząłem lekko i bez powagi. Kto wytrzyma do końca, ten się dowie.

Czy lubimy sobie "grzebać" ?

Efekty pracy archeologów stanowią coś co można nazwać materiałem dowodowym do przekazów historycznych. Opisy zawarte w dokumentach są często niespójne, niepełne. Im dawniejszą historię badamy, tym prace archeologiczne mają większe znaczenie.
Panowie z łopatkami i miotełkami, odnajdując pozostałości siedzib dawnych społeczności, określają ich stopień rozwoju. Nie od razu po zejściu z drzewa i stanięciu na tylnych łapach staliśmy się ludźmi. Wykopaliska pozwalają ocenić stopień ucywilizowania naszych przodków. Jednym z jego wyznaczników jest zwyczaj grzebania zmarłych. Pochówki miały różną formę i oprawę. Dziś niektóre z tych rytuałów nie do końca umiemy sobie wytłumaczyć. Zawsze miały ogromne znaczenie religijne i obyczajowe. I śmiem twierdzić, że religia to ogromna wartość. Dziś deprecjonowana przez ogromną grupę "niby-katolików". Paradoksalnie, ci najbardziej gorliwi w klepaniu paciorków, ośmieszają religię. Chyba tylko z przyzwyczajenia kojarzymy ich z chrześcijaństwem.

Hołd czy terapia ?

Ceremoniał pogrzebu jest naszym wyrazem przywiązania do zmarłej osoby. Pożegnaniem. W każdej pewnie kulturze, uroczystości pogrzebowe wyrażają szacunek dla zmarłego. Ale to towarzyszenie nieboszczykowi w drodze do jego ostatniego mieszkania (2x1m) istotne jest dla nas, nie dla niego. Bo on już przeszedł granicę i nic go z tej drogi nie zawróci. Bez względu na to czy droga to donikąd, czy do innego świata.
To wszystko najbardziej potrzebne jest nam. Tym którzy tu zostają i czekają na swoją kolej. Pogrzeb i wszystko co z nim związane, ma nam ułatwić przeżycie traumy związanej z odejściem kogoś dla nas ważnego. Musimy się oswoić z tym, że go już nie ma. Jeśli potrzebujemy, to najzwyczajniej wypłakać się trzeba. Wspólnie z innymi powspominać i utwierdzić się w przekonaniu, że pamięć o tej ważnej dla nas osobie zostanie. Jest namiastką jej obecności. Obecności ponadczasowej, "zwyciężającej" śmierć ...
Pamiętam nekrolog, który ukazał się po śmierci Bogusza Bilewskiego. Śmierci przedwczesnej. Każda jest przedwczesna, jeśli zabiera kogoś kogo odbieramy pozytywnie. We wspomnianym nekrologu, po wszystkich zwyczajowych formułach i informacjach, zamieszczono takie mniej więcej zdanie:
... "Po pogrzebie zapraszamy wszystkich na spotkanie (tu podane miejsce i godzina) gdzie będziemy wesoło wspominać naszego Kolegę"
Wesoło ?! Tak, wesoło ! Bo to ma sens. Jeśli kogoś lubiliśmy, stanowił pozytywną część naszego świata, to tak powinniśmy spędzać czas rozmawiając o nim. O tym co robił, mówił i jakie to miało dla nas znaczenie.
Pamiętam spotkanie po pogrzebie mojego Taty. Chyba kilkanaście może niewiele ponad dwadzieścia osób. Kawa i takie sobie zwykłe rozmowy. W pewnym momencie, ciekawe i anegdotyczne wspomnienia poprowadził najstarszy brat Taty - Zbyszek. Każdy od siebie coś dopowiadał. I tak trudny ten wieczór, każdemu z nas stał się lżejszy. Śmierci nie cofnął, ale uświadomił nam jak wiele dobrych i mądrych rzeczy mój Ojciec swoim życiem nam dostarczył. Nota bene, Wujek Zbyszek był fenomenalnym gawędziarzem i do końca życia pogodnym człowiekiem. Pożegnaliśmy i Jego, 12 lat później. Z żalem. Ale też spotkanie rodzinne było serią dobrych wspomnień, o dobrym człowieku... A Jego zdjęcie wciąż stoi u mnie na półce. Zdjęcie pogodnie uśmiechniętego Wujka Zbyszka. Prawidłowo powinienem nazywać Go stryjkiem, ale jakoś w rodzinie tego określenia się nie używało. Imponuje mi Paweł. Kto zna ten zrozumie.

Pogrzeb jako wydarzenie towarzyskie (!)

Każdy z nas w pogrzebach uczestniczy. Nawet jeśli tego nie chce i unika, to w jednym uczestniczyć będzie, choćby nie wiem co wyczyniał... Własnym !
W szybkim przebiegu naszego krótkiego czasu spotykamy się na tzw. "osiemnastkach", później na weselach, chrzcinach. Bez względu na wiek, na imieninach. Świętujemy także czasem nasze 40-ki, 50-ki ... A w końcu spotykamy się także na pogrzebach. Uczestniczymy w nich zwykle z potrzeby serca, ale czasem z obowiązku, przypadku, ciekawości.
Szczególnie w niewielkich społecznościach pogrzeb jest też okazją "pokazania się". Panie w nowej sukni, panowie jakimś nowym, choćby pożyczonym samochodem.  Bywają też ludzie, którym wielką satysfakcję sprawia odegrany teatralny spazm czy szloch, bo choć na moment skupiają uwagę niczym gwiazda na scenie. Pamiętam taką scenę... Tej akurat nie wybaczę.

"Małe" ceremonie

Niekoniecznie wielkie wieńce, potoki łez i paradne orszaki są oznaką naszej przyjaźni i szacunku dla zmarłego.
Kilka lat temu, niespodziewanie zmarła moja koleżanka, a chyba chciałbym powiedzieć przyjaciółka. Nie była to bliska czy długa znajomość, ale odbierałem ją jako bardzo serdeczną dla mnie osobę. Śmierć Sarenki zaskoczyła wszystkich. Ją samą także. Nie zdawała sobie sprawy, że uciążliwe dolegliwości są oznaką śmiertelnej choroby.
Nie mogłem pojechać na pogrzeb. Nie mogła tego także zrobić Anna, która Weronikę-"Sarenkę" także bardzo lubiła. Przed pogrzebem, w jesienny, deszczowy wieczór powiedziała: 
"Nic nie mogę zrobić. Myślę o Sarence, która w zimnej chłodni leży, czekając na pogrzeb. Zapaliłam dla niej świeczkę"
Może to dla Was nic nie znaczy, ale ta świeczka dla Sarenki, to w moim pojęciu, jak 1000 wielkich zniczy.
Dwa lata później udało się dotrzeć na Cmentarz Rakowicki i po niemal godzinnych poszukiwaniach, w deszczu i chłodzie, odnaleźć grób Sarenki i położyć na nim jedną czerwoną różę. Czy Sarenkę to ucieszyło?

Oswajanie ze śmiercią

Podobno jedyne co różni nas od innych zwierząt, to świadomość, że czeka nas śmierć. Kiedy jesteśmy małymi dziećmi, zwykle panicznie się jej boimy. Będąc nastolatkami zyskujemy irracjonalną pewność, że jesteśmy nieśmiertelni. Później jest różnie. 
Generalnie jednak śmierci się boimy. A może nie? Pomijając sytuacje kiedy przytłoczy nas życie i ciosy od tych, których uważaliśmy za niezawodnych przyjaciół, to sądzę jednak, że tak. 
A może jest tak jak ktoś zróżnicował:
"Nie boimy się śmierci tylko umierania. Gdybyśmy bali się śmierci, balibyśmy się zasnąć co wieczór"
Tak czy inaczej, od zarania dziejów staramy się z tą śmiercią oswoić. Temu służą żałobne ceremonie. Jeszcze ćwierć wieku temu normalnym było przygotowywanie zwłok przez najbliższych. A i nieboszczyk leżał w domu oczekując na pochówek, a nie jak dziś, w zakładzie pogrzebowym. To też było oswajanie ze śmiercią.
Dziś już to niespotykane. Wszystkim zajmują się firmy pogrzebowe.
Może zmniejszeniu naszego strachu służą także niezliczone dowcipy, których śmierć jest tematem? 

Ten który pomagał

Pomagał stanąć do nierównego pojedynku. Pojedynku ze śmiercią. Pojedynku, który przegrać musimy. 
Ksiądz Jan Kaczkowski
Pomagał w tej przegranej, tak żeby nie odbierała godności. Żeby złagodzić strach.
Bardzo to fascynująca postać. W swoim krótkim życiu wiele dokonał. Wybrał trudny zawód. Wiele poświęcił czasu na naukę. Wykorzystywał swoją wiedzę i zapał pomagając ludziom. Zdawał sobie sprawę ze swoich zdolności showmana i umiał je w sposób pożyteczny wykorzystać. Ku pożytkowi tych którymi się opiekował.
Mógł swoją inteligencję i wiedzę wykorzystać w swoim zawodzie i być może dojść do wysokich stanowisk. Nie zrobił tego. Czy wybrał dobrze dla siebie ? Nie wiem. Ale z pewnością jego wybór był korzyścią dla licznych, umierających w jego hospicjum. Dawał im szansę na godne umieranie, pomoc w prozaicznych życiowych kwestiach, pociechę duchową i wsparcie.
Choć paskudna kostucha dopadła księdza Kaczkowskiego w bardzo młodym wieku, to dzięki temu sam mógł dać świadectwo, że to co robił dla ludzi umierających, robił z przekonaniem. Przez kilka ostatnich lat, z ogromną umiejętnością przekazywał nam wszystkim, jak można czekając na bardzo bliską śmierć, oswajać się z nią i nadal funkcjonować. Sam dla siebie także umiał być wsparciem. Dziwne zdanie mi wyszło, ale ja tak to rozumiem. 
Na ile jego wypowiedzi były aktorstwem mającym nam dać siłę, a na ile wynikały z jego przekonania nie wiem. Ale imponował mi odwagą i opanowaniem.
Zabierał głos w wielu kwestiach trudnych. Pewnie nie we wszystkim można się z nim zgodzić. Ale ja przyjmuję to tak:
Jego wiedza w kwestiach etyki była tak ogromna w porównaniu z moją, że byłbym głupcem, gdybym chciał z jego poglądami dyskutować. Mogę co najwyżej pilnie czytać/słuchać i próbować się uczyć, wyciągać wnioski.
Poraził mnie artykuł pewnego człowieka, który "analizując" jedną z wypowiedzi ks. Jana Kaczkowskiego, "pouczał" jego i nas jak bardzo sprzeczna jest z zasadami wiary chrześcijańskiej i jak bardzo jest szkodliwa. Artykuł napisany z ogromną umiejętnością budowania zdań, sprawiających wrażenie, że autor jest człowiekiem, którego inteligencja dorównuje wykształceniu. Treść jednak temu przeczy. Profesor filologii polskiej z Łodzi, chciał zaistnieć i pewnie w jakiś sposób osiągnął cel. Mnie przekonał. Przekonał o tym, że intelektualny gnom, będzie gnomem, nawet jeśli ma tytuł profesora. 

Dobre (?) pożegnanie

1 kwietnia odbył się pogrzeb ks. Jana Kaczkowskiego. Napodróżował się po śmierci trochę. Uroczystości w Pucku, potem w Sopocie. Na cmentarz sopocki przyszło mnóstwo ludzi. Władze miasta moim zdaniem zachowały się jak należy. Trasa przejazdu udekorowana flagami narodowymi z czarną wstęgą. Karawan w eskorcie policji i kilku karetek pogotowia. Karetek, którymi przyjechali podopieczni ks. Kaczkowskiego, żeby mimo swej choroby towarzyszyć mu w ostatniej ziemskiej drodze. Dobre to "zejście ze sceny", któremu towarzyszyli także marynarze z garnizonu gdyńskiego.
Byłem tam też i ja. Nigdy nie spotkałem księdza Kaczkowskiego. Nikt z moich znajomych nie był jego podopiecznym, a jednak chciałem tam być. Bo był dobrym człowiekiem. Podziwiam go.

Czemu zacząłem od przytoczenia głupawego dowcipu o Balbince?
Bo ks. Kaczkowski wśród licznych zdolności, miał ogromne poczucie humoru. Dystans do świata i samego siebie. Nawet dystans do osobistej tragedii. W jednym z wywiadów powiedział, że tak zwyczajnie, po ludzku, boi się. Boi się śmierci, a właściwie cierpień konania. A z drugiej strony ciekaw jest tego co się dzieje po śmierci. Teraz już wie... Zazdroszczę mu trochę. I zazdroszczę błyskotliwej inteligencji.    
 
 
 
 

29 marca 2016

Czekam na pierwszy wyrok sądu ...

Jednych uspokoję innych rozczaruję. Nie siedzę w "hareście" i nie czekam na rozprawę. Przypomnę historyjkę sprzed lat, która mnie ubawiła. I podzielę się przemyśleniem. Jak zwykle koziołkowym. Co oznacza jego pokrętność i logikę dość swobodnie pojmowaną. Zrozumiałą dla innych koziołków i koziołkopodobnych. 
Słowem ręczę, że przytoczona historia jest prawdziwa.

Zenon B. i jego spotkanie z Temidą

Na początku lat 90. przeczytałem w "Gazecie Gdańskiej" notatkę, której treść własnymi słowami przytoczę:
Dnia (...) w Tczewie, nocny patrol policyjny zauważył wybitą szybę w sklepie z artykułami RTV i AGD. Policjanci stwierdzili włamanie. Wezwali kolegów, którzy zabezpieczyli sklep, a sami zaczęli rozglądać się po okolicy. Nie szukali długo. Kilkadziesiąt metrów od obrabowanego sklepu znaleźli jakąś pokrywkę od prodiża, kawałek dalej jakiś kabel. Tak po nietypowych śladach dotarli do niewielkiej starej kamienicy. Na klatce schodowej, na najwyższym podeście zobaczyli skuloną postać. Podeszli do niej. Oświetlony latarkami człowiek, spytał policjantów rzeczowo:
- Czego chcecie chuje ?
Był to sprawca włamania. 
Bez trudności obezwładnionego, tczewskiego Arsena Lupin odstawiono na komisariat. Sprawa była prosta, więc po spełnieniu wszystkich procedur, niefortunny włamywacz stanął przed sądem z zarzutami:
1/ kradzież z włamaniem
2/ słowna obraza funkcjonariuszy na służbie
Sąd wydał wyrok skazujący Zenona B. na karę więzienia, ze stosownych paragrafów dotyczących pierwszego zarzutu. Natomiast zarzut obrazy funkcjonariusza na służbie został ... oddalony.
Otóż przeprowadzony na polecenie sądu, wywiad środowiskowy wykazał, że w środowisku w jakim wychował się i mieszkał nadal Zenon B., zwracanie się do kogoś per "ch ..." nie jest uznawane za formę obraźliwą.
I tak dzięki temu werdyktowi sądu, banalne włamanie zyskało wymiar satyryczny. Jak już obśmiałem się jak norka, to po zastanowieniu stwierdziłem, że uzasadnienie takiej decyzji jest w pewnym sensie logiczne. 

Zatem na jaki wyrok czekam ?

Nawet jeśli, ktoś tak jak ja, ostentacyjnie i na każdym kroku oświadcza, że polityka go nie obchodzi, to jest to fałsz. Chcemy czy nie, polityka wielka, mała, a także ta skarlała dotyczy każdego. Jesteśmy jej elementem czynnym lub biernym. Niezwykle rzadko bywamy jakiejkolwiek polityki podmiotem. 
Skoro w naszym wydaniu ten świat polityki zamienił się w rewię kuglarzy, bufonów i najróżniejszej maści oqrwieńców, to zaczęły obowiązywać stosowne do naszego coraz niższego poziomu zasady. W polskiej polityce ludzi będących autorytetami już prawie nie ma. Jedni nie godząc się na to, że obecna polityka polega na dogadzaniu gawiedzi, odeszli z niej rozumiejąc, że nic nie zdziałają mówiąc do nielicznych, a będą opluwani przez tłumy. Inni odeszli z tego świata, a i ich ochoczo opluwamy, bo ogromnie to lubimy.
Właściwie co chwila, któryś z celebrytów polityki rzuca w innego ciężkimi oskarżeniami. Łapówkarstwo, nepotyzm to już drobiazgi. Teraz wali się z grubszej rury, zarzucając przeciwnikom zbrodnie, zdradę. Nie wiem jakich "argumentów" będą używać kiedy i te spowszednieją. Może coś w stylu: diabeł, antychryst? Może będą się po prostu publicznie bić po pysku, a w intymnej przestrzeni sejmowej toalety sikać na siebie jak podwórkowe koty to czynią?
Często jeden czy drugi komediant partii X, podaje drugiego komedianta z partii Y do sądu, domagając się skazania go za obrazę czy zniesławienie. Sąd chce czy nie, musi takie sprawy rozstrzygać. Choć często bardziej są błahe niż spór o gruszę między rodziną Rzędziana a Jaworskimi. 
I tak sobie myślę, że kiedyś dojdzie do procesu w takiej na przykład sprawie:
Poseł X został nazwany przez posła Y "Ch... złamanym w trzech miejscach". Na co poseł Y oświadczył na manifestacji PRAWDZIWYCH Polaków, że matka posła Y pije wodę po pierogach.
Po przesłuchaniu świadków i analizie materiałów dowodowych zebranych przez służby śledcze, sąd stwierdzi:
Pan X jest posłem trzech kadencji, natomiast pan Y uczestniczy w wiecach i manifestacjach w imię... czegokolwiek od 14 lat. Sąd stwierdza zatem, że obaj obracają się w kręgach gdzie nie istnieją już żadne słowa mogące być uznane za obraźliwe i godzące w honor. Sprawa zamknięta !

Będzie tak kiedyś? Śmieszne? Nie za bardzo ...
Niektórym rozpalonym głowom przypomniałbym coś jeszcze. Dziś Kodeks Boziewicza to pamiątka i ciekawostka dawnych czasów. Poważnie odwoływać się do niego nie można. Jednak jeśli słyszę jak któryś z naszych polityczków oskarża drugiego o obrazę godzącą w jego honor, to warto i tę archaiczną definicję osoby honorowej sobie przypomnieć:

"Pojęciem osoby, zdolnej do żądania i dawania satysfakcji honorowej albo krótko: osobami honorowymi lub z angielskiego: gentlemanami nazywamy (z wykluczeniem osób duchownych) te osoby płci męskiej, które z powodu wykształcenia, inteligencji osobistej, stanowiska społecznego lub urodzenia, wznoszą się ponad zwyczajny poziom uczciwego człowieka."
/Kodeks Boziewicza rozdział 1; art.1/ 

A ten poziom coraz niższy. Odwołam się do symboliki bliskiej wyznawcom religii smoleńskiej. Nie zauważyliśmy, że zeszliśmy już poniżej wysokości decyzji i pędzimy ślepi dalej. Nie da się już "odejść na drugi krąg". Za późno... Zawczasu nie było nikogo kto mógłby taką decyzję wydać i kogo byśmy posłuchali? Winni jesteśmy wszyscy. Wszyscy czyli nikt? I tak siebie rozgrzeszamy. Ja też.



26 marca 2016

Czy trzeba kłamać ?

Na takie pytanie, każdy odpowiada NIE... i każdy kłamie. Jedni dla doraźnej lub trwałej korzyści, inni ze strachu, czasem dla wygody. Zdarza się, że okłamujemy kogoś, żeby oszczędzić mu prawdy, która w naszej ocenie jest zbyt bolesna.
To będzie historia dwóch kłamstw. Jednego błahego, które uratowało być może życie wielu ludzi. Drugie zaś popełnione zostało nieświadomie i bez złej intencji zaciążyło na życiu jednego człowieka i naszej o nim pamięci.

Kłamstwo pierwsze

18 marca 1943 Gestapo aresztowało Henryka Ostrowskiego, jego żonę Walentynę i Stanisława Ciszewskiego ps. Cichy. Henryk Ostrowski ps. Heniek był wówczas hufcowym Harcerskich Grup Szturmowych PRAGA.  Rewizja w mieszkaniu była pobieżna. Gestapowcy od razu zajęli się taboretem i zawartością skrytki w nim zabudowanej. Jasnym było, że wiedzieli o niej. Zabrali również księgi buchalteryjne sklepu prowadzonego przez małżeństwo Ostrowskich. Była w nich zaszyfrowana ewidencja Harcerskich Grup Szturmowych PRAGA.
Dzięki uzgodnionym podczas transportu zeznaniom, Walentyna Ostrowska i Stanisław Ciszewski zostali ze śledztwa wyłączeni jako nieistotni.
Heniek zeznawał mądrze. Nie zaprzeczał temu na co jednoznacznie wskazywały przedmioty i dokumenty znalezione u niego. Wymieniał pseudonimy, osoby nieistniejące lub nieżyjące. Szeroko opisywał nieistotne rzeczy, jak np. instrukcje dotyczące sprzętu itp. Jak sam wspominał po latach, pomimo napięcia i tortur, kontrolował w pewnym sensie przebieg przesłuchań, dzięki miernej inteligencji gestapowców, którzy go przesłuchiwali i katowali.
Zadziwiająca była szczegółowa wiedza Niemców o niektórych akcjach. Między innymi wysadzenie przepustu kolejowego pod Radomiem 31.XII.1942. Ta wiedza i feralny stołek ze skrytką, przekonały Ostrowskiego, że jego aresztowanie było skutkiem zdrady i rozpracowania przez kogoś z bliskich współtowarzyszy. Gestapowcy opisali też szczegółowo potyczkę z żandarmerią do jakiej rzekomo doszło po radomskiej akcji. Czegoś takiego nie było i uparte zaprzeczenia "Heńka" spowodowały kolejne bicie, ale i sprawdzenie. Okazało się, że mówił prawdę. Takiego incydentu nie odnotowano. Pomogło to aresztowanemu. Stał się dla przesłuchujących bardziej wiarygodnym od ich informatora.
Henryk Ostrowski miał przedwojennego bliskiego kolegę, Stefana Pietrusińskiego. Pietrusiński był jego przybocznym w drużynie przed wojną. Podczas okupacji pracował na kolei. Zaprzysiężony pod pseudonimem Albert, działał w strukturze wywiadu Szarych Szeregów. Podczas jednej z wizyt u Heńka, opowiedział o tym jak otarł się o śmierć, kiedy pociąg którym jechał został wysadzony. Zmieszany Ostrowski przyznał, że brał udział w tej akcji. Dla rozładowania napięcia, opowiedział barwnie, zmyśloną historyjkę o starciu z żandarmami, w której jakoby również mógł zginąć.
Niewinne kłamstwo, w dobrej intencji, okazało się ważkie. Dzięki temu Ostrowski dowiedział się kto go zdradził.
W wyniku znanej wszystkim, akcji pod Arsenałem (26.III.1943) odbito Jana Bytnara "Rudego". Henryk Ostrowski także odzyskał wolność. Choć tak jak reszta więźniów (z wyjątkiem Rudego) musiał sobie poradzić sam. Udało mu się szczęśliwie dotrzeć do bezpiecznego miejsca unikając powtórnego schwytania. Śledztwo prowadzone przez jego przełożonych i staranne przesłuchania wykazały, że zachował się po aresztowaniu rozsądnie i mimo fatalnego położenia nie dał się złamać. Otrzymał kolejną ważną funkcję w konspiracji pod nową tożsamością. 

Kłamstwo drugie

Maltretowanego Rudego, Niemcy skonfrontowali z Heńkiem, przedstawiając go jako zdrajcę. Prosty chwyt, który każda policja stosowała i stosuje.
Taką przyczynę swojego aresztowania, przed śmiercią, przekazał kolegom i przełożonym Rudy. Trudno go winić za to.
Aleksander Kamiński opisał historię Zośki, Rudego i Alka w książce "Kamienie na szaniec", wydanej w warunkach konspiracyjnych, kilka miesięcy po akcji pod Arsenałem. Celem było pokazanie młodzieży wzorca przyjaźni, patriotyzmu i bohaterstwa jakim była niewątpliwie postawa żołnierzy Harcerskich Grup Szturmowych. Powieść oparta na prawdziwych wydarzeniach przyjęta została jednak wprost. Jako udokumentowanie ciągu prawdziwych wydarzeń. I tak niestety wielu z nas postrzega ją do dziś.
Nie umniejszając zalet wychowawczych "Kamieni na szaniec", trzeba uznać, że wątek Heńka jako zdrajcy, stał się osobistą tragedią Henryka Ostrowskiego. Choć sam do końca życia zabiegał o publiczne sprostowanie fatalnego zniesławienia i wspierali go w tym jego wojenni przełożeni, to wersja literacka postaci, której był pierwowzorem wygrała z prawdziwym Heńkiem. Heńkiem - Henrykiem Ostrowskim, który był odważnym żołnierzem i dobrym dowódcą.
W 1977 roku powstał film Jana Łomnickiego "Akcja pod Arsenałem". Dobrze zrobiony, w dobrej obsadzie.  
Film jest jednak ekranizacją książki Kamińskiego, a nie paradokumentem. 
Heniek, jest tu znów przedstawiony jako ten, który złamany w śledztwie, wydał kolegę. 
Szkoda ! Można było to sprostować. Konsultantem filmu był przecież Stanisław Broniewski - Orsza. Znał cały mechanizm niefortunnych zdarzeń. Ale konsultant na planie nie decyduje o zmianach scenariusza. Został napisany jako przeniesienie wątków książki. A można było ... Ale takie prawo twórcy.
Wiele lat na zebranie faktów i ułożeniu z nich ciągu wydarzeń poświęcił prof. Grzegorz Nowik. Zebrał je w skromnej książeczce:
Tu dowiemy się o dalszych losach osób, biorących bezpośredni lub pośredni udział w wydarzeniach związanych z aresztowaniem i odbiciem Jana Bytnara - Rudego. Dowiemy się też o ludziach, których zdrada doprowadziła do śmierci wielu dzielnych żołnierzy konspiracyjnej armii. Profesor Nowik opowiedział też w przystępnej formie o błędach i zaniechaniu procedur. Powiększyły one zakres strat. Warto przeczytać tę publikację, a niespełna 100 stron w małym formacie nie zajmie Wam wiele czasu.

Po przeczytaniu publikacji Grzegorza Nowika, postanowiłem napisać ten kolejny urywek "Koziołkowych myśli". Cierpliwych i stałych czytelników mam niewielu. Tych, którzy mają odwagę podzielić się tu na blogu swoimi uwagami, zaledwie kilku. Jest jednak o wiele większa niż sądziłem rzesza tych, którzy zaglądają tu przypadkiem, biegając po internecie. Jeśli z tej grupy choć jeden sięgnie po książkę "EPILOG do Kamieni na szaniec", a 11 powie:
 "O! Nie wiedziałem",
uznam że warto było. Warto było poświęcić czas, żeby choć koziołkowym pobekiwaniem upomnieć się o zgodną z prawdą pamięć o Henryku Ostrowskim.
I jeszcze jedno... Pomyślmy o tym jak rzucona w świat mediów świadomie lub nie, opinia, plotka może zaciążyć na czyimś losie. Dotyczy to spraw wielkich i małych. Ludzi z pierwszych szeregów i tych z "szarych" szeregów. Tych wybitnych, którzy byli lub są prawdziwymi "kamieniami na szaniec" i tych którzy byli i są cząstką codzienności. Może powinniśmy o tym pomyśleć w odniesieniu do dzisiejszych, złych czasów, gdzie nie ma już autorytetów?

05 marca 2016

Małe tęsknoty, ciche marzenia...ale i koziołkowe radości

Dużą przyjemność sprawia mi oglądanie skoków narciarskich. To jedna z dyscyplin sportowych ogromnie widowiskowych. Podziwiam też odwagę skoczków. W decydującym momencie, na progu skoczni muszą wykonać coś co jest przeciwne odruchom bezwarunkowym a niezbędne dla oddania dobrego skoku. Sam byłem kilkanaście lat temu na skoczni w Garmisch-Partenkirchen i kiedy spojrzałem w dół zrobiło mi się mdło.
Naszym skoczkom obecny sezon 2015/16 nie udał się. Nie wiem dlaczego. Ci którzy znają się na tym snują niezbyt zrozumiałe dla mnie wywody, o przyczynach niepowodzenia. A ja chciałbym żeby Kamil Stoch wrócił do mistrzowskich wyników. Chciałbym, żeby obok niego w pierwszej dziesiątce plasowali się jego koledzy. Tak się nie dzieje, a mimo to oglądam kolejne zawody Pucharu Świata z przyjemnością. Bo to współzawodnictwo w dobrym wydaniu. Bo każdy zawodnik robi wszystko co może, żeby osiągnąć najlepszy wynik. Jeśli krzywimy się na wynik Stefana Huli czy Dawida Kubackiego w drugiej dziesiątce, to zastanówmy się. W tych zawodach nie startują paralitycy, czy entuzjaści sportów zimowych z Sudanu, którzy tydzień temu pierwszy raz zobaczyli śnieg i przypięli narty. To zawodowcy! Kilkudziesięciu najlepszych zawodników świata. I w tej grupie są nasi skoczkowie sięgający po miejsca w klasyfikacji takie, na jakie ich stać. Poniżej naszych oczekiwań, do których mamy prawo, ale wierzę, że ciężko pracując zasługują na szacunek i sympatię. Na podziw zaś, kiedy znów sięgną po miejsca w pierwszej piątce.
Wczoraj znów się w Wiśle nie udało. Najlepszy z polskich skoczków daleko od podium. Żal... Żal i rozczarowanie, systematycznie pogłębiane i podsycane niezbyt mądrymi dyskusjami Kurzajewskiego, Kota i paru innych w studio TVP.
Mimo to, widowisko świetne. Miło patrzeć na publiczność która dopinguje chyba wszystkich skoczków, a nie tylko swoich faworytów. Zawsze przyjemnie też zobaczyć jak rywalizujący ze sobą sportowcy okazują sobie wzajemny szacunek. Bez sztuczności moim zdaniem, szczerze gratulują tym z którymi przegrali przed chwilą. Zapał, zaangażowanie i ambicje nie czynią z nich wrogów.
Mimo, że Polacy wczoraj po laury nie sięgnęli to i tak swoje radości znalazłem.
Wygrał Roman Koudelka, dla którego było  to pierwsze zwycięstwo i miło było patrzeć jak się z niego cieszy. Czechom zawsze trochę kibicuję bo to nasi sąsiedzi, a niezwykle lubimy sobie z tej nacji drwić, czego się wstydzę. Zresztą chyba ze wszystkich lubimy, co jest jedną z naszych fatalnych ułomności. Do tego jesteśmy przeczuleni na punkcie naszej własnej godności, często niemądrze pojmowanej. 
Znalazło się też miejsce na podium dla Noriakiego Kasai, a tego niezniszczalnego Japończyka uwielbiają wszyscy. Myślę, że kiedy skończy 80 lat oświadczy, że będzie skakał w co drugich zawodach Pucharu Świata. I tego mu życzę. 

 

 

 

Bardzo to wszystko słodko napisałem. Czcionka Times New LUKIER-CUKIER. Dlaczego?

Dlatego, że męczy mnie wszechobecna wściekłość, nienawiść i agresja. Kiedy czytam, oglądam relacje medialne ogarnia mnie obrzydzenie. Nasze szaleństwo, które nabierało rozpędu z każdym rokiem teraz przyspiesza jak dobre Ferrari i z tego pędu tylko katastrofa być może.
Podzieliliśmy się już na nie wiem ile obozów i stronnictw, które funkcjonują tylko po to aby się nawzajem oskarżać, opluwać. Bez względu na to kto ten wyścig chamstwa i nienawiści rozpoczął efekty są straszne. Podzieliliśmy się wzdłuż, w poprzek i oskarżamy się o każde zło wzajemnie. To prawdziwe, domniemane i to wymyślone dla doraźnych celów. Wszystkie bez wyjątku ugrupowania budzą we mnie niechęć. Nawet już się z nich nie śmieję. Każdy odwołuje się do jakichś pryncypiów, każdy z tych klubików sobie przypisuje wyłączne prawo do racji i prawdy. Wszyscy tylko siebie uważają za Polaków, patriotów, demokratów, Europejczyków. Poprzedzają każdy z tych rzeczowników przymiotnikiem PRAWDZIWY. W domyśle, wszyscy pozostali prawa do tego nie mają i określani są jako wrogowie... Polski, prawa, niepodległości i diabeł wie czego jeszcze.
Maszerują tłumy i zbierają się demonstracje ZA i PRZECIW. Nie różnią się niczym.
Poziom tych tłumów jako całości jest jednaki. Prostackie i wściekłe wycie w obronie Rydzyka czy  Wałęsy wygląda tak samo. Zamiast autorytetów każda ze stron ma jakichś trefnisiów. I nie ma już dwóch stron. Jest ich wiele lub też nie ma żadnej.
Chciałbym żeby stał się cud i to wszystko zniknęło. Nie chcę już nawet doszukiwać się logiki w postępowaniu którejkolwiek ze stron bo mnie to przerasta. Dlatego wolę patrzeć na skoki, żeby nie widzieć i nie słyszeć tego festiwalu wściekłości. Po prostu szukam czegokolwiek przyjemnego. Tęsknię za spokojem, marzy mi się normalny świat. Skoro to niemożliwe, to może przestańmy chociaż zachowywać się jak bydło.
Wyjaśnię tylko:
Nie wiem czy jestem PRAWDZIWYM Polakiem, bo jakoś definicji nie znalazłem. Ale :
piszę na PRAWDZIWEJ klawiaturze, siedząc na PRAWDZIWYM fotelu, paląc PRAWDZIWEGO papierosa i pijąc PRAWDZIWĄ herbatę w PRAWDZIWEJ filiżance.
Zawołajcie mnie jak się ta wojna głupoty przeciw głupocie skończy. Chowam się do szafy ... PRAWDZIWEJ.

25 lutego 2016

Od Borek do ... ?


To kolejna koziołkowa śmiechotka. Trochę pożartuję sam z siebie, a trochę powspominam o ciekawych ludziach, których spotkałem. Może to wyglądać na podsumowanie,
choć wierzę, że nie ostateczne.
Czasu jednak coraz mniej ...

 

W internecie mieszka diabeł !

Dostępność internetu kilkanaście lat temu była ograniczona, a jej jakość kulawa. W krótkim czasie jednak, jako niezbędne narzędzie pracy, internet udoskonalił się. Korzystałem z niego w Traffic-u i później w DeCAPie. Nie bardzo miałem czas na wykorzystywanie go do zabaw, wirtualnych poszukiwań i podróży. Kiedy w 2002 roku podłączyłem swój domowy komputer do sieci, zacząłem tego medium używać także dla rozrywki. Przejrzenie stron "FU-FU-FU" zajmuje niewiele czasu i po krótkim czasie nudzi. Zatem, strony informacji bieżących, coś o ludziach, filmie, historii itp.
Trafiłem, błądząc raczej, niż podążając świadomie, na stronę Wirtualna Polska i znalazłem zakładkę z grami.
Szachy - nie umiem. Warcaby - też. Kości ... nieee, 3-5-8, kierki ... nieee... I widzę ... 
BRYDŻ !
Jak już nieraz pisałem, ta fascynująca gra, towarzyszyła mi od końca szkoły podstawowej, a na studiach była głównym sposobem spędzania wolnego czasu. Proza życia spowodowała, że nie było czasu na brydżowe wieczory po skończeniu studiów. Wiele razy próbowałem programów do gry w brydża. Nie są nawet namiastką prawdziwej gry. Ośmielę się na stwierdzenie, że łatwiej napisać zadowalający program do gry w szachy niż dobry program symulujący brydża.
Kiedy zobaczyłem gry na WP sądziłem, że to także gra z komputerem.
Oj strasznie ten kozioł nierozgarnięty...
Popatrzyłem na wirtualne stoliki, gdzie jakieś nazwy graczy były i wolne miejsca. Niezbyt dobra grafika pomnożona przez kiepską rozdzielczość mojego monitora nie zachęcały. Mimo to kliknąłem na klawisz "kibic" i bez wielkiego zaangażowania patrzyłem na jakąś grę, przypominając sobie zapomniane zasady. Byłem przekonany, że to jeden człowiek gra z trzema generowanymi przez program GIBami ! Określenie GIB także było mi wówczas nieznane. Aż tu nagle "komputer do komputera" pisze:
"Muszę kończyć, mam obiad. Będę jutro."
Cóż to jest ??? Diabeł siedzi w monitorze?! Zacząłem się zastanawiać i przeżegnałem się kilkakrotnie. Po katolicku i na wszelki wypadek prawosławnie. Bo jak wiecie u chrześcijan prawosławnych, Duch Święty na drugim ramieniu siedzi.
Kiedy opanowałem zdumienie i pojąłem, że to platforma na której spotykają się prawdziwi ludzie, dołączyłem do stołu. Moim pierwszym partnerem był Andrzej, matematyk z Warszawy. Jak po kilku miesiącach się przekonałem, miły, inteligentny. Człowiek z klasą.
Usprawiedliwiłem się na wstępie, że nie grałem ponad 10 lat i do klasowych brydżystów się nie zaliczam. Akurat trafiłem na ludzi o takim poziomie kultury, którzy własnych ułomności i frustracji przy zielonym stoliku nie muszą odreagowywać, więc grało się sympatycznie. Z pewnością wiele moich zagrań przyprawiało partnera o zawrót głowy i szczękościsk, ale był wyrozumiały.
Nie mam tzw. "iskry bożej" i raczej grajkiem jestem niż graczem. Czytam, uczę się, gram starannie, ale szczytów nie osiągam zbyt często.

Dyskomfort anonimowej gry

Jeśli ktoś z Was pamięta, to kilkanaście lat temu na Wirtualnej Polsce grało się na stoliku słupki kilkurozdaniowe, a wynik rozdania przeliczany był wg tabeli IMP. Nieco lepsze to niż zapis robrowy. O rozgrywaniu meczów i turniejach, nie było nawet mowy.
Niemal każdy wolny wieczór spędzałem przy tej zabawie brydżopodobnej. Odświeżałem teorię w oparciu o roczne wydanie miesięcznika "Brydż" z roku ... 1978 i spodobała mi się ta zabawa.
W krótkim czasie znalazłem grupę wirtualnych graczy z którymi dobrze spędzało mi się czas. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia jak wiemy. Skoro po latach wróciłem do gry dzięki internetowi, to marzył mi się prawdziwy brydż.
Okazało się, znów ku zdumieniu niezbyt rozgarniętego koziołka, że większość grających na WP, to prawdziwi brydżyści. Mało tego. Co 2-3 miesiące spotykają się i grają w realnym świecie. Pokusa była wielka ...

Wariacka wyprawa 

Możliwość zagrania po latach w turnieju, to pokusa nie lada. Nawet jeśli dostać baty, ale poczuć znów atmosferę prawdziwej rozgrywki. Bezcenne ! Poza tym jeśli się pozna ludzi, to później zabawa w internecie też bliższa prawdziwej grze. Partner choćby grał nawet z Cypru, przestaje być bezosobowym nickiem. Pokus zatem do wyjazdu wiele.
Nie sprzyjała tej decyzji moja praca. Dość trudny był to czas i nigdy nie wiadomo było o której godzinie dzień się skończy i o której zacznie kolejny. Nierzadko trudno było też zgadnąć gdzie ten dzień skończę i w jakim mieście będę musiał zacząć następny. Szef nas nie oszczędzał i wymagał wiele, ale i sam funkcjonował na obrotach grubo przekraczających ludzką wytrzymałość.
W piątkowe południe, przytłoczony zajęciami nie mogłem podjąć decyzji. Z Gdańska do Sulejowa kawałek drogi. Gorąco namawiała mnie na wyjazd Ewa z Wrocławia. Dwie osoby z Gdańska chciały się ze mną zabrać. Marnie argumentowałem, że zdecydować mogę późnym popołudniem. Postanowili czekać.
Raz się żyje ! Umówiłem się z Moniką i Rafałem, w ekspresowym tempie połatałem wszystkie służbowe sprawy i chyba około 18ej wyruszyliśmy. Od razu mi się humor poprawił. Moi pasażerowie okazali się młodymi sympatycznymi ludźmi i to był pierwszy dobry znak.
Jak na styczeń, droga była idealna. Sucho, bez śniegu i ruch niewielki. Butnie obwieściłem, że na 23-cią będziemy. Ale był to wieczór brzemienny w wydarzenia i znaki...
Kolejny był taki, że gdzieś koło Mławy samochód się zbiesił i przyspieszenie od 80 do 100 km/h mierzyć zaczęło się w minutach. Nie ma samochodów które się nie psują. Na szczęście są dobre serwisy. Telefoniczna diagnoza serwisu WiŻ doraźnie pomogła. Co 20-30 km postój na minutkę i tak skokami zmierzaliśmy do Borek nad Zalewem Sulejowskim.

Noc demonów

Szczęśliwie dojechaliśmy do OW Borki, który znałem ze szkoleń, a zapamiętałem z dobrego jedzenia i miłej obsługi. Tym razem na jedzenie było już mocno za późno. Zameldowaliśmy się w recepcji, zaniosłem bagaż do pokoju, zamieniłem garnitur na ludzkie ubranie i poszedłem szukać pawilonu gdzie trwał "wieczorek towarzyski", jak określiła go pani w recepcji.
Muzyka i dźwięki, które zwiastowały to co za chwilę zobaczyłem wskazały mi kierunek. Słychać było śpiewy i krzyki. Wszedłem na piętro i nie posiadałem się ze zdumienia. Gromada ludzi. Tańczących, biegających, przekrzykujących się. Sceneria trochę jak z surrealistycznych przedstawień. Zanim opanowałem zdumienie dopadł do mnie wrzeszcząc facet, którego nagi tors okrywała damska skórzana kamizelka. Wyściskał jak utęsknionego gościa i odbiegł w sobie znanym kierunku wyjąc radośnie.
Zameldowałem się organizatorom. Zapewnili, że partnera do gry sobie na sobotę znajdę i zaprosili do zabawy lub do brydża towarzyskiego w sali na piętrze.
Sala do gier obszerna i jasno oświetlona, ale obsadzone tylko trzy stoliki. Przy czym obsada o różnej kondycji. Przy pierwszym stole, czterech graczy całkowicie wyeliminowanych. Karty w garści i głęboki sen. Przy drugim, trzech mobilizowało czwartego, żeby nie odpłynął. Przy czwartym, cztery osoby grające i obok młoda dziewczyna w roli kibica. Przysiadłem, przedstawiłem się. Minę miała taką jakby straciła dorobek życia lub umarł jej kanarek. Po dłuższej chwili wykrztusiła:
- Naprawdę nie wiedziałam, że tak to wygląda. Też jestem tu pierwszy raz.
I tak... poznałem Ewę, która namówiła mnie na ten wyjazd. Naprawdę nie miałem żalu, o czym szczerze ją zapewniłem. Zebraliśmy komplet do następnego stołu i pograliśmy parę rozdań. Sympatyczna gra i stosowne napoje wprowadziły nas w dobry nastrój. Nawet Ewa zaczęła się uśmiechać. Noc była późna, więc dość krótka to była gra. Jednak zmęczenie i liczne emocje spowodowały, że trudno mi było zasnąć. Usiadłem zatem w holu i przyglądałem się hasającej, nieco już uszczuplonej gromadzie. Nagle zobaczyłem scenę, której nie zapomnę nigdy. Z kuchni wyszła elegancka pani, starannie ubrana, ze szklanką herbaty na tacy i majestatycznie przedefilowała pośród skacząco-tańczącej czeredy. Po chwili zniknęła w drzwiach swojego pokoju. Tak odbiegała swoją postacią i stoickim spokojem od scenerii, że była jak zjawa z innego świata. Osłupiałem i zdarzenie to będę pamiętał do końca życia. Była to Danka, z którą wiele jeszcze razy spotykaliśmy się na turniejach. Lubimy się chyba do dziś.
Oceniłem sytuację i uznałem, że turniej się nie odbędzie. Zatem w sobotę, po śniadaniu miałem zamiar wracać do Gdańska, odwiedzając Mamę po drodze. Znów jednak miałem się przekonać, że mądrość moja, jeśli w ogóle istnieje to gdzieś się wciąż głęboko skrywa.

The day after

Sobotni ranek przywitał mnie słońcem i dosłownie i w przenośni. Wszystko potoczyło się wbrew moim przewidywaniom znakomicie. Po śniadaniu zebrało się, tylko nieco przerzedzone, grono entuzjastów brydża i turniej się odbył. Jedna tylko para z tych które przystąpiły do gry nie sprostała trudnościom. Nie będących w stanie przejść od stołu do stołu po pierwszej rundzie sędzia wyprosił z sali. Gra toczyła się sprawnie, z emocjami w pozytywnym tego słowa znaczeniu i w dobrej atmosferze.
Drugi od lewej - "TUPOLEW"
I mnie los za daleką wyprawę nagrodził. Zagrałem ze studentem, którego nawet z netu nie znałem. Sympatyczny. Dobrze się nam grało i wielką przyjemność sprawiła mi jego radość z zajętego przez nas miejsca. Miał nick Tupolew, imienia nie pamiętam. Widzieliśmy się pierwszy i ostatni raz. Zginął tragicznie kilka miesięcy później... Nie wszystko w życiu jest zabawne.

Nie dajcie się zepchnąć do internetu !

Wróciłem ze zlotu w Borkach zachwycony i postanowiłem, że szansy danej przez los nie zmarnuję. 
Jeździłem na tyle brydżowych turniejów i zlotów ile tylko się dało. Poznałem wielu ciekawych i mądrych ludzi. Konfrontacja zachowań ze świata internetowej złudy z tymi w świecie realnym zwykle nie była rozczarowaniem. Z niewieloma wyjątkami i zaledwie kilkoma drastycznymi. Te spotkania dawały mi jeszcze satysfakcję w innym wymiarze. Brydż to okazja do obserwacji zachowań ludzkich, które czasem zaskakują, czasem są przewidywalne. Zawsze dają materiał do przemyśleń o innych, a także o sobie. Taki bonus. Dla mnie cenny. 
Weronika - "SARENKA"
Z różnych powodów skończyły się niektóre cykliczne spotkania. We Wrocławiu, organizowane przez Iskierkę i Hermesa. Turnieje poznańskie. Krakowskie turnieje Sarenki - Weroniki odeszły razem z nią... Nawet elitarne spotkania organizowane przez Fabiana zakończyły się. Pojawiły się jednak inne i tak to trwa nadal.
W międzyczasie rozwinęło się BBO i zabawa według możliwych do osiągnięcia brydżowych reguł w warunkach internetu, stała się całkiem fajna. Jeśli grywa się w brydża prawdziwego to świetne to miejsce do treningu, zabawy i zgrania z partnerem. Wszystko to całkiem ładnie pod warunkiem, że mamy możliwość gry. Ostatni turniej jaki grałem to Dąbrówno, ale... w 2012 roku. 
Od momentu zaprzestania gry w brydża, zabawa na BBO traci swój główny sens. Staje się rozrywką dość płytką, ale jednak lepszą chyba niż oglądanie 9999 odcinka kolejnego serialu w TV ?. Są oczywiście książki, które czytać lubimy i to wspaniale spożytkowany czas, ale ich nadmiar jak pokazuje przypadek Kajetana P. może być zgubny.
Chciałbym jeszcze kiedyś do brydża wrócić ... 
 

Uzupełnienie (26.02.2016)

Roger23
Kilka reakcji na FB, znaczy, że jakieś wspomnienia wywołałem. Kilka maili na adres sprzężony z blogiem świadczy o tym samym. Także o tym, że niektórzy z nas mechanizmy internetu opanowali, bo nigdzie i nikomu adresu tego nie udostępniałem. Dla piszących do mnie tą drogą informacja:
Jeśli chcecie, żebym Wasze myśli dołączył do bloga musicie to wyraźnie zadeklarować
Inaczej nie czuję się do tego upoważniony. 
Dzięki skrupulatności ZIZU alias GOSIACZEK w gromadzeniu historii zlotów, mogę uzupełnić swoje koziołkowe dumanie:


- organizatorami zlotu w Borkach byli: EVA23 i ROGER23 - D Z I Ę K U J E M Y !

Eva23

   


 










- wspomniany przeze mnie z sympatią, mój partner z turnieju w Borkach, TUPOLEW miał na imię Michał

- załączam też zdjęcie zbiorowe na którym znajomych znajdziecie


Prośba

Zwykle komentujecie "Koziołkowe myśli" na FB gdzie je anonsuję. Dla mnie to miłe, ale wpisy na FB są nietrwałe. Mój profil zniknie wraz ze mną i także Wasze komentarze, a blog "Koziołkowe myśli" zostanie. Piszcie zatem w komentarzach na blogu. Oczywiście jeśli uważacie, że warto :)