10 kwietnia 2013

Zginął komisarz Bromski ...

... powtarzając błąd R.Mosera (Tobias Moretti). 


W ubiegłym tygodniu zginął komisarz Marek Bromski, zasłaniając swoim ciałem powabną panią psycholog. Nie doczekał też przez to romansu, z sympatyczną policjantką, który był na wyciągnięcie... ręki. No trudno... Płakali wszyscy, a wśród nich Alex, którego chyba najbardziej było nam żal.
Oczywiście nasuwa się spostrzeżenie, że gdyby J.Wesołowski starannie przeczytał scenariusz odcinka, to nie dałby się zaskoczyć M.Żurawskiemu. Ten drugi z panów, też budzi współczucie, bo głównie zapamiętałem go z ról ludzi zdecydowanie negatywnych, a choć go nie znam, wydaje mi się człowiekiem sympatycznym.
Serial Komisarz Alex ma jednak dla mnie, absolutną zaletę. To historyjka, której bohaterem jest pies. A zwierzęta budzą we mnie zawsze ciepłe uczucia i więcej sympatii, niż większość ludzi. Polska produkcja jest kopią fabuły serialu Komisarz Rex, produkowanego w latach 1994 - 2004 w Austrii, a później we Włoszech. Przyznam, że zobaczyłem Rexa dopiero niecałe 2 lata temu i obejrzałem wszystkie odcinki. Jest to miła bajka dla dzieci w wieku od 6 do 106 lat i oglądam ją z przyjemnością. Cieszyłem się z figli Rexa i wzruszałem prawdziwie, kiedy rannego psa-policjanta ratowali medycy. Choć właściwie z góry wiadomo, że co możliwe, będzie miało happy end
Fabuła odcinków, w tego typu filmie ma dla mnie drugorzędne znaczenie, a wiarygodność umiejętności Rexa... ŻADNE. W tym zestawieniu wyczyny owczarka z Psa Cywila, wydają się niemal rekonstrukcją faktów. Jedyne czego Rex nie umie to, samodzielne wypełnianie formularzy policyjnych. Przymykam oko i nawet w sympatię austriackich policjantów, wobec nielegalnych imigrantów wierzę. Patrzę, cieszę się i jest fajnie. 
Jakkolwiek produkcja filmowo-telewizyjna Austrii, raczej kojarzy mi się z poziomem eNeRDowskiego Telefonu 110, to Rex wygrywa moim zdaniem z Alexem. Włoska kontynuacja serialu, jest już nieco gorsza, a żarty ocierają się o poziom "Gangu Olsena", ale także chyba lepiej to wygląda niż w naszej wersji.
Nie wybrzydzam! Alexa oglądam i będę oglądał. Ale gra aktorów, choć występuje tu kilka osób o zauważalnych osiągnięciach w innych kreacjach, jest "drewniana". Muzyka w czołówce może nie ma znaczenia, ale nawet przy moim II stopniu słuchu, nijaka. Co najbardziej rzuca się w oczy, to sceny z udziałem czworonożnego bohatera. Nie wszystkiego można psa nauczyć, ale w "Rex-ie", montażem osiągnięto dużo więcej niż w naszej wersji. Szkoda, bo momenty, gdzie pies dokonuje wyczynów będących główną atrakcją filmu, są najistotniejsze. Nie muszą być wiarygodne. Mają bawić, wzruszać.
Zdecydowanie broni się jednak drugoplanowa postać "zimnego" chirurga, odtwarzana przez Janusza Chabiora. I rola napisana z pomysłem i aktorstwo, które mi się podoba. Oczywiście na uroczą podkomisarz Lucynę Szmidt też patrzę z przyjemnością... bo jestem starzejącym się erotomanem.
Oglądajmy dalej, może serial dojrzeje.

06 kwietnia 2013

Prof. J.Miodek, a nasze pieniactwo...

Po informacji o zaprzestaniu produkcji na TVP Polonia programu, w którym prof. J.Miodek, wyjaśnia meandry polskiego języka, zrobił się....szum. Oczywiście wszelkie wypowiedzi były, jak to jest w naszym stylu, patetyczne i odwołujące się do najwyższych wartości. Takie nasze pieniactwo. Ale..... raz się przydała ta nasza przywara. Programy będą nadal emitowane.
Jakie były powody decyzji o wstrzymaniu produkcji tych pożytecznych programów? Spisek masonów, żydów, pederastów, cyklistów i akwarystów? Polityczne gry PIS, PO albo pogrobowców PZPR czy nawet agentury służb specjalnych San Marino w Polsce. Wszystkie te możliwości są do przyjęcia i mogą służyć rozwijaniu różnistych historyjek.
Nasuwa się myśl nieodparta. Czemu stacje telewizyjne wydają znaczne sumy na głupawe konkursy, reality-show, przy których "Big Brother" to szczyt finezji i głęboko intelektualna rozrywka?. Natomiast rezygnują z "Ojczyzna - Polszczyzna"?

Otóż decyduję o tym ja, Ty i Wy wszyscy....

Żadna stacja na świecie nie zaprzestanie produkcji programów, które przyciągają widzów, choćby były najgłupsze i prezentowały "osobowości" o ilorazie inteligencji kaloryfera. To kwestia rentowności i niczego poza tym. Jeśli ktoś mówi o posłannictwie, wyższych wartościach (najczęściej mówiący w ten sposób nie wie o czym mówi), to może go spotkać ocena, jak w "Ziemi Obiecanej", gdzie Szalawski do Fronczewskiego, mówi: "Jesteś pan szlachetnym FIJOŁEM".
Rodzaj i styl programów, preferowanych przez producentów jest dopasowywany do naszego poziomu. I stąd decyzje o emisji programów porażających swoją marnością, a odsuwaniem innych. Bo lubimy "Sranie na ekranie" i "wojewódzkie" popisy.
Natomiast jeśli ktoś przyjrzy się, prof. J.Miodkowi, to wiele ma z tego uciechy. Mówi mądre rzeczy. Nie ocenia i nie pogardza naszymi ułomnościami, a wyjaśnia. Wskazuje prawidłowości rządzące językiem, ale i rozumie zmiany wynikające z tego, że język którym się posługujemy zmienia się. Przy tym, Pan prof. Miodek jest niezwykle medialny i nie wiem, czy to dar wrodzony, czy też kwestia dobrych szkoleń. Jeśli to drugie, to żałuję, że nie miałem tak inteligentnych uczniów...

Z wypowiedzi prof. J.Miodka:

Często też mówię swoim studentom, że każdego z nas dopada czasami amnezja językowa. Sam miałem taki przypadek we Wrocławiu. Na jednym ze spotkań z czytelnikami wydanej właśnie mojej książki dziewczyna poprosiła o autograf z dedykacją „Dla Sylwii Kwiatkowskiej”. A ja zapomniałem, czy Sylwii napisać przez jedno, czy dwa „i”. W końcu piszę jej dedykację: „Sylwia Kwiatkowska niech przyjmie tę książkę na pamiątkę”.

04 kwietnia 2013

Dlaczego wolę z kobietami?

Kto się łakomie oblizał, tego rozczaruję. Ja nie o TYM. Znowu będzie o brydżu.
Gra ta sprawia mi przyjemność i jest gimnastyką umysłu. Czytam stosowną literaturę i ciągle coś nowego w tej jakże ciekawej grze odnajduję. Ale brydż to nie tylko logika, strategia i łamigłówki. To także ludzie. Grać zacząłem z kolegami z podwórka w wieku lat kilkunastu, a wiedza nasza była taka, że na pierwszym ręku "otwieraliśmy" kontrą, bo słyszeliśmy, że istnieje kontra zwana "wywoławczą"...
W technikum i na studiach było z nauką brydża nieco lepiej i jak na ten etap, wyniki nie były zawstydzające. Chyba wtedy zacząłem widzieć spotkania przy brydżu jako obserwację ludzkich zachowań. Ten aspekt spotkań przy "zielonym stoliku" jest ciekawy i nader pouczający. Tak potoczyła się historia świata, że dziś w brydża, może grać każdy. Nie jest to już gra dla elity intelektualnej. Dobrze to czy źle?
Zatem spotykamy przy grze, damy i dżentelmenów oraz pospólstwo, a nawet takich dla których kultura byłaby pojęciem ze słownika wyrazów obcych, gdyby wiedzieli co to słownik. Pełny przegląd charakterów, grup społecznych, temperamentów i zachowań. Jakże więc wybrać sobie partnera do potyczek brydżowych z rycerzami 13 cięć, ale i czasem ciżbą kudłatą, dziegciem smarowaną....?
Otóż zdecydowanie lepiej gra mi się z paniami. My, mamy w większości tą przywarę, że się łatwo poddajemy emocjom i właściwie każde rozdanie zakończone niepowodzeniem powoduje szukanie winy... u partnera. Większość z nas nie umie się też powstrzymać, od niekoniecznie potrzebnych pouczeń i komentarzy. 
Panie zwykle takich potrzeb nie mają, co wynika z poczucia własnej wartości i naturalnego kobietom wyważenia. Owszem bywają chwile spięć, ale zdecydowanie kończy się to jakąś logiczną dyskusją po turnieju, a nie przekrzykiwaniem przy stole. Nam się często wydaje panowie, że musimy ciągle coś udowadniać. Partnerowi, przeciwnikowi, a chyba najbardziej ...sobie samemu. Czasem do granic absurdu.... Strzeżmy się takich graczy, a i niech nas Opatrzność strzeże.
Nie wszystko jest jednak proste. Ludzi mądrych i głupich mamy wśród obu płci procent jednakowy. Tu mamy ideał "parytetu" o który w niektórych dziedzinach życia toczone są wielkie i nic nie wnoszące dysputy. Jeśli trafimy na pana o odrażającym zachowaniu przy stole, wynikającym z pewnych niedoborów, jest ciężko wytrzymać jeden turniej....ba, czasem dwa rozdania to męka. Natomiast jeśli trafi się nam za partnera, czy przeciwnika, pani o takich cechach.... Tylko ucieczka na inny kontynent byłaby szansą (choć i to niepewne) na ratunek. 



Mnie się poszczęściło i czekam kiedy los nam pozwoli wrócić do wspólnej gry.

03 kwietnia 2013

Kombatanci i opozycjoniści, których nie znałem !

Nie było w historii naszego kraju takiego pokolenia, które nie uczestniczyłoby w wojnie lub jakimś wewnętrznym przewrocie. Stąd, jak sądzę tkwi w podświadomości każdego z nas chęć, a może potrzeba, dołączenia do grupy kombatantów, pasującej do naszej daty urodzenia. Tak więc w latach 45 - 50, pojawiło się mnóstwo "weteranów" partyzantki komunistycznej. Przyczyna prosta. Nie trzeba odwagi, żeby stać się bohaterem po fakcie, a i kariera w PRL-u, stawała się łatwiejsza. W późniejszych, nieco mniej okrutnych czasach, wielu ludzi przypisywało sobie czynny udział w Powstaniu Warszawskim. Nie wiem czy przed wojną, byli również tacy "dorabiani powstańcy" śląscy czy wielkopolscy ?
Moje pokolenie, o wojnę nawet się nie otarło, a jeśli ona nadejdzie nawet za rok albo jutro, to ewentualnie będę się nadawał do przytroczenia na plecach miny naciskowej i (niespiesznego) pełzania po nadjeżdżający czołg.
Przeżyliśmy jednak, będąc w różnym wieku lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, w których nie brakło dramatycznych i tragicznych zrywów niepodległościowych.
I tu pojawia się "problem", bo nie każdy uczestniczył aktywnie w tych wydarzeniach, a jakoś nam się w łepetynach poukładało, że były tylko dwie grupy: opozycjoniści i obrońcy znienawidzonego systemu. Jakoś nie chcemy pamiętać, że trzecia grupa była największa. To ci którzy robili to co chcieli lub musieli, nie angażując się po żadnej ze stron, choć oczywiście bardziej czy mniej wyraźne, sympatie mieli. Oportunizm jest najczęściej spotykaną postawą, wobec wszelkich masowych zjawisk. Żadna to ujma i jeśli żyje się przyzwoicie to "pudrowanie" przeszłości jest zbędne.
W szczególnym położeniu znajdują się ludzie parający się literaturą, aktorstwem, malarstwem, rzeźbą itp.. Od wieków, aby funkcjonować musieli szukać mecenatu, bo sztuka i posłannictwo to jedno, a że jeść trzeba to drugie. Przykładów z najwyższej "półki" jest wiele. Molier, Szekspir, gdyby nie nie znaleźli przychylności możnego mecenasa, nie oglądalibyśmy dziś "Świętoszka" czy "Wieczoru Trzech Króli". Schodząc na niższe kategorie sztuki (też potrzebne), wszelkiej maści pieśniarze i szansoniści też, aby zaistnieć i trwać, jakiemuś mecenatowi przypodobać się musieli. Jeśli nie wkraczało to w obszar donosicielstwa i krzywdzenia innych, to chyba każdy z nas to akceptuje?
I tu po długich wstępach (kto zasnął?), dochodzę do uroczej dziewczyny z gitarą lat 70-tych. Mnóstwo piosenek i tłumy wielbicieli. Niektóre jej przeboje nucił każdy. W 74 roku wyskoczyła z mega-piłki i zaśpiewała piosenkę  na otwarcie "Ogólnoświatowego Turnieju W Piłce Kopanej".
Występuje do dziś, ma nadal liczne grono wielbicieli w wieku od 0 do 100 i wielka jej chwała za to. Ja za tego rodzaju muzyką nie przepadam, a i oczywiście znawcą nie jestem. Ale szanuję i sądzę, że wypracowała swój styl, godny docenienia. Nie wytrzymała jednak i musiała się "dopisać"... W jakimś wywiadzie telewizyjnym, opowiadając o przeszłości, stwierdziła: "No cóż, my ludzie estrady, będąc w opozycji wobec władzy mieliśmy trudną sytuację...". Proszę Pani .... po co??? Nikt oprócz obłąkanych radykałów (oqrwieńców chyba nie mogę napisać?) nie będzie Pani wypominał tamtych lat bo NIE MA CZEGO. Więc po co?
To był przykład z kategorii "soft", a teraz "hard". 
Dwa lata, temu przeczytałem wywiad z synem E.Gierka. Na pytanie o stosunek tow. Gierka do wprowadzenia Stanu Wojennego, odpowiedział, że wówczas jego ojciec, był już w opozycji (sic!) wobec władz PRL... Nawet jeżeli ta odpowiedź wynika z głupoty, to i tak horror... E.Gierek jako uczestnik opozycji wobec komunistów....
No ale każdy, jeśli chciał, po odzyskaniu niepodległości, dopisać się do kombatantów, próbował. I niektórym sie udało.
To na koniec napiszę Wam prawdę o sobie. Ja też jestem kombatantem!!! Otóż w marcu 1981 stałem w (niewielkiej) grupie pod Stocznią im. Lenina (później im. SA) i czekałem na decyzję o strajku generalnym. Ponieważ było zimno, dostałem anginy i przez 3-4 dni nie chodziłem do szkoły. Zatem poniosłem uszczerbek na zdrowiu w walce o niepodległość....
Pozwalam sobie tu na swobodne żarty, ale proszę mi wierzyć, szanuje Tych, którzy rzeczywiście walczyli o niepodległość i Tych, którzy dali nam coś dobrego...Choćby wartościową rozrywkę.


01 kwietnia 2013

Turniej w świątecznej atmosferze... czyli dlaczego chciałbym zabijać?

Tradycyjnie od czasów niepamiętnych, o 23.00 odbywa się polski turniej par Nocny Blues. W okresie świątecznym, co zrozumiałe, prowadzący te turnieje mają często inne obowiązki. W związku z tym na prośbę naszej Koleżanki, założyłem zastępczo swój turniej. Brydż, jak coraz słabszym głosem przypominam, to gra elitarna. Dziś zwątpienie moje wzrosło.... Na kilkadziesiąt zapisanych par, już na wstępie musiałem dokonać kilkunastu (!!!) zastępstw. Powód? Gracze zapisują się i nie są w stanie grać! Traktujemy grę w internecie jak zabawę z GIBami. A przecież zaproszony przez nas partner to realny człowiek, mimo, że go nie widzimy i często w ogóle nie znamy. Oczywiście nie jest to tragedia na miarę trzęsienia ziemi, ale czy w realnym świecie umawiamy się na spotkanie i bez powodu na nie nie przychodzimy? 
Są wśród wiernych graczy platformy BBO tacy, dla których internetowy brydż jest relaksem i możliwością wirtualnego spotkania z innymi. Czasem jest to jedyna, w danej chwili dostępna forma.
Szanujmy siebie i innych.....
Ale jutro pewnie, znów zorganizuję turniej, z myśla o tych, którzy potraktują go poważnie (bez przesady) i zabawią się wspólnie, zapominając, choć na kilkadziesiąt minut o swoich troskach. Warto, nawet jeśli pojawi się znów kilku niewartych miana GRACZA...... No cóż.... Unicestwić ich nie mogę....

30 marca 2013

Wielkanocne rozważania, czyli odpowiedzi szukajcie w Piśmie Świętym

Tych z Was, którzy szukają tu rekolekcji, ostatnich godzin Wielkiego Postu, rozczaruję. Wiara i sprawy religii, to tak skomplikowane zagadnienia, a jednocześnie tak ważne, że nie śmiałbym ich dotknąć.
Ale coś "obok" będzie...

Mamy przedpołudnie 15.VII.1410... 
Nasze wyobrażenia bitwy sprzed 600 lat, są ugruntowane taką edukacją, jaka była nam dostępna. Taką tradycją, jaka przez te stulecia narosła i lekturą. Chwała tu panu Sienkiewiczowi za twórczość "ku pokrzepieniu serc" (bez ironii), ale efektem jest to, że Krzyżaków postrzegamy jak Gestapo, z tą tylko różnicą, że inne mieli uniformy a zamiast pistoletów Walther, używali mieczy.
Jak uznają dzisiejsi historycy, o bitwie wiemy, że się odbyła. Znamy przybliżoną liczebność wojsk, wiemy kto zwyciężył. Ale nawet, co do faktycznego dowódcy po jednej ze stron, pewności nie ma. I to właściwie wszystko. 
Do rangi symbolu urosło poselstwo krzyżackie z dwoma mieczami. Przebieg tego epizodu i jego interpretacja, to pewnie tysiące wypowiedzi na przestrzeni stuleci. Długosz (Jan nie Leszek), jednoznacznie określił poselstwo jako wyraz buty Krzyżaków i obrazę króla, który dopiero co wszedł w krąg cywilizacji i na obyczajach europejskich znał się średnio. Mój Tata powiadał, że garnitur dobrze leży dopiero w trzecim pokoleniu. Nawiasem mówiąc J.Długosz wielką sympatią, pierwszego z Jagiellonów nie darzył. A jak twierdzi profesor Samsonowicz, w ogóle nie lubił Litwinów.
Zatem, posłowie przybyli, wręczając miecze okazali pogardę, zarzucili Jagielle tchórzostwo i mizerne pochodzenie, wsiedli do mercedesa ... Przepraszam !!  ... na konie i odjechali.
Tymczasem w średniowieczu, bitwa oprócz tego, że była niewyobrażalna jatką, miała cały swój rytuał. W bezpiecznych, ale nieodległych miejscach, usadawiały się dworskie panny ze służbą i piknikowym zaopatrzeniem, a pospólstwo siedziało na drzewach, również obserwując bitwę i licząc, że coś się skubnie. Bitwę traktowano jak rodzaj widowiska, pokazu siły i umiejętności. Normalnym gestem były wzajemne podarunki czy nawet częstowanie się winem w przerwach walki. Bo po to przecie, spotykali się, żeby się zarąbać w stosownej i pięknej oprawie. Specyficzną reinkarnacją takiego rytuału, towarzyszącemu wzajemnemu mordowaniu się, są pierwsze walki powietrzne podczas I WŚ
Wiele opinii historyków określa dwa miecze grunwaldzkie, jako podarunek przed bitwą, sugerując jednocześnie, że Jagiełło nie będąc świadomym obyczajów europejskich przyjął ten dar jako zniewagę niesłusznie.
A ja mam inną interpretację ... Spokojnie! Sam jej nie wymyśliłem, tylko znalazłem w lekturach. 
Zakon Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, miał liczne przywileje nadane przez papieża oraz cesarza. Jednakże miał absolutny zakaz walki z chrześcijanami, chyba, że ... w samoobronie. I tu wojna polsko-krzyżacka troszkę w lichej ich pozycji stawiała. 
No to szukajmy w Piśmie Świętym....
Św. Łukasz rozdz. 22: 
  ... Lecz teraz - mówił dalej - kto ma trzos, niech go weźmie. Tak samo torbę. A kto nie ma, niech sprzeda swój płaszcz i kupi miecz! Albowiem powiadam wam: to, co jest napisane, musi się spełnić na Mnie: Zaliczony został do złoczyńców. To bowiem, co się do Mnie odnosi, dochodzi kresu".  Oni rzekli: "Panie, tu są dwa miecze". Odpowiedział im: "Wystarczy"...
Zatem Pan Jezus wskazał, dwa miecze do OBRONY.
Sprytni Krzyżacy przynieśli dwa "biblijne" miecze, mówiące: MY SIĘ BRONIMY

Taka interpretacja, to oczywiście tylko koziołkowe przemyślenia, ale chciałem się nimi podzielić....

Żeby nie było tak poważnie to załączam to zdarzenie w wizji Kabaretu Moralnego Niepokoju:
A i niezrównany Piotr Bałtroczyk stworzył "perełkę" na bazie tego wydarzenia:



28 marca 2013

Zmarł Pietro Menea

We czwartek po ciężkiej chorobie, zmarł w Rzymie, sprinter, Pietro Menea. Olimpijczyk, medalista z Monachium i mistrz olimpijski z Moskwy. Jego rekord świata na 200 m utrzymał się przez kilkanaście lat.


Sport stał się jednym ze źródeł działalności służącej rozrywce /nadal/, ale i budowania dochodu. Dobrze to czy źle? Niesłuszne to rozważanie. Tak się zmienia świat.

Inna dziś "koziołkowa refleksja"...

Nasi skoczkowie w Planicy pokazali kunszt. Na czele ze złotoustym i jakże sympatycznym moim imiennikiem. Justyna pobiegała sobie wokół królewskiego pałacu, wygrywając z mocnym akcentem, mimo, że triumf w klasyfikacjach sezonu miała już wcześniej zapewniony. Nasi futboliści polegli zaś w meczu z Ukrainą w Warszawie....
Ponieważ my Polacy, znamy się wszyscy bez wyjątku, na medycynie, polityce oraz piłce nożnej, będą teraz wrzaski, kalumnie i rwanie szat pod hasłem : "przecież trzeba/można było....". Wyobrażam sobie jakie szambo płynie teraz w komentarzach na wszystkich portalach.
Ostatnie mecze naszej reprezentacji piłkarskiej, jakie oglądałem to ME-2012. I jestem przekonany, że grali jak umieli, nie szczędząc sił. Wyszło tragicznie. Cieszę, się jednak, że jako współorganizatorzy imprezy zdobyliśmy sobie uznanie kibiców z wielu krajów, którzy nas odwiedzili.
Od czasu reprezentacji ukształtowanej przez Kazimierza Górskiego, sukcesów nie mieliśmy. Srebro olimpijskie w Montrealu, dobre miejsce w Argentynie i medal w Hiszpanii to umiejętne choć "schyłkowe" wykorzystanie tej potęgi. Od w Hiszpanii minęło 30 lat i nie mamy sukcesów w kopaniu piłki. Drużyna, która zakwalifikowała się do w Japonii/Korei, może miała szansę, ale przez czas od końca eliminacji do mistrzostw "zeszło z niej powietrze". Piłkarze nie będący światowymi talentami poświęcili czas na kreowanie się na gwiazdy. Jeden zdobywał "sławę" w reklamie przypraw do zupy, inny stał się twarzą prezerwatyw "Pękuś". A kiedy przyszły mistrzostwa nie stało sił, umiejętności i zaangażowania.

Zastanawiam się czemu emocjonujemy się dyscypliną sportu, która nie daje nam od lat sukcesu? 

Choć oczywiście nie można nie zauważyć masowego i jakże sympatycznego dopingu w innych dyscyplinach jak np. "Małyszomania".
Mam osobne przemyślenie. Jak każdy kopiąc piłkę na podwórku /ja bez sukcesów/, za półbogów miałem Deynę, Lubańskiego czy Kasperczaka. Ale dziś patrząc na świat sportu, myślę, że piłka nie jest warta najwyższych zachwytów. W tej dyscyplinie, jak w żadnej innej, gwiazdora można wykreować i spływają na niego splendory i korzyści niekoniecznie zasłużone. W innych rywalizacjach żadne zabiegi nie pomogą, jeśli nie będzie talentu, determinacji i przeogromnej pracy. Dlatego może mniej widowiskowe osiągnięcia, ale warte podziwu to takie, gdzie wynik niemal jednoznacznie wskazuje na prawdziwy fenomen. I dlatego ręce składają mi się do oklasków, kiedy ktoś trafia z frymuśnej "strzelby" w sam środek tarczy, którą ja nawet po przetarciu okularów widzę z trudem. Inny przepływa 4 długości basenu w czasie, w którym ja nie zdążyłbym wskoczyć do wody.
A na koniec jednak, wspomnienie z czasów dzieciństwa związane z "piłką kopaną":
Na moim osiedlu tuż po MŚ74 zamieszkał ten, który na Wembley ściągnął na siebie uwagę obrońców i Jan Domarski mógł oddać strzał, który przeszedł do historii. Przed jego blokiem stało piękne BMW 520, które z kolegami oglądaliśmy chyba 1000 razy, oblizując się z zazdrością. Faktem pomijalnym wtedy było to, że samochód był w kolorze.... RAL2011 czyli orange komunalle. Może innego nie było?
Miał też piękną długonogą, żonę z blond włosami....Ale była baaaardzo stara. Miała chyba ze 25 (?) lat...!!!
Taaaak...  na przestrzeni kilkudziesięciu lat zmieniła się moja ocena piłki.....i wielu rzeczy.