18 listopada 2014

O tym jak Świerczewski Drezno zdobywał...

W marcu tego roku, pozwoliłem sobie na opisanie dość upiornej postaci niejakiego Karola Świerczewskiego pseudo Walter, który był chlubą PRL. Jednym ze zdarzeń historii, w którym miał swój udział była bitwa w której życie straciło wielu polskich żołnierzy. Zbyt wielu... I z myślą o nich, a nie sowieckim generale, ubranym w imitację munduru polskiego, szukałem w źródłach informacji o tej krwawej bitwie ostatnich tygodni wojny. Nie będę tu przeprowadzał własnej analizy bitwy, bo nie mam do tego kwalifikacji. Posłużę się opiniami historyków do których udało mi się dotrzeć. Chciałem znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego straty były tak ogromne. Czy choć trochę mi się udało? Oceńcie.

 

Dramatis personae

Iwan Koniew (1897-1973)
Marszałek Armii Czerwonej, dowódca 1 Frontu Ukraińskiego, któremu podlegała 2 Armia LWP podczas Operacji Łużyckiej. W końcowej fazie wojny rywalizował z Żukowem w wyścigu do Berlina, co miało ważący wpływ na genezę i przebieg bitwy pod Budziszynem.









Karol Świerczewski (1897-1947)
Generał Armii Czerwonej, przydzielony do LWP i dowodzący w Operacji Łużyckiej 2 Armią.
Kilka słów o nim znajdziecie klikając w ten link:
 W "obronie" K.Świerczewskiego...










Ferdinand Schoerner (1892-1973)
W ostatnich dniach wojny mianowany feldmarszałkiem. 29.IV.1945 został w zgodzie z testamentem Hitlera dowódcą wojsk lądowych, co miało raczej znaczenie symboliczne, w sytuacji kiedy jakakolwiek całościowa organizacja walki nie istniała. Dla naszych rozważań jego najistotniejsza rola to dowodzenie grupą broniącej rejonu górnej Odry (Grupa Armii Środek).

 

 

 

 

Dwie "prawdy"

Pierwszą wersję stworzono zgodnie z potrzebami komunistów i dopóki trwała w Polsce ich władza, wyglądało to mniej więcej tak:
  • po sforsowaniu Nysy, oddziały 2 Armii LWP i 53 Armii (radzieckiej) rozwinęły natarcie na Drezno i Budziszyn (Bautzen)
  • Niespodziewane uderzenie z południa silnych i doborowych jednostek Grupy Armii Środek zmusiło 2 Armię LWP do przerwania natarcia i obrony przed przeważającymi siłami wroga
  • Kosztem wielkich strat zatrzymano i rozbito niemieckie zgrupowanie, które mogło przerwać pierścień oblężenia wokół Berlina
  • żołnierze niemieccy różnych formacji wykazali się podczas bitwy niezwykłym bestialstwem wobec jeńców i rannych
Drugie spojrzenie, to różne opinie wskazujące na:
  • prymitywne metody prowadzenia wojny w stylu sowieckim, powodujące gigantyczne straty w ludziach
  • samowolę Świerczewskiego w decyzjach operacyjnych i jego kardynalne błędy spowodowane wrodzoną głupotą oraz notorycznym pijaństwem
Ta druga interpretacja pojawiła się po odzyskaniu niepodległości, a zatem swobody wypowiedzi. Chyba to po swojemu rozumiem. Przez ponad 40 lat słuchaliśmy o wielkim poświęceniu Armii Czerwonej i jej podległemu LWP. O "wyzwoleniu" Polski i braterstwie broni. Aż nas od tego mdliło. Wojsko podlegające polskiemu rządowi określane było jako Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie. Przekonywano nas o jego drugorzędnym znaczeniu. Formacje zorganizowane jako LWP miały być w naszej świadomości jedyną polską armią. Zatem dziś wolność kusi do przesady w drugą stronę. A śmiałość wypowiedzi nic nie kosztuje.

 

Proporcja sił

W przededniu Operacji Berlińskiej proporcja sił w ludziach była około 4 do 1 na korzyść armii radzieckiej. Nie jest to jednak prosty rachunek matematyczny. Ilość, choć też niedokładnie, da się określić, ale jakość dużo trudniej oszacować. Tak jest w wypadku całego wschodniego teatru wojny jak i w wypadku rejonu działania 2 Armii LWP. Jej siły to około 90 tys. żołnierzy, 300 czołgów i 130 dział samobieżnych. Siły te zgrupowane były w 5 dywizjach piechoty, korpusie pancernym i kilku mniejszych jednostkach. To poważna siła, ale jednostki te to oddziały świeżo zmobilizowane w końcu 1944 r. Część rekrutów to polscy żołnierze AK i BCh z Lubelszczyzny i Kielecczyzny, którym udało się uniknąć losu kolegów, zamordowanych przez NKWD lub wywiezionych w głąb Rosji. O udziale Świerczewskiego w egzekucjach pisałem (Kąkolewnica). Reszta to roczniki powołane pod broń bez żadnego doświadczenia bojowego. Kadra oficerska od szczebla dowódców kompanii to niemal wyłącznie sowieci. Szkolenie i koordynacja działań na takim poziomie jak w Armii Czerwonej, czyli niemal żadne (kto przeżyje ten się nauczy). Nadużyciem byłoby obarczanie za to winą Świerczewskiego, bo taka była norma. 2 Armia miała także braki w wyposażeniu, nawet tak podstawowym jak mundury i ekwipunek osobisty.
Z drugiej strony mamy oddziały którymi dysponował Schoerner. I tu szacunki są jeszcze trudniejsze. Ilość jednostek... nieokreślona. Liczebność w ludziach i sprzęcie... nieokreślona.
Dlaczego?
Wymieniane jednostki to liczba kilkunastu, ale ich stany osobowe to czasem 20% stanów etatowych. Co do jakości w sensie wyszkolenia i doświadczenia też rozpiętość duża. Wymienia się 10 DPanc SS, 1 DPanc-Spad H.Goering, improwizowaną dywizję Brandemburg oraz niezliczone niewielkie jednostki w sile batalionu czy kompanii. Część z tych oddziałów to weterani, a część to "zmiotki" z rezerw.
Z kilku źródeł przyjmuję, że po stronie niemieckiej mamy siły 80-90 tys. żołnierzy i około 400 czołgów i dział samobieżnych. Dość "lekko" pozwalam sobie na szacunki +/- 10 tys. ludzi. Ale to 10 tys. indywidualnych życiorysów i istnień ludzkich.

 

Karol zdobywa Drezno

Drezno 1945
Tu może zawiodę niektórych czytelników, ale zdobycie Drezna to nie pomysł pijanego Świerczewskiego, a działanie według rozkazu dowódcy frontu (Koniewa). Nieudolne wykonanie tego rozkazu, to już zasługa Świerczewskiego, ale też nie całkowicie.
16.IV rozpoczęto forsowanie Nysy Łużyckiej. Działania jednostek w tego typu przedsięwzięciach są niezwykle staranne, zgrane w czasie i zorganizowane... tylko na manewrach. W warunkach prawdziwej wojny nie wszystko można zaplanować i także element przypadkowości decyduje o czasie operacji, poniesionych stratach, a często o powodzeniu lub klęsce. Tak było i tu. Udało się ale z trudem. Niemal całe siły pancerne przeprawiano na odległych sąsiednich odcinkach. Takie przypadki są nieuniknione, a w wypadku dowodzenia wg zasad sowieckich bałagan był normą.

Przykład bałaganu i radzieckiej recepty na jego opanowanie przytoczę za prof. P.Wieczorkiewiczem:
Przeprawa na Odrze. Kolumna pancerna stoi na wschodnim brzegu. Przez most pontonowy z zachodniego brzegu przetaczają się kolumny wozów z rannymi. Do przyczółka mostu podjeżdża łazik i wyskakuje z niego gnom w kurtce pancerniaka, bez dystynkcji. Podbiega do dowódcy przeprawy i pyta:
- Szto eto za bardach?!
Oficer tłumaczy, że transport rannych nie pozwala na przeprawę. Krzykliwy kurdupel strzela mu między oczy i zwraca się do stojącego najbliżej oficera:
- Teraz ty dowodzisz. Wiesz co robić?
Ruszają czołgi miażdżąc i zrzucając do rzeki furmanki z rannymi. Tym kurduplem był marszałek Związku Radzieckiego Gieorgij Żukow, do dziś przez niektórych określany mianem bohatera.

Koniec końców polscy żołnierze przeprawili się przez Nysę i odepchnęli obronę niemiecką. Zgodnie z wyznaczonymi zadaniami, 2 Armia dość szybko posuwała się w kierunku Drezna. Kiedy 21.IV nastąpiło niemieckie uderzenie z południa, rozciągnięta była  w marszu na zachód na przestrzeni 35-40 km. 53 Armia, kierująca się na Budziszyn posuwała się nieco wolniej, przez co idące w szpicy natarcia 2 Armii, trzy dywizje piechoty i korpus pancerny, nie miały osłony od południa. 

 

Kierunek Berlin ! Czyli kto i dokąd się wybierał

Dla Koniewa jedynym istotnym celem było uderzenie na Berlin i wygranie rywalizacji z Żukowem w wyścigu do Bramy Brandemburskiej. Zatem ubezpieczające południową flankę 2 Armia LWP i 53 Armia nie były dla niego zbyt istotne w konfrontacji z głównym jego osobistym celem. Inna kwestia to zdobycze. Mentalność sowieckich wodzów i kacyków nie różni się wiele od sposobu myślenia dawnych dzikich plemion żyjących z grabieży. Saksonia była łakomym kąskiem. Na zachód od Drezna znajdowały się ważne ośrodki przemysłowo-zbrojeniowe i kto do nich dotrze pierwszy, wywiezie sprzęt i dokumentacje, dające skokowy postęp technologiczny. To, jaką część Niemiec zajmą Rosjanie a jaką Amerykanie i Anglicy nie było w żaden sposób przesądzone. Dziś wie to każdy, a nawet przed 89 rokiem wiedzieli ci których wiedza o historii wykraczała poza zakres edukacyjnej wartości serialu Czterej pancerni i pies...
Uderzenie niemieckiej grupy Schoernera w powszechnym przekonaniu (jeszcze kilkanaście lat temu także moim) miało na celu rozerwanie pierścienia wokół Berlina. Nie jest to prawidłowa interpretacja. 19.IV kiedy rozpoczęły się pierwsze działania niemieckie, były jeszcze realne szanse na odtworzenie ciągłości frontu na południe od stolicy III Rzeszy. Zaniechanie takiej próby poprzez zamknięcie się w obronie okrężnej wokół Berlina byłoby głupotą. Niemieccy dowódcy w znacznej części byli zbrodniarzami, ale nie... idiotami. Pośrednim celem było także zajęcie składów wojskowych w miejscowości Koenigswartha. Uzupełnienie zapasów dla jednostek, które od trzech miesięcy były niemal nieustannie w walce było niezbędne. Jeśli cofniemy się o niecałe 6 lat wstecz, to takie samo założenie przyświecało gen. F.Kleebergowi kierującemu SGO Polesie na magazyny w Stawach.

 

Uderzenie

Nie będę szczegółowo opisywał kolejnych wydarzeń bo są dostępne i przystępnie zredagowane opracowania historyczne. 







 

 

Zatem w skrócie:

  • Niemieckie natarcie przechodzi przez jednostki 52 Armii i uderza w lewe skrzydło rozciągniętych jednostek 2 Armii LWP
  • Praktycznie unicestwiona zostaje radziecka 16 BPanc przydzielona do 2 Armii. Ocalało około 100 żołnierzy i 3 czołgi z ponad 60
  • Niemcy wzięli do niewoli sztab 5 DP. Jej dowódcę płk. A. Waszkiewicza potwornie torturowali i następnie zamordowali. Ciało odnaleziono po kilkunastu dniach. Waszkiewicz, płk. Armii Czerwonej, po przydzieleniu do LWP nosił mundur z dystynkcjami generała brygady LWP
  • Pomimo okrążenia głównych sił 2 Armii, Świerczewski nakazał kontynuację natarcia na Drezno i dopiero około południa 22.IV zawrócił korpus pancerny, który był już na przedpolach miasta. To oczywiście błąd powodowany beztroską bądź całkowitym niezrozumieniem sytuacji. Jednak warto wspomnieć, że jeszcze dzień później ze sztabu frontu napomniano Karolka, aby nie tworzyć paniki, bo niemieckie uderzenie nie jest poważnym zagrożeniem i należy kontynuować główne zadania. Zatem nie jeden Świerczewski w tym gronie był matołem
  • Niemcy 24.IV zdobyli Budziszyn i odparli krwawo kontratak 1 Korpusu Pancernego
  • 25.IV opanowaniem sytuacji zajął się osobiście marsz. Koniew. W rejon walk skierował kilka sowieckich dywizji oraz nakazał wycofać spod Drezna 8 DP
  • Pozostawiona na podejściu do Drezna 9 DP po kilku godzinach znalazła się w okrążeniu. Dopiero 26.IV dotarł do dywizji rozkaz wycofania. Przy zabitym oficerze łącznikowym Niemcy znaleźli rozkazy i mapy z naniesionymi kierunkami przemieszczania dywizji. Wykorzystali informacje przygotowując zasadzki w dogodnych miejscach. Pomogła im też lekkomyślność dowódcy 9 dywizji płk.Aleksandra Łaskiego, który nakazał odwrót w dzień, trzema nieubezpieczonymi kolumnami. Niemcy nie brali jeńców. Wymordowali nawet kolumnę ewakuacyjną szpitala polowego (około 300 rannych) pod miejscowością Horka. Cała dywizja straciła niemal 50% żołnierzy. Płk. Łaski ranny, dostał się do niewoli
  • Walki stabilizujące front trwały do końca kwietnia, a zdziesiątkowana 2 Armia skierowana została w rejon Pragi

 

Skąd tak wielkie straty ?

Podczas Operacji Łużyckiej 2 Armia LWP straciła:
prawie 5.000 zabitych
ponad 10.000 rannych
około 2.800 zaginionych
prawie 60% czołgów oraz 20% dział i moździerzy 
Te straty to 27% wszystkich strat poniesionych przez jednostki złożone z polskich żołnierzy w latach 1943-45 na froncie wschodnim. 
Komuniści przez niemal pół wieku przekonywali nas, że Wojsko Polskie pod Monte Cassino w "niepotrzebnej walce" poniosło nadmierne straty. Tam poległo...  924 żołnierzy polskich.

Koniec wojny

Świadomość bliskiego końca wojny w sposób naturalny powodowała przekonanie, że właściwie opór niemiecki jest już mizerny. Niemiecka armia w rozsypce i byle natarcie było szybkie to sukces jest pewny i powrót do domu bliski.  Myślę, że chaotyczne działania ofensywne tak można częściowo tłumaczyć. To prawda, ale i w ostatniej godzinie wojny ktoś zginąć musi. Poza tym pamiętajmy o tym, że Rosjanie w żadnym etapie wojny nie liczyli się ze stratami w ludziach. Wyprodukowanie samochodu, czołgu czy samolotu było wyzwaniem. Ale rzucenie do walki kolejnej dywizji, choćby na zatracenie, dla bolszewickiej mentalności to decyzja i czynność łatwa. Nie liczyli strat w ilości ludzkich istnień tylko w dywizjach. I nie sądźmy, że tu w jakiś szczególny sposób szafowali życiem polskich żołnierzy. Swoi także byli traktowani jako mięso armatnie. Jeśli ktoś z Was wątpi, poczytajcie o eksperymencie na poligonie Tockoje (1954), w czasach pokoju.

Rozpoznanie

Nawet nie będąc ekspertem można rozumieć, że ten z przeciwników który lepiej rozpozna siły, zamiary i rozlokowanie wroga ma większe szanse na powodzenie w walce. Zamiast długich wyjaśnień napiszę tylko, że według etatów w dywizji niemieckiej istniał wyspecjalizowany pododdział rozpoznawczy w sile batalionu, zaś w armii radzieckiej była to kompania. Szczytem kunsztu radzieckich dowódców było tzw. "rozpoznanie bojem". Wysyłamy kompanię czy batalion i patrzymy... Gdzie błyska, tam zaznaczamy krzyżyk na mapie. W razie braku mapy, na kartce w kratkę. Natomiast wysłany na rozpoznanie oddział zwykle znika z ewidencji. To i tak subtelność, bo bywały poważne bitwy gdzie nawet takiego barbarzyńskiego zabiegu zaniechano i uderzenie na ślepo było metodą (przykład - Międzyrzecki Rejon Umocniony).
Koniew dysponował 2 Armią Lotniczą, która mogła monitorować cały teatr działań. Zadziwiającym jest fakt, że czas bitwy pod Budziszynem to czas niemal całkowitej swobody w powietrzu eskadr Luftwaffe w tym rejonie. Jak to możliwe, trudno sobie wyobrazić...
Nie miał zatem Świerczewski wystarczających informacji ze sztabu frontu. Sam nie dysponował doświadczonymi oddziałami rozpoznawczymi. Czy zatem miał prawo dać się zaskoczyć? 
Chyba nie :
Zasady sztuki wojennej mówią, że nawet nie mając w dyspozycji typowych oddziałów rozpoznawczych, dowódca ma obowiązek prowadzenia działań rozpoznawczych wszelkimi innymi środkami
(ppłk. dr K. Gaj )
Zaniedbano rozpoznania na szczeblu frontu, ale i armii, za co już całkowitą odpowiedzialność ponosi Świerczewski i jego sztab. 
O istnieniu zgrupowania niemieckiego wiedziano. Zlekceważono jego obecność, nie doceniając jego potencjału ofensywnego.

Na własnym "boisku"

Warto zwrócić uwagę na znajomość terenu. Rejon Drezno - Budziszyn to teren pagórkowaty i urozmaicony lasami. Zrozumiałe, że Niemcy znając go, umieli warunki terenowe wykorzystać. Jeśli nawet nie znali go z przedwojennych wycieczek i pikników Jungvolku, to ich mapy były dokładniejsze od tych którymi dysponowali Polacy i Rosjanie. Wiele oddziałów polskich wpadało w zasadzkę w dolinach czy jarach zamykanych z dwóch stron pojedynczymi unieruchamianymi pojazdami. Reszta to zwykła jatka i żadna determinacja i ponadprzeciętna odwaga żołnierzy nie mogła ich uratować. Tak stało się z wycofującą się 9 DP o czym wspominałem już i wieloma innymi oddziałami.

Łączność

W większości książek znalazłem informacje o zadziwiająco sprawnej łączności pomiędzy sztabami niemieckimi wszystkich szczebli. Zadziwiającej, bo przecież generalnie armia ta była w odwrocie i wiele dywizji działało rozczłonkowanych w dużym chaosie. 
W konfrontacji z tym faktem są braki łączności i bałagan informacyjny w strukturze wszystkich jednostek 1 Frontu Ukraińskiego. Tym tłumaczę sobie sytuacje w których artyleria bez osłony piechoty stawiała opór oddziałom pancernym lub też piechota bez wsparcia broni ciężkiej walczyła w beznadziejnych sytuacjach. Łatwo nam dziś powiedzieć, że to szaleństwo dowódców batalionów, kompanii, plutonów... Ale jeśli brak było jakiejkolwiek informacji, to chyba mieli prawo wierzyć, że "ktoś" panuje nad całością i jakaś pomoc lada chwila nadejdzie. Tak to po koziołkowemu rozumiem...

Zaciętość i okrucieństwo

Dlaczego oddziały niemieckie w obliczu widocznej już klęski walczyły tak zaciekle? Wyjaśnień jest kilka. Od powszechnie znanej obietnicy cudownej broni, która miała zmienić układ sił poczynając, do szansy na separatystyczny pokój na zachodzie. Pamiętajmy też, ze w walkach brały udział jednostki SS. Ci żołnierze wiedzieli, że po przegranej wojnie odpowiedzą za zbrodnie wojenne głową. W tym starciu brały też udział takie jednostki jak 600 DP stworzona z jeńców sowieckich. Jakie mieli perspektywy? Zwyciężyć lub zginąć w walce. Nie dodaję im heroizmu, chcę tylko powiedzieć, że nie mieli wyjścia, ale nie mam dla nich odrobiny współczucia. Katowanie płk. Waszkiewicza przed śmiercią to zbrodnia. Nie ma wytłumaczenia, ale ma jakieś choćby iluzoryczne uzasadnienie (zdobycie informacji). Egzekucja rannych pod Horką nie da się już w żaden sposób usprawiedliwić. SS-mani i jednostki złożone z Ukraińców i Rosjan? Nie tylko! Wermacht już w 1939r. pokazał, że zwycięzcom wolno wszystko. Pod Ciepielowem czy pod Jedwabnem. Nie byli to szlachetni rycerze, jak czasem dziś myślimy.
Wojna trwająca już szósty rok powodowała, że zdziczenie dosięgało w jakimś stopniu wszystkich. Prof. Z.Wawer twierdzi, że i po stronie żołnierzy 2 Armii LWP zdarzały się przypadki rozstrzeliwania jeńców.   

Kto dowodził ?

I tu wrócimy do Świerczewskiego. Można domniemywać, że Koniew zdawał sobie sprawę z nieudolności Karolka, który nie miał żadnego doświadczenia w dowodzeniu tak dużym związkiem jak armia. Był w sztabie 2 Armii oficer sztabu frontu. Nic w tym dziwnego, ale można się zastanawiać czy jego rolą było usprawnienie współpracy front - 2 Armia czy korygowanie błędów nieudolnego Waltera. Jeśli to drugie, to albo był równie głupi jak Świerczewski lub pili po równo.
Osobista ingerencja Koniewa to także nie mistrzostwo. Pozostawienie wspominanej już tu kilkakrotnie 9 DP o tym świadczy. Może się marszałkowi zagubiła chorągiewka na mapie sztabowej ?. Opanował sytuację dorzucając do gry 8 dywizji. Taka była historia zwycięstw armii radzieckiej wszędzie. Jeśli ginie 100 damy 1000 następnych i tak do skutku. To sukces?

Niepełny cmentarz

Polegli polscy żołnierze w liczbie około 5.000 pochowani są na cmentarzu w Zgorzelcu. 2.800 to zaginieni. Co się z nimi stało ? Zaginieni to często ofiary silnych eksplozji w bezpośredniej bliskości. Mówiąc wprost - rozerwani na strzępy. Popatrzcie na pomniki w małych miejscowościach w Niemczech, a i u nas na Mazurach czy Pomorzu upamiętniające poległych mieszkańców w I Wojnie Światowej. Wymienieni są zabici ale i zaginieni (Vermisst). To znaczny procent upamiętnionych. Myślę, że i pod Budziszynem taki los mógł spotkać wielu, ale nie aż tylu. Polscy żołnierze ginęli tam często w małych izolowanych grupach, zagubieni w zamęcie i chaosie. Zaraz po bitwie, ale i dziś nie są znane dokładne miejsca wszystkich walk. Po bitwie, choćby z racji sanitarnych, miejscowa ludność grzebała znalezione zwłoki prowizorycznie. Są to dziś groby bezimienne, a czasem nie zachował się żaden widoczny znak. Pamiętający te pospieszne pogrzeby mieszkańcy opuścili ten rejon, sami zginęli lub zmarli.  Dziś nie ma już świadków tych wydarzeń prawie wcale.
W latach 70-tych działała komisja poszukująca i ekshumująca takie mogiły. Po pewnym czasie działań tych zaniechano. 
W 2007 r. podczas prac budowlanych przypadkiem odkryto szczątki 10 naszych żołnierzy (9 mężczyzn i 1 kobieta). Pogrzebani, a właściwie pospiesznie zakopani zostali w leju po bombie. Po guzikach i orzełkach stwierdzono, że to Polacy. Jeden z żołnierzy miał przy sobie orzełka w koronie. Na czapce polskiego godła nosić nie mógł, więc miał go w kieszeni.
Takich zapomnianych i nieoznaczonych grobów jest pewnie wiele. Tam prawdopodobnie jest miejsce spoczynku 90% z tych 2.800 zaginionych. Ich rodziny nigdy nie będą mogły zapalić świeczki na ich porządnym grobie... Może to mało ważne?

Nawet znając bitwy frontu wschodniego i jakość sowieckiej sztuki wojennej masakra pod Budziszynem jest czymś wyjątkowym. Dla nas chyba szczególnie bolesnym jest fakt, że ginący w tych walkach polscy żołnierze tracili życie w ostatnich dniach wojny, która była już całkowicie dla nas przegrana. Niemniej jednak, a może tym bardziej winniśmy im pamięć i szacunek. Brakowało im wyszkolenia, dobrego dowodzenia, ale z każdej relacji do której dotrzeć możecie wynika, że nigdy nie zabrakło im woli walki i odwagi.


 


 



03 listopada 2014

Casablanca

Parę miesięcy temu chcąc zrobić komuś prezent, wymyśliłem montaż zdjęć i potrzebne mi było kilka ujęć z filmu Casablanca. Poszukałem, znalazłem, z mozołem układałem, poprawiałem. Nie wiem czy się mój pomysł spodobał, ale praca nad nim miała swoje następstwa...
Odkurzyłem płytkę z filmem Casablanca, obejrzałem po raz kolejny i przypomniałem sobie o historii tego melodramatu, który miał być jedną z wielu produkcji określanych jako klasa B, a przeszedł do historii kina jako jeden z najsłynniejszych filmów.

"To, że w zamierzeniu trzeciorzędna produkcja, zamieniła się w prawdziwy skarb filmowy jest najszczęśliwszym ze szczęśliwych wypadków przy pracy"
Andrew Sarris

Tanio i szybko

Casablanca to scenariusz oparty na sztuce M.Burnetta i J.Alison Wszyscy przychodzą do Ricka, która nigdy nie została wystawiona. Kilka osób pisało go i przerabiało, nawet w momencie kiedy film był już w realizacji. Niemal do końca zdjęć nie było decyzji jak film ma się skończyć. Z kim zostaje Ilsa? Z mężem czy kochankiem? (Ja zakończenie bym zmienił).
"Louis, myślę że to początek pięknej przyjaźni"
Nawiasem mówiąc, całą scenę finałową z Rickiem i kpt. Renault wychodzącymi z lotniska, nakręcono na polecenie producenta jeszcze raz, pod jego dyktando, gdy film był już gotowy. Hall Wallis zebrał całą ekipę i nakręcił te kilka minut z krótkim dialogiem własnego pomysłu.
Hall Wallis - producent
Fundusze na produkcję były bardzo skąpe, a czas na jej realizację to kilkanaście dni. Ot jeden z 50 filmów tej kategorii wypuszczanych w roku przez Warner Bros. Bajkowa i egzotyczna sceneria Maroka to dobre tło filmu, tyle że z papieru i dykty zmontowane w halach wytwórni. W momencie realizacji filmu alianci lądowali w Afryce opanowanej przez Vichy i chyba tam kręcenie filmu wymagałoby wyposażenia uroczej Ilsy w hełm i kamizelkę kuloodporną. Ale jest dziś w Casablance bar taki jak w filmie... w którym nawet byłem i burbona się napiłem (8,50 dirhamów).
Nawet końcowe sceny na lotnisku kręcone są w hali. Stojący w oddali samolot to niewielka papierowa makieta, a pracujący przy niej mechanicy to karły (dla zachowania odpowiedniej proporcji). Przypatrzcie się tej scenie. Wiedząc o tym da się to zauważyć.
Michael Curtiz - reżyser
Reżyser dobrany był dość osobliwie. Dwóch odmówiło, a trzeci M.Curtiz (Michaly Kertesz) przyjął propozycję, bo było mu dość obojętne jaki film kręci.
Obsada dwóch głównych ról to też przypadek raczej. Do roli Ricka typowano kilku aktorów, między innymi R.Reagan'a. Ostatecznie wybrano H.Bogart'a, a nie był on jeszcze wówczas gwiazdą, choć dostrzeżono jego talent i charakterystyczny styl po filmach Skamieniały las i Sokół maltański. Rolę Ilsy Lund mogła zagrać A.Sheridan lub M.Morgan. Ostatecznie wybrano Ingrid Bergman, szwedzką, mało znaną i początkującą  w Hollywood aktorkę. Wątpliwości budził fakt, że Bergman i Bogart nie znali się i nie było wiadomo jak ułoży się ich współpraca na planie. Okazało się, że szybko się porozumieli i współpraca ułożyła się świetnie.
Dziś oglądając film, przyjmujemy, że Casablanca to słynny film z dwoma gwiazdami w rolach głównych. Tak, ale.... kolejność. Film wyprodukowany jako nic nie znaczący, stał się przebojem wszech czasów, a Bogart i Bergman razem z nim wybili się na popularnych aktorów. I dobrze, bo ich dalsze role dały nam wiele przyjemnych wrażeń..

Klęska i sukces

26.11.1942 odbyła się premiera filmu, która spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem publiczności. Producent zdecydował, że nie warto powielać taśm i wprowadzać filmu do powszechnej emisji. Tu pomogła polityka i historia. Premiera zbiegła się w czasie, niemal co do dnia z lądowaniem aliantów w Maroku i Tunezji. W styczniu 1943 w Casablance odbyło się ważne spotkanie Roosevelt - Churchill. Nazwa Casablanca stała się nośna i wprowadzony wówczas do szerokiej dystrybucji film odniósł ogromny sukces. Także jego fabuła znalazła inne zrozumienie wśród Amerykanów, zdających sobie sprawę z koniecznej i bliskiej konfrontacji z Niemcami w Europie. W pewnym sensie w niezamierzony przez twórców sposób Casablanca stała się filmem propagandowym.

- Jeśli w Casablance jest grudzień 1941, to która godzina jest w Nowym Jorku ? - pyta Rick i sam sobie odpowiada:
- Założę się, że w Nowym Jorku śpią. Założę się, że śpią w całej Ameryce.

Od przebudzenia Ameryki zależał wówczas los świata.

Posypały się nagrody, w tym 8 nominacji do Oscara (3 statuetki). Krytycy filmowi wychwalali film, co nie świadczy chyba o niczym, a publiczność oszalała z zachwytu. A to już coś z pewnością znaczy. 
Wiele lat po premierze, Zygmunt Kałużyński umieścił Casablankę w swoim zbiorze 50 recenzji (Kanon królewski). Wytknął filmowi tylko jeden błąd scenariusza: 
"Inrid Bergman nie powinna się zadawać z Humhrey'em Bogart'em tylko... z Zygmuntem Kałużyńskim"
Czyż nie perełka ? Kochamy ten "tani" melodramat do dziś, może dlatego, że....

... Casablanca wciąż żyje

Noc w Casablance (1946)
Powstały liczne produkcje nawiązujące do filmu Curtiza. Parodie (Noc w Casablance), Hawana z Redfordem, a nawet animowana parodia ze zwierzątkami. W.Allenowi za którym nie przepadam, zawdzięczamy, że Rick pojawia się w zręcznie wmontowanych kadrach, w filmie Zagraj to jeszcze raz Sam, 30 lat po premierze Casablanki.
Odniesienia do scen, odwołania do fabuły pojawiają się w niezliczonych filmach z wyższej i niższej półki. Niektóre sentencje i dialogi żyją własnym życiem i nawet nie zauważamy lub nie wiemy skąd wzięły swoje źródło.


... cyniczny i obojętny Rick

Takim się kreuje i izoluje od otaczających go wydarzeń. 
"Waszym zajęciem jest polityka, moim prowadzenie lokalu" 
czy 
"Nie nadstawiam karku za nikogo"
Dość brutalnie odtrąca zaloty panienki, niezbyt ciężkiego prowadzenia, ale jednak mocno pijaną każe odstawić bezpiecznie do domu swojemu pracownikowi. Dowiadujemy się też o jego udziale w wojnie w Abisynii i Hiszpanii, ale on kwituje to stwierdzeniem, że robił to co mu się wówczas opłacało. Od samego początku, pomimo takiego wizerunku Rick budzi sympatię widza. To chyba osobisty czar H.Bogart'a i sposób gry. 
I wówczas i teraz określa się Bogart'a mianem amanta i mocnego człowieka. To dobrze zbudowany wizerunek, choć warunki temu nie sprzyjały. Był człowiekiem w średnim wieku (ur. w 1899 r.) dość niskiego wzrostu, a czy uroda jego jest pociągająca? No to jednak trudno mi ocenić z pewnych względów.
Ten wzrost przy kręceniu filmu stanowił pewne wyzwanie dla kamerzystów i ekipy przygotowującej plan. Ponieważ Bogart był nieco niższy nawet od drobnej Ingrid Bergman radzono sobie różnymi sposobami. Odpowiednie kadrowanie, specjalne wkładki do butów i poduszki w scenach gdzie siedział obok partnerki. W scenie pożegnania na lotnisku posłużono się prostym zabiegiem. Rick obejmuje Ilsę stojąc na... skrzynce po pomarańczach.
A skrzynki nie widać ...
W całym filmie znalazłem tylko jedno ujęcie w którym można zauważyć, że Rick to niewysoki mężczyzna. Przejście przez salę restauracji w jednej z początkowych scen filmu. Mały wzrostem, ale wielki sercem i charakterem. Czyż nie?
Bogart w Casablance stworzył postać budzącą westchnienia pań i zazdrość panów (moją także). Z pewnością zasługa to całej ekipy, ale gdyby był kiepski, to ówczesna technika nie poradziłaby sobie.
Zawsze marzył mi się taki płaszcz i kapelusz
Niski wzrost pomógł Bogartowi w ostatnich miesiącach jego życia. Choć słowo "pomógł" jest może w tym wypadku niezręczne. Kiedy był już tak słaby, że nie mógł zejść z sypialni do salonu, wciskał się do małej windy kuchennej i w ten sposób dołączał do czekających na niego przyjaciół. Odwiedzali go do ostatnich dni, a te odwiedziny przynosiły mu prawdziwą radość. Choroba nowotworowa pokonała go ostatecznie 14.I.1957.
Rick Blaine, Philip Marlowe czy Sam Spade  i inni kreowani przez Bogarta to postacie o konstrukcji specyficznej. To ludzie zamknięci w sobie, cyniczni, ale szlachetni i daleko im do miana ludzi sukcesu. Są w pewnym sensie przegrani. Doświadczeni życiem, mają świadomość, że ich przedsięwzięcie skazane jest na klęskę. Ale liczy się sama walka o słuszną sprawę. Są o tym przekonani i mają tego świadomość. Tak jak świadomość ceny jaką przyjdzie im zapłacić. Mimo to nie rezygnują, a zmagają się zarówno z podjętym zadaniem jak i własnymi słabościami i nałogami. Wielu aktorów do dziś próbuje w swoich rolach nawiązać do tego stylu, z lepszym lub gorszym skutkiem. Dowód to na to, że Bogart stworzył pewien kanon, a to kolejny powód żeby miał swoje poczesne miejsce w historii kina.
Bogart w sposób plastyczny i wiarygodny tworzył swoich bohaterów, nadając im styl będący charakterystycznym dla tego aktora. Wśród krytyków pozostaje do dziś w użyciu termin "człowiek bogartowski" podkreślający odrębność i kategorię takich postaci filmowych. Mnie ten styl przywodzi na myśl bohaterów z powieści Remarque'a, które lubię. Chyba nie tylko dlatego, że trochę zapomniany ten pisarz i ja urodziliśmy się 22 czerwca ?




28 października 2014

Mój bohater ostatniej szarży

Ostatnim aktem bitwy nad Bzurą była bitwa pod Łomiankami. Ocalałe jednostki Armii "Pomorze" i "Poznań" po przejściu Bzury pod Brochowem, walczyły tu o przedarcie do oblężonej stolicy. Momentem kluczowym tego manewru była szarża 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich i niewielkiej części 9 Pułku Ułanów Małopolskich w rejonie wsi Dąbrowa Leśna. W historii szarża ta nazywana jest szarżą pod Wólką Węglową.

Bohaterowie czy szaleńcy ?

 

W zakładce o kampanii 1939 r. (1939 - migawki) wypunktowałem szarże naszych kawalerzystów, których wiarygodne opisy znalazłem. Żadna z nich nie była aktem desperacji zahaczającej o głupotę, a w większości przyniosły oczekiwany efekt. Nie inaczej było w wypadku szarży pod Wólką Węglową. 
W zamyśle gen. R.Abrahama, dowódcy Grupy Operacyjnej Kawalerii, przerwanie pozycji niemieckich miało zostać wykonane w szyku pieszym. I tak był atak ten przygotowywany przez płk. E.Godlewskiego, dowodzącego ułanami 14 pułku.
Płk. Edward Godlewski
Rozpoznawcze patrole dostarczyły jednak informacji o znacznych siłach niemieckich. Atak spieszonych kawalerzystów bez wsparcia broni maszynowej i artylerii skończyłby się wielkimi stratami. W tej sytuacji płk. Godlewski zdecydował, że jedynym dającym szansę sukcesu sposobem jest błyskawiczna i zaskakująca szarża siłami całego pułku. I tak 19.IX około godziny 15ej rozpoczęła się szarża chyba w aspekcie determinacji porównywalna z tą z 1808 roku...
Por. Marian Walicki
Atak poprowadził 3 szwadron dowodzony przez por. M.Walickiego. Dzielny porucznik został śmiertelnie ranny w początkowej fazie walki. Podjęty przez Niemców z pola bitwy, zmarł na punkcie opatrunkowym. Poległ także jego koń Zeus. Zginęło 105 ułanów, około 100 odniosło rany. Straty wśród koni trudne do określenia, ale bardzo duże. Pole bitwy poprzegradzane było różnymi przeszkodami. Płoty, krzaki nie sprzyjają szarży, a zmęczone kilkudniowym marszem i walkami konie potykały się na na nich. Wiele koni rannych trzeba było dostrzelić. To niestety konieczność w warunkach wojennych i jedyny sposób na oszczędzenie cierpień tym czworonożnym dzielnym żołnierzom. Wertując publikacje o bitwie natrafiłem na opisy tak potwornych kontuzji i ran koni, że trudno spokojnie je czytać i oszczędzę Wam cytatów.
Najcięższe straty były skutkiem ostrzału karabinów maszynowych i pojazdów pancernych zgrupowanych w rejonie wsi Mościska, których obecności patrole rozpoznawcze nie dostrzegły.
Mimo wszystkich niekorzystnych okoliczności szarża była jednak sukcesem. Straty sięgające 20% są ceną za przedarcie się pułku na Bielany i otwarcie na kilkadziesiąt godzin drogi, którą przeszła reszta zgrupowanych jednostek do Warszawy. Niemieckie jednostki, w tym 1 Dyw. Lekka wycofały się ponosząc straty około 50 zabitych i 70 rannych.

Dlaczego "ostatnia szarża" ?

 

Przecież były jeszcze szarże pod Krasnobrodem, Husynnem, Morańcami... To prawda. Ale właśnie szarża 19.IX była ostatnią szarżą w historii wojska polskiego, wykonaną siłami całego pułku.
Pomnik 1000lecia Jazdy Polskiej
Warto też pamiętać o naprawdę ostatniej szarży polskich ułanów. 1.III.1945 podczas walk o wieś Borujsko, wobec zatrzymania ataku piechoty, do szarży ruszyła grupa 220 ułanów z 1 BK LWP. Szarżą dowodził por. Zbigniew Starak, absolwent CWK w Grudziądzu i żołnierz kampanii 1939 r. Zaskoczenie było całkowite, obrona niemiecka pękła. Po przełamaniu pierwszej linii kawaleria wraz z piechotą i czołgami z powodzeniem uderzyła na wioskę. Straty kawalerii to 7 zabitych i 10 rannych. O tych dzielnych żołnierzach także pamiętajmy i szanujmy ich. Choć nie dane im było walczyć w szeregach armii polskiej to byli to także polscy żołnierze. Ginęli za Polskę, a nie za sukces sowieckiej okupacji.
Porucznika Staraka oglądamy często. Gdzie? W Warszawie. Na Polach Mokotowskich stoi pomnik 1000lecia Jazdy Polskiej. Do rzeźby ułana pozował właśnie on. 

"Mój" bohater spod Wólki Węglowej

 

Wiele razy pisałem o moim szacunku i podziwie dla żołnierzy, biorącym się przede wszystkim stąd, że odwaga w walce to coś co przekracza moje wyobrażenia. Ja nie umiałbym sobie na polu bitwy poradzić z własnym strachem.
W tej szarży każdy z kilkuset jej uczestników jest dla mnie bohaterem. Można tu wymieniać por. Mariana Walickiego, prowadzącego szarżę. 
"W imię Panienki Jazłowieckiej, szwadron marsz, marsz!" - skomenderował i ruszył na czele swoich podkomendnych.
Inne nazwiska to Korolewicz, Krupa, Scholz, Iwanowski... Czy choćby dowódca pułku, płk. Godlewski, który pod proporcem dowódcy również brał udział w szarży. Potwierdzają to wspomnienia oficerów z jego otoczenia, a nie wiem czemu kilku autorów opisujących zdarzenie poddaje to w wątpliwość.
Czytając relacje uczestników bitwy uwagę moją zwróciła historia - epizod pocztu sztandarowego pod dowództwem wachmistrza Jana Przybyły. Tuż przed atakiem płk. Godlewski osobiście przypomina kpr. Feliksowi Maziarskiemu, który był sztandarowym pułku, jak wielka na nim odpowiedzialność spoczywa. Napomina też towarzyszących mu ułanów, aby go chronili i w razie potrzeby ratowali sztandar. Są to plutonowi: Gajda na "Sarnie", Wasyluk na koniu "Dux" oraz Mendocha.
Kpr. Feliks Maziarski
Podczas szarży Maziarski zostaje ranny w lewą rękę, jego klacz Topola także zostaje raniona. W tej sytuacji sztandarowy wzywa pomocy. Ale nie dla siebie. Unosi kilkakrotnie sztandar prawą ręką i woła: 


"Jestem  ranny, ratujcie sztandar !!!" 

Plutonowy Gajda już nie żył, a plut. Wasyluk spadł z konia ciężko ranny. Na polecenie dowódcy pocztu, wach. Przybyły, podjeżdża do kpr. Maziarskiego, kpr. Mieczysław Czech i przejmuje sztandar. Dociera z nim szczęśliwie na Bielany. Za ten czyn kapral Czech otrzymuje Virtuti Militari kl. V (nr 12132) z rąk gen. Rómla, który wręcza mu order odpięty z własnego munduru. Chyba jedyny to wart odnotowania czyn generała, który w kampanii 1939 nie zapisał się zbyt chwalebnie.
Kpr. Mieczysław Czech

Kpr. F.Maziarski pomimo rany dotarł do Warszawy, a szarfę sztandarowego przekazał zakonnicy ze szpitala przy ul. Bonifraterskiej, aby ukryła ją w kaplicy szpitalnej. Jaki był los tej szarfy nie wiem. Nie znalazłem w żadnej książce informacji.
Dziś trudno nam zrozumieć dlaczego ranny żołnierz w zamęcie bitwy stara się uratować sztandar swojego pułku, nie myśląc o własnym ratunku. Przecież sztandar to "tylko" ozdobny kawałek materiału o wartości niewielkiej... Prawda? Ja sądzę, że nie i dlatego podziwiam odwagę "zwykłego" kaprala 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich. 




Może jeszcze z Jego wspomnień, o mianowaniu na funkcję sztandarowego:

"Jako najmłodszy wiekiem podoficer pułku, byłem bardzo zdziwiony, a jednocześnie zaskoczony okazanym mi zaufaniem i poczytywałem to za honor i poczułem dumę, oddanego całym sercem nowemu swemu zadaniu ułana Rzeczypospolitej" 
Pamiątkowy obelisk w miejscu z którego ruszyła szarża

Kapral Feliks Maziarski, kawaler orderu Virtuti Militari kl. V (Krzyż Srebrny nr 12354) oraz Krzyża Walecznych walczył w szeregach AK pod pseudonimem "Szofer" (KEDYW - Lwów). Wyemigrował do Szkocji następnie do Kanady, gdzie zmarł 15.III.2003.
Udany reportaż z inscenizacji szarży:

 



22 sierpnia 2014

Powstanki czyli fikuśna (?) kość niezgody

Co jakiś czas, z większą lub mniejszą intensywnością wracają dyskusje o prawidłowych formach żeńskich i męskich nazw funkcji, zawodów itp.. Niektórzy zajmują się tym z ciekawości, dla hecy, ale są tacy, którzy budują całe teorie udrapowane zwykle wzniosłymi ideologiami i gotowi są walczyć z ognistym mieczem/piórem w ręku. Jakoś najbardziej lubimy walczyć, bo to nas ożywia. Paradoks... wszak walka raczej przynosi trupy, a nie ożywienie.

Od "kominiarki" do "prostytutka"

Różne pocieszne albo i pokraczne rzeczowniki powstają. Niektóre rażące dziś uszy może się przyjmą i za 200 lat, jeśli świat jeszcze potrwa, staną się normalne.
Mamy od setek lat LEKARZA (dawniej medyka czy cyrulika), ale mamy też lekarkę i nikogo to nie dziwi. Choć sama o sobie lekarka mówi czasem "jestem lekarzem laryngologiem" i nie jest to chyba nieprawidłowe?
Tak samo:
   nauczyciel - nauczycielka
      profesor - profesorka
          chemik - chemiczka
               sędzia - sędzina
                  ...

Ale bywają kłopoty:


KOMINiarz - KOMINiarka
Chyba mylące, wszak słysząc "kominiarka" raczej myślimy o osobliwym nakryciu głowy stosowanym przez antyterrorystę/antyterrorystkę lub złodzieja/złodziejkę. To może KOMINIARZYCA ?
MURarz - MURarka
Też niby prawidłowo, ale słowa murarka używamy określając pewien zespół umiejętności lub zestaw czynności stanowiący część procesu budowy. A jeszcze z tej dziedziny. Pana, który pracuje w branży budowlanej nazwiemy potocznie "budowlańcem", a panią... tak samo, bo "budowlanką"? To także potoczne określenie branży lub kiedyś szkoły budowlanej
Takie przykłady można mnożyć i zawsze wychodzi, że panie są niejako pokrzywdzone, ale żeby Wam, Paniom, które to czytają, nie zrobiło się smutno, to podam przykład odwrotny. 
Pewnej specjalności akrobaci określani są jako "człowiek-mucha". A jeżeli tym akrobatą jest brodaty i wąsaty Zachariasz Doroszyński to co?! Przecież mucha to rodzaj żeński. Zatem "człowiek - MUCH"?. Nie dość, że chyba niepoprawnie to z pewnością głupio. Myślę jednak, że kiedy taki akrobata szkrabie się po ścianie drapacza chmur czy niebotycznej ścianie skalnej to nie rozważa kwestii językowych.
A skoro padło słowo mucha, to przypomnijmy sobie ładną panią minister, która uparcie kazała się tytułować "ministrą". Jej prawo. Chyba tylko dzięki temu ją pamiętamy.
Mam jeszcze jeden przykład, gdzie brak sensownej formy męskiej. Dwa są najstarsze zawody świata. Jeden z nich to prostytutka, drugi to polityk. Oba mają bardzo wiele wspólnych cech, ale zajmijmy się tym pierwszym. Co powiemy o młodym chłopaku pracującemu z zapałem w tym fachu z większym czy mniejszym kunsztem? Kiedyś mówiło się żigolak co nie było jednoznaczne bo oznaczało pierwotnie fordansera, a później dopiero męską prostytutkę. Być może dlatego, że z czasem większość fordanserów zaczęło pracować na dwa etaty? 
No ale jak w końcu? "Prostytutek"? 
Tak czy siak, można się w takie zabawy językowe bawić, ale z przymrużeniem oka. Żadna normalna i pewna swej wartości kobieta nie toczy bojów przeciw brakowi równouprawnienia w języku.

"Powstanki" 

Wszystkie te koziołkowe dyrdymałki to taki wstęp przed tym o czym chcę napisać i co jest wielce zabawne, ale... tylko do pewnego momentu.
Otóż dni temu kilka słuchałem w radio TOK-FM rozmowy dziennikarki z autorką książki opisującej losy kobiet/dziewcząt uczestniczących w Powstaniu Warszawskim (Płeć Powstania Warszawskiego).
Panie dość ciekawie opowiadały o istotnej roli kobiet w Powstaniu.
Słuchałem bez wielkiego zaangażowania, aż W.Grzebalska skręciła w "uliczkę językową" dowodząc, że same uczestniczki krwawego zrywu chcą, żeby nazywać je POWSTANKAMI. Ot taki sobie pomysł, ani dobry ani zły, choć wypowiadanie się w imieniu "wszystkich" weteranek już budzi wątpliwości. Znaleźć można wypowiedzi dowodzące, że środowisko kombatantek jest takiemu nazewnictwu przeciwne. 
Dyżurny prześmiewca naszych słabostek i fobii M.Ogórek odniósł się do pomysłu żeńskiej formy uczestniczek walk z sugestią żeby nieco wyhamować bo ta forma jakoś jego zdaniem nie jest zbyt udana. 
Jak dla mnie, nie jest to problem, czas zweryfikuje przydatność takiego czy innego określenia. Wszak PeWiaczki się przyjęły a AKaczki już nie. Ważne żebyśmy szanowali tych, którzy w dobrej wierze ruszyli do walki w tej tragicznej chwili naszej historii.
Ale paplanina o fundamentalnym znaczeniu promocji określenia "powstanki" była początkiem katastrofy tej audycji.
Następny wątek to brak (?) miejsca w literaturze dokumentującej Powstanie Warszawskie dla kobiet, które w nim uczestniczyły. Przyznam, że już słuchając mocno się dziwiłem, a kilka dni później w księgarni popatrzyłem na półki gdzie znalazłem bez trudu zaprzeczenie tej tezy.
Panie dyskutując zawzięcie poszły dalej. Uznały za obraźliwe utożsamianie kobiet/dziewcząt z funkcjami nieliniowymi (łączniczki, sanitariuszki, kucharki). Nie wiem czy jestem odosobniony w swojej ocenie, ale brzmiało to tak jakby te służby były niepotrzebne lub co najmniej drugorzędne. Oj trzeba się było do audycji przygotować... Czy jakakolwiek armia, jawna czy konspiracyjna może działać bez tych służb? Chyba tylko sowiecka.
Dalszy ciąg był już tylko kabaretem, choć mało śmiesznym. 
W. Grzebalska poddała w wątpliwość postępowanie dowództwa AK, które "nie dbało o równouprawnienie" podczas przygotowywania przeszło trzystutysięcznej armii podziemnej, szkoląc kobiety do pracy w służbach medycznych, łączności itd. Przecież powinny być traktowane "sprawiedliwie" i mieć możliwość walki w szeregach oddziałów pierwszoliniowych. Znów nasuwa mi się myśl, że wzorcem sprawiedliwości i równouprawnienia jest tu armia sowiecka. Czasem chcemy zaistnieć tak bardzo, że gubimy jakąkolwiek logikę. 

To co będzie z "powstankami" ? 

Emilia Plater... Powstańczyni
A pewnie nic. Jedni będą uparcie tej formy używać, a inni uznają ją za niezręczną. Jako ciekawostkę przypomnę, że dość liczna reprezentacja kobiet w Powstaniu Styczniowym nazywana była kiedyś POWSTAŃCZYNIAMI. Po 150 latach można już ocenić czy się przyjęło... 





03 sierpnia 2014

"Siedmiu wspaniałych"....dziś

Kilka dni temu po raz 77 oglądałem Siedmiu wspaniałych z taką samą przyjemnością jak poprzednie 76 razy. Klasyczny western to taki rodzaj filmu, gdzie już na wstępie wiemy, że dobry wygra, a zły skończy marnie. Fabuła zwykle jest niezbyt wyrafinowana, ale czy zawsze musimy oglądać skomplikowane filmy? Miło popatrzeć na świat prosty, ale z przygodami, gdzie nawet jeśli trup pada gęsto, to nie fruwają flaki po całym ekranie. Akcja wartka i jeśli gra aktorska na poziomie to jest to dla mnie dobry relaks. Ten western spełnia wszystkie warunki na 5+. I jeszcze muzyka, którą rozpoznaje chyba każdy. 
Posłuchajcie:

 

 

Chris Adams - Yul Brynner

Urodził się we Władywostoku. Syn szwedzkiego inżyniera i Rosjanki. Tatuś ulotnił się dość szybko. Dzieciństwo z matką i siostrą spędził w Chinach potem w Paryżu. Występował w cyrku jako akrobata, grał na gitarze w nocnych klubach występując z zespołem rosyjskich cyganów. Wyjechał do USA i tam rozpoczął drogę ku sławie. Król i ja to musical, który przyniósł mu popularność i statuetkę Oscara. Przez 20 lat grywał w różnych, lepszych i gorszych produkcjach, aby powrócić do swojej oskarowej kreacji. Objeżdżał z tym musicalem świat.
Zmarł na raka płuc w wieku 65 lat.
Przez lata palił gigantyczne ilości papierosów (dziennie podobno do 80 szt.). Na planie, jeśli nie kłóciło się to z realiami filmu, papieros towarzyszył mu bez przerwy. Jeśli było to wykluczone, w ujęciach robiono przerwy co 10 minut... Pod koniec życia nie tylko rzucił zgubny nałóg, ale prowadził kampanię przeciw paleniu tytoniu, co obok wygolonej czaszki, stało się drugim na zawsze z nim związanym symbolem.

 

Vin Tanner - Steve McQuinn

Trzy lata służby w Marines, to osobliwy wstęp do kariery aktorskiej, która początkowo nie zapowiadała się oszałamiająco. Za namową przyjaciół zaczął szukać swego miejsca na scenie i ekranie z początkiem lat 50-tych. Ale już lata 60-te i 70-te to seria ról, które uczyniły go niekwestionowaną gwiazdą kina akcji. Tom Horn to jego ostatni western. Zmarł w 1980 roku mając ledwie 50 lat....

 

 

 

 

 

Harry Luck - Brad Dexter

Jedynie Siedmiu wspaniałych przyniosło mu miejsce w historii filmu. Mniej sławy, ale dłuższe życie. Ten urodzony w USA Serb, zmarł w 2002 roku przeżywszy lat 85.

 

 

   

 

 

 

 

 

 

Bernardo O'Railly  - Charles Bronson

W rzeczywistości nazywał się Buchinsky (Buczyński?). Syn emigrantów. Jego ojciec był Tatarem Lipkowskim. Matka, Maria Walińska pochodziła z terenów Litwy. W latach wielkiego kryzysu Bronson doświadczył prawdziwej biedy. W czasie II WŚ służył jako strzelec pokładowy bombowca B-29. Brał udział w walkach na Pacyfiku. Za odniesione rany odznaczony Purpurowym Sercem. Po wojnie imał się różnych zawodów. Z początkiem lat 50-tych zaczął grywać drobne role w filmach.
Chyba z całej siódemki on najlepiej wykorzystał popularność zdobytą rolą w Siedmiu wspaniałych. W ciągu kilku lat role w Wielkiej ucieczce, Parszywej dwunastce i Pewnego razu na Dzikim Zachodzie umocniły jego pozycję i ustawiły go w szeregu najpopularniejszych aktorów. Później grywał w filmach sensacyjnych różnej rangi. Życzenie śmierci to pomysłowy i emocjonujący scenariusz. Świetna kreacja Bronsona i ...pułapka. Kręcone kolejne części, a było ich chyba pięć to "popłuczyny" po pierwszej bardzo dobrej produkcji. Bronson nierozerwalnie już związany z postacią Paula Kersey'a, zaczął "rozmieniać się na drobne". 
Zmarł w 2003r. przeżywszy 81 lat.

 

Lee - Robert Vaughn

Urodzony w 1932 r. Twarz znana każdemu chyba widzowi. Nic dziwnego, ma na koncie ponad 100 ról. Tyle, że są to role drugoplanowe i epizody głównie w drugorzędnych produkcjach. Stąd każdy zna twarz, przypomnienie sobie jakiegoś tytułu filmu jest już kłopotem, a skojarzenie twarzy z nazwiskiem.... To już bardzo trudne. 
Co dziś słychać u sędziwego rewolwerowca, możemy dowiedzieć się z jego strony internetowej :

 


Britt - James Coburn

Uwielbiał film Siedmiu samurajów, który był pierwowzorem Siedmiu wspaniałych. Zagrał odpowiednik swojego ulubionego bohatera z filmu Kurosawy.
Ponad pół wieku występował na ekranie. Charakterystyczne rysy twarzy, wzrost i pewien niepowtarzalny styl. Mnie szczególnie utkwił w pamięci rolą w filmie Żelazny Krzyż oraz chyba swoją ostatnią kreacją, w bajce dla dzieci od lat 10 do 110 Śnieżne psy.
Zmarł w 2002 r. mając 74 lata.





 Chico - Horst Buchholtz

Zadziorny i budzący w swoich kompanach tyleż sympatii co politowania Chico to świetna kreacja Buchholza. Urodził się w Berlinie i tam też w 1949 r. debiutował w teatrze. Do Hollywood trafił w 1960 i "na wejście" otrzymał wielką szansę jaką była rola w Siedmiu wspaniałych. Lata 60-te to kilka udanych ról i... na tym koniec. Nie zagrał już żadnej znaczącej roli. Miał jednak jeszcze wielki powrót w 1997 r. rolą lekarza w filmie Życie jest piękne. Zmarł w 6 lat później. Jego historia zatoczyła krąg, zmarł tam gdzie się urodził. W Berlinie.




Tak więc z całej siódemki żyje już tylko jeden... Ale pozostali będą obecni wśród nas tak długo póki będziemy oglądać westerny. Dziś "Siedmiu wspaniałych" wciąż jest w czołówce różnego rodzaju zestawień i plebiscytów. Zdarzenia, które towarzyszyły powstawaniu filmu nie wróżyły wielkiego sukcesu...
  • Przerobienie scenariusza uznanego już wówczas za arcydzieło, filmu Kurosawy nie było łatwym zadaniem. Trzeba było przenieść historię w inny świat skracając na dodatek materiał o ponad godzinę. Udało się to jednak znakomicie. Podobno sam Kurosawa przyznał Sturgesowi, że Siedmiu wspaniałych to jeden z jego ulubionych filmów i obdarował go ... samurajskim mieczem
  • Obsadę dobierano w wielkim chaosie i pośpiechu. Trwał wówczas strajk aktorów. Niektórzy z siódemki to "zastępcy" planowanych wcześniej odtwórców ról. Steve McQueen tak bardzo chciał zagrać w filmie, że zainscenizował swój wypadek samochodowy i dzięki temu mógł będąc na zwolnieniu lekarskim, zagrać wymarzoną rolę. Był to sposób na urwanie się z produkcji serialu Poszukiwany żywy lub martwy
  • Zgromadzenie tych kilku indywidualności na planie powodowało spięcia, które mogły źle się skończyć. Brynner od początku był przekonany, że McQueen, stara się zakłócić jego kreację, która miała być postacią pierwszoplanową. Coś w tym jest... Mierzący 1,73 (wg innych źródeł 1,80) Brynner - Chris przed niektórymi scenami usypywał małą górkę z piasku, żeby stojąc na niej być zdecydowanie wyższym. Często McQueen te kopczyki roztrącał nogą tuż przed ujęciem... Wiedział też, że ruch na scenie/ekranie zawsze odwraca uwagę od wypowiadanych przez innych kwestii. Wiedział i "mimochodem" z tego scenicznego mechanizmu korzystał. Obejrzyjcie kilka scen zwracając na to uwagę
  • Podczas pracy nad filmem odbyło się wesele Y. Brynnera z Doris Kleiner. Za miejsce biesiady, posłużyła zbudowana na potrzeby filmu wioska. Po weselu podobno atmosfera między aktorami znacznie się poprawiła. A małżeństwo przetrwało... 7 lat.
  • Jednym z walorów Siedmiu wspaniałych jest sceneria. Większość westernów kręcono wówczas w dekoracjach budowanych w halach wytwórni filmowych. Siedmiu wspaniałych kręcono w Meksyku, w autentycznym malowniczym terenie
  • Po trwającej niespełna dwa miesiące pracy na planie powstał film, którego premiera przeszła bez echa... Wkrótce jednak świat oszalał i zakochał się w tej pięknej opowieści o pojedynku dobra ze złem i szlachetnych twardych ludziach
  • Efektem tego wielkiego sukcesu były najróżniejsze kontynuacje i remaki. W żadnej z tych produkcji tytułowa siódemka nie spotkała się już w komplecie. Może z tego powodu nie udało się choćby częściowo uzyskać przyzwoitej jakości. Obecnie od dwóch lat trwają podobno prace nad kolejną wersją. Miał w niej wystąpić T.Cruise, ale wycofał się z projektu. Czy film powstanie? Nie wiem, ale jakoś nie budzi to u mnie żadnych emocji...
Raczej emocjonuję się tym, że w każdej chwili mogę sięgnąć po płytkę i zobaczyć film po raz siedemdziesiąty ósmy.